You are currently browsing the tag archive for the ‘brednie’ tag.

krasiczyn.jpg

    „Symbolicznym aktem ponownego połączenia dwóch zwasnionych brzegów Sano było przerzucenie nad jego nurtem sześciu linowych kładek. Stalo się to pomiędzy Sanokiem a Przetnyślem w latach 60. i 70. XX w. Na tym odcinku rzeki, prócz mostów w obu tych miastach, był jeszcze tylko jeden — w Iskani. Symbolika ta była o tyle mocniejsza, że nie dokonały tego władze, a sami mieszkańcy nadsańskich wsi z pomocą inżyniera Kazimierza Gałajdy pochodzącego z Siedlisk kolo Dynowa. Jako chłopiec chodził do szkoły w Nozdrzcu za Sanem. Gdy na rzece nie było lodu dzieci przewożono łódką — o ile nie było powodzi. Jednak przez 5-6 miesięcy San jest zamarznięty lub plynie po nim kra, albo jest wiosenna powódź i przeprawa łodzią jest niemożliwa. Oczywiście chodzono po lodzie, ale to było niebezpieczne i rokrocznie dochodziło do utonięć. Pomiędzy Sanokiem a Przemyślem nad Sanem leży ponad 50 wsi i niemal wszystkie miały ten sam problem jeśli nie leżały blisko jednego z trzech mostów w tym rejonie.
    Kazimierz Gałajda ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie i trafił do pracy w Zakładzie Budowy Kopalń Miedzi w Lubiniu. Dość szybko zajął jedno z kierowniczych stanowisk. Pamiętał o niedoli swoich ziomków, szczególne że odwiedzał rodzinne Siedliska. Postanowił zbudować nad Sanem kładkę linową. Materiał będzie pochodził z kopalnianego złomu, prace ziemne wykonają mieszkańcy wsi, a prace przy konstrukcji kładki młodzi górnicy podczas urlopów nad Sanem. Wieś karmiła górników, organizowała im noclegi a oni pracowali za darmo. I tak powstała pierwsza kładka wsi Wara, leżącej po sąsiedzku z Siedliskami i Nozdrzcem. Mieszkańcy nadsańskich wsi dowiedziawszy się o inicjatywie inżyniera Gałajdy prosili o następne kładki, deklarując pomoc w ich powstaniu. Lokalne władze były zadowolone bo nie musiały finansować tych przedsięwzięć.  Inżynier Gałajda uległ namowom i w kolejnych latach powstały kładki w Mrzygłodzie, Dobrej Szlacheckiej, Witryłowie, Słonnem, Ruskiej Wsi (zwanej obecnie Wybrzeże). Były one przeznaczone wyłącznie do ruchu pieszego i ich konstrukcja składała się lin przewieszonych przez podpory znajdujące siç na brzegach. W efekcie czego miała formę luźno zwisającej wstęgi, której część środkowa znajdowała się najniżej nurtu rzeki. Wszystkie one miały powyżej sto metrów długości, a kładka w Witryłowie nawet 220. Były i są wielką atrakcją turystyczną, bo nie tylko łączą brzegi Sanu umożliwiając wędrówkę raz jednym raz drugim brzegiem, ale dają radość oglądania przepięknej doliny Sanu znad nurtu tej rzeki. Nie wspomnę już o dreszczyku emocji, jaki daje przejście po bujającej się kładce o szerokości półtora metra i świadomość, że pod trzeszczącymi deskami, po których stąpamy jest tylko powietrze i nurt Sanu.
    Kładki budowane później dzięki pomocy inż. Kazimierza Gałajdy, w latach 80, XX w. były bardziej zaawansowane technologicznie. Wymagały także wkładu finansowego miejscowych władz. Tak zbudowano kładki pieszo-jezdne w Bachowie, Krasicach i Krasiczynie. Ich pomost o szerokości około pięciu metrów został usztywniony za pomocą wieszaków i lin nośnych, przerzuconych przez podpory. Pieszym turystom nie dają już takiej frajdy jak bujające się kładki wstęgowe, ale umożliwiają przejazd samochodów co jest ważne dla mieszkańców. Kładka, a właściwie już most w Krasiczynie powstał w 1986 r. i byl ostatnim dziełem inżyniera Gałajdy na Pogórzu Przemyskim. Dzięki jego inicjatywie kładki na Sanie stały się charakterystycznym elementem tego regionu i sporą atrakcją turystczną, Z czasem kładki w Mrzygłodzie i Dobrej Szlacheckiej zastąpiono mostami, a w Witryłowie zbudowano zupełnie nową kładkę podwieszoną na linach nośnych. Oddano ją do użytku latem 2011 r.”

Stanisław Kryciński

„Bieszczady. Tam gdzie diabły, hucuły, Ukraińce”

Wydawnictwo Libra PL, www.libra.pl, Rzeszów 2014

    Wpis jest adresowany do ludzi młodych, wychowanych na odkłamanej historii przywracającej wreszcie proporcje dotyczące Prawdy, Honoru i Męstwa. Pokazuje on jak PRL wykorzystywał naiwna ludność wiejską, by kosztem darmowej ich pracy, realizować swoje cele propagandowe, lub wręcz wyręczać się od wykonywania obowiązków jakie piastowanie władzy nakłada na rządzących. Wierchuszce PZPR mogło się wydawać że władza to niekończące sie darmowe obiadki z owoców morza i drogie wina jako aperitify. Nawet kelnerzy, zwykle jadący na jednym wózku z obsługiwanymi elitami komunistycznej władzy, mieli tego dosyć. Jeśli komuna upadła to przede wszystkim dlatego, ze w dziadostwie jakie tolerowała, a czasami nawet wymuszała, nie było miejsca na systemowe rozwiązanie najprostszych problemów ludzi, jak brak sznurka do snopowiązałek czy budowa nowej szkoły.

    Wpis ma charakter incydentalny, bowiem jest reakcją na działanie naszych władz które całkowicie zerwały z tą niechlubną praktyką przeszłości, jaką były czyny społeczne, i przywrócił normalny kierunek stanu rzeczy – mianowicie że 2+2 =4 zać osoba która nie posiadając stosownej koncesji starałaby sie skonstruować haczyki do wędki zamiast kupować oryginalne, chronione prawem autorskim, podlega karze grzywny lub więzienia do lat trzech.

Mieszkańcy wsi Kije (Lubuskie) własnymi rękami i z własnej inicjatywy wyremontowali niewielki most, bez którego byliby odcięci od świata. Problem logistyczny mają z głowy, ale zamiast niego pojawił się problem z prawem. Zarząd dróg twierdzi, że to samowola budowlana. Sprawą już zajmuje się prokuratura.

„Sami zbudowali most, odpowiedzą za samowolę? Prokurator: uwzględnimy wartość czynu społecznego”

za: tvn24.pl

 
 

kawalek-szczescia-pasek

 
 
 
 
Topolog Szachrajka
 
 
     

Chcecie bajki? oto bajka!
Był raz topolog szachrajka,
co budował bardzo śliczne
stacje kosmiczne.

Finitysta czy platonik,
tyra w kieracie jak konik:
takoż i topologowie.
A nad nimi są szefowie.

A nad szefem – są księgowi
co hołdują morfizmowi:
(zawsze wyjdzie taki bzdet )
budżet w kategorię FinSet

Szef raz zleca zespołowi
„Kosmodrom zbudować nowy!
„macie blachy sto arkuszy,
na więcej brakło funduszy”

Smutne miny, żałość wszędzie:
„Z tyla blachy? ciasno będzie”.
Logik ścisnął ręce w kieszni:
„mało będzie tam powierzchni”

Wtem Topolog nasz szachrajka
wpadł na pomysł: „to jest bajka!”
Klasnął, skoczył, wyginał wręgi
na kształt mobiusowej wstęgi!

Wraz robota jest skończona!
Stacja w kosmos wystrzelona.
Szef jest kontent że aż miło:
„tak przestronnie się zrobiło!”

„Teraz dla przecięcia wstęgi
przyjedzie marszałek tęgi.
Nieźleśmy to zbudowali!”
I wyszedł z uśmiechem z sali.

Kosmiczna orkiestra, przyleciał marszałek
Patrzy: jest korytarz, cały szereg gałek.
Panu marszałkowi siusiu się chce.
Pyta: „a gdzie tu jest wu-ce?”

Szef jest przerażony, woła Topologa.
„Topolog, no gdzie wu-ce?, jesuuu, o laboga!”
A topolog rzuca: „nie ma żadnej sprawy”
„niech idzie przed siebie i szuka po prawej…”

 
Zadanie dla zdolnych dzieci: stacja kosmiczna wykonana z blachy ma podłogę w kształcie wstęgi Mobiusa ( otoczoną stosownie ścianami, tak że można przejść ją całą w kółko ;-) Pan marszałek nie do końca pamięta, która ręka jest prawa, więc Szef zaproponował by topolog skoro taka mądrala, narysowała na podłodze panu Marszałkowi strzałki, zawsze w prawą stronę. Jak wiadomo wstęga Mobiusa – a wiec podłoga stacji, jest powierzchnią jednostronną, więc w końcu, rysując strzałki, topolog wróci do miejsca skąd zaczęła.
Pytanie: jak będą w tym miejscu wyglądały strzałki?

Wskazówka: A może warto sobie skleić wstęgę z papieru?

Słowniczek przydatnych terminów:
Morfizm – gdzie byś nie obracał, i tak wyjdzie na to samo
FinSET – kategoria zbiorów niestety skończonych
Wstęga Mobiusa – nieźle zakręcony kawałek przestrzeni

 
 

 

 

     W dyskusjach o prawach autorskich, zwłaszcza tych które ograniczają się ( całkowicie niesłusznie zresztą) do tematyki związanej z internetem padają często takie stwierdzenia: „Nie ma czegoś takiego jak darmowa treść w Internecie. Nie ma zarówno darmowych artykułów, jak i darmowych podręczników czy innych książek elektronicznych. To mit.” Zwykle następuje po nich argumentacja która opiera się na argumencie: „autor musi z czegoś żyć, a jak nie autor, to redaktor, korektor i drukarz”. I koszt życia autora koniecznie według owego mitu, muszą koniecznie być pokryte przez koszty jakie poniosą powiedzmy czytelnicy uzyskując dostęp do utworu jego autorstwa.
Zapiszmy cały ów argument w bardziej czytelnej i nadającej się do analizy formie implikacji „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Proponuję aby każda osoba która zechce czytać dalej, zanim to zrobi, w nowym oknie przeglądarki otwarła wyszukiwarkę na przykład google, i wyszukała tam następująca frazę: „e-book free download”. W moim przypadku fraza ta zwróciła  915,000,000 wyników. Prawie miliard wyników. Sporo. To jak to jest są darmowe treści czy nie? Chyba każdy wie że oczywiście są. Darmowy jest dostęp do Wikipedii, wielkiej ilości serwisów pocztowych i społecznościowych, pozwalających dzielić się zdjęciami i przechowywać pliki online. Polityki google pozwalają użytkownikowi na przechowywanie 2 Gb zdjęć, ale do rachunku zajętości wliczane sa jedynie pliki większe niż 2 Mb. Czy to kosztuje? Nie.

     Mamy zatem sprzeczność – mamy pewne zdanie „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” i dwieście milionów serwisów z darmowymi ebookami. Jak to możliwe. Mamy do czynienia z mitem. mitem darmowej treści. Mit ten nie służy dowodzeniu żę darmowej treści nie ma – bo ona istnieje równie realnie jak serwisy facebooka i google, jak wspaniały Project Guttenberg i Wikipedia. Mit ten służy dowodzeniu ze nie jest to sytuacja normalna i że pewna grupa biznesów, pośrednicy w dostępie do treści, tkwiąca w epoce przedcyfrowej, ma prawo domagać się finansowania by zachować swój biznes w kształcie w jakim istnieje od od XVII wieku. Tymczasem we współczesnym świecie miliony ludzi mają dostęp do wszystkich narzędzi – olbrzymich bibliotek informacji, narzędzi składu komputerowego i służących do obróbki grafiki, tanich i wydajnych serwisów hostingowych by mieć własne strony www, a nawet serwisów umożliwiających obsługę płatności – pozwalających na całkowite wyeliminowanie pośredników. I ma to swoje konsekwencje zarówno dla autorów jak i dawnych pośredników. Zwiększa się podaż treści. Dostęp do nich jest ułatwiony. Każdy może być i jest autorem, i każdy może publikować. Treści „leżą na cyfrowej ulicy” – wystarczy sięgnąć.

     Implikacja: „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” jest nieprawdziwa. Jest niepełna. Pomiędzy przesłankami a wnioskiem nie ma żadnego logicznego wynikania. Przesłanki mówią o kosztach życia i jest to zdanie ogólnie prawdziwe jak „słonce świeci”. Jego znaczenie nie ogranicza się wcale do określonej grupy zawodowej jaką sa autorzy. „Z czegoś żyć” muszą wszyscy, piosenkarze i śmieciarze, pisarze i dozorcy, studenci i budowlańcy. To prawda. Wniosek w implikacji zawiera stwierdzenie na na temat treści w Internecie. Nie ma żadnego logicznie uprawnionego rozumowania które pozwalałoby uznać implikację tak skonstruowaną za prawdziwa. Gdzie Rzym gdzie Krym. Przejście logiczne pomiędzy „dola autorów” a „darmowymi treściami w internecie” wymaga uzupełnienia o dodatkowe założenia, wypełnienia tej dziury logicznej szczegółami. Jak płatność za internet ma przenieść się na autorów? czy tylko na autorów? Jaka ma być cena? kto i jak będzie gromadził pieniądze? Kto będzie nimi zarządzał? Kto będzie je otrzymywał – wszyscy? Kto będzie płacił i jakie podatki z tytułu zysku? Co za swoje wydane pieniądze dostanie konsument? Jakie będą jego prawa?

     Nie idzie już nawet o prawdziwość lub nie implikacji „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Idzie o królika z kapelusza jakiego się usiłuje tu wyciągnąć i pokazać jako oczywistość. „To co udostępnia się w internecie nie jest darmowe” Rzecz w tym, że czasem jest a czasem nie. Czasem oczekiwanie opłat jest zasadne, czasem jest naciągactwem. Czasem ktoś ma dobry towar, a czasem wciska kit. W nadciągającej w Polsce dyskusji o prawie autorskim – implikacja „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” – jest kitem. W podanej implikacji nic nie jest określone – rzeczywiście jest to mit. Mit pod tytułem „Mit o darmowej treści” szerzony po to by przy stole negocjacji wylewać krokodyle łzy nad losem biednego autora. Mit o tym, że nie istnieją modele biznesowe dające darmowy dostęp do treści, wymyślony przez tych, którzy nie potrafią w nowej rzeczywistości zarobić….

    Jeśli Laplace by się nie mylił, Bóg byłby rachmistrzem, stałby za pulpitem i w swojej księdze buchalteryjnej rozwiązując równania różniczkowe i ustalając warunki początkowe kontrolowałby każde zdarzenie we wszechświecie. Obraz ten ma ponad x lat, ale nadal ciąży na naszym pojmowaniu Boga, jedyne co od tamtego czasu się zmieniło, to stanowisko z jakiego patrzymy na Jego istnienie. Raz zatem widzimy w nim informatyka, innym razem genetyka, za każdym razem chcemy w im widzieć uosobienie naszych nadziei na poznanie świata, panowanie nad przyrodą i na koniec, choć to może najważniejsze zrozumienie egzystencji nas samych – ludzi.

     Modele Boga dla ateistów ( i nie tylko):

1. Magik: Bóg składa w twoją rękę kopertę. Dokonujesz wolnego wyboru. Otwierasz kopertę a tam jest napisane co wybrałeś

2. Oszust ( model sfalsyfikowany przez nierówność Bella – czyli nauka dowiodła, że Bóg nie jest oszustem ;-): szafki jak w skrytkach pocztowych, Bóg zagląda do środka od swojej strony bo ma takie drzwiczki i może określić wartości układu kwantowego. My jako klienci świata z drogiej strony musimy z konieczności patrzyć na szafeczki przez oczy rozumu zasłonięte źle dobranymi i dalekimi od doskonałości okularami. Niestety nie widać przez nie zbyt dokładnie, i albo udaje nam sie dostrzec ze coś sie porusza albo widzimy w którą stronę ale nie wiemy jak szybko.

3. Matematyk w prochowcu: Bóg jako metamatematyk ma w kieszeni zbiór wszystkich zbiorów

4. Supier-Kompiuter: Bóg a umie obliczyć wartości funkcji nieobliczalnych i umie zdefiniować co to prawda posługując się kilkoma znanymi sobie sentencjami.

5. Mnich Filozof: Bóg parzy na nas z góry i się zastanawia po co ta bieganina, ale tak naprawdę mało go to obchodzi, bo jego oczy zwrócone sa ku wieczności i sprawy doczesne niewiele go obchodzą skoro nie ma po co się martwić o wikt i opierunek.

6. Mechanik: Bóg jako mechanik został wymyślony przez Laplace’a kiedy jeszcze się zdawało że światem rządzi mechanika precyzyjna….

7. Posthumanista: Bóg jako tajemnica która leży u źródeł wszystkich dekonstrukcji naszych narracji opisujących świat. Jakby ktoś wiedział co znaczy to zdanie, proszę o informacje…

    Inspiracja: http://www.staff.amu.edu.pl/~zbigonys/model_boga.html

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d blogerów lubi to: