You are currently browsing the tag archive for the ‘cytat’ tag.

krasiczyn.jpg

    „Symbolicznym aktem ponownego połączenia dwóch zwasnionych brzegów Sano było przerzucenie nad jego nurtem sześciu linowych kładek. Stalo się to pomiędzy Sanokiem a Przetnyślem w latach 60. i 70. XX w. Na tym odcinku rzeki, prócz mostów w obu tych miastach, był jeszcze tylko jeden — w Iskani. Symbolika ta była o tyle mocniejsza, że nie dokonały tego władze, a sami mieszkańcy nadsańskich wsi z pomocą inżyniera Kazimierza Gałajdy pochodzącego z Siedlisk kolo Dynowa. Jako chłopiec chodził do szkoły w Nozdrzcu za Sanem. Gdy na rzece nie było lodu dzieci przewożono łódką — o ile nie było powodzi. Jednak przez 5-6 miesięcy San jest zamarznięty lub plynie po nim kra, albo jest wiosenna powódź i przeprawa łodzią jest niemożliwa. Oczywiście chodzono po lodzie, ale to było niebezpieczne i rokrocznie dochodziło do utonięć. Pomiędzy Sanokiem a Przemyślem nad Sanem leży ponad 50 wsi i niemal wszystkie miały ten sam problem jeśli nie leżały blisko jednego z trzech mostów w tym rejonie.
    Kazimierz Gałajda ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie i trafił do pracy w Zakładzie Budowy Kopalń Miedzi w Lubiniu. Dość szybko zajął jedno z kierowniczych stanowisk. Pamiętał o niedoli swoich ziomków, szczególne że odwiedzał rodzinne Siedliska. Postanowił zbudować nad Sanem kładkę linową. Materiał będzie pochodził z kopalnianego złomu, prace ziemne wykonają mieszkańcy wsi, a prace przy konstrukcji kładki młodzi górnicy podczas urlopów nad Sanem. Wieś karmiła górników, organizowała im noclegi a oni pracowali za darmo. I tak powstała pierwsza kładka wsi Wara, leżącej po sąsiedzku z Siedliskami i Nozdrzcem. Mieszkańcy nadsańskich wsi dowiedziawszy się o inicjatywie inżyniera Gałajdy prosili o następne kładki, deklarując pomoc w ich powstaniu. Lokalne władze były zadowolone bo nie musiały finansować tych przedsięwzięć.  Inżynier Gałajda uległ namowom i w kolejnych latach powstały kładki w Mrzygłodzie, Dobrej Szlacheckiej, Witryłowie, Słonnem, Ruskiej Wsi (zwanej obecnie Wybrzeże). Były one przeznaczone wyłącznie do ruchu pieszego i ich konstrukcja składała się lin przewieszonych przez podpory znajdujące siç na brzegach. W efekcie czego miała formę luźno zwisającej wstęgi, której część środkowa znajdowała się najniżej nurtu rzeki. Wszystkie one miały powyżej sto metrów długości, a kładka w Witryłowie nawet 220. Były i są wielką atrakcją turystyczną, bo nie tylko łączą brzegi Sanu umożliwiając wędrówkę raz jednym raz drugim brzegiem, ale dają radość oglądania przepięknej doliny Sanu znad nurtu tej rzeki. Nie wspomnę już o dreszczyku emocji, jaki daje przejście po bujającej się kładce o szerokości półtora metra i świadomość, że pod trzeszczącymi deskami, po których stąpamy jest tylko powietrze i nurt Sanu.
    Kładki budowane później dzięki pomocy inż. Kazimierza Gałajdy, w latach 80, XX w. były bardziej zaawansowane technologicznie. Wymagały także wkładu finansowego miejscowych władz. Tak zbudowano kładki pieszo-jezdne w Bachowie, Krasicach i Krasiczynie. Ich pomost o szerokości około pięciu metrów został usztywniony za pomocą wieszaków i lin nośnych, przerzuconych przez podpory. Pieszym turystom nie dają już takiej frajdy jak bujające się kładki wstęgowe, ale umożliwiają przejazd samochodów co jest ważne dla mieszkańców. Kładka, a właściwie już most w Krasiczynie powstał w 1986 r. i byl ostatnim dziełem inżyniera Gałajdy na Pogórzu Przemyskim. Dzięki jego inicjatywie kładki na Sanie stały się charakterystycznym elementem tego regionu i sporą atrakcją turystczną, Z czasem kładki w Mrzygłodzie i Dobrej Szlacheckiej zastąpiono mostami, a w Witryłowie zbudowano zupełnie nową kładkę podwieszoną na linach nośnych. Oddano ją do użytku latem 2011 r.”

Stanisław Kryciński

„Bieszczady. Tam gdzie diabły, hucuły, Ukraińce”

Wydawnictwo Libra PL, www.libra.pl, Rzeszów 2014

    Wpis jest adresowany do ludzi młodych, wychowanych na odkłamanej historii przywracającej wreszcie proporcje dotyczące Prawdy, Honoru i Męstwa. Pokazuje on jak PRL wykorzystywał naiwna ludność wiejską, by kosztem darmowej ich pracy, realizować swoje cele propagandowe, lub wręcz wyręczać się od wykonywania obowiązków jakie piastowanie władzy nakłada na rządzących. Wierchuszce PZPR mogło się wydawać że władza to niekończące sie darmowe obiadki z owoców morza i drogie wina jako aperitify. Nawet kelnerzy, zwykle jadący na jednym wózku z obsługiwanymi elitami komunistycznej władzy, mieli tego dosyć. Jeśli komuna upadła to przede wszystkim dlatego, ze w dziadostwie jakie tolerowała, a czasami nawet wymuszała, nie było miejsca na systemowe rozwiązanie najprostszych problemów ludzi, jak brak sznurka do snopowiązałek czy budowa nowej szkoły.

    Wpis ma charakter incydentalny, bowiem jest reakcją na działanie naszych władz które całkowicie zerwały z tą niechlubną praktyką przeszłości, jaką były czyny społeczne, i przywrócił normalny kierunek stanu rzeczy – mianowicie że 2+2 =4 zać osoba która nie posiadając stosownej koncesji starałaby sie skonstruować haczyki do wędki zamiast kupować oryginalne, chronione prawem autorskim, podlega karze grzywny lub więzienia do lat trzech.

Mieszkańcy wsi Kije (Lubuskie) własnymi rękami i z własnej inicjatywy wyremontowali niewielki most, bez którego byliby odcięci od świata. Problem logistyczny mają z głowy, ale zamiast niego pojawił się problem z prawem. Zarząd dróg twierdzi, że to samowola budowlana. Sprawą już zajmuje się prokuratura.

„Sami zbudowali most, odpowiedzą za samowolę? Prokurator: uwzględnimy wartość czynu społecznego”

za: tvn24.pl

Reklamy

   

galeryjlka.jpg

    „Z perspektywy elit każdy z tych graczy był poważnym zagrożeniem, proponował bowiem nowa definicję dotychczasowych politycznych podziałów — i groził zmianą istniejącego status quo. Nic więc dziwnego, że na każdego kolejnego „populistę” przypuszczano bezpardonowy atak. Zamiast potraktować ataki Walesy jako okazję, aby stworzyć alternatywna wizję transformacji, zarzucano mu dyktatorskie ciągoty i wypominano brak Ogłady (który kiedyś był „autentyzmem”). Na podobnej zasadzie elity postsolidarnościowe nie miały najmniejszej ochoty tłumaczyć sie ze swoich reform przed prącymi do władzy postkomunistami Millera. Wolały rozdzierać szaty, przekonując, że lider SLD obiecuje gruszki na wierzbie, Z zarzutami Kaczyńskiego do dziś wielu nawet nie dyskutuje, przecież można powiedzieć, że to chory z nienawiści populista, antydemokrata i zamordysta. A Lepper? Opinię barbarzyńcy miał od zawsze. Zwłaszcza w oczach wielkomiejskich elit (i tworzonych przez nie mediów), dla których problemy wsi nigdy nie były (i nie będą) pierwszoplanowe. Kłopot polega na czymś innym. Przecież nawet jeśli Lepper był prymitywnym wieśniakiem, to w niczym nie umniejsza to trafność jego zarzutów wobec polityki ekonomicznej czasów transformacji, która dla szerokich kręgów jego wyborców była po prostu zabójcza. Ciekawe jest również to, że żaden z polskich populistów zderzenia z oporem elit przeżyć nie zdołał. Wałęsa przegrał drugą kadencję prezydencką i rozmienił na drobne cały swój autorytet. […]

    Co te losy rodzimych „populistów” mówią o naszej demokracji? Według dominującej medialnej narracji są one rzekomym dowodem na dojrzałości rodzimej debaty publicznej. A jeśli zmienimy nieco perspektywę? Może wiele kłopotów polskiego życia publicznego bierze się właśnie stad, że system populistów odrzucił (Tymiński, Lepper, Kaczyński) albo przeciągnął ich na swoja stronę (Miller, Walesa)? Nigdy nie potrafił wsłuchać sie w to, co mieli do powiedzenia, i wyjść tym lękom i nadziejom wielu milionów wyborców naprzeciw? Zastanówmy się przez chwilę, czy głoszone przez nich poglądy naprawdę były aż tak irracjonalne. Choćby krytyka polskiej transformacji ekonomicznej — wtedy uważana za populistyczny zamach na świętość, a dziś coraz częściej pokazywana nie tylko w kontekście niezaprzeczalnych sukcesów, lecz również jej ewidentnych patologii, świetnie opisanych w takich książkach jak Polskatransformacja.pl Tadeusza Kowalika, Patologie transformacji Witolda Kieżuna czy Z deszczu pod rynnę Jacka Tittenbruna. Czy krytycy reformy emerytalnej z roku 1999 od razu musieli być nieodpowiedzialnymi populistami? Może jednak trochę racji mieli? Dziś wskazuje na to cały szereg autorów — od Roberta Gwiazdoskiego, autora książki Emerytalna katastrofa, po Leokadię Oręziak (OFE Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce).

    A pamiętny konflikt Leppera Balcerowiczem roli Narodowego Banku Polskiego? Pomińmy kuriozalną otoczkę (Lepper kończył wtedy każde wystawienie hasłem „Balcerowicz musi odejść” ). Czy naprawdę ten spór był aż tak absurdalny? W gruncie chodziło przecież o to, czy bank centralny ma dbać jedynie o stabilność cen czy również o wzrost gospodarczy i bezrobocie. Dotyczył zatem dokradnie tego samego, o co spierają się od czasu ostatniego kryzysu czołowi amerykańscy politycy i ekonomiści.

    W każdym z tych przypadków trudno oprzeć się wrażeniu, że postulaty polityczne „populistów” były odrzucane łatwo. Zbyt łatwo. Przeważnie tylko dlatego, że zgłosili je „populiści”, z którymi (z tych czy innych powodów) większości lub dominującym w dyskusji elitom nie jest szczególnie po drodze. Dokąd to mote prowadzić? Właśnie tą kwestię od lat drąży dwoje renomowanych politologów. Ernesto Laclau i Chantal Mouffe. Argentyńczyk i Belgijka napisali do spółki kilka książek (przetłumaczonych również na polski), w których pokazują cały mechanizm. Według nich w ostatnich 30 latach w większości zachodnich społeczeństw interesy dużej części populacji nie były brane pod uwagę. Politykę prowadzono raczej, uwzględniając interes tych nieznajdujących się na górze społecznej drabinki. Efekty widzimy dziś. Owszem. szerokie rzesze obywateli skorzystały na zjawiskach takich jak globalizacja, liberalizacja gospodarek czy integracja europejska. Równocześnie jednak pojawiło się wielu przegranych – ofiary deindustrializacji, outsourcingu miejsc pracy czy cięć wydatków socjalnych. Ponieważ jednak w głównym nurcie opinii publicznej dominował określony przez zwycięzców obraz neoliberalnych reform jako wielkiego sukcesu, na którym korzystają wszyscy, przegrani poczuli, te ich interesy nie są dostatecznie reprezentowane. Powstała próżnia, która wyplenili populiści pierwszego pokolenia. Tu zadziałała jednak reakcja obronna istniejących elit, które odstrzeliły konkurencję, wskazując na prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy „populistów”, takich jak Austriak Jorg Haider, Francuz Jean-Marie Le Pen ety Niemiec Oskar Lafontaine. Czasem zaś wystarczyło samo dopuszczenie ich do władzy. I w jednym, i w drugim przypadku przyczyny kryzysu nie zostały jednak usunięte, W miejsce uciętych głów populistycznej hydry wyrastały nowe. Ta zabawa nie przynosiła jednak żadnej jakościowej zmiany. Populistom. (nawet gdy zostawali dopuszczeni do władzy) nie udawało się przeforsować żadnego ze swoich pomysłów. Albo się więc wykrwawiali i z hukiem opuszczali układy rządowe, albo pokornieli i tracili kontakt ze swoim elektoratem. W obu przypadkach nie było zasadniczej zmiany sytuacji. Demokracja działała więc tylko na papierze, a w praktyce cale grupy wyborców pozostawały bezdomne i wydziedziczone z przysługujących im praw. Czy da sie temu jakoś zaradzić? „Owszem!’ – twierdzi Chantal Motlffe. W swojej książce Polityczność (2005) opisuje ona bardzo interesujący projekt ożywienia demokracji dzięki powrotowi do polityki jako wielkiego sporu radykalnie odmiennych koncepcji, a me pozornej dyskusji w gronie technokratów na temat tego, jak zmniejszyć wydatki rządowe o 0.5 czy może 0.75 punktu procentowego, Jest to możliwe tylko poprzez otwarcie się na to, co kilkudziesięciu lat neoliberalne centrum i media nazywają nieodpowiedzialnym populizmem ekonomicznym.
[…]
„Odważmy się na więcej demokracji” — powiedział niemiecki kanclerz Willy Brandt podczas swojego parlamentarnego exposé w roku 1969. Chodziło mu o przełamanie skostnienia, które stało się utrapieniem zachodnioniemieckiej polityki po 20 latach rządów chadeckich, Niemcy starszego pokolenia do dziś przypominają, że był to moment, w którym na powrót uwierzyli w politykę i sens angażowania sie w sprawy publiczne. Faktycznie nadeszły wtedy złote czasy niemieckiej demokracji. Coś podobnego jest dziś potrzebne w Polsce. Nie wiem, kto mote w sposób wiarygodny zgłosić taki postulat, być może jest to polityk lub siła polityczna, których na razie nie widać. Wiem tylko, że w naszym wypadku do zawołania „Odważmy sie na więcej demokracji” należy dodać: „i populizmu” – przecież politykę robi sie waśnie dla ludzi. Po łacinie lud to populus.”

Zwłaszcza że elity w Polsce to intelektualny bankrut, a politycy nie mają obecnie nic do zaproponowania, poza głosowaniem projektu zmian w konstytucji po kryjomu, o 00:44 w nocy.

Dziecięca Choroba liberalizmu

Rafał Woś

Wydawnictwo Studio EMKA Warszawa 2014

   

   

    „Kłamca ukrywa przed nami zamiar odwiedzenia nas od właściwej oceny rzeczywistości; mamy nie wiedzieć, iż chce, byśmy uwierzyli w coś, co sam uważa za nieprawdę. Wciskający kit ukrywa przed nami iż to, czy mówi prawdę, czy nie, jest mu całkowicie obojętne; mamy się nie zorientować, że nie przyświeca mu ani chęć powiedzenia prawdy, ani też chęć jej ukrycia. Nie oznacza to bynajmniej, iz jego mowa jest popędliwa i anarchicznie nieuporządkowana – nie, on jedynie rządzi się i kieruje motywami niemającymi nic wspólnego z troską o zgodność z rzeczywistym stanem rzeczy.
     Nie można kłamać, nie sądząc, że zna sie prawdę. Wciskanie kitu nie nakłada żadnych tego rodzaju ograniczeń. Ktoś kto kłamie, tym samym odnosi sie do prawdy, i do pewnego stopnia odnosi się do niej z szacunkiem. Mówca uczciwy mówi tylko to, co jego zdaniem pokrywa się z prawdą. W przypadku kłamcy z równą mocą obowiązuje lustrzana metoda, iż to co mówi mija się z prawda. Wciskającego kit nie ograniczają żadne sztywne reguły; on nie stoi ani po stronie prawdy, ani po stronie nieprawdy. W ogóle nie sugeruje się faktami, co zmuszony jest czynić zarówno mówca uczciwy jak i wygłaszający kłamstwo; no, może tylko o tyle, o ile wpłynie to na jego szanse na sukces. Nie obchodzi go, czy to co mówi właściwie opisuje rzeczywistość. Dobiera to albo wymyśla, tak by służyło jego własnym celom. […]
     Dla większości ludzi sam fakt, iż dana wypowiedź mija sie z prawdą, stanowi powód, jakkolwiek słaby i łatwy do pominięcia, by jej nie wygłaszać. […] Dla wciskającego kit nie ma on żadnego znaczenia. Zarówno kłamiąc jak i mówiąc prawdę, ludzie kierują się własnym przekonaniem o tym, jak mają się rzeczy w istocie. To właśnie ono przyświeca im w dążeniu do opisania owych rzeczy, obojętne czy zgodnie z prawda czy też w sprzeczności do niej. Z tego powodu wygłaszanie kłamstw nie czyni wypowiadającej jej osoby niezdolną do powiedzenia prawdy w sposób w jaki czyni ją niezdolną do tego wciskanie kitu. Nieumiarkowane oddawanie się wciskaniu kitu, polegającemu na wypowiadaniu twierdzeń bez oglądania się na cokolwiek poza tym, co nam akurat wygodnie jest powiedzieć, prowadzi do osłabienia bądź całkowitego zarzucenia nawyku poświęcania należytej uwagi temu jak się przedstawia faktyczny stan rzeczy. Kłamca i człowiek prawdomówny znajdują się po przeciwnych stronach, że tak powiem boiska, ale jednak graja w tę samą grę. Obaj liczą się z faktami zgodnie z własnym ich postrzeganiem, chociaż jednemu przyświeca prawda a drugi odwraca się do niej plecami. Wciskającemu kit prawda jest obojętna. Nie odwraca się od prawdy ani jej nie odrzuca, jak czyni to kłamca. W ogóle nie zwraca na nią uwagi. Z tego właśnie powodu wciskanie kitu jest znacznie groźniejsze od kłamania.
     Ktoś kto ma na uwadze przekazanie bądź ukrycie faktów, zakłada istnienie faktów, które można stwierdzić i nazwać. […] „kontrrealistyczne” doktryny podkopują naszą wiarę w sens bezstronnych wysiłków zmierzających do ustalenia co jest prawdą, a co nią nie jest, a nawet samą zrozumiałość pojęcia obiektywnego dociekania. Jednym z następstw jest odchodzenie od dyscypliny wynikającej z przywiązania do ideałów ścisłości na rzecz zupełnie innego rodzaju dyscypliny, wynikające z dążenia do osiągnięcia alternatywnego ideału szczerości. Miast dążyć przede wszystkim do ścisłego przedstawienia naszego wspólnego świata, jednostka angażuje się w szczere przedstawienie własnej osoby. Przekonana że rzeczywistość wyzbyta jest przyrodzonych […] właściwości […] zwraca się ku głoszeniu prawdy o swoich właściwościach. […]”

„O wciskaniu kitu” („On bullshit”) Harry G. Frankfurt, przekład Hanna Pastuła, wyd. Czuły Barbarzyńca press 2008.

 

 

     Zofia Wiktorowicz – mieszkanka Zamościa – wspomina Leśmiana ( tekst spisany w 1980 roku):
     „W czasie bezrobocia w latach 1932-1933, kiedy zmuszony był utrzymywać kancelarię w okresie zupełnej stagnacji, ten tkwiący w długach człowiek nie wymówił pracy żadnemu z pracowników. Z czasem kiedy przyzwoitość pracowników, nie mających dosłownie nic do roboty, zmuszała ich do rezygnacji z pracy – przystawał na to. Wystawiał zaświadczenia zwalniające z pracy, ale wiedząc że odchodzący zginą z głodu, proponował w jakiś kulturalny sposób pozostanie w pracy ze zniżką do pięćdziesięciu procent. […]
Jakże byliśmy mu wdzięczni. Do jakiej nędzy doprowadziły ludzi małe zarobki, szczególnie w domach gdzie tylko jedna osoba z rodziny utrzymywała się przy pracy, niech poświadczą fakty oglądane codziennie w naszej kancelarii. Pan Kormański miał niepracującą żonę i troje uczących się dzieci. Sam zarabiał tak mało, ze zapałkę dzielił na cztery części, żeby zaoszczędzić na zapałkach. […] Paleniem odpędzał głód. Były również w modzie tak zwane półkoszulki. Pan J. nosił z przodu półkoszulkę – a na reszcie gołego ciała marynarkę. Nie miał bowiem a jednej koszuli. Żywił sie tylko drugim śniadaniem spożywanym w kancelarii. Lesman z chwilą objęcia kancelarii w Zamościu zadysponował na swój koszt drugie śniadanie dla całego personelu, składające się z herbaty i dwóch bułek z masłem i wędliną, serem czy konserwa rybna. Kanapki robiły panie kolejno. Nie wstydzę sie przyznać, ze i dla mnie te śniadania były jedynym wyżywieniem przez blisko osiem miesięcy. Szłam do pracy bez śniadania, o jedenastej zjadałam potężną kanapkę, drugą zaś zabierałam do domu i o piątej po południu miałam suty podwieczorek. Zupełnie mi to wystarczało.
    Lesman całkowicie zdając sobie sprawę z naszej sytuacji, twierdził: „Ja łatwiej zaciągnę pożyczkę i jakoś wspólnie przebiedujemy”. Tak nas utrzymywał i karmił przez blisko półtora roku, dokładając nowe zadłużenia do już istniejących. Był to chyba jedyny szef na terenie Zamościa, który w tym czasie poświęcał sie dla pracownikom. Zatrudniał wówczas do dziesięciu osób. „

Leśmian, Leśmian…

Wspomnienia o Bolesławie Leśmianie zebrane przez Adama Wiesława Kulika,

słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2008

 

 

 

    „Doskonale konkurencyjne rynki nie istnieją jednak w rzeczywistości. Ceny nie są w stanie odzwierciedlić rzeczywistej wartości wszystkich rodzajów dóbr dla ludzi. Rynki nie mogą funkcjonować bez ( bezpłatnego) wkładu głównie kobiet w reprodukcję ludzi [ w Polsce obecnie dzietność kobiet jest mniejsza niż w Chinach – uwaga moja ], a także bez wykorzystania zasobów przyrody (nieodpłatnie, bo doraźna wartość rynkowa nie odzwierciedla kosztów bezpowrotnie zniszczonego środowiska albo przy przerzucanie kosztów na obecne i następne pokolenia). decyzje nie są podejmowane na zasadzie racjonalnego wyboru i idealnego dostępu do informacji, bo także przy pewnym zakresie niepewności i niemożliwości określenia wszystkich skutków. Ludzie […] kierują się skalą wartości i altruizmem czy dobrem wspólnym, a nie tylko własnym interesem i maksymalizacją użyteczności (dostrzegał to już swego czasu nie kto inny jak Adam Smith). Perswazyjna reklama mobilizuje emocje i wprzęga ludzi do maksymalizacji zysków. Funkcjonowanie rynków zależy od instytucji społecznych ( norm kulturowych, prawa, wiedzy, form organizacji). Mechanizm rynkowy nie jest dziełem boskiego nadania, nie wywodzi się z tzw. prawa naturalnego ani nie jest analogiczny z prawami fizyki. Rynki i wiedza ekonomiczna są konstruowane historycznie i społecznie ( przez ludzi)”

„Gospodarka w społeczeństwie” Jacek Tittenbrun, strona 32, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2012

 

    Prawda że powyższe słowa sa oczywiste? Nic z powyższych słów nie jest odkryciem nawet ostatnich 100 lat (już Adam Smith…) … Komuniści przy użyciu zmanipulowanych hunwejbinów z warstw przedwojennej biedoty, chłopstwa i robotników – sfałszowali rzeczywistość, wybory i ekonomię w 1945 roku – głosi oficjalna wykładnia. PRL – był ustrojem opartym w warstwie teoretycznej na kłamstwie – ekonomii leninowskiej – ale to bez znaczenia bo faktycznie zasady ekonomii politycznej Marksa – przykrywały sowiecki imperializm i interesy nomenklatury. A teraz wniosek – po 89 roku nie stało się nic nowego – zamieniliśmy jedno kłamstwo na drugie. I oczywiste słowa jak te powyżej brzmią równie rewolucyjnie i ozdrowieńczo jak 2+2=4 w latach 80-tych….


 

   

    […] opinię Andrzeja Lubienieckiego o nastrojach panujących w Polsce nieco wcześniej (czyli przed pierwsza elekcją królewską w Polsce): „Kilka lat przed śmiercią królewską gdzie się jeno zjechało kilka ludzi duchownych, świeckich, bądź to senatorów, bądź szlachty, nawet kupców, nigdy nie chybiło aby byli nie mieli o przyszłym interregnum mówić, a to z wielką bojaźnią i struchleniem” […]
Chwila zmiany warty u władzy zawsze jest kryzysem. Lecz tak wielkie przesilenie wcale nie musiało w Polsce nastąpić. Społeczeństwo widziało, że dynastia dogorywa i pragnęło się w porę zabezpieczyć. Aby uniknąć wstrząsu należało się dogadać […] Poprzednicy […] pozostawili im wyrobioną tradycję współpracy tronu z szeregową szlachtą […] Świetną tradycje jagiellońską dwaj ostatni Jagiellonowie odrzucili. Zagadnienie nie da się wyjaśnić bez zwrócenia uwagi na ich własne koncepcje polityczne. To był świadomy wybór arystokratycznej doktryny rządzenia. Sojusz z tymi co reprezentowali same szczyty, pogarda dla tych co w izbie obrad zasiadali „opozad” czyli w pobliżu drzwi. żaden determinizm ( dziejów – uwaga moja) nie działał […] Obaj Zygmuntowie mieli swobodę decydowania, zwłaszcza ten drugi, młodszy. Reformatorzy czekali na niego z wyciągniętymi dłońmi.
[…]
    Na sejmie w 1605 roku po raz ostatni w życiu przemówił Jan Zamoyski, daremnie podając królowi rękę w imieniu całej opozycji: „Miłuję dalibóg Wasza Królewską Mość i służę wiernie i po wtóre mówię, wiernie służę; racz tylko Wasza Królewska Mość miłować też nas, poddane swe: łacnoć będzie o pieniądze, łacno o pomnożenie państw, snadnoć przyjdzie wszystko, gdy miłość poddanych będzie. Uczynisz tu Wasza Królewska Mość z Polaka Aleksandra, z Litwina Herkulesa; miłości tylko trzeba, bez tej trudno co począć”.
Nie bierzmy za pustą retorykę słów kanclerza i hetmana, który mowę swą „z płaczem wielkim stojąc kończył”. O wzajemne zaufanie, o dowody życzliwości monarchy ku poddanym wołał ten sam człowiek który w 1587 roku wprowadził Zygmunta na Wawel, pokonał pod Byczyną jego wroga arcyksięcia Maksymiliana a w pięć lat później musiał grać główną rolę na „sejmie inkwizycyjnym”. Rozpatrywano wtedy mściwe doniesienie tegoż Maksymiliana, oskarżające Zygmunta III o chęć odstąpienia cichcem korony polskiej arcyksięciu Ernestowi. Król nie zdołał się całkowicie oczyścić z zarzutów. Potajemne knowania były faktem. Dotyczą innych spraw, trwały i później. Po całej Rzeczypospolitej krążyły o nich „rumory”. Staje się jasne co w tych okolicznościach znaczyły słowa kanclerza „racz tylko Wasza Królewska Mość miłować i nas, poddane swe”.
[…]
    August II to dno naszej historii. Bo za jego syna i następcy Augusta III zaczęła się poprawa, bez najmniejszej oczywiście pomocy i zasługi ze stroh króla. Ale przyznajmy że już grubo wcześniej, w epoce popiastowskiej w ogóle wielu władców Rzeczypospolitej nie chciało „narodem naszym się kontentować”. W ich politycznych rachubach Polska stanowiła niekiedy tylko czynnik ( w zabiegach dynastycznych i majątkowych o trony i tereny w Europie – przypis mój) zamiast być podmiotem i celem. Taki stan rzeczy wytwarzał klimat moralny nie sprzyjający reformie. Zaufanie do rządzących jest budulcem niematerialnym lecz niezastąpionym.
[…]
    Anarchia przemogła ongi w Rzeczypospolitej ponieważ rząd królewski szedł poprzednio przeciwko społeczeństwu, zmarnował jego dorobek umysłowy i dobrą wolę. Istota owej anarchii polegała na rozpasaniu wielkich. To było jej koło napędowe. Tłum szlachecki nie wynalazł sobiepaństwa. Zawiedziony i zbałamucony poszedł w ślady tych co […] uważali że wolno w Polsce – a raczej w Rzeczypospolitej – jak kto chce…
     Taką maksymę wyznawali w całej Europie rozmaici panowie de i von. Ale tam z biegiem czasu hamulce potężniały. U nas beznadziejnie słabły bo sama władza centralna nie pofatygowała się wzmocnić się w porę. I robiła rzeczy które musiały demoralizować poddanych. […]

    Najwięcej poczucia karności było u nas zawsze tam, gdzie najbardziej tłoczno. Wśród ludu, drobiazgu szlacheckiego i małych ziemian. Bo znaczniejsi łątwiej zarażali się od magnatów. Ci ostatni zachowywali się normalnie – jak na ich sytuację społeczną. Dokładnie według wzorów znanych z postępowania arystokracji w innych, znacznie szczęśliwszych krajach. jedno tylko – być może – wyróżniało nasze królewięta. Magnateria Rzeczypospolitej zdawała sobie sprawę że źle się dzieje w państwie. Znała słabość jego struktury. Struchlała kiedy podczas wojny kozackiej rozpalił się na nowo odwieczny front moskiewskiej, a w perspektywie zarysowała się groźba szwedzkiej. […] Wielcy panowie trafnie widzieli schorzenia systemu. Magnat pisał satyry, piętnował bezrząd, anarchię, prywatę, rwał włosy z głowy oraz sejmy, sejmiki, warcholił, mącił, kopał grób państwu, zdradzał je w chwili grozy.
     Wynika stąd wniosek, który śmiało można podnieść do godności prawa historii. Człowiek jest bezbronny wobec własnego przywileju. Samo istnienie przywileju jest złem. Lecz brak kontroli nad uprzywilejowanymi, kontroli niezależnej od nich, musi doprowadzić do anarchii i katastrofy.
     Władza państwowa Rzeczypospolitej za długo brała stronę wielkich przeciwko małym. I zbyt często dbała bardziej o własne doktryny i ambicje niż kraj.

Paweł Jasienica „Polska anarchia”  stony 54 – 77. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989

 

 

     „Przyjrzyjmy się na przykład smutnej historii Michela Morina. W 1553 roku, w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, handlarz win z Bauge w Anjou zostaje oskarżony przez swą młodą żonę, Katarzynę, kobietę stanowczą, a do tego lekkich obyczajów, o zakup owieczki w celu „cielesnego z nią obcowania” oraz trzykrotnego wprowadzenia tego zamiaru w czyn, a to 13 listopada, 25 listopada (w dzień świętej Katarzyny!) oraz 1 grudnia. Usłużny sąsiad, kochanek młodej kobiety, z zawodu aptekarz, oświadcza, że Morin wyznał mu, że „woli swoją owieczkę od żony”. Służący Morinów, również amator wdzięków Katarzyny, wszystko potwierdza. Sędzia, proboszcz z Bauge, każe zatrzymać Michela Morina 13 grudnia. Oskarżony odpiera zarzuty, utrzymując, że jego żona, służący i aptekarz zawiązali spisek, żeby przejąć jego majątek. Sędzia skazuje go na tortury. Na widok narzędzi męki, Morin załamuje się i wyznaje, że „faktycznie zakupił owieczkę w wyżej wymienionym celu, ale stosunek cielesny odbył z nią tylko raz”. 15 stycznia 1554 roku zostaje skazany na śmierć przez powieszenie i spalenie wraz z owca w worku. Jego majątek po konfiskacie zostaje przyznany zonie. dwa lata po śmierci męża Katarzyna wychodzi za aptekarza.”

     „Średniowieczna gra symboli” Michel Pastoureau „Horyzonty Cywilizacji”, strona 46. Oficyna Naukowa, Warszawa 2006.

      Przełożyła Hanna Igalson-Tygielska

    Wałęsa to postać niezwykła. Im dłużej o nim myślę, tym bardziej widzę jak wyrasta ponad swoich adwersarzy ( choć nie jest ani postacią pomnikową, ani sztampową osobowością, ma swoje dziwacwa, a sposób wyrażania się i pochodzenie społeczne zniechęca do niego wielu ludzi). Kiedyś Wałęsa wystąpił z kuriozalnym pomysłem 300 milionów dla każdego, co zostało wyśmiane przez większość ekspertów ekonomicznych w tym Balcerowicza. Pomysły te zastosowano skutecznie w Brazyli (Lulla i jego zespół) wzmacniając podstawy wzrostu gospodarczego na mikrokredycie udzielanym przez panstwo pod warunkeim partycypacji w programach pomocowych jak elektryfikacja, szczepienia, edukacja dzieci itp. Pieniądze tak rozdawane biedakom ( za pomoca rzadowej karty kredytowej) wracją do gosdpoarki dzięki ich konsumpcji ( biedacy płaca za prąd, kupują telefony, lodówki, jedzenie do lodówek, szukają pracy dzięki posiadaniu kontaktu ze światem, PKB rośnie, dzieci są szczepione i ucza się czytać i pisać)

    Poniżej cytat za PAUza Akademicka Nr 41/42, 4-11 czerwca 2009 – Lech Wałęsa wygłosił wówczas przemówienie z okazji 20 rocznicy pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych w Polsce oraz odzyskania wolności i upadku komunizmu w Europie Środkowej na spotkaniu z członkami Akademii Umiejętności w Krakowie. Warto się wczytać – zapewniam – i pamiętać, że 300 milionów dla każdego upadło – nie dlatego że było głupie, ale dlatego że doradcy ekonoiczni Solidarnosci nie byli dostatecznie światłymi i niezależnymi ludźmi by zrozumieć jaki cel chciał osiągnąć prosty elektryk… Teraz, o ile dobrze rozumeim jego słowa – uważa Wałęsa że rozwiazaiem problemów świata nie jest „zamordyzm czy leseferyzm ( neoliberalizm ) ale więcej demokracji i poszukiwanie wspólnych wartości zamiast patologiznej amerykanizacja prawa.

    Wszelkie podkreślenia i układ paragrafów w tekscie poniżej pochodzą odemnie ( zachęcam do przeczytania całego numeru PAUzy i do subskrybcji tego ciekawego periodyku).

    „Panie i Panowie, Szanowni Państwo. Jest tyle spraw, tyle tematów, które należałoby tu poruszyć, że ja mam problem, co tu wybrać. Oczywiście rocznice zawsze powodują, że wspominamy, ale jak wiecie Państwo, ja jestem ustawiony inaczej. Ja przeszłości prawie nie pamiętam. Dlaczego? Dlatego, że ja w tamtych czasach i teraz musiałem się bardzo mocno koncentrować. Miałem i mam różnego rodzaju braki, koncentracją nadrabiałem. Dopasowując się i szukając rozwiązań, często grałem Waszą mądrością, by wygrywać swoje problemy i swoje tematy. I dlatego też nie za dużo będę wspominał – wybaczcie mi Państwo. A zaczynam od tego, że naprawdę bardzo dziękuję, że zechcieliście zostać i posłuchać mnie trochę, ale dziękuję przede  wszystkim, że jednak mimo wszystko w tych trudnych czasach jednak wypełnialiście logiką te czasy i możliwości.

    Naszemu pokoleniu naprawdę udała się rzecz nieprawdopodobna. Skończyliśmy jeden z najgorszych systemów, skończyliśmy epokę podziału, granic, bloków, konfrontacji i chwała nam wszystkim za to, ale otworzyliśmy coś jeszcze trudniejszego. Otworzyliśmy epokę intelektu, informacji, globalizacji. Epoka ta, moim zdaniem, wymaga innego oprzyrządowania, wymaga innych  struktur, innych programów, a my z uporem maniaka upieramy się przy tamtych rozwiązaniach.

    To jest największą tragedią obecnych czasów: brakiem nawet rozwiązań, brakiem zapanowania nad sprawami. Dlatego prosiłbym Państwa: naprawdę, zwróćmy uwagę, że to, co się ułożyło strukturalnie i programowo w epoce bloków, granic, konfrontacji – prawie całkowicie upada. Nasze pokolenie albo weźmie się szybciej do roboty i zaproponuje korekty – bo nie trzeba dużo: korekty, ale korekty w sprawach zasadniczych i podstawowych – albo, jeżeli tych korekt nie naniesiemy wystarczająco szybko, to będziemy wciąż wpadać w kryzysy. Kryzys, ten bankowy… Jest oczywiste, że jest tylko dlatego, bo nie zdążyliśmy z rozwiązaniami. Nie zdążyliśmy z globalnym spojrzeniem na bankowość, nie zdążyliśmy w tej bankowości zauważyć, że najpierw pracę się uruchamia, a potem nieruchomości i wypoczynek. A o tym zapomniano właśnie. Ale to nauczka, z której jakoś wychodzimy. Natomiast, jeżeli nie będziemy w tym kierunku myśleć, to już można przewidywać następne kryzysy. A te kryzysy spowodują, że cofniemy się do nacjonalizmów państwowych – to już można też zauważyć. Dlatego, zróbmy coś.

    Wy jesteście tu najmądrzejsi, to Wy jesteście elitą intelektualną tych przemian i Polski – i to Wy musicie skorygować te systemy. Ja dzisiaj zadaje Wam pytania, bo sam nie mam odpowiedzi. Jaki system ekonomiczny pod zjednoczoną Europę i pod globalizację? Bo chyba przecież nie ten, który doprowadził do tego, że mniej niż 10% ludzkości ma majątek 90% ludzkości? A kto się z tym zgodzi? Wy, społeczeństwo, widzicie co się dzieje, a to dopiero początek. Nikt się z tym nie zgodzi i dlatego też, jeśli chcemy ten system, który się sprawdza – wolnorynkowy– kontynuować – to aż się prosi na to stulecie potroić ilość właścicieli. Trzy razy więcej właścicieli i ich rodzin zapewni te socjale i zapewni ochronę tego systemu.Jak to zrobić? Oto jest pytanie. Nie czym, tylko jak to zrobić, żeby prawo, żeby wszystko umożliwiło powstanie trzy razy więcej kapitalistów? To jest w temacie ekonomicznym. A w temacie demokratycznym: nie możemy przyjąć konstytucji [UE]. Teraz mamy problemy z traktatami, ale są jeszcze wyższe problemy.

    […]

    Szanowni Państwo, w latach siedemdziesiątych i w początku osiemdziesiątych ja już byłem trochę opozycjonistą i rozmawiałem z różnymi ludźmi; z dziennikarzami ale trafiali się też i politycy, prezydenci, a nawet  na króla jednego trafiłem. Zadawałem zawsze te same pytania: „Proszę państwa czy jest jakaś szansa urwać się od komunizmu?” Mówiłem – tysiąc razy to słyszeliście –ze wszystkimi rozmawiałem też pod koniec już lat osiemdziesiątych. Ani jeden nie dawał mi najmniejszych szans na to, że urwiemy się komunizmowi. Długo, długo nie itd. Ale ja i my pytaliśmy wciąż, no i zaczęli, już pod przymusem naszej bezczelności, zaczęli wpisywać to do komputerów. Czym lepszy komputer odpowiadał „nie”. Tylko wojna nuklearna może zmienić realia tego świata, żadnej innej  możliwości nie ma.

    A ja powiem dalej dzisiaj: A chcecie się pobawić? Gdy wrócicie do domu i macie komputer,  wpiszcie te dane: ile czołgów, ile rakiet, jakie interesy, kto z kim walczy. Odpowiedź i dzisiaj dostaniecie „nie ma możliwości zakończyć w tej klasie systemu komunistycznego”. A już dawno go w dużej części nie ma. Teraz zastanawiamy  się nad tym, jak to Polska ma wyglądać, jak to Europa, a nawet globalizacja. To są na razie puste pojęcia. Ani dobre ani złe. Jak to ma wyglądać?

    Otóż, powinniśmy wrócić do tego momentu, gdzie ta pomyłka nas wszystkich jest. I dopiero, gdy zauważymy tę  pomyłkę, możemy się zabrać za budowanie. A pomyłka brzmi: liczyliśmy wszystko czołgi, rakiety, pieniądze, a w ogóle nie braliśmy pod uwagę ducha, wartości, Pana Boga, w ogóle nikt nad tym się nie zastanawiał. A pamiętacie, co się stało w tym stanie niemocy, braku wiary? – Polak został Papieżem! Uruchomił wartości, oczywiście nie zrobił rewolucji, ale uruchomił wartości, pozwolił w tych tłumach policzyć się. Pozwolił popatrzyć ilu nas jest, pozwolił się nam zorganizować, bo zawsze nas rozbijano. Nie pozwolono nam się zorganizować. I to zorganizowanie szczątkowe, opozycyjne grupy przejęły, poprowadziły przez opozycje, strajki i… – Ciąg dalszy  znacie.

    Wartości okazały się lepsze od czołgów, rakiet, dolarów. I jeśli o tym będziemy pamiętać przy budowaniu tego nowego systemu – jednak przypomnijmy sobie o tym wszystkim – to jestem przekonany, że naprawdę  zbudujemy Polskę, Europę i nawet globalizację – nie idealną, ale daleko porządniejszą niż budowy, które wcześniej były tworzone przez nas. Świat dziś proponuje – bo jak wiecie często jeżdżę – świat dziś proponuje nie  szukać, ale oprzeć wszystko na wolności, wszyscy ludzie w Europie, a potem globalnie są jednakowo wolni. Ładne. Ludzie jednakowo wolni mogą się organizować jak chcą: poprzecznie i podłużnie, i zakładają organizacje. Wolny  rynek, żadnej dotacji, żadnej pomocy, sprawy wartości ducha, Pana Boga – do dowolnego użytku. I to jest ta koncepcja na dzisiaj, która jest pół na pół, ale z przewagą. I ta koncepcja jest piękna i by się nawet podobała, ale jest ostatnią w tamtym układzie podziału, nie nadającą się moim zdaniem na te czasy. Ta koncepcja – do czego doprowadzi? To już widać, ale jeszcze będzie trochę lepiej widać.

    Otóż doprowadzi do tego, że będą powstawać bezideowe grupy partyjne  i inne i będą oszukiwać, kraść, kombinować, mając gdzieś to wszystko. A co będzie robiła demokracja? To, co zaczęła już robić: komisje powoływać, każdy z Państwa będzie w dziesięciu komisjach. Komisję, by rozliczyć, komisję, by zauważyć, komisję, by poprawić. A te komisje będą jeszcze większe przekręty robić, niż by miały wyjaśnić. Wszystkie podatki, wszystko nam zabiorą, nic dobrego nie zbudujemy – nie wierzę w taką budowę.  Jest i druga koncepcja – 50% – która mówi właśnie, że musimy oprzeć sprawy na wartościach, ale tu jest problem. Każde państwo ma trochę inne wartości. W związku z tym, co trzeba zrobić? No, trzeba między tymi państwami w Europie pouzgadniać wartości religijne,  niereligijne i inne. I to uznać za fundament. Papież nasz mówił: „człowieka sumienia trzeba wychować”, ale patrzył przez wiarę – to się zgadza. A my musimy sprawdzić przez wiary, ale różne wiary i z tego wyciągnąć wartości.

    Dziesięć przykazań wszyscy musimy uznać za niezbędne. Oczywiście wartości są generalnie potrzebne, globalne 5 punktów, kontynentalne 10 punktów, państwowe 15, a potem jeszcze inne może 30, ale wszystkie po kolei – te  górne się uznaje, a potem w dół zjeżdża. To są problemy moje i to są problemy, które – moim zdaniem – stoją przed światem. I stąd, jak słyszycie, moje zachowaniei moje oceny. Ostrożnie to róbcie, dlatego że w tym  temacie, w którym dzisiaj mam problem, sprawy wyglądają mniej więcej tak. W tamtej epoce, kiedy były podziały, granice, faszyzm, komunizm, jeszcze inne totalitaryzmy, nie było wolno tańczyć z byle kim. Trzeba było patrzeć, z kim się  tańczy. Takie zachowanie, które dzisiaj mi proponują, to jest właśnie klasyczne z tamtej epoki.

    Dzisiaj, o co innego chodzi. Chodzi o jedność europejską. Chodzi też o to, że pałowanie lub obrzucanie – nie to, nie te czasy. Trzeba rozmawiać. In bardziej przeciwny, tym bardziej go trzeba do stołu, do płotu doprowadzić i zapytać, „a co ty masz? Pokaż światu jak ty widzisz tę Unię czy inne rzeczy. Pokaż!” I niech naród ciebie wybierze, a nie proponować, „schowaj go, zamknij, spałuj, może zastrzel”. To jest dokładnie z tamtej epoki, a to, co ja teraz robię – mimo sprzeciwów – to jest właśnie ta nowa epoka, która mówi „rozmawiać, pokazywać, prezentować swoje zdanie, dążyć do negocjacji,  dążyć do tego żeby się nie pałować”. W tamtej epoce, tak: trzeba się było i pałować i kamieniami rzucać.A w tej epoce hańbą jest, jak wychodzimy na ulicę, jak zamiast intelektu, mądrości, logiki – to my pałowanie  uruchamiamy, albo – to „Nie!” – Nie oglądaj! Nie wolno z nim gadać!” Nie, proszę Państwa! I stąd – znów skorygujcie mnie – bo ja nie zdradziłem, nie sprzedałem tylko uważam, że inaczej widzę Europę. Inaczej widzę nasze wielkie zwycięstwo.

    Naprawdę  wielkie zwycięstwo, ale ono wymaga dalszej kontynuacji, bo po zwycięstwie otworzyła się nowa epoka, nowe możliwości i one wymagają nowych rozwiązań, których poszukuję, będę poszukiwał i Państwa zapraszam do takich poszukiwań. Nigdy nie byliście tak bardzo potrzebni jako „mózgi”, jak dzisiaj do budowy tego właśnie nowego. Jeśli nie zdamy egzaminu, będziemy trwać w tamtych rozwiązaniach – cofniemy się do nacjonalizmu. Kiedyś zawrócimy z tej drogi, ale ile to będzie kosztować! I to  pokolenie zwycięskie, ono musi, jesteście w stanie intelektualnie i przy tej technice, którą macie, komputery itd… Jesteście w stanie rzeczywiście zaproponować Polskę, Europę i Świat, ale z poprawkami na czasy, które  właśnie za naszego życia się zdarzyły.

    To tyle, co chciałem Państwu powiedzieć. Dziękuję, życzę przyjemnego dnia.”

LECH WAŁĘSA
PAUza Akademicka Nr 41/42, 4-11 czerwca 2009

Cytat za: http://wyborcza.pl/1,97738,10030963,Grass_KamienieSyzyfa.html?as=1

    „Władza tych lobby w znacznie większym stopniu zagraża demokracji niż histerycznie podnoszone niebezpieczeństwa, sianie w stylu Sarrazina lęku i przerażenia. Władza lobby odbiera parlamentarzystom i rządowi wiarygodność. Prowadzi do tego, że rośnie absencja wyborcza.
[…]
Nie mogąc tej władzy zlikwidować – reprezentacja interesów ma przecież swoje uzasadnienie – należy postawić jej wyraźne granice. […] Dlatego potrzeba – moim zdaniem – ustawowo określonego okresu karencji wynoszącego minimum pięć lat. Chyba że obywatele, a w szczególności dziennikarze, pogodzą się z tym, że polityka z zasady jest przekupna i taką pozostanie.
[…]
Nie muszę i nie chcę powoływać się na Weimar jako na przykład ostrzegawczy. Obecne symptomy zmęczenia i rozpadu konstrukcji naszego państwa są wystarczającym powodem, by mieć poważne wątpliwości, czy nasza konstytucja gwarantuje jeszcze swoje obietnice. Dryf w kierunku społeczeństwa klasowego z coraz biedniejszą większością i odgradzającą się od niej warstwą najbogatszych, góra długów, której szczyt przesłania dzisiaj chmura zer, nieudolność i opisany wcześniej bezwład wybranych w wolnych wyborach parlamentarzystów wobec skoncentrowanej władzy grup interesów i wreszcie dławiący uścisk banków są w moich oczach powodem, dla którego konieczne staje się zrobienie czegoś, co było dotąd tabu, to znaczy postawienie pod znakiem zapytania całego systemu.
[…]
Czy mamy nadal godzić się na niejako przymusowo zaordynowany demokracjom system kapitalistyczny, w którym świat finansów w dużej mierze oddzielił się od gospodarki, ale raz po raz zagraża jej za sprawą zawinionych przez siebie kryzysów? Czy takie artykuły wiary jak rynek, konsumpcja i zysk nadal mają być naszą religią?

 

    Dla mnie w każdym razie jest rzeczą pewną, że system kapitalistyczny wspierany przez neoliberalizm i pozbawiony alternatywy, jak sam się przedstawia, zdegenerował się do roli maszynerii, która niszczy pieniądze, i w oderwaniu od odnoszącej niegdyś sukcesy społecznej gospodarki rynkowej służy już tylko sobie samej: jako nieprzyjazny społeczeństwu moloch, którego skutecznie nie ogranicza żadne prawo. 

 

Dlatego w dalszej kolejności powstaje pytanie: czy wybrana przez nas forma rządów, czyli demokracja parlamentarna, ma jeszcze wolę, a także siłę do tego, by obronić się przed tym grożącym jej rozpadem? Czy też każda próba reform mająca na celu poddanie banków i ich sposobu obchodzenia się z pieniędzmi jakiejś kontroli, to znaczy zmuszenia ich do działania w imię dobra wspólnego, nadal będzie delegowana do sfery niezobowiązujących deklaracji za pomocą rytualnego uzasadnienia, że „coś takiego, jeśli w ogóle, może się udać tylko na poziomie globalnym”?

 

    Jedno wydaje mi się pewne: jeśli demokracje zachodnie okażą się niezdolne do tego, by za pomocą fundamentalnych reform przeciwstawić się grożącym im już obecnie i spodziewanym w przyszłości niebezpieczeństwom, to nie będą w stanie poradzić sobie z tym, co w nadchodzących latach jest nieuniknione: kryzysami rodzącymi następne kryzysy, niepohamowanym wzrostem liczby ludności na świecie, spowodowanymi niedostatkiem wody, głodem i nędzą falami uchodźców oraz wywołanymi działalnością człowieka zmianami klimatycznymi. Rozpad porządku demokratycznego pozostawiłby jednak po sobie, o czym świadczy dostatecznie dużo przykładów, pustkę, a tę mogłyby zagospodarować siły, których opis przekracza możliwości naszej wyobraźni – mimo że sparzyliśmy już sobie palce na faszyzmie i stalinizmie, których skutki nadal odczuwamy.”

Günter Grass

Tekst za „Süddeutsche Zeitung” z 4 lipca 2011 r.

    „W styczniu 1896 roku cesarz Wilhelm II oficjalnie ogłosił Weltpoltik jako zasadę niemieckiej polityki. Historycy próbowali w rozmaity sposób wyjaśnić powody tej odnowy i znacznego wzrostu dążeń imperialistycznych. Golo Mann na przykład widzi w imperializmie chwilową międzynarodową „modę”. „W tym o czym myśleli w owym czasie niemieccy >>światowi politycy<< nie było nic specyficznie niemieckiego”. Mann konkluduje: „Postawiłbym więc tezę, że niemiecki imperializm był irracjonalny, podporządkowany polityce i psychologii, a nie racjonalnym interesom gospodarczym”. Ostatnio jednak historycy bardziej przychylają się do poglądu, że niemieccy przywódcy postrzegali imperializm przede wszystkim w kontekście polityki wewnętrznej i uciekali się doń jako do instrumentu umożliwiającego zmniejszenie wewnętrznych napięć i podziałów. Liczono, że sukcesy w polityce zagranicznej i kolonialnej pobudza patriotyzm narodu ( zwłaszcza klasy średniej) oraz zwiększą poparcie dla rządu i osłabią socjalistów. Zagraniczne sukcesy mogły odwrócić uwagę od konfliktów w kraju. […]”

    „Wielu ludzi należących do niższych warstw klasy średniej i wykwalifikowanych rzemieślników ucierpiało na skutek wielkiego wstrząsu gospodarczego, którego doświadczyły Niemcy pod koniec XIX w. […] radykalne konserwatywne ruchy były wystarczająco silne by inne grupy zechciały zabiegać o ich poparcie. Walcząc o utrzymanie własnej pozycji junkrzy (wschodnioniemieccy właściciele ziemscy) głosili w tym celu zainteresowanie zamorskimi przedsięwzięciami które w rzeczywistości były im obojętne.”

    „Nawet w latach dziewięćdziesiątych XIX wieku […] czołowi przemysłowcy i finansiści wydawali się bardziej skłonni do wykorzystywania kwestii kolonialnej dla zademonstrowania swojego patriotyzmu oraz w celu przekonania rządu aby ten całościowo wspierał niemieckie interesy poza Europą. […] W swoim czasie także admirał Tirpitz zrozumiał, że zainteresowanie koloniami można, podobnie jak „Weltpolitik” wykorzystać w celu pozyskania szerokiego poparcia dla budowy wielkiej niemieckiej floty, której utworzenie było jego głównym celem. Ta sama bron pojawiała się w arsenale kolejnych kanclerzy Niemiec, walczących o uzyskanie i utrzymanie wiekszości w Reichstagu oraz zdobycie wystarczająco dużej liczby zwolenników spośród licznych w Niemczech grup interesu. Do znacznej cześci retoryki dotyczącej „Weltpolitik” należy więc podchodzić ostrożnie i nie powinno się jej interpretować dosłownie.”


    Christopher Bartlett (Addison Wesley Longmann Ltd. London) 1994) „Konflikt Globalny. Międzynarodowa rywalizacja wielkich mocarstw w latach 1880-1990” Ossolineum 1997 strona 39-40.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d blogerów lubi to: