You are currently browsing the category archive for the ‘sztuka’ category.

krasiczyn.jpg

Niedawno z Programu 2 Polskiego Radia z Rozmów o Sztuce od pani Bożeny Fabiani dowiedziałem się że *archimimus* – to sobowtór zmarłego, wynajmowany na pogrzeb w trakcie tzw. pompa funebris w Rzeczpospolitej szlacheckiej. Niektórzy archimimusi byli niebywale podobni do zmarłych, starano sie oczywiście by podobieństwo było jak największe. Jego rolą było uczestnictwo w pogrzebie tak by przybyli uczestnicy mieli wrażenie namacalnej obecności zmarłego, zaś kulminacją tych działań mógł być wjazd konny takiej osoby do kościoła i spektakularny upadek z konia przed trumną.

Generalnie pogrzeby szlachty i bogatszego mieszczaństwa w barokowej Polsce, celebrowano w niezwykle huczny sposób. Sama ceremonia, podczas której rodzina zjeżdżała sie z całej Rzeczpospolitej by nawiedzić zmarłego, trwała z powodu dużych odległości, nieraz kilka miesięcy a uczestniczyło w nich nieraz kilka tysięcy osób. Bogato zdobiono zmarłego, trumnę, budowano zdobny katafalk, urządzano przedstawienie pogrzebowe podczas którego łamana o o trumnę broń ( co było zwykle źródłem okaleczeń i wypadków). Kolorami żałoby były czarny i czerwony, i tak przyozdabiano trumnę, wóz na którym ją wieziono w trakcie pogrzebu, katafalk, a nawet konie.

Na szczególną uwagę zasługuje konterfekt – portret trumienny będący swoistym elementem kultury sarmackiej, szczególnie rozwiniętym i powszechnym na terenach  Rzeczpospolitej.  Pierwszym takim portretem był kontrefekt Stefana Batorego , niewielkich rozmiarów, być może namalowany przez Marcina Kobera. W kolejnych latach pomysł chwycił, i portret trumienny zrobił w dawnej Polsce niezwykłą karierę. Początkowo niewielkich rozmiarów ( ten na obrazku ma tylko 10 cm średnicy) rozrósł sie do 70 cm i kształtów odpowiadających przekrojowi trumny. Znacząco wzrosła także jego powszechność. Z początku będący zwyczajem magnackim, przekształcił sie w ogólnoszlachecki a pod koniec XVIII wieku portrety takie masowo fundowali sobie wszyscy bogatsi ludzie, w tym mieszczaństwo i protestanci. Masowość szła w parze z całkowitą anonimowością twórców. Jak to już pisałem na blogu, w Polsce ważniejszą postacią jest twórca wychodka niż artysta malujący portrety, bo faktura dla cieśli opiewa na więcej pieniędzy i dotyczy pracy zespołu ludzi, zaś artysta, zwłaszcza użytkowy pracował zwykle sam i nikt raczej nie poważał jego pracy.

Na portrecie trumiennym nieboszczyka zwykle przedstawiono w portrecie en face 3/4 z oczami utkwionymi w widza. Postać zmarłego ukazywano w pysznym, paradnym, strojnym ubraniu.  Na ogół był to strój w którym chowano zmarłego, pełen ozdób, bogato wykończony, z futrem itp. Zwyczaje pogrzebowe były pod tym względem tak niezwykłe, że jeden z odwiedzających kraj francuzów zanotował, że bardziej przypominają one święcenie triumfu czy zwycięstwa w bitwie, niż złożenie do grobu.  Co niezwykłe, choć inne elementy pogrzebu, jak przedstawienia czy mowy, pełne były przesady i zmierzały w kierunku gigantycznego pochlebstwa w stosunku do nieboszczyka, portret zmarłego zwykle był realistyczny. Powszechne są realistyczne przedstawienia osób brzydkich, portrety o sporych walorach psychologicznych ( jak choćby ten na obrazku), przedstawiające nieboszczyka bez upiększeń.

Niektóre osoby nie życzyły sobie hucznego pogrzebu, a przykład matka Jana Sobieskiego, zawarła taką klauzulę w testamencie. Aby uczynić za dość woli zmarłej, dokonano zatem 2 pogrzebów. Pierwszy odbył sie w sposób _nader skromny_ to znaczy uczestniczyło w nim 200-300 osób, zaś ceremonię pogrzebową celebrowało około 30 szeregowych księży. Po takim wykonaniu testamentu, dokonano bardziej oficjalnego pochówku z udziałem kilku biskupów, paradnym konduktem, biciem w dzwony, muzyką i kilkoma tysiącami gości….

galeryjlka.jpg

 

Okazuje sie że ludzi odczuwają zażenowanie kiedy spotykają się z amatorską sztuką. Sztuką niekoniecznie głęboką, opartą na latach kształcenia i gruntownej wiedzy. Właściwie można by wzruszyć ramionami i powiedzieć – tak bywa. Osoby które nie lubią takiej sztuki – po prostu niech jej nie szukają. Ci którzy ją znaleźli i ich ta sztuka bulwersuje podobni są trochę do ludzi podglądających przez dziurkę od klucza bezeceństwa, którzy zgorszeni i zdegustowani nie mogą oderwać wzroku, rozpowiadają całą rzecz w koło a ja tym wpisem włączam sie do dyskusji. Scena godna niemal komedii Goldoniego.

Generalnie sądzę że decydują tu zwyczajnie tzw. horyzonty, obycie i przyzwoitość. Są ludzie pozbawieni samokrytycyzmu, ignoranci bez potrzeby zdobywania wiedzy ale za to z parciem do ludzi ( czasy Wolności sprawiły że wszyscy oni wyszli z domów i zdominowali całe życie społeczne w Polsce – wystarczy otworzyć telewizor – tzw. celebryci to głównie oni). Sa wszakże także ludzie niedouczeni, z małych miasteczek, wiosek, jak ja, którym sie wydaje że jak przetłumaczyli Carmina Burana to sięgnęli szczytów intelektualnej perwersji a na więcej ich zwyczajnie nie stać ( w szczególności nie chcą lub nie mogą poświęcić tygodni czy miesięcy na naukę języka i pogłębienie wiedzy). Z poezją nie mam wiele wspólnego wszakże trochę więcej mam wspólnego z rysunkiem i malunkiem, są dla mnie zdecydowanie łatwiejszą formą wyrazu i rozrywki ( zarówno jako konsument jak i jako hm… twórca?) i w tym obszarze wyrażę swoje zdanie.
Po pierwsze jestem zdecydowanie przeciwko elitaryzmowi. Każdy ma prawo do reki wziąć pędzel albo ołówek i zrobić kopie Giocondy. Dzieło owo będzie jego własnym wytworem, zaś nieunikniona niezgodność z oryginałem ( nie mówimy o fałszerzach!) będzie objawem bądź braku techniki, bądź wynikiem indywidualnego procesu twórczego. Taka działalność jest wartościowa. Wielcy mistrzowie rysunku, artyści, nie wyskakują z głowy Atenie, tworzą sie w pracy i bólach. Pogardzany dziś i powszechnie potępiany plagiat, rozumiany nie tyle jako przypisanie sobie czyjegoś dzieła, ale zaczerpnięcie czyjejś idei, pomysłu, historycznie jest podstawową metodą nauki a na dodatek wręcz standardową metoda twórczą w malarstwie. Standardową metodą nauki malarstwa jest kopiowanie obrazów mistrzów. Przy tym malarze zawsze powielali swoje dzieła zarówno własne co nazywamy autoplagiatem ( niektórzy potrafili malować ten sam obraz w dziesiątkach kopi czy wersji, z rozmaitych powodów, od czysto zarobkowych do realizacji czysto wewnętrznych i artystycznych potrzeb) jak cudze. Należy także pamiętać że całe wieki historii malarstwa przebiegały pod znakiem miej lub bardziej formalistycznym – pewne postacie np. postać Chrystusa, przedstawiono zgodnie z pewnym kanonem, często powstałym w oparciu o szczególnie udaną pracę „dawnego” mistrza. Całą tak wielka dziedzina sztuki, czy rzemiosła, jak kto woli, jak pisanie ikon, w pewnym sensie polega na kopiowaniu tych samych idei wizerunku, co gwarantuje na przykład rozpoznawalność świętych. Na wielu działach widać także nawiązania, zapożyczenia, często złośliwe komentarze do dzieł innych malarzy. Smaczki takie są dziś poszukiwanym i interesującym trivium dla amatorów malarstwa. Nie przypadkiem Picasso powiedział że „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”..

Po drugie mury miejskie w Krakowie pełne są landszaftów wytworzonych przez całkowicie profesjonalnych artystów z dyplomami. Gdyby przez pryzmat tej twórczości oceniać ich poziom artystyczny, należałoby zamknąć Krakowską ASP – ze wstydu. Gdyby przyjąć że ta twórczość jest wynikiem wyłącznie tanich gustów tzw. prymitywnego odbiorcy – wszystkie obrazy musiałyby iść jak świeże bułeczki. Nie idą. Prawda bowiem jest taka, że na 100 namalowanych obrazów, dobrych jest kilka. Na te kilka – realną wartość artystyczną ma jeden? Wartość rewolucjonizująca sztukę – jedne na dziesięciolecia. Dostępność materiałów malarskich, upowszechnienie możliwości twórczych – niejako upowszechnienie sztuki zarówno w odbiorze jak i w produkcji – bo przecież z produkcją mamy do czynienia – słowem – zwiększenie podaży – w istocie poprawiło poziom sztuki w koło. Tyle że dzieje sie to w drugim obiegu, internetowym samizdacie. Otaczamy sie przecież coraz ładniejszymi przedmiotami, jeśli ktoś chce może sobie stylowo urządzić mieszkanie, poprawił sie znacząco poziom ilustracji książkowych dla dzieci ( co wynika z zaniku disnejowskiej estetyki w obszarach ilustracji książkowej). Z wolna wyrasta nam rynek na grafikę koncepcyjną ( dla wytwórców gier, filmów tzw concept art ), na dobre logo, na ciekawe wzornictwo. Tylko że publikatory, media, nie rozpoznają jeszcze tego zjawiska, szukają go nie tam gdzie należy, nie pokazują zdolnych, młodych, nie nawiązują współpracy z amatorami którzy mogliby tym sposobem pokonać drogę od domowego mazania do profesjonalnych zleceń. Zjawiska którego bodaj najgłośniejszym wyrazem był sukces Tomasza Bagińskiego.  Żyjemy w kraju w którym rewolucja polega na skopiowaniu tego co wymyślili inni, bo to nie pociąga za sobą krytyki, jest bezmyślnym i bezpiecznym obszarem naśladownictwa. Nie niepokoi. Tak właśnie funkcjonują elity w Polsce. Tymczasem to właśnie utrata pozycji przez elity, a nie ich wyalienowanie – jest przyczyną tego ze rzeczy idą w lepszym kierunku, to właśnie anty-elitaryzm stał sie powodem rozkwitu zachodu, to egalitaryzm jest podstawową konstrukcją nowoczesnych społeczeństw, i to właśnie odwrót od egalitaryzmu, w postaci związku pieniędzy z polityką i romansem celebrytów z biznesem powinniśmy być najbardziej zaniepokojeni. W końcu wychwalana zewsząd klasa średnia ot mieszczanie, kupcy, ludzie pogardzani przez elity, jest podstawą liberalnej demokracji. I w końcu nie ma takiej dyktatury która by nie flirtowała z elitami, starając sie zwykle legitymizować przemoc toastami ze sławnymi reżyserami, aktorami, muzykami. Elitaryzm to zło, łatwe do zmanipulowania.
Inną zasadniczą sprawą jest nasz narodowy charakter ( rany! wiem, znowu o charakterze narodowym), skazujący każdego kto coś zrobi na krytykę. Skutkiem tego większość nic nie robi, a Polska wygląda jak wygląda. Cierpimy na nadmiar krytyków, a na niedomiar ludzi twórczych. Przypomina mi sie tu, na marginesie,  ponoć autentyczna sytuacja, jaka miała miejsce podobno w porcie Gdyńskim. Wnuczek z babcią zwiedzali okręty zakotwiczone na nadbrzeżu i gówniarz wpadł do wody. Na szczęście pełniący wachtę marynarz, skoczył za nim natychmiast, uratował dziecko i przy pomocy gapiów wydostał sie na brzeg razem z małym. Babcia która oczywiście odchodziła od zmysłów, wyściskała wnuczka po czym zwróciła sie do marynarza: „A gdzie berecik?”.

Świat docenia działalność twórczą, choćby niepełną, nieoryginalną, nie profesjonalną. Osobiście bardzo cenię np. klimat jaki panuje na portalu deviantart, bodaj największym tego typu portalu społecznościowym poświęconym sztuce. Zaskakująco dużo dobrych i profesjonalnych artystów publikuje swoje prace właśnie tam. Na bardzo poczytnym blogu linesandcolors.com prezentującym dzieła profesjonalnych artystów, co chwila pojawia sie odwołanie do deviantarta. Nie jest to wiec portal amatorski. Jednocześnie 90% prac tam prezentowanych to prace nieporadne, ułomne, z brakami. Tym niemniej krytyka typu „twój obrazek jest kiepski, lepiej zajmij sie robieniem butów” jakiej pełno na Polskich portalach o sztuce ( a sporo z nich odwiedziłem swego czasu) właściwie nie występuje. Osoba która by tak napisała, zostałaby oceniona jako „zakompleksiony burak”. Pełno natomiast słów otuchy, skierowanych do ludzi którzy sie uczą. Nawet namalowanie postaci z ulubionej kreskówki ( tzw. fanart) jest traktowane tam jako okazja do nauki, kompozycji, koloru, kreski. Ludzie którzy sie uczą potrzebują zachęty, pochwały. Potrzebują także krytyki. I o nią proszą!

Wydaje mi się że niesłusznie odsądzamy od czci i wiary grafomanów, nieudaczników, amatorów którzy nie wnoszą do historii sztuki przełomu i rewolucji, ale wnoszą ciekawość, chęć naśladownictwa, miłość i entuzjazm. Wyśmiewamy ich łatwo za ich potknięcia, nieznajomość rzeczy. Marsjasze wchodzą na appolińską dziedzinę nie od dziś i nie od dziś wiadomo że bez litości, kiedy wytknie się im już braki i gdy wszyscy już nie mają wątpliwości że nie zasługują na laur, obdziera sie ich ze skóry. Tymczasem to jest prawdziwa elita tego kraju – ludzie którzy czytają Rimbaud i to w oryginale, farbkami ze sklepu z artykułami szkolnymi kopiują Giocondę.  Ilu takich ludzi spotkasz w tramwaju? Wolałbyś czytelniku żeby w internecie były tylko blogi kibiców piłkarskich?

 

Esej jest odpowiedzią sprowokowaną tym wpisem Drakainy, na skądinąd fajnym jej blogu.

galeryjlka.jpg

 

    Dzisiaj w PR2 PR w audycji „W stronę sztuki” pani dr. Bożena Fabiani mówiła o staropolskim artyście Marcinie Koberze. Wikipedia bardzo oszczędna w fakty, bo tez i niewiele wiadomo o życiu malarza. Poniżej portret Batorego – jeśli prawidłowo zidentyfikowałem dzieło na podstawie opisu słownego pani doktor, to jest to portret trumienny władcy. Namalowany na blasze ma bardzo niewielkie rozmiary, zaś jego realizm jest wstrząsający. Mamy do czynienia z portretem psychologicznym, warto wiedzieć że jest to pierwszy portret trumienny w Polsce W latach następnych pojawiły się ich setki tysięcy, każdy szlachcic i bogatszy mieszczanin sobie taki na trumnie przyczepiał – być może wzorując się na poniżej pokazanej pracy Kobera. Z tym, ze autorstwo nie jest jasne – choć forma podobna do oficjalnego i większego w rozmiarach portretu koronacyjnego władcy – brak sygnatury artysty. Kober miał malującego brata – może to jego dzieło?

 

Batory.PNG
Batory” autorstwa Marcin Koberbilddatenbank.khm.at. Licencja Public domain na podstawie Wikimedia Commons.

 

    Ciekawym aspektem sprawy jest niewielka ilość informacji o życiu artysty. Właściwie to idąc z duchem czasu pani Bożena Fabiani – jak wyjaśniała – chciała przedstawić postać jakiejś kobiety, malarki. Natrafiła w życiorysie Kobera właśnie na informację że poślubił on niejaką Dorotę, która malowała obrazy. Ale to już wszystko co o niej wiemy, oczywiście poza tym, ze rodziła mu dzieci. Co ciekawe i o samym Koberze nie wiadomo wiele – bo i w tamtych czasach w Polsce malarz był ledwie rzemieślnikiem. A że pracę wykonywał „atomowo” czyli w całości sam, to i po całym jego życiu najczęściej pozostawała informacja związana z zapłatą wydawaną ze skarbca władcy czy mecenasa. „Marcinowi Koberowi dukatów 60 za malowany portret” – mniej więcej tyle poświęcano uwagi artyście. Inne rzemiosła miały znacznie lepiej bo np. budowa wychodka – a był to przykład podany przez panią doktor – często wymaga najęcia nie tylko „wykonawcy”, ale i pomocników co daje okazję do znacznie bardziej rozbudowanych i bogatych w przypisy rachunków. Malarz tworzący obrazy – pracował sam, po cichu i bez zainteresowania ze strony szlachty i władców. Stąd o ludziach tworzących to co nas otacza wiemy prawie nic. Bo i nikt – żaden kronikarz, dziejopis itp. – nie uważali za właściwe zajmować się nimi. Stąd historycy sztuki w Polsce, mają szalenie trudne zadanie – nie dosyć że dzieł zachowało się mało, bo takich miłujących sztukę mamy sąsiadów, to jeszcze o twórcach pisano niewiele lub zgoła nic. Właściwie najwięcej wiedzy o ich życiu czerpiemy z dzieł spisanych kiedy np. uczyli sie za granicą, czy pracowali dla obcych władców. Proszę sobie zdać sprawę z paradoksu – o malarzu pisano więcej gdy czeladnikował w Niemczech, niż kiedy jako mistrz pracował w Polsce dla królów.

    Trochę jak w starożytnym Rzymie gdzie wykonawcą akweduktów czy mostów byli zawsze bogaci patrycjusze, którzy być może jedynie finansowali je z daleka, a tylko wyjątkowo zajmowali sie administracja – zwykle finansową – budowy. Prace, projekt, nadzór nad wykonawstwem – to wiemy – tradycyjnie prowadzili wykształceni Grecy, często niewolnicy. Niewiele o nich wiemy, bo ni zaledwie „wykonywali prace”, tworzyli projekty, nadzorowali i organizowali prace ludzi. To tak jak w Apple – Steve Jobbs – jako twórca iPhone – a cała reszta w tym Wozniak – to ludzie tonący w cieniu.  Najśmieszniejszym elementem sprawy jest w to że ci w świetle reflektorów zdają sie sądzić ze to prawda…

    Dyskusja o tym, ze w naszym kraju nie mamy zwyczaju zapisywać i szanować informacji o prostych sprawach spycha nasza kulturę w pozycję wiecznego naśladowcy. Każda informacja, zwłaszcza jeśli ma być ceniona, musi być cytowana, najlepiej z francuskiego, albo angielskiego czasopisma. Każdy ogląd musi być na tyle uniwersalny by spodobał sie francuzowi czy anglikowi. Broń boże żeby był Polski, żeby przedstawiał stanowisko ludzi żyjących w tym miejscu, tu lokujących swoje pomysły i życie. To nie przystoi, intelektualiście, to wstydliwe, to sa poglądy jakie wydobywa z siebie plebs – i faktycznie we Francji byłoby to nie do pomyślenia…. Pisałem już kiedyś o czymś podobnym…

 

 

    Zawsze chciałem pobawić się w grafika, zwłaszcza drzeworytem, obecnie już wiem, że sztorcowym, ale to skomplikowane i drogie działania. Podstawowe problemy zaczynają się od kwestii zdobycia podkładu ( deski) i sprzętu ( prasa!), a skończywszy na kwestiach zdrowotnych – większość profesjonalnych technik artystycznych związanych z grafika w ten czy inny sposób używa płynów nieobojętnych dla zdrowia ( np. farby).

 

    Niedawno trafiłem na stronę Belindy Del Pesco gdzie opisano bardzo prosta technikę graficzną – monotyp. W angielskiej wikipedii jest hasło Monotyping. Niestety w Polskiej brak jego odpowiednika, a pod hasłem monotypu znajduje się kilka rzeczy, w tym opis maszyny zecerskiej – co oczywiście ma związek z grafiką, ale odległy. Technika ta jest szalenie prosta, szybka, a na dodatek możliwe jest użycie farb wodnych, takich jak tempera, co sprawia że można tak się pobawić z dzieciakami! W skrócie ( bo poniżej opiszemy to w detalach) zabawa polega na pokryciu kawałka gładkiej płyty – szklanej (metalowej, plastikowej), farbą. Następnie korzystając z dostępnych narzędzi i własnej pomysłowości – ja uzywałem patyczków do szasłyków – wydrapujemy na płytce to co chcemy aby nie przeszło na papier. Jest to technika druku czy grafiki wklęsłej – jak drzeworyt – czyli „malujemy światłem” lub inaczej – co usuniemy tego nie będzie. No i zrobiliśmy własne monotypy – i tym się właśnie pochwalimy!

 

    Stosowaliśmy banalnie proste rzeczy dostępne w domu. Płytki szklane ( potrzeba co najmniej jedną) miałem z antyram kupionych w Ikea. Farby – tempery plakatowe firmy Astra. Papier – cięliśmy go na 4-ry lub 2 części nożem – Koh-i-noor PopDraw 180g/m^2 z Lidla. Rozmazywanie farby na szkle odbywało się za pomocą przyciętego i przełamanego „mazidła” z przeźroczystej części plastikowej, sztywnej, okładki na płytę CD. Maziałem fabrycznie równą, wygiętą i zaokrągloną częścią plastiku. Przełamanie było konieczne by mieć narzędzie o szerokości powiedzmy 5 a nie 15 cm. Oczywiście jak kto ma profesjonalny wałek gumowy – efekt będzie lepszy bo tło będzie bardziej jednorodne – do zabawy jednak nic lepszego nie trzeba. Farby się w zasadzie nie rozcieńcza woda – maziałem taka jaka jest z tubki – ewentualnie w niektórych przypadkach eksperymentowałem z dodaniem dosłownie 1-2 kropli wody. Zamiast prasy – wałek do ciasta. I to wszystko.

     Odbitki wykonuje się kilka razy – pierwsza odbitka, oraz kolejne nazywane „duchami” ( ang. ghosts). Ta pierwsza ma formę grafiki, te kolejne sa coraz mniej widoczne, za to nadają się świetnie do kolorowania. Efekt tego kolorowania jest czasem ciekawszy niż pierwsza odbitka! Wydaje sie że technika ta daje fenomenalne możliwości także i tym którzy szukają artystycznego efektu – przy zastosowaniu banalnych i bardzo tanich materiałów!

     Wykonanie monotypu przebiega następująco:
     1. kompletujemy materiały – płytka szklana, metalowa lub plastikowa, papier, rysiki – ja użyłem patyczków do szaszłyków i wacików do uszu dla dzieci.

     2. Namaczamy papier – w naszym przypadku za kuwetę posłużyła forma do pieczenia ciasta.

     3 Rozmazujemy farbę. Nakładamy niewielką ilość, około 1cm^3, kapiemy krople wody, i za pomocą maziadła z kawałka plastiku ( najlepiej by miał równą i gładką krawędź) mieszamy i rozprowadzamy równomiernie po obszarze na jakim będziemy Kreować Dzieło. Po rozprowadzeniu farby powinno być niewiele, wszędzie równo i raczej nie powinno nic prześwitywać, chyba że decydujemy się na właśnie taki efekt ( powiedzmy kiedy Kreujemy sztachety w płocie, pionowe zadrapania mogą być ciekawym efektem).

     4. Tworzymy Dzieło zdrapując, wymazując, nakładając i rozcieńczając farbę jak nam się podoba. To co zostanie czarne – będzie czarne., To co wymażecie lub rozjaśnicie – będzie jasne! Na obrazku myszka na źdźble trawy – autorem jest 7-letni Kacperek Kurz. Brzegi Kreacji czyścimy nieco zmoczonym papierem toaletowym, tak by nie zostało smug i śladów tam gdzie ich nie powinno być. Niestety kilka razy zaniedbałem tej czynności z niezbyt ładnym skutkiem. Farba na płytce może, ale nie musi, całkiem wyschnąć! Nc nie szkodzi – o ile uzywacie farb wodnych – mokra kartka i tak ją upłynni. Taką samą techniką można oczywiście stosować dla farb olejnych – wtedy o wysychaniu nie ma mowy. Akryle po wyschnięciu sa wodoodporne – nawet jesli są wodorozcienczalne.

     5. Jeśli Kreacja na płytce jest już gotowa, wyciągamy z kuwetki namoczony arkusz papieru i suszymy go na ściereczce. Ja wykonywałem to tak, że zawijałem go jak widać na zdjęciu i przejeżdżałem kilka razy wałkiem do ciasta. Jeśli ścierka ma fakturę – odbije się ona na papierze – nie szkodzi. Ważne by papier nie był zbyt mokry – podczas odbijania woda może wyciec i rozleje nam cały rysunek. Sprawdzamy zatem po odciśnięciu czy na powierzchni papieru nie ma „płynnej wody” która szkli się pod światło. Jeśli jest – suszymy dokładniej. Dla papieru jaki stosowałem – idealnie jak papier jest wilgotny ale prawie wcale się nie szkli. Jednak jeśli ktoś użyje papieru jak do drukarki, a więc kredowanego z wierzchu, błyszczącego – wówczas może być nieco inaczej. Trzeba zepsuć ze dwie kreacje żeby sie przekonać ;-)

     6. Kładziemy papier na Dzieło, jednym dokładnym ruchem. Nie może być żadnych zagięć, musi leżeć równo. Następnie na górę kładziemy gazetę, lub plik kartek ( ja użyłem kartki z jakiejś makulatury), i wałkujemy mocno wałkiem do ciasta. Z mojego doświadczenia wynika że można w to włożyć sporo siły i efekt polega na tym, ze prawie cała farba przejdzie na kartkę.

     7. Jeśli naciśniemy nieco słabiej, można będzie wykonać więcej odbitek – duchów – udawało mi się nawet odbitkę i dwa duchy. Wybór zatem należy do Was – eksperymentujcie! Odbitkę wygodnie jest zdejmować z płytki szklanej pomagając sobie nożem by podwazyć jeden z jej rogów.

 

     A to nasze prace…. ( proszę sobie wybrać „pokaż obrazek” w przeglądarce. Idioci od urządzeń mobilnych promuja internet szeroki na jedna literę – co nadaje sie chyba tylko do wyświetlania znaczków „like it” i do niczego więcej)

 

Dynia – 1.11.2013 – Kolorowany duch – autor – Kacperek Kurz

 

1.11.2013 – Jabłko – kolorowany duch – autor – Klimek Kurz ( kolorował Kacperek)

1.11.2013 – Mysz na pszenicy – autor – Kazimierz Kurz

Mysz na pszenicy – kolorowany duch – autor Kazimierz Kurz

 

 

graby.jpg
    
    
Pieśń głogu
    
    
Ach, co to za siła mną kołysze…
Wzrastam coraz mocniej,
przemierzam prezbiterium, arkady,
moja gałąź sama kieruje się w stronę gdzie płoniesz.
Jeszcze martwa.
Ach, pozwól mi! Nim świt nastanie,
przebyć tę drogę!

Gdy przebiję ziemię która cię skrywa,
rozkwitnę setką białych kwiatów.
W zieleni zapłonę biało do cna korzenia,
okryję twe ciało, oddechem owionę, wydamy owoce,
krwistoczerwone i cierpkie.
Ach wiem! Czeka nas oboje cierpienie,
rankiem przyjdą siepacze!

W te noce dopełnia się nasze przeznaczenie.
Wschody i zachody, zimy i lata,
przez witraże płonące wnętrza, ciągłe czekanie.
Wszystkie złudzenia co przeminęły. Korowody postaci.
Rycerz twój skonał Izoldo.
Twoja miłość, mój ból,
kwitnie.

    
    
    
    

Zakończenie historii Tristana i Izoldy.

 

 

O Fortuna, velut luna
statu variabilis,
semper crescis, aut decrescis;
vita detestabilis
nunc obdurat, et tunc curat
ludo mentis aciem,
egestatem, potestatem
dissolvit ut glaciem.     

 

Sors immanis et inanis,
rota tu volubilis,
status malus, vana salus
semper dissolubilis,
obumbrata et velata
michi quoque niteris;
nunc per ludum dorsum nudum
fero tui sceleris.

Sors salutis et virtutis
michi nunc contraria,
est affectus et defectus
semper in angaria.
Hac in hora sine mora
corde pulsum tangite;
quod per sortem sternit fortem,
mecum omnes plangite!

O Fortuno, księzycowo
tyś jest kapryśna i zmienna.
Wynosząca, rujnująca;
W życiu mi nie wzajemmna.
Raz uciskasz, raz łagodzisz,
tak ze mną sobie grywasz.
Czy ubóstwo, czy bogactwo,
lekko jak mgłę rozwiewasz.     

 

Losie – straszne jest i puste,
twe wirujące koło.
Zepsutaś jest. Mój każdy gest
śmiech wywołuje wkoło.
W tych ciemnościach, i domysłach,
zagadki wciąż są nowe.
W tej twojej grze, trwoga spadnie
na moją nagą głowę.

Czym zdrowiu jest, czym w cnocie jest,
Z losem mi trzeba walczyć.
Rozpala mnie, obarcza mnie,
nie umiem się uwolnić.
W złej godzinie, niespodzianie,
zrywa i brzmiącą strunę.
Bo fatum złe, pokona mnie,
Wszystkim przynosi płacz!

 

    Pozwoliłem sobie na tłumaczenie! Padło na O Fortuna ze zbioru Carmina Burana.  Muzyka jest podniosła i porywająca, jest to bardzo znany i łatwo rozpoznawalny utwór. Wykonań na Youtube jest bardzo wiele. Łaciny nie znam wcale. Angielski o tyle o ile – a z niego na podstawie tekstu z wikipedii tłumaczyłem. Tłumaczenie też nie wierne – zdaję sobie sprawę że ostatnie cztery wersy idą wpoprzek tekstu. Ale jakoś mnie chwyciło. Przerażajace. Życie i ta muzyka.  Znalazłem inne tłumaczenie, i jest ono znacznie zgrabniejsze, ale mam nadzieje, że moje jest śpiewniejsze.

 

 

    „The film is about the essence of art and the importance of faith and shows an artist who tries to find the appropriate response to the tragedies of his time. The film is also about artistic freedom and the possibility and necessity of making art for, and in the face of, a repressive authority and its hypocrisy, technology and empiricism, by which knowledge is acquired on one’s own without reliance on authority, and the role of the individual, community, and government in the making of both spiritual and epic art.”

     Za Wikipedia – artykuł o filmie Tarkowskiego „Andriei Rublev”

    [1]”Jednym z istotniejszych zdarzeń kształtujących zbiorową tożsamość napisowców, był sygnalizowany już w raporcie atak przypuszczony na to środowisko przez firmę dystrybucyjną [filmy] [słowo filmy – przypis mój] Gutek Film na przełomie 2005 i 2006 roku. Atak ten pociągnął za sobą nie tylko zawieszenie jednego z dwu największych portali dystrybuujących listy dialogowe (napisy.info), ale też późniejsze (2007) aresztowanie osób prowadzących drugi z portali (napisy.org).”

   [2] „W 2007 r. działania organów ścigania nakierowane teoretycznie na właścicieli serwisu napisy.org, zaczęły zataczać szersze kręgi obejmując również samych *tłumaczy.* Były naloty policji o szóstej rano, rekwirowanie komputerów, zatrzymania. Anna wspomina o strachu, jaki jej wówczas towarzyszył – twierdzi zresztą, że odczuwa go do dziś. W reakcji na informacje o działaniach policji, sformatowała dysk twardy, część płyt z filmami wyrzuciła, a co fajniejsze elementy zbioru wywiozła na działkę i ukryła w piwnicy. „Przycichła” na jakiś czas, podobnie jak większość tłumaczy. Po czym wróciła do tłumaczenia „pirata” i wrzucania napisów do sieci – bo jak twierdzi, nie wyobraża sobie już życia bez tego. Co zrobiłaby, gdyby w obliczu konsekwencji prawnych musiała przestać? Na pewno nie robiłaby tłumaczeń „do szuflady”. „Prędzej bym poszła na takie portale, gdzie  się poezję tłumaczy. Wtedy jest bardziej legalnie, może nikt cię nie będzie ścigał, bo już dawno wszyscy nie żyją.””

    Za: „TAJNI KULTURALNI. Obiegi kultury z perspektywy twórców sieciowych węzłów wymiany treści.”  Raport na licencji CC, dofinansowany z funduszy Ministerstwa kultury i Dziedzictwa Narodowego, można pobrać TU.  Warta uwagi lektura, rzecz w naszym kraju niezwykła – rząd sfinansował próbę poznania i zrozumienia postaw innych ludzi. Powyższe cytaty pochodzą z tekstów zamieszczonych w tym opracowaniu, autorstwa Marka Krajewskiego (cytat [1])  i autorów raportu – Mirosław Filiciak, Michał Danielewicz, Anna Buchner, Katarzyna Zaniewska ( cytat [2])

    Na obrazku powyżej, otwierającym ten wpis na blogu, jest fragment psałterza, przedstawia on: „Khludov Psalter (detail), 9th century. The image represents the Iconoclast theologian, John the Grammarian, and an iconoclast bishop destroying an image of Christ. (State Historical Museum, Moscow)” Obraz pochodzi z artykułu Wikipedii na temat Ikonoklazmu.

    Ikonoklazm polegał na egzekwowaniu zakazu czczenia ikon – czyli wałczono z Ikonodulią. Aby zakaz uczynić obowiązującym zakazano malowania ikon i niszczono te, które istniały. Historycy nie znają faktycznych powodów dla których wprowadzono Ikonoklazm. Po okresie zakazów, władzę polityczną objęli ludzie, którzy przezwyciężyli zakaz, i wszystko co o nim wiemy, pochodzi z ideologicznie przeciwnych Ikonoklazmowi źródeł. Spekuluje isę że Ikonoklazm mógł mieć związek z próba pomniejszenia ekonomicznych i politycznych wpływów  monastyrskich ( klasztornych), bowiem to monastyry były głównymi wytwórcami czczonych ikon, co często było podstawa ekonomiczną ich funkcjonowania. Podobno znane są przypadki ludzi którzy pomimo zakazu malowali w ukryciu, ryzykując śmierć.

    Nie twierdze że jedno ( Rublov ), drugie ( naloty policji na tłumaczy na wezwanie Gutek Film ) i trzecie ( Ikonoklazm) są tym samym, czy nawet podobnym zjawiskiem. Ale jest coś niepokojąco podobnego w dystrybutorze filmów i biskupie niszczącym wytwory kultury którą starają się chronić czy wręcz budować. I w zawłaszczaniu pola kultury przez władzę, jak u Rublova,  nawet jeśli jest to tylko władza pieniądza i „rynku”…

 

 

 

     Żywoty świętych wraz z innymi książkami tworzącymi moją skromną biblioteczkę stały na zaimprowizowanej półce, zrobionej ze starej skrzynki na pomarańcze. Z tego powodu ze wszystkich moich książek unosił się po otwarciu intensywny zapach pomarańczy, który mylnie uważałem wówczas za zapach kościelnego kadzidła – a to dlatego, że w kazaniach ojców redemptorystów, wygłaszanych w misjach tego zakonu na użytek katolickiej ludności Belfastu, często była mowa o pomarańczach.

    W fabułach kazań ojców redemptorystów, rozgrywających się na ogól podczas letnich wakacji, prawie zawsze występował spragniony chłopiec, który przystawał pod sklepem spożywczym, by przyjrzeć się pięknie ułożonym na straganie pomarańczom. Malec przypatrywał się ich pełnej dołeczków skórce, a kiedy owiewał go aromat rozgrzanych słońcem owoców, wyobrażał sobie że wgryza się w jeden z nich – niemal czuł ich smak na podniebieniu i aż leciała mu ślinka. Potem, ponieważ chciało mu sie pić, posuwał się jeszcze dalej, fantazjując, że dzieli pomarańcze na ociekające sokiem cząstki, wtedy zaś granica między myślą a uczynkiem zaczynała sie zacierać coraz bardziej.

    Teraz chłopiec nie mógł sie już opędzić od myśli o leżącej na wyciągnięcie ręki pomarańczy, a poza tym wiedział, że nikt go nie obserwuje. Sprzedawca był zajęty dwoma klientami, którzy chcieli się dowiedzieć, jakie są wady i zalety nowych brytyjskich i dublińskich odmian ziemniaków queens. Do pobliskiego pubu wszedł przed chwilą policjant, a pustą, tonącą w słońcu ulicą przejechał z warkotem samochód. Chłopiec mniemał, że nikt go nie widzi, wyciągnął więc rękę i wsunął pomarańczę do kieszeni spodni. Nikt go nie obserwował, a była to przecież tylko jedna z bardzo wielu pomarańczy.

    – Tylko Bóg – mówił zbliżając się do finału, redemptorysta, który w tym momencie wyciągał zza pasa krucyfiks i wznosił go do góry zamaszystym gestem, żeby każdy z obecnych mógł zobaczyć krzyż – tylko Bóg jednak obserwował chłopca, a dla Boga, który widzi wszystko, nic nie jest bez znaczenia; dla Niego bowiem Jedność jest Wielością.
     Z tej przyczyny pomarańcze kojarzyły mi się zawsze z kradzieżą albo stratą.

 

„Irlandzka Herbatka” Ciaran Carson, tłum.Maciej Świerkocki,

Stowarzyszenie A Kuku Sztuka, Gdynia 2008

 

 

 

 

Ale spiewać, marzyć, snić, smiać się
Wolnym biec ku tenczy, miec oko żywe
i glos, który dzwięczy
na bakier nosić pilsń i dla estymy bić się do woli
albo składać rymy
Nie dla fortuny, nie dla marnej sławy
pracować, ale dla zabawy i na ksieżyc patrzeć
I się nie prosić, jak ów bluszcz w potrzebie
Lecz mieć szacunek dla samego siebie
Choćby debem ni klonem się było
Iść nie wysoko, ale wlasną siła.

 

Sztuka: tu i tam, Autor, Postać ;-)

    Z prawej strony znajduje się cień. Nie wiadomo co niesie. Złowrogo otacza postać siedmioletniej dziewczynki. Ubrana w koszulkę na ramiączkach ze wzorkiem przedstawiającym czereśnie, głowę ma zwróconą w strone plamy światła. Tuż obok widzimy ptaka, można pomysleć że to jaskółka, jednak jest znacznie bardziej barwny, ma niebieski kapturek na łebku i jasne pióra. A może to zimorodek? Czy za chwilę odfrunie? W dziobie trzyma czereśnię. Ręce dziewczynki swobodnie spoczywają na prześcieradle, widzimy tylko fragment powyżej łokcia. Ich ułożenie sugeruje niemoc. Upadła? Trudno nie odnieść wrażenia że za chwilę odwróci sie od światła i spojży w mrok. Jej oczy są zamknięte. Czy wtedy je otworzy? Rozchyli usta i coś w końcu powie, wygląda jakby coś chciała powiedzieć. Myślę, że bardzo chciałaby spojżec w światło ale już nie może. Juz za późno. Jest taka delikatna i zwiewna. Wzbudza czułość. Głowa spoczywa we wgłębienu na prześcieladle, widzimy profil, obok nosa, ust i szyi plama krwi.
    Wygląda jakby nadal żyła.

     Gottfried HelnweinTemptation

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d blogerów lubi to: