You are currently browsing the category archive for the ‘rozum’ category.

Solinka-chmury-pasek

ISIS zaatakowało we Francji, dokonując aktów terroryzmu. Nie przekonują mnie stwierdzenia że celem ich działań było sianie postrachu wśród ludności Francji, zemsta za udział wojskowy francuzów w działaniach na bliskim wschodzie, czy że były to działania mające zniszczyć w Europie to co nam najdroższe: wolność podróżowania, wielokulturowość, otwarte społeczeństwo. To tylko frazeologia. Nie rozumiem co osiągnęło lub chciało osiągnąć ISIS.

Logika takich działań jest całkowicie inna i zawsze ma cele polityczne. Nie znam przypadku działań państwa, która nie posiadałaby dalekosiężnych celów politycznych. Czasami działania takie mają na celu jakiegoś rodzaju cele wewnętrzne organizacji – wskazanie zewnętrznego wroga, zwykle rozstrzygnięcie w walce o władzę – nadal jednak ich realizacja dotyczy długofalowej polityki. ISIS nie jest tu ani odrobinę inny, ba, z racji iż kierują nim byli żołnierze Saddama, zaś ich ambicją jest utworzenie państwa – a więc utrzymywanie infrastruktury, administracji, oraz przede wszystkim zwycięstwo militarne w obecnej wojnie którą prowadzą, ich cele są dalekosiężne i rzec należy – ambitne. Antagonizacja Europy tak by mocniej zaangażowała się w konflikt bliskowschodni byłoby z ich strony szalenie krótkowzroczne, zwłaszcza że te działania mogą prowadzić do zacieśnienia sojuszu Zachodu z Rosją ( o ile nie doprowadzą do zaangażowania całego NATO, kiedy to zostanie osiągnięty cel całkowicie przeciwny, to znaczy osłabienie pozycji Rosji i Asada w regionie) .

W wypadku działań Osamy Bin Ladena mieliśmy do czynienia z małą międzynarodową grupą zbrojną ( Al Kaidą) atakującą mocarstwo w imię filozofii, że Ameryka sprzymierzona z Izraelem to szatan. Działania takie miały racjonalne uzasadnienie – walka grupy terrorystycznej niezwiązanej z żadnym konkretnym państwem, nastawiona jest na rozgłos i wzrost siły oddziaływania.

W wypadku ataków na Charlie Hebdo – mieliśmy do czynienia z zemstą za obrazoburcze publikacje. Tego typu działania przeprowadzane są zwykle, i tak było tym razem, przez izolowana grupę fanatycznych aktywistów.

ISIS to nie jest niewielka grupa aktywistów. ISIS to militarny twór mający ambicję stworzenia własnego państwa i prowadzący skuteczne działania militarne wobec dwóch supermocarstw globalnych i kilku lokalnym przeciwnikom o całkiem niemałym potencjale wojskowym.

Wszystkie wyjaśnienia jakie znalazłem w internecie odwołują się do braku racjonalności spowodowanej rzekomym fanatyzmem religijnym czy nienawiścią do zachodu. To może być motywacja żołnierza. Nigdy dowódcy lub sponsora takich działań. Nie kupuję tego.

Kiedy wyszli z magazynu, Maksym zapytał z najwyższym szacunkiem, na jaki go było stać (stary Pandi lubił, kiedy mu się okazywało szacunek):
— Panie Pandi, dlaczego te wyrodki mają takie bóle i to w dodatku wszyscy razem? Jak to jest?
— Ze strachu – odpowiedział Pandi, tajemniczo ściszając głos. – Wyrodki, rozumiesz? Musisz więcej czytać, Mak. Jest taka broszura. Nazywa się „Co to są wyrodki i skąd się wzięły?” Przeczytaj, bo ciągle będziesz taki ciemny… Na samej odwadze daleko nie ujedziesz… – Milczał przez chwilę. – My się na przykład zdenerwujemy albo powiedzmy zestrachamy i nic, najwyżej się spocimy albo nogi nam zmiękną. A oni mają organizm nienormalny, wyrodzony. Zezłoszczą się na ten przykład na kogoś albo, przypuśćmy, stchórzą, albo w ogóle i od razu silne bóle głowy i całego ciała. Do nieprzytomności, rozumiesz? Po tym ich rozpoznajemy i oczywiście zatrzymujemy…
[…]
— No dobrze – powiedział Mak odwracając się ku niemu. – Przecież nie mówimy teraz o brygadierze. Rozmawiamy o wyrodkach. Weźmy na przykład ciebie… Umrzesz za swoją sprawę, jeśli zajdzie potrzeba?
— Umrę —powiedział Gaj. – Ty też umrzesz.
— Racja! Umrzemy. Ale zginiemy za sprawę, nie za komiśniak przecież i nie za pieniądze. Dajcie mi nawet tysiąc milionów waszych papierków, to i tak nie zgodzę się dla nich narażać na niebezpieczeństwo, na śmierć!… Czyżbyś ty się zgodził?
Oczywiście, że nie – odpowiedział Gaj. – Ten dziwak Mak zawsze coś takiego wymyśli…
— No więc?
— Co?
— Jak to co?! – powiedział Maksym niecierpliwie. – Ty nie zgodzisz się umierać za pieniądze. A wyrodki się zgadzają? Co za brednie!…
— Ale to są wyrodki! – powiedział Gaj z przekonaniem. – Dlatego przecież są wyrodkami! Dla nich pieniądze są najważniejsze, dla nich nie ma nic świętego. Potrafią bez zmrużenia oka dziecko udusić, zdarzały się takie wypadki… Zrozum, że jeżeli człowiek stara się zniszczyć system OPB, to nie może być człowiekiem! To wyrafinowany morderca!
— Nie wiem, nie wiem – powiedział Maksym. – Dziś ich sądzono. Gdyby zdradzili kamratów, mogli zachować życie, wykpiliby się katorgą. A oni milczeli! To znaczy, że kamraci są dla nich ważniejsi niż pieniądze? Drożsi niż życie?
— To nie jest takie proste – zaproponował Gaj. – Oni wszyscy w myśl prawa zostają skazani na śmierć. Bez sądu, widziałeś przecież, jak się to odbywa.
Patrzył na Maka i widział, że przyjaciel się waha, jest zdezorientowany. Dobre ma serce, zielony jeszcze, nie rozumie, że z wrogiem trzeba postępować okrutnie. Rąbnąć by pięścią w stół, krzyknąć, żeby się zamknął, nie gadał niepotrzebnie, nie plótł, co ślina na język przyniesie, żeby słuchał starszych, zanim się sam we wszystkim nie nauczy rozeznawać. Ale przecież Mak to nie jakiś tępy ciemniak. Trzeba mu tylko porządnie wytłumaczyć, a sam zrozumie.
— Nie! – powiedział uparcie Mak. – Nie można nienawidzić za pieniądze. A oni nienawidzą… Tak nas nienawidzą, że nie wiedziałem, iż ludzie potrafią tak nienawidzić. Ty ich mniej nienawidzisz niż oni ciebie. Dlatego chciałbym wiedzieć za co?

Powyższy cytat pochodzi z „Przenicowanego świata” Borysa i Arkadija Strugackich. Samą nieracjonalną nienawiścią przeciwników, możemy wzbudzić w sobie animusz wojenny, ale nie wytłumaczymy wojny i nie doprowadzimy do zakończenia przemocy. I nie interesują mnie prostackie odpowiedzi.

Reklamy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

    Problem z rzeczywistością jest taki, że poznajemy ją za pomocą bardzo ułomnych narzędzi jakie wcale nie zostały do tego celu pomyślane. Nasze zakończenia nerwowe + moce umysłu nie sa wystarczające aby poznać wszystko i uwzględnić wszystko. Są wystarczające ledwie do tego aby złowić rybę i spłodzić potomstwo. Łowienie ryb wymaga czasem by zaglądać pod krzak, albo pod kamień, myśliwi którzy tak robią mają zwykle większe połowy. Stąd ciekawość bywa pożyteczna, a spora część zwierząt którym przyznalibyśmy miano „wyższych” czy inteligentnych, czyli głownie ptaków i ssaków, posiada ową cechę. Nauka dała nam wyobrażenie jak wielkie połacie rzeczywistości rozciągają sie poza granicami naszego postrzegania zarówno fizycznego jak i mentalnego.

    Dwoje ludzi dyskutując o nieco bardziej skomplikowanych kwestiach musi chcąc nie chcąc powołać do bycia masę zjawisk językowych: stół, krzesło, rozumiane jako powszechniki przecież nie istnieją. Podobnie elektron, foton czy przestrzeń fazowa . Pierwsze są idealizacją pewnych poznawalnych naocznie konkretnych obiektów, drogie sa rafinacją współwystępujących zjawisk które przyjemnie jest nam objaśniać powołując byty których innymi metodami, bezpośrednio, poznać nie sposób. Można sobie wyobrazić język w którym nie da sie wypowiadać sensownych zdań o obiektach ogólnych. Wtedy każda wypowiedź musiałaby się odnosić do konkretnej rzeczy. Właściwie to nie trzeba tego sobie wyobrażać, języki takie istnieją – większość praktycznych języków programowania ma tą cechę. Widać wyraźnie jak bardzo sztuczne te języki jawią się dla człowieka i jak wielkiej pracy trzeba dokonać by stworzyć w nich narzędzia pozwalające na nieco bardziej ogólne modelowanie. Z tego powodu nawet dziś, pomimo eksponencjalnego wzrostu ilości oprogramowania, łatwiej znaleźć takei które wyliczy własności podanego trójkąta, niż pomoże w dowodzie twierdzenia dotyczącego wszystkich trójkątów.

    W naszej naturze, gdzieś głęboko, wydaje się tkwić skłonność czy potrzeba operowania ogólnikami w sposób całkowicie różny od tego jaki wbudowujemy w języki sztuczne. Efektywność tego systemu, przynajmniej dla nas, dla ludzi, nie ulega wątpliwości. Cenimy tych którzy potrafią zgrabna ( i krótką! ) wypowiedzią ująć rzecz celnie. Wiele z poglądów na świat czy właściwe postępowanie zawdzięcza swoją popularności i uznanie w co najmniej  równym stopniu celności co atrakcyjnej formie językowej, operującej zrozumiała dozą ogólności. Płacimy jednak za to cenę. Dokładnie taką jaką zapłaciła Cantorowska Teoria Mnogości czy Logika Fregego. Pojawiają się antynomie, giętki umysł a jeszcze bardziej giętki język płodzi paradoksy. Jednak czy wszelkie poznanie nie wyrasta po części z dyskusji, z sofistyki, z rozrywki w mielenie ozorem? Jak łatwo znaleźć argumenty za czymkolwiek! Jak prosto przychodzi zwodzić innych, samemu nie będąc bynajmniej przekonanym. Wystarczy odrobina charyzmy, i odpowiednia doza cynizmu. Ludziom z największym trudem przychodzi budowanie ogólnej wiedzy o świecie. Spójność wiedzy i jej zgodność z pozostałymi dostępnymi teoriami poznania ma bardzo wielką wartość. Problem w tym, że także i te kryteria nie wystarczają aby rozstrzygać o prawdzie. Ani falsyfikowalność, ani spójność, ani użyteczność ani wszystkie te cechy razem nie sa wystarczające. Sprawia to, że:

Każdy system poznawczy wytworzony przez człowieka jest z natury systemem otwartym

    Obserwacja ta oczywiście ( jak każdy system otwarty;-) szereg wyjątków, a to w postaci na przykład rozmaitych hermetycznych poglądów wykluczających adaptację do zmieniającej się rzeczywistości. Postawy takie mają jednak to do siebie że zwykle sa rażąco nieskuteczne w objaśnianiu zmieniającej się rzeczywistości.

    Religia jest jednym z systemów poznawczych stworzonych przez człowieka. Innym, wielkim systemem jest nauka. Każdy z tych systemów odpowiada i odpowiadał na wielorakie potrzeby ludzkie: ciekawość, użyteczność ( religia także), żądza władzy, siła w czasie konfliktu, zdolność przeżycia. W zależności od aktualnego układu zdarzeń różnie rozkłada się akcenty, jednak w wypadku tych naprawdę wielkich systemów, w istocie zapewniane potrzeby są zawsze wielorakie. Religia i nauka w przeszłości wielekroć sobie przeczyły. Konflikt tych dwu systemów wynika z faktu, że oba sa systemami totalnymi. Oba w swoim rozmachu chcą wyjaśniać lub opisać całość a przynajmniej wpłynąć na tak wiele sfer działalności człowieka, że nie sposób aby nie pojawiły się pola sporne. W kulturze Europejskiej konflikt taki jest widoczny od tysiącleci. W przeszłości zawsze jednak udawało się uniknąć jawnej sprzeczności, co zwykle wymagało takiej czy innej zmiany metodologii, na ogół w religii, ale i w nauce ( np. rezygnacje z prób uzasadniania etyki genetyką – eugenika, darwinizm społeczny itp. – jest faktem że usiłowano takie „naukowe etyki” budować).

    Fakty jednak są takie, że czy się ktoś do tego przyznaje czy nie, nauka i religia sa w konflikcie. Konflikt ten jest zjawiskiem który ma miejsce zarówno w wymiarze społecznym ( konflikt ekonomii- konsumpcjonizmu wobec naukowej organizacji naszego życia handlowo-wytwórczego – a konflikt wartości którym sprzyja chrześcijaństwo jak prostota, ubóstwo, dobro bliźniego a nie zysk finansowy itp.) jak i w wymiarze jednostkowym (np. wybory do jakich zmuszone sa bezpłodne pary wobec stanowiska kościoła w sprawie in vitro). Tak więc uważam że konflikt taki jest faktem.

    Możliwe są różnorakie mechanizmy jego niwelacji, ominięcia, zlikwidowania, zwykle lokalnie i osadzone w danym problemie. Z faktu że nauka i religia sa konflikcie nie wynika, jakoby któraś z nich miała „absolutna rację” albo aby musiały być sprzeczne. Nie wynika z tego także aby koniecznym stało się wyeliminowanie drugiej. Nie wynika także jakoby któraś była lepsza ( praktyczniejsza, pewniejsza). Jak napisałem, każdy ludzki opis rzeczywistości zawiera w sobie 80% dowolności i 20% pewnej wiedzy. Te 80% dowolności sprawia, że możliwe jest posiadanie poglądów które są w pozornej sprzeczności, w sprzeczności metodologicznej, a nawet w jawnej sprzeczności jeśli potraktuje się je formalnie. Sprzeczność nie jest tym co eliminuje poglądy ludzkie z palety rozważań, podobnie jak w anegdocie o rozsądzaniu przez rabina 2 przeczących sobie stron sporu.

    Tak więc pisząc że nauka i religia są w pozycji konfliktu nie chcę zaznaczyć że którakolwiek jest gorsza od tej drugiej. By taki pogląd uznać, należałoby określić kryteria oceny. Lepsze w jakiej sytuacji? Lepsze dla kogo? Relatywizacja takiej oceny, nie znaczy że podanie takich kryteriów jest niemożliwe!  Pierwsze co przychodzi na myśl to na przykład kwestia społeczna jak w pytaniu: „Co jest lepsze – prawo stanowione czy prawo religijne?” Większość nowoczesnych społeczeństw odpowiada na to pytanie całkiem jednoznacznie. Oznacza to że bynajmniej nie jest tak, że konieczna, niemożliwa do uniknięcia i dobrze rozumiana relatywizacja uniemożliwia udzielenie odpowiedzi na pytanie! Wiemy że wybieramy tu tylko jedno z możliwych kryteriów, jednak uznajemy że właśnie tak należy postąpić. I próżno szukać sensownie urządzonego kraju w którym prawa religijne miałyby pierwszeństwo przed zasadami prawa świeckiego. Popatrzmy jak długo i zajadle ludzie o poglądach racjonalnych, kojarzonych zwykle z naukowym poglądem na rzeczywistość walczyli o taki stan rzeczy. Walczyli z kim? Z ludźmi reprezentującymi religię. Z ludźmi którzy w argumentacji nieodmiennie albo powoływali sie na argument z księgi („w biblii napisano… i to powinno być wzorem dla prawa”) albo wręcz an bezpośrednią wolę stwórcy ( „Takie jest prawo naturalne pochodzące od boga”). Sa kraje gdzie argumentuje sie tak do dziś…

   Owszem jestem niewierzący, nie neguję jednak siły i sensu religii. Po prostu nie potrafię jej sobie uzasadnić. Taki rodzaj sceptycznego agnostycyzmu. Proszę więc nie imputować mi bycia „nieprzyjacielem religii”. Ja akceptuję jej istnienie i dostrzegam ograniczoność poznania rozumowego a i naukowego w szczególności. Ograniczoność ta jednak nie oznacza, tak jak ją rozumiem, ograniczoności w sensie tabu. Nie ma niczego takiego czego by nie można było starać sie wyjaśniać rozumem. Nigdy nie jest to zbrodnia, zwykle jest to postęp. Konstrukcja człowieka jest jednak taka, że antropomorfizuje wszystko: los, miłość, życie, świat i niewiedzę. Jeśli w nocy w lesie czujemy się otoczeni cieniami innych ludzi? Kimże miałyby być te postacie? Tym bardziej w sprawach znacznie mniej jasnych widzimy rękę boga.

    Powtórzę: każdy opis rzeczywistości musi uciekać się do postulowania bytów których nie da się w taki czy inny sposób rozpoznać bezpośrednio w doświadczeniu. Tak więc wytwory religii z pewnego punktu widzenia nie sa w niczym gorsze niż wytwory nauki. Ale nie widzę sensu w ukrywaniu konfliktu tam gdzie on istnieje. Postępowanie takie jest albo wyrazem taktyki retorycznej ( i tak jest stosowane, czysto instrumentalnie w rozmaitych dyskusjach) albo przejawem samooszukiwania się. Religia przynajmniej do tej pory, posiada jako główny prerogatyw aspekt społeczny. Religia niespołeczna, prywatna, właściwie nie istnieje. Religia jest zjawiskiem publicznym. Słusznie kościół broni sie jak może przed zepchnięciem religii w kąt prywatnego pojmowania świata. Religia to przede wszystkim wspólnota. A w związku z tym, najłatwiej widać konflikty społeczne…Są tez najbardziej dramatyczne. Konflikty prywatne maja bowiem kształt utraty wiary przez wierzącego i jako takie nie sa społecznie interesując o ile same w sobie nie stanowią zjawiska społecznego. Konflikt religia – nauka oznacza nie tylko żarliwe spory filozofów. Oznacza tez np. wypieranie pewnych zwyczajów, norm, zjawisk z krajobrazu społecznego*.

    Oczywiście, że sa to bardzo złożone problemy i konflikt ten ma bardzo wile aspektów. Ma i taki, że nauka powoduje rozwój technologii, a to powoduje powstanie możliwości, które prowokują sytuacje z jakimi tradycyjne społeczeństwa nie maiły styczności. Samo pojawienie się możliwości wpływa na sytuacje religii w świecie. Nie znam jednak z historii przypadku w którym religia by upadła z powodu dokonania jakiegoś odkrycia naukowego. Każda religia potrafi się przystosować – nie ma nic bardzie elastycznego niż „święte księgi”- sa one tak pomyślane aby były wieloznaczne. Religie jednak są częścią kultury i upadają wraz z upadkiem kultur i społeczeństw które je wyznają a nie wraz z odkryciami naukowymi. Dlatego sytuacja konfliktową dla religii nie sa nigdy „odkrycia naukowe” ( jak powiedzmy odkrycie że przestrzeń ma 25 wymiarów) a jedynie zjawiska społeczne które te odkrycia prowokują – konsumpcjonizm, możliwość ingerowania w podstawowe funkcje organizmu, możliwość modelowania rzeczywistości np. ekonomicznej, środowiska naturalnego itp. Stąd prawdziwy konflikt nauki i religii odbywa się nie na froncie światopoglądowym ale społecznym. Konflikt światopoglądowy jak rozmowa ateisty z wierzącym to tylko przekomarzanki.

    Na przykład konflikt wartości między konsumpcjonizmem a „kulturą życia”. Uważam że nie jest to oderwany przykład zmian społecznych ale właśnie przykład na konsekwencje stosowania naukowych metod organizacji produkcji ( a przez to życia społecznego). Oto „naukowa ekonomia” kapitalizmu wkracza w modelowanie stosunków społecznych. Analizy oparte na zysku i stracie generują takie stosunki pracy, aby jak najefektywniej wykorzystać dostępne zasoby i wygenerować jak największy zysk. Proszę pamiętać że zaprzęgnięto tu wykwalifikowanych ekonomistów do systemowego stworzenia mechanizmów optymalnego sterowania procesami biznesowymi. Czyli klasyczny przykład zastosowania naukowej metody. Dostępność narzędzi i technologii umożliwia zastosowanie tego w praktyce ( np. sterowana numerycznie obrabiarka może być obsługiwana przez mniej wykwalifikowanego robotnika, niż gdyby miał wykonywać tę samą prace jako tokarz – o ile w ogóle byłby w stanie). Znowu technologia. Miękkie umiejętności jak marketing i reklama odwołują się do naukowej wiedzy socjologicznej. Standaryzacja produktów itp. Wszystkie te elementy składają sie na współczesną ekonomię kapitalizmu. I na naszych oczach kultura konsumpcji zabija np. „magię świąt”, niszczy więzy rodzinne ( oczekuje się od pracowników coraz większej mobilności), rozkłada państwo socjalne ( zawsze można przenieść produkcję do Chin, lub innego kraju który nie chroni swojej siły roboczej – moim zdaniem nie przypadkiem to są kraje niechrześcijańskie).

    Innym przykładem jest rozwój medycyny. Jeszcze w średniowieczu mieliśmy w Europie do czynienia z silnym tabu ciała. Zakazywano ingerencji w ludzkie ciało „z ciekawości” było ono bowiem świątynią Boga, siedzibą duszy, formą dla osoby której pochodzenie wywodzono od boga a nie z czysto naturalnych źródeł. Co charakterystyczne nie było mowy o tym by zakazywać krwawych jatek w postaci wojny, pojedynków czy tortur i choć z pewnością uznawano je za straszną czy złą, to jednak uzasadniona – czasami religijnie – konieczność. Sekcje zwłok uważano jednak za niestosowne do tego stopnia że groziła za nie kara śmierci. Przełamanie tego tabu, o czysto religijnych uzasadnieniach, okazało się być wstępem do rozkwitu medycyny i z pewnością przyczyniło się do polepszenia ludzkiego bytu w znacznie większym stopniu niż wcześniejsze, a oparte o rozmaite koncepcje „świętości ciała” religijne zakazy.

    Jeszcze innym przykładem jest genetyka/transplantologia/neurofizjologia – nauki te w nieodległej przyszłości mogą nam zafundować po pierwsze terapie genetyczne, po drugie hodowlę tkanek i terapię przeszczepianiem tkanek ( a nie narządów), po trzecie badania mózgu i badania układów krzem-tkanka fizjologiczna mogą doprowadzić do upowszechnienia rozmaitych implantów. To może w przyszłości skutkować powstaniem nowych rynków i wprowadzania zmian na niespotykaną skalę od nowych terapii po manipulacje neurofizjologiczne za pomocą układów elektronicznych. I znowu otworzy to pole konfliktu.

    Zwrócę uwagę, że nie mówię tu o  „religii fizyków teoretyków” czyli wysoce abstrakcyjnej mieszaninie platonizmu z teorią węzłów. Ledwie jestem w stanie mieć jakiś pogląd na wyniki fizyczne Einsteina, a są to rzeczy które starał się on wyłożyć najjaśniej jak tylko umiał. Nie mam najmniejszych kwalifikacji by twierdzić że wiem w co wierzył Einstein ( jak jednak wynika z wspomnień jego przyjaciół był zdeklarowanym ateistą), jakiekolwiek przytacza się jego opinie o bogu, można być całkowicie pewnym że nie jest to to samo pojęcie jakiego używa ksiądz Oko. Tutaj jednak piszę o religii jako zjawisku masowym, powszechnym, kulturowym i realnym obudowanym w instytucje i urzędy. Czasami twierdzi się że dla wierzących ludzi nauki, konflikt nauki i religii nie istnieje. Jest to zastanawiająca postawa gdyż jedynym sposobem na osiągnięcie takiego stanu w moim mniemaniu jest aby religia nigdy nie wypowiadała wartościowych ontologicznie i epistemologicznie twierdzeń. Religia taka, w moim prostackim oglądzie, produkuje jedynie tautologie. Nawet treść etyczna tych twierdzeń musiałaby być neutralna. Gdyby nie była, używałaby pojęcia odnoszącego się do bytu istniejącego realnie lub do jakichś jego aspektów dających się realnie zbadać. Z powodu różnego pochodzenia wiedzy mogą wejść w konflikt. Byłoby wysoce nieprawdopodobne aby dwa systemy oparte na rożnych metodologiach zawsze dawały zawsze zgodne odpowiedzi. Chciałoby się tu mieć jakiś „dowód zgodności” co oczywiście bardzo trudne. Jednak łatwo można dowieść twierdzenia przeciwnego – że konfliktują ze sobą. Wystarczy wskazać przykład konfliktu.

    Dajmy więc przykład konfliktu: przekonanie że ludzie wyznają wiele religii i że w pewnym sensie sa one równoważne ontologicznie jest tezą racjonalizmu. Konflikt np. chrześcijanin vs „czciciel kamienia z Wawelu” i vice versa (święty kamień jest konkretnym obiektem a nie transcendentalnym Bogiem). Racjonalizm w tym kontekście konfliktuje z religią nie dlatego, że zaprzecza religii, ale dlatego, że metodologia racjonalizmu wskazuje na istnienie wielu możliwych ludzkich opinii na temat boga z których wiele się wyklucza wzajemnie a więc nie mogą być wszystkie prawdziwe ale mogą być wszystkie fałszywe. Religia zaś takiego stanowiska nigdy nie może przyjąć – musi istnieć realnie właśnie jej prawda. Oczywiście można nazwać tą niezgodność racjonalizmu i religii nazwać „neutralnością” religijną racjonalizmu – nie wyróżnia on żadnej religii. Ale właśnie będąc neutralnym, wyklucza on „dowody prawdziwości” czy tez obiektywność prawdziwości każdej konkretnej religii. Widzę tu analogie do relacji logiki do teorii budowanych w oparciu o nią.

    Logika jest co prawda jest neutralna wobec treści/wartości zdań na których się rachuje, ale wyklucza jednocześnie „prawdę” niezależną od założeń pozalogicznych. Nie masz założeń pozalogicznych – nie wyjdziesz poza tautologie. Masz założenia pozalogiczne – twoja teoria chociaż logicznie spójna może być fałszywa. W rozumowaniu tym za logikę podstawmy racjonalizm, za teorię z założeniami pozalogicznymi – religię. Mamy teraz teorię która używa rozumu a więc niejako racjonalizuje swoje tezy ale jednocześnie stwierdza, że posiada aksjomaty pozalogiczne które są obiektywnie prawdziwe, nie podlegają dyskusji itp. co dla samej metodologii racjonalizmu jest nie do przyjęcia. W konsekwencji mamy teorie która w tej mojej analogii używa utylitarnie logiki ale ignoruje ważne jej wnioski, a tym samym konfliktuje z logiką pomimo, że używa jej jako narzędzia i to „lokalnie” w sposób prawidłowy. Podobnie religia stara się pracować w zgodzie z racjonalizmem, ale co do swojej zasady odsuwa istotny aspekt racjonalizmu jakim jest krytyczność wobec każdej hipotezy jaką się przyjmuje. Tym samym pozostając racjonalną co do zasad operacyjnych jest de facto systemem konfliktującym z racjonalizmem z powodów fundamentalnych.

    Nigdzie nie twierdzę że wszystko da się wyjaśnić rozumowo – to sa poglądy często przedstawiane jako racjonalne ale takimi wcale nie są. Dyskutuje z innym poglądem: pogląd ten jest następujący: „potrafimy wskazać zdania które sa obiektywnie prawdziwe”. Takim zdaniem wg. osób wierzących jest teza „istnieje Bóg”. Zdanie takie może być co najwyżej hipotezą. Wtedy zgoda – jest to dobra i sensowna hipoteza. Hipoteza ta traktowana literalnie jest bezwartościowa ontologicznie i epistemologicznie ( zakładając jakąś sensowną definicję boga na jaką moglibyśmy się tu zgodzić obaj). Aby z tego zdania wniknęła teza o „miłości bliźniego” albo o tym żeśmy „na wzór i podobieństwo” musisz drogi czytelniku do swoich przekonań coś dodać, prawda? W pewnym momencie chcąc wypowiedzieć tezę o realnie istniejącym obiekcie (świat, człowiek, życie, in vitro – jako przykład użyję go dalej) musisz jakoś „istnienie boga” jakoś odnieść do realnego, poznawalnego rozumowo i fizykalnie bytu. W tym momencie wkroczysz na pole konfliktu: chyba że nadal twoja wiara będzie tylko hipotezą – jak u Pascala. Jeśli będziesz trzymał się tego sposobu: zgoda- jeśli ktoś egzorcyzmy, zbawienie duszy, grzechy i 10-dem przykazań nazywa „użytecznymi hipotezami” które odrzucimy kiedy nam się skonfliktują z innymi hipotezami – wówczas zgoda –  na taka religię zgoda. Tak traktowana religia nie jest w konflikcie z nauka. Jeśli jednak tak, to musisz dopuścić do dyskusji pogląd że człowiek jest jeno zwierzęciem, a komórki w in vitro to taka galaretka która nic nie znaczy – i to na równych prawach. Cała argumentacja religijna sprowadzi się wówczas do wyboru hipotez które dają mniejsze zło np. mniej szkodzą, mają bardziej akceptowalne konsekwencje społeczne i powinieneś te argumentacje akceptować – w końcu dokonujemy tylko wyboru między równoprawnymi hipotezami. Argumentacja za ich „większą lub mniejszą” przydatnością, prawdziwością, sensownością, musiałaby mieć już pozareligijny, racjonalny właśnie charakter. Jeszcze nie spotkałem człowieka wierzącego ( a i sam chociaż niewierzący też tak nie uważam) który by zaakceptował taką postawę, nie mówiąc o oficjalnych religiach i ich głosie w dyskusji.

    W pewnej dyskusji na podstawie której „posklejałem” ten esej, mój adwersarz w następujący sposób podsumował swój stosunek do owego konfliktu o którym tu piszę:
„wyobraź sobie, że dwoje ludzi postanowiło pójść do restauracji. Jedno zamówiło paellę z owocami morza, drugie kotleta schabowego. No i mamy kłopot,[..] Czy to oznacza, że istnieje fundamentalna, nieusuwalna i sięgająca samej istoty bytu sprzeczność pomiędzy owocami morza a wieprzowiną? „ -Wówczas odpowiedziałem: między wieprzowiną a owocami morza nie, to są rzeczy, a nie postawy. Ale konflikt może mieć miejsce miedzy konsumentami owoców morza a wieprzowiny. Jeśli konsekwencją w wymiarze społecznym tego konfliktu będzie zakaz serwowania wieprzowiny wprowadzony administracyjnie, to jak najbardziej będziemy mieli do czynienia z realnym konfliktem tych ostaw. Nie ma najmniejszego znaczenia poczucie sztuczności sprzeczności między tymi stanowiskami, skoro bylibyśmy przez zwycięzców zmuszony do niekonsumowania wieprzowiny. Co więcej – zwolennicy owoców morza będą dowodzili, że jedzenie wieprzowiny jest przejawem cywilizacji śmierci, oraz objawem braku rozumienia oczywistości logicznej, czyli pewnego rodzaju ułomnością umysłową! Poglądy te nie są już racjonalną hipotezą, są wbrew zasadom rozumu, w szczególności zakład pascalianski jest przeciw temu kto chce dokonać wyboru ( jak jesz wieprzowinę Bogowie mogą cie skarać, jak jej nie jesz na pewno tego nie zrobią – ergo – racjonalnie nie jeść kiełbasy). My widzimy jego absurdalność, jednak dla wierzących amatorów owoców morza – wybór jest określony przez zasady transcendencji kulinarnej. czytelniku – czy nie zacząłbyś podejrzewać że ich stanowisko jest sprzeczne także logicznie? Jak bowiem z własnego wstrętu do wieprzowiny wyprowadzili brak zdolności poznawczych u Ciebie? Religia prywatna to opinia, religia traktowana jako zjawisko społeczne to obiektywnie istniejący element kultury roszczący sobie prawo do kreowania rzeczywistości prawnej, kulturowej. W tej grze religia nie bierze się jeńców…

   

    „Schody do umysłu” Alwyn Scott – poniższy fragment dotyczy dynamiki transportu chemicznego i elektrycznego w pojedynczym neuronie:
    „We wczesnych latach pięćdziesiątych Hodgkin i Huxley wykonali staranne pomiary przepływu jonów sodowych i potasowych przez błonę olbrzymiego aksonu kałamarnicy w warunkach tzw. przestrzennie zakleszczonego pomiaru. W czasie takiego pomiaru napięcie występujące na błonie zmienia się wzdłuż aksonu. Na podstawie otrzymanych danych badacze ci skonstruowali fenomenologiczny opis całkowitego prądu jonowego (Hodgkin A.L., Huxley A.F (1952) „a quantitative description of membrane current and its application to condition and excitation in nerve. J.Physiol.,117:500-544 ) w postaci równania – równania Hodgkina-Huxleya [dalej w książce następują podlinkowane równania wraz z wyjaśnieniem znaczenia, symboliki itp. Polecam przeglądnąć całą prezentację z której podlinkowałem tu tylko jeden slajd zawiewrający owe równania. Inny opis równań HH można znaleźć także tu – uwaga moja. ] . […]

    Równania nieliniowej dyfuzji […] stanowią słynny system H-H. na podstawie tych równań, przyjmując założenie że ich rozwiązanie ma postać fali biegnącej, badacze ci otrzymali rozwiązania numeryczne tego układu, które potwierdziło się w obserwacjach doświadczalnych. W wyniku licznych powtarzanych testów w ciągu przeszło 43 ostatnich lat, równania H-H zostały uznane za podstawowe równania neurodynamiki.” […] „Było ono zgodne z wynikami eksperymentalnymi [..] zarówno co do przebiegu zmian napięcia […] ja i zmian przepuszczalności błony w czasie. W dodatku przewidzieli oni prawidłowo prędkość rozchodzenia się impulsu nerwowego w nerwie kałamarnicy. wszystkie te wyniki otrzymali na podstawie swojej teorii i zakleszczonych przestrzennie pomiarów własności błony. Ponieważ ich teoria nie zawierała żadnych parametrów korygujących, musiała być albo dobra albo zła i – była dobra.”
Czy równania H-H, którymi rządzi sie dynamika impulsu nerwowego mogą być zredukowane do praw fizyki?
Jak już wiemy prawa te można wywodzić z praw fizyki, ponieważ przedstawiliśmy poprzednio w ogólnych zarysach ich związek z chemia, biochemią i dynamiką przepuszczalności jonów przez błony. […] Jednak równania te nie są „zwykłymi prawami fizyki” ( na co wskazał Schroedinger ), ale „nowymi prawami” wyłaniającymi sie z hierarchicznego poziomu, na którym znajduje sie akson, aby rządzić dynamiką impulsów nerwowych. nie można wyprowadzić owych praw tylko z fizyki i chemii, ponieważ zależą one od szczegółów struktury białek tkwiących w błonie, które pośredniczą w przepływie przez nią jonów sodu i potasu, oraz od budowy geometrycznej włókien nerwowych.” [innymi słowy, podobnie jak w wypadku zjawiska turbulencji – brak jest uniwersalności w tym opisie – o ile pochodzenie zjawiska jest fizyczne, materialistyczne, o tyle jego natura w konkretnym wypadku zależy od wielu przypadkowych z fundamentalnego punktu widzenia czynników, które w najlepszym wypadku można by próbować ujmować jako jakieś „warunki brzegowe” czy „parametry modelu”. W wypadku turbulencji zależność taka ( a raczek kwestia udowodnienia tego że jest ona możliwa) stanowi jeden z najsłynniejszych Problemów Milenijnych. W wypadku układów biologicznych – wydaje się to być beznadziejne zadanie – uwaga moja ]

„Why can’t there be a general theory of nonlinear PDE?” – mathoverflow.net:
    „[…] theorem of Pour-el and Richards that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions. This is in their book Computability in Analysis and Physics (Springer-Verlag 1989).  – John Stillwell Feb 14 2010 at 23:43″

Wypowiedź na grupie dyskusyjnej – Jeffrey Ketland Dept of Philosophy, University of Nottingham
    „In Chapter 4, Pour-El/Richards give: Second Main Theorem (p. 128): „under mild side conditions, a self-adjoint operator has computable eigenvalues, but the sequence of eigenvalues need not be computable” (summary, p. 2). and: The Eigenvector Theorem (p. 133): „there is an effectively determined bounded self adjoint operator T* such that 0 is an eigenvalue, but none of the eigenvectors with this eigenvalue are computable” (summary, p. 2). It is thus conceivable that that there is a (rather spooky) observable O (i.e., some self-adjoint operator O, and perhaps something we could in principle set up an experiment to measure), which has non-computable eigenvectors. If that’s right, we could have a quantum mechanical system in a computable state f(x), and „push” it into a non computable state g(x) by measuring this observable O* (where g(x) would be some non-computable eigenvector of this operator).”

„Schody do umysłu” Alwyn Scott
    „W swoich „Wykładach Gifforda” Charles Sherrington (1951) ujął to następująco:

>> Zauważywszy jakaś gwiazdę. Możemy opisać o doznanie od strony energetycznej. Promieniowanie gwiazdy dochodzi do oka; na dnie oka tworzy się mała plamka świetlna; w siatkówce rozpoczyna się pewien proces fotochemiczny; następuje ciąg przekazywania aktywujących potencjałów wzdłuż nerwu do mózgu; w mózgu rozchodzą się dalsze zaburzenia elektryczne; strumień aktywujących potencjałów przenosi sie z mózgu do mięśni gałek ocznych i źrenic; następuje ogniskowanie plamki świetlnej i wyostrzenie obrazu oraz ustawienie widzącej części siatkówki pod obrazem światła. Czy to jest „widzenie”? To jest moment, gdy opis energetyczny staje się nieprzydatny. Ten opis nic nam nie mówi o jakimkolwiek „widzeniu”. Mówi on nam wiele, ale nie mówi co to jest widzenie”. <<

W ciągu minionego stulecia ciągle powiększała się przepaść między dotyczącym szczegółów, mechanicystycznym opisem mózgu a ciągle obecną realną rzeczywistością świadomych doznań. Każde mechanicystyczne wytłumaczenie natury umysłu, które dałoby sie skonstruować, można by sobie wyobrazić równie dobrze bez konieczności wystąpienia odczuwania czegoś przez właściciela mózgu. Redukcjonizm nie potrafi połączyć obu brzegów powstałej przepaści”.[…] „Po pierwsze sprzeciw „zasadniczy” jest konieczny ponieważ nie ma żadnej nadziei na zrobienie modelu zawierającego wszystkie połączenia między neuronami, przy użyciu dostępnych obecnie komputerów. I jak już to było powiedziane […] przede wszystkim nie mamy żadnej pewności co do dynamiki poszczególnych neuronów”
„Przy dużej liczbie neuronów w mózgu sytuacja w której każdy neuron otrzymuje bodźce od wszystkich pozostałych, jest mało realna. Jeśli liczba impulsów wejściowych dla każdego neuronu wynosi n, to całkowita liczba możliwych układów jest wyznaczona przez:
#(N) >2n2 N/2
[…] Ponieważ N=1010 jest szacunkową oceną liczby neuronów w ludzkiej korze mózgowej, a n=104 jest rozsądnym oszacowaniem średniej liczby wejść synaptycznych dla każdego neuronu, więc n2N ~ 1018 […] liczba możliwych układów mózgowych wynosi 101017. […] Przy takiej liczbie liczby używane przez astronomów stają się znikomo małe. należy też podkreślić, ze powyższe oszacowanie zostało oparte na najbardziej konserwatywnych założeniach dotyczących dynamiki kory mózgowej.” [przez rozróżnialny elementarny stan rozumiem się tam stan odpalonej synapsy kiedy wszystkie inne synapsy milczą. W sumie t jest oszacowanie ilości możliwych kombinacji sygnałów na synapsach dla połączonych między sobą neuronów. Natomiast co z tą kombinacją sygnałów zrobi neuron zależy od bóg wie czego jeszcze (hormony? komórki glejowe? temperatura? dostęp do żywności – cukrów? nie wiem co jest ważne) Jeśli neuron zechce odpalić – dynamika impulsu na aksonie jest opisana równaniami HH. Nie jestem pewien ale wydaje mi się że komunikacja na synapsach jest 2-kierunkowa. Oczywiście jest wiele skomplikowanych i bardzo złożonych układów o wielkiej możliwej liczbie stanów – gaz w słoiku – 10^23 cząstek! każda opisywana 3 położeniami i 3-ma pędami – które są na końcu opisane prostym równaniem makroskopowym dla średnich pV = nRT. Zatem sama liczba stanów o niczym nie świadczy. Ci co czytali Penrose wiedzą że uważa on działanie mózgu za niemożliwe do wyjaśnienia ( choć w jednej z wersji – za możliwe do opisania)  za pomocą systemów obliczeniowo-formalnych.  Penrose szukał w fizyce procesów nieobliczalnych i jego zdaniem redukcja paczki falowej w mechanice kwantowej jest takim procesem ( a na pewno jest nieodwracalna i nieunitarna). Polecam przeczytać „Cienie umysłu…” to bardzo dobra książka choć najpewniej Penrose nie ma racji co do pochodzenia świadomości ( ale nie ma racji w charakterystyczny, szalenie płody naukowo sposób, wydaje się żę jego teza że procesy kwantowe mogą grać jakąś rolę w mózgu jest do obrony! Badania nad np. fotosynteza wydają się świadczyć o możliwości powszechności kwantowych zjawisk w układach biologicznych. Zdziwiłbym się jednak gdyby prowadziło to do wyjaśnienia świadomości). Z drugiej strony Penrose całkowicie zignorował możliwość że nieobliczalność pojawia się na etapie emergentnym, w powiązaniu nieliniowej dynamiki z wielką złożonością układu. Nie wiem dlaczego tak postąpił. Być może tw. Pour-el&Richards ( którego nie znam, nie rozumiem a tylko cytuję, trudno coś znaleźć na ten temat) nie było mu znane. Jeśli jednak znaczenie tego twierdzenia jest dobrze oddawane przez jego „opis” ( „that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions” ) to możliwość istnienia takich fenomenów jak opisywana równaniami różniczkowymi, deterministyczna niealgorytmiczność wydaje się być całkowicie możliwa. To jest chyba coś całkowicie innego niż chaos – uwaga moja]

„Piekno Neurobiologii”  – blog Jerzego Vetulaniego, wpis pod tytułem „Rewolucja w anatomii mózgu” ( na początek smakowita anegdota a następnie uwaga odnosząca się do tematu tego wpisu):
    „[…]uczono mnie w szkole, że człowiek posiada zespól 24 par chromosomów. Tak ustalił w roku 1923 amerykański zoolog Theophilus Painter (1889–1969), licząc pod mikroskopem chromosomy w ludzkich spermatocytach i dopiero po ponad 30 latach Joe Hin Tjio (1919–2001), urodzony na Jawie Chińczyk, który po wojnie otrzymał stypendium w Holandii, w czasie zagranicznego pobytu naukowego w Lund na trzy dni przed Bożym Narodzeniem 1955 roku policzył jeszcze raz chromosomy w ludzkiej komórce (w hodowli z płodowej tkanki płucnej) i stwierdził, że jest ich tylko 46. Przy publikacji tego rewelacyjnego wyniku nastąpiła ciekawa kontrowersja: w owych czasach szef laboratorium zawsze wpisywał się do pracy jako pierwszy autor, ale w czasie pobytu Tjio w Lund, dyrektor Instytutu Genetyki, Artur Levan, był na urlopie. Kiedy po powrocie zażyczył sobie należnego mu miejsca, Tjio stanął okoniem: “Jeżeli chcesz być autorem, to sam wykonuj doświadczenia”, powiedział. Były więzień japońskich obozów koncentracyjnych postawił na swoim i został pierwszym autorem doniesienia, cytowanego obecnie: Tjio TH, Levan A.: The chromosome number of man. Hereditas 1956;42:1. […]
[…] Podobną wieczną prawdą było oszacowanie liczby neuronów i komórek glejowych w ludzkim mózgu. Do tej pory powszechnie wierzy się, że mózg ludzki zawiera około 100 miliardów neuronów i dziesięciokrotnie więcej komórek glejowych. Tak podają wszystkie najważniejsze podręczniki neuroscience, w tym biblia neurologów i neurobiologów, podręcznik pod redakcją noblisty, Erica Kandela, Principles of Neural Science i wszystkie jego unowocześnione mutacje. […] Dopiero dwa lata temu badania młodej brazylijskiej uczonej, Suzany Herculano-Houzel, pozwoliły na poznanie rzeczywistej liczby komórek nerwowych i glejowych w mózgu człowieka i wielu innych zwierząt. Jak zwykle w nauce postęp osiągnięto dzięki nowej metodzie: badaczka opracowała technikę wyznaczania liczby komórek w całym mózgu. Metoda ta, nazwana frakcjonacją izotropową, polega na przygotowaniu homogennej “zupy” z utrwalonego w całości mózgu. Utrwalony aldehydem mózg homogenizuje się w całości (lub homogenizuje się określoną strukturę), homogenat wiruje, jądra z osadu zawiesza w buforowanym roztworze soli z dodatkiem 1% DAPI (dwuchlorowodorku 4’6-dwuamidyno-2-fenyloindolu), fluorescencyjnego barwnika swoistego dla DNA. Fluoryzujące jądra liczy się w określonej objętości.
Po ustaleniu całkowitej liczby jąder komórkowych pobiera się niewielkie próbki i barwi swoiście na jądra neuronalne przy użyciu antygenu jąder neuronalnych NeuN, i tak znalezioną liczbę neuronów odejmuje się od całości, uzyskując wartość gęstości komórek nieneuronalnych, które prawie w całości są komórkami glejowymi [Herculano-Houzel S, Lent L. Isotropic fractionator: a simple, rapid method for the quantification of total cell and neuron numbers in the brain. J Neurosci 2005;25: 2518].
Zastosowanie tej metody pozwoliło zrewidować dotychczasowe poglądy na budowę mózgu ludzkiego. Wyniki przedstawiają się następująco:

Masa mózgu — 1508 g
Całkowita liczba neuronów — 86 miliardów (a nie 100)
Całkowita liczba pozostałych komórek — 85 miliardów (a nie 700)
Masa kory mózgowej — 1233 g
Neuronów w korze mózgowej — 16 miliardów (a nie 23)
Względna wielkość kory mózgowej — 82% masy mózgu
Wzgl. liczba neuronów kory mózgowej — 19% neuronów mózgu
Masa móżdżku — 154 g
Liczba neuronów w móżdżku — 69 miliardów
Względna wielkość móżdżku — 10% masy mózgu

     [Herculano-Houzel S: The human brain in numbers: a linearly scaled-up primate brain. Frontiers in Human Neuroscience 2009, 3, 31]
Prasę najbardziej zadziwił fakt, że neuronów w mózgu mamy o 14% mniej, niż sądzono. Co więcej — w korze mózgowej jest ich o 30% mniej. Dla mnie jednak rewolucyjnym jest stwierdzenie, że mamy w mózgu tylko 85 miliardów — nie wiele więcej niż jedną dziesiątą tego, co uważaliśmy za wartość rzeczywistą.” […]
W porównaniu ze standardową supermałpą mamy nieco mniejszą i uboższą w neurony korę mózgową, ale za to mamy o 27% większy móżdżek, a w nim o 13% więcej neuronów. A znów wbrew temu, co myślano, móżdżek służy nie tylko do kontroli równowagi i ruchów gałek ocznych, nie tylko do koordynacji i planowania ruchów, ale jego aktywność jest zaangażowana w wiele domen poznawczych, a uszkodzenia mogą skutkować wystąpieniem tzw. poznawczego defektu afektywnego. Móżdżek koordynuje werbalną pamięć roboczą, związany jest z fluencją ruchów, mowy i myśli, a w schizofrenii obserwuje się jego uszkodzenia. Nie sądzę, żeby trzeba było teraz dokładniej rozpisywać się o tej dotychczas niedocenianej części mózgu, ale nasuwa się pytanie, czy fakt, że w rywalizacji o miejsce na Ziemi wyeliminowaliśmy naszego kuzyna, Neandertalczyka, który miał wyraźnie większy mózg niż my, nie mógł się łączyć z tym, że nasz móżdżek był nieco sprawniejszy?”

 

   

    […] opinię Andrzeja Lubienieckiego o nastrojach panujących w Polsce nieco wcześniej (czyli przed pierwsza elekcją królewską w Polsce): „Kilka lat przed śmiercią królewską gdzie się jeno zjechało kilka ludzi duchownych, świeckich, bądź to senatorów, bądź szlachty, nawet kupców, nigdy nie chybiło aby byli nie mieli o przyszłym interregnum mówić, a to z wielką bojaźnią i struchleniem” […]
Chwila zmiany warty u władzy zawsze jest kryzysem. Lecz tak wielkie przesilenie wcale nie musiało w Polsce nastąpić. Społeczeństwo widziało, że dynastia dogorywa i pragnęło się w porę zabezpieczyć. Aby uniknąć wstrząsu należało się dogadać […] Poprzednicy […] pozostawili im wyrobioną tradycję współpracy tronu z szeregową szlachtą […] Świetną tradycje jagiellońską dwaj ostatni Jagiellonowie odrzucili. Zagadnienie nie da się wyjaśnić bez zwrócenia uwagi na ich własne koncepcje polityczne. To był świadomy wybór arystokratycznej doktryny rządzenia. Sojusz z tymi co reprezentowali same szczyty, pogarda dla tych co w izbie obrad zasiadali „opozad” czyli w pobliżu drzwi. żaden determinizm ( dziejów – uwaga moja) nie działał […] Obaj Zygmuntowie mieli swobodę decydowania, zwłaszcza ten drugi, młodszy. Reformatorzy czekali na niego z wyciągniętymi dłońmi.
[…]
    Na sejmie w 1605 roku po raz ostatni w życiu przemówił Jan Zamoyski, daremnie podając królowi rękę w imieniu całej opozycji: „Miłuję dalibóg Wasza Królewską Mość i służę wiernie i po wtóre mówię, wiernie służę; racz tylko Wasza Królewska Mość miłować też nas, poddane swe: łacnoć będzie o pieniądze, łacno o pomnożenie państw, snadnoć przyjdzie wszystko, gdy miłość poddanych będzie. Uczynisz tu Wasza Królewska Mość z Polaka Aleksandra, z Litwina Herkulesa; miłości tylko trzeba, bez tej trudno co począć”.
Nie bierzmy za pustą retorykę słów kanclerza i hetmana, który mowę swą „z płaczem wielkim stojąc kończył”. O wzajemne zaufanie, o dowody życzliwości monarchy ku poddanym wołał ten sam człowiek który w 1587 roku wprowadził Zygmunta na Wawel, pokonał pod Byczyną jego wroga arcyksięcia Maksymiliana a w pięć lat później musiał grać główną rolę na „sejmie inkwizycyjnym”. Rozpatrywano wtedy mściwe doniesienie tegoż Maksymiliana, oskarżające Zygmunta III o chęć odstąpienia cichcem korony polskiej arcyksięciu Ernestowi. Król nie zdołał się całkowicie oczyścić z zarzutów. Potajemne knowania były faktem. Dotyczą innych spraw, trwały i później. Po całej Rzeczypospolitej krążyły o nich „rumory”. Staje się jasne co w tych okolicznościach znaczyły słowa kanclerza „racz tylko Wasza Królewska Mość miłować i nas, poddane swe”.
[…]
    August II to dno naszej historii. Bo za jego syna i następcy Augusta III zaczęła się poprawa, bez najmniejszej oczywiście pomocy i zasługi ze stroh króla. Ale przyznajmy że już grubo wcześniej, w epoce popiastowskiej w ogóle wielu władców Rzeczypospolitej nie chciało „narodem naszym się kontentować”. W ich politycznych rachubach Polska stanowiła niekiedy tylko czynnik ( w zabiegach dynastycznych i majątkowych o trony i tereny w Europie – przypis mój) zamiast być podmiotem i celem. Taki stan rzeczy wytwarzał klimat moralny nie sprzyjający reformie. Zaufanie do rządzących jest budulcem niematerialnym lecz niezastąpionym.
[…]
    Anarchia przemogła ongi w Rzeczypospolitej ponieważ rząd królewski szedł poprzednio przeciwko społeczeństwu, zmarnował jego dorobek umysłowy i dobrą wolę. Istota owej anarchii polegała na rozpasaniu wielkich. To było jej koło napędowe. Tłum szlachecki nie wynalazł sobiepaństwa. Zawiedziony i zbałamucony poszedł w ślady tych co […] uważali że wolno w Polsce – a raczej w Rzeczypospolitej – jak kto chce…
     Taką maksymę wyznawali w całej Europie rozmaici panowie de i von. Ale tam z biegiem czasu hamulce potężniały. U nas beznadziejnie słabły bo sama władza centralna nie pofatygowała się wzmocnić się w porę. I robiła rzeczy które musiały demoralizować poddanych. […]

    Najwięcej poczucia karności było u nas zawsze tam, gdzie najbardziej tłoczno. Wśród ludu, drobiazgu szlacheckiego i małych ziemian. Bo znaczniejsi łątwiej zarażali się od magnatów. Ci ostatni zachowywali się normalnie – jak na ich sytuację społeczną. Dokładnie według wzorów znanych z postępowania arystokracji w innych, znacznie szczęśliwszych krajach. jedno tylko – być może – wyróżniało nasze królewięta. Magnateria Rzeczypospolitej zdawała sobie sprawę że źle się dzieje w państwie. Znała słabość jego struktury. Struchlała kiedy podczas wojny kozackiej rozpalił się na nowo odwieczny front moskiewskiej, a w perspektywie zarysowała się groźba szwedzkiej. […] Wielcy panowie trafnie widzieli schorzenia systemu. Magnat pisał satyry, piętnował bezrząd, anarchię, prywatę, rwał włosy z głowy oraz sejmy, sejmiki, warcholił, mącił, kopał grób państwu, zdradzał je w chwili grozy.
     Wynika stąd wniosek, który śmiało można podnieść do godności prawa historii. Człowiek jest bezbronny wobec własnego przywileju. Samo istnienie przywileju jest złem. Lecz brak kontroli nad uprzywilejowanymi, kontroli niezależnej od nich, musi doprowadzić do anarchii i katastrofy.
     Władza państwowa Rzeczypospolitej za długo brała stronę wielkich przeciwko małym. I zbyt często dbała bardziej o własne doktryny i ambicje niż kraj.

Paweł Jasienica „Polska anarchia”  stony 54 – 77. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989

Cytat za: http://wyborcza.pl/1,97738,10030963,Grass_KamienieSyzyfa.html?as=1

    „Władza tych lobby w znacznie większym stopniu zagraża demokracji niż histerycznie podnoszone niebezpieczeństwa, sianie w stylu Sarrazina lęku i przerażenia. Władza lobby odbiera parlamentarzystom i rządowi wiarygodność. Prowadzi do tego, że rośnie absencja wyborcza.
[…]
Nie mogąc tej władzy zlikwidować – reprezentacja interesów ma przecież swoje uzasadnienie – należy postawić jej wyraźne granice. […] Dlatego potrzeba – moim zdaniem – ustawowo określonego okresu karencji wynoszącego minimum pięć lat. Chyba że obywatele, a w szczególności dziennikarze, pogodzą się z tym, że polityka z zasady jest przekupna i taką pozostanie.
[…]
Nie muszę i nie chcę powoływać się na Weimar jako na przykład ostrzegawczy. Obecne symptomy zmęczenia i rozpadu konstrukcji naszego państwa są wystarczającym powodem, by mieć poważne wątpliwości, czy nasza konstytucja gwarantuje jeszcze swoje obietnice. Dryf w kierunku społeczeństwa klasowego z coraz biedniejszą większością i odgradzającą się od niej warstwą najbogatszych, góra długów, której szczyt przesłania dzisiaj chmura zer, nieudolność i opisany wcześniej bezwład wybranych w wolnych wyborach parlamentarzystów wobec skoncentrowanej władzy grup interesów i wreszcie dławiący uścisk banków są w moich oczach powodem, dla którego konieczne staje się zrobienie czegoś, co było dotąd tabu, to znaczy postawienie pod znakiem zapytania całego systemu.
[…]
Czy mamy nadal godzić się na niejako przymusowo zaordynowany demokracjom system kapitalistyczny, w którym świat finansów w dużej mierze oddzielił się od gospodarki, ale raz po raz zagraża jej za sprawą zawinionych przez siebie kryzysów? Czy takie artykuły wiary jak rynek, konsumpcja i zysk nadal mają być naszą religią?

 

    Dla mnie w każdym razie jest rzeczą pewną, że system kapitalistyczny wspierany przez neoliberalizm i pozbawiony alternatywy, jak sam się przedstawia, zdegenerował się do roli maszynerii, która niszczy pieniądze, i w oderwaniu od odnoszącej niegdyś sukcesy społecznej gospodarki rynkowej służy już tylko sobie samej: jako nieprzyjazny społeczeństwu moloch, którego skutecznie nie ogranicza żadne prawo. 

 

Dlatego w dalszej kolejności powstaje pytanie: czy wybrana przez nas forma rządów, czyli demokracja parlamentarna, ma jeszcze wolę, a także siłę do tego, by obronić się przed tym grożącym jej rozpadem? Czy też każda próba reform mająca na celu poddanie banków i ich sposobu obchodzenia się z pieniędzmi jakiejś kontroli, to znaczy zmuszenia ich do działania w imię dobra wspólnego, nadal będzie delegowana do sfery niezobowiązujących deklaracji za pomocą rytualnego uzasadnienia, że „coś takiego, jeśli w ogóle, może się udać tylko na poziomie globalnym”?

 

    Jedno wydaje mi się pewne: jeśli demokracje zachodnie okażą się niezdolne do tego, by za pomocą fundamentalnych reform przeciwstawić się grożącym im już obecnie i spodziewanym w przyszłości niebezpieczeństwom, to nie będą w stanie poradzić sobie z tym, co w nadchodzących latach jest nieuniknione: kryzysami rodzącymi następne kryzysy, niepohamowanym wzrostem liczby ludności na świecie, spowodowanymi niedostatkiem wody, głodem i nędzą falami uchodźców oraz wywołanymi działalnością człowieka zmianami klimatycznymi. Rozpad porządku demokratycznego pozostawiłby jednak po sobie, o czym świadczy dostatecznie dużo przykładów, pustkę, a tę mogłyby zagospodarować siły, których opis przekracza możliwości naszej wyobraźni – mimo że sparzyliśmy już sobie palce na faszyzmie i stalinizmie, których skutki nadal odczuwamy.”

Günter Grass

Tekst za „Süddeutsche Zeitung” z 4 lipca 2011 r.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d blogerów lubi to: