You are currently browsing the category archive for the ‘Nauka’ category.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

    Jakiś czas temu dyskutowałem an blogu Polityki „Niedowiary” na interesujący temat: czy i na ile matematyka jest wiedzą realną, opisująca byty fizyczne, a na ile jest wiedzą idealistyczną oddzieloną od rzeczywistości nieprzekraczalną warstwą abstrakcji. Oczywiście takie dyskusje, prowadzone od, chyba można to rzec, tysiącleci, nie prowadzą z reguły do żadnych konkluzji, czasami jednak pozwala dowiedzieć się czegoś ciekawego lub zastanowić się nad czymś ciekawym. Zainteresowanym przeglądem tej tematyki polecam książki Romana Murawskiego np. „Filozofia matematyki. Zarys dziejów”, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995.  Podczas dyskusji która tutaj mam na myśli przydarzyło mi sie stanąć wobec takiej oto wypowiedzi – mającej być dowodem na oderwaną abstrakcyjność matematyki ( poprawiłem oryginalną pisownię autora. Nie co dzień zdarza mi sie poprawiać czyjąś – poza moją własną – pisownię!):

    „Proponuje zweryfikować empirycznie twierdzenie znane jako paradoks Banacha-Tarskiego: 3 wymiarowa kule można pociąć na rozłączne kawałki tak, że z tych kawałków, bez ściskania i rozciągania, a tylko przez przestawianie i obracanie, da sie ułożyć dwie kule takie same jak pierwotna?

    Tutaj znajduje sie bardzo przystępne wyjaśnienie o co chodzi w Paradoksie Banacha-Tarskiego. Właściwie można rzec, że Banach z Tarskim zadbali o doskonałą pijarową oprawę dla skądinąd interesującego, ale znacznie mnie spektakularnie brzmiącego faktu matematycznego, dotyczącego grupy obrotów w przestrzeni trójwymiarowej. Kluczowym elementem dowodu/konstrukcji paradoksalnego rozkładu kuli jest konstrukcja podgrupy grupy obrotów, o dwu generatorach wolnych. Jak użyć wspomnianej podgrupy zawarte jest w ilustracji do artykułu. Zrozumienie rysunku jest kluczem do zrozumienia dowodu i całej konstrukcji. Istnienie takiej podgrupy jest dowiedzione, zaś w w artykule w Wikipedii podgrupa taka jest jawnie wypisana. Kolejnym krokiem jest użycie paradoksalnej dekompozycji takiej grupy i aksjomatu wyboru, by w efekcie otrzymać paradoksalny rozkład kuli. Dekompozycja grupy obrotów w trójwymiarowej przestrzeni to po prostu pewna konfiguracja obrotów pozwalająca po ich wykonaniu otrzymać układ równoważny wyjściowemu. Pewnik wyboru pozwala nam podzielić początkową kulę na sprytnie wybrane części, każdą z nich obraca się zgodnie z wynalezioną wcześniej sekwencją obrotów, a na koniec mamy w tym samym obszarze przestrzeni 2 kule identyczne, a więc dokonujemy „podwojenia objętości” figury użytej do zabawy. Rzecz wcale nie jest aż tak bardzo trudna dla zrozumienia – wpaść na to że to możliwe i jak to zrobić – wymaga geniusza, ale zrozumieć jak tego dokonać – nie jest aż tak trudno… Czyli paradoks gotowy zachęcam czytelnika do prześledzenia wpisu z Wikipedii). I tu pada pytanie – czy twierdzenie to, o matematycznej i abstrakcyjnej naturze, stojące w jawnej sprzeczności do intuicji dotyczącej obiektów materialnych, ma cokolwiek wspólnego z rzeczywistością?

    Oczywiście, by podnieść sobie ciśnienie i poziom adrenaliny, w dalszej części wpisu, będę rozważał wyłącznie kwestie podziału 10 kilogramowej kuli ze szczerego złota. A co!

    Z fizycznego punktu widzenia pojawiają się tu następujące „cienkie” punkty:

  1.  czy dowolny obrót daje się zrealizować w przestrzeni fizycznej ( innymi słowy czy symetria pełnej grupy obrotów jest ścisłą czy też tylko przybliżoną symetrią fizyczną).
  2. czy stosowny podział ciała materialnego ( ewentualnie elementu objętości zawierającego np. promieniowanie) jest możliwy.

    Wydaje się że (1) jest spełnione. Symetrie fizyki są ciągłe, i nie ma najmniejszych powodów by obalać ich istnienie. Poprzez twierdzenie Noether wiążą się one z zasadami zachowania. W wypadku grupy obrotów, spełnienie tej symetrii wiąże się z zasadą zachowania momentu pędu. Wydaje się że w sensie w jakim mogłoby mieć to znaczenie dla realizacji praktycznej podziału – nie ma tu żadnych „niemożliwości” – dowolne obroty są możliwe – co do zasady – do wykonania. Co do (2) pojawiają się jednak wątpliwości. Podział wymyślony przez Banacha-Tarskiego był bardzo „dziwny” choć ilość części była skończona. Zauważmy w tym miejscu, że paradoks stwierdza że da się stosownego podziału wykonać po wyrzuceniu „przeliczalnej ilości punktów” – jak to często w teorii miary – i w tym, trywialnym sensie da się to zrobić fizycznie i to w sposób ścisły! Usuńmy bowiem z sfery ze złota wszystkie te „punkty” w których „są atomy” a pozostała „pustą” przestrzeń dzielimy jak trzeba i składamy 2 kule. Cóż pominęliśmy przy podziale całe „złoto” ale zrobiliśmy co trzeba! Przyjmijmy jednak, że nie o to nam chodziło.

    Zwykle opisując fizyczna niemożliwość realizacji paradoksalnego rozkładu kuli Banacha-Tarskiego mówi się o tym, że zbiory na które należy podzielić kulę wyjściową sa dziwne, nie mają dobrej miary objętości itp. Miałoby to uzasadniać, że nie możliwe jest fizyczne podzielenie jakiegokolwiek materialnego obiektu w taki sposób, i tym samym uznaje sie że paradoks jest abstrakcją nie mająca fizycznej realizacji. Czyli taki sposób by mieć problem z głowy. Nadmienić tu jednak trzeba, że w 1994 roku udowodniono że zbiory na które dzieli się kule mogą być „dosyć porządne” z topologicznego punktu widzenia, a zatem nie są całkiem ‘dziwaczne” choć oczywiście są niemierzalne w sensie Lebesque. Dlaczego miałaby być to jakaś szczególnie istotna własność ta mierzalność? Oczywiście miara Lebesque jest pewnym uogólnieniem sposobu mierzenia Riemanna, a ta w jakiś, lepszy lub gorszy sposób imituje realne możliwości miernicze. Jednak zbiory mierzalne w sensie Lbesque nie są w żaden sposób wyróżnione „fizycznie” ( w odróżnieniu od tych, które są mierzalne metoda Riemanna) – są wśród nich zbiory wystarczająco skomplikowane by nie dało się ich „wykroić” nożykiem, więc powoływanie się na mierzalność Lebesque jako szczególnie istotną cechę fizyczną wydaje się tu nonsensowne. Oczywiście brak miary, jest dobrym pretekstem by rzecz zakończyć stwierdzeniem „nie da się”, jednak z wspomnianego twierdzenia wynika że podział o jaki chodzi nie jest wcale aż tak bardzo patologiczny, jak mógłby być.

    Kiedy zastanawiałem sie nad tym tematem przyszło do głowy coś innego. Zwrócę państwa uwagę na pewną własność zwykle zaniedbywaną przez popularyzatorów – na Pewnik Wyboru. Jest on używany w paradoksie Banacha -Tarskiego w istotny sposób. Tymczasem stwierdza on, że pewnego rodzaju operacje – dokonywane przez wybieranie elementów z istniejących już, wcześniej zdefiniowanych zbiorów, dają znów zbiory. Innymi słowy – że pewne zbiory istnieją, gdyż powstają przez wybór elementów z innych zbiorów. Ścisłe sformułowanie Pewnika Wyboru jest dosyć abstrakcyjne, jednak istnieje jego kapitalna popularyzacja. Jej autor Bertrand Russell, opisał to tak: „Po co nam Pewnik Wyboru? Wiadomo że istnieje zbiór „lewych butów”, i żaden dodatkowy aksjomat nie jest tu potrzebny. Pewnik Wyboru jest konieczny by istniał zbiór skarpetek „po jednej z każdej pary” ” Dlaczego? Otóż zbiór „lewych butów” istnieje niejako naturalnie, automatycznie, bo but lewy i prawy różnią się w widoczny sposób. Istnieje cecha która je odróżnia. Wystarczy wskazać tą cechę: „ledwość” i wiadomo jakie elementy do owego zbioru należą. Tymczasem skarpetki są jednakowe, choć w naturalny sposób zgrupowane po dwie. Skąd wiadomo że istnieje zbiór w którym mamy „po jednej skarpetce z każdej pary”? Istnienie takiego zbioru wymaga istnienia pewnej funkcji – która dla jednej ze skarpetek w parze przyjmie wartość 1 a dla drugiej 0 ( lub dowolnie inaczej zdefiniowane ale różne wartości, tak by w efekcie można było mówić o tych skarpetkach, po jednej z każdej pary, dla których funkcja wybrała określoną wartość) Taki zbiór, czy jak kto woli funkcja, mógłby nie istnieć dla nieskończonej ilości skarpetek. Dysponując pozostałymi aksjomatami Teorii Mnogości – nie da się dowieść jej istnienia. Jest to kwestia na tyle niejasna matematycznie, że konieczny jest dodatkowy aksjomat. Co więcej – brak jest „dowodu” Pewnika Wyboru, zaś jego zanegowanie ( a więc trywializując stwierdzenie że istnieją zbiory par skarpetek z których nie da sie wybrać „po jednej z każdej pary”) prowadzi do ciekawej, choć znacznie uboższej, matematyki. Pewnik Wyboru jest więc aksjomatem niezależnym od pozostałych aksjomatów Teorii Mnogości, w czym przypomina nieco V Postulat Euklidesa o prostych równoległych. Mamy więc „dwie” Teorie Mnogości – jedną w której z każdego zbioru można wybrać „po jednym elemencie” (i dokonywać wiele innych, egzotycznych wyborów) spośród wielu jednakowych i nieodróżnialnych elementów zbiorów i drugą, taka w której taka sytuacja nie zachodzi. Jeszcze raz zwróćmy uwagę, że mówimy o „zbiorach takich jak zbiór skarpetek” a więc o zbiorach elementów nieposiadających naturalnej „cechy” która pozwala dokonywać wyborów.

    W fizyce, zwłaszcza kwantowej, sytuacja jest znacznie bliższa właśnie temu drugiemu przypadkowi! O ile większość obiektów makroskopowych przypomina raczej „buty”, gdyż w ten czy inny sposób, posiada jednak indywidualne cechy, o tyle elementy świata kwantowego – cząstki jak elektrony, jądra atomowe, same atomy itp. w fundamentalny sposób pozbawione sa indywidualnej tożsamości. Są identyczne „jak skarpetki”. W takim przypadku wydaje się że nie ma najmniejszego powodu by twierdzić, ze dla „realnej, fizycznej materii” spełnione sa założenia twierdzenia Banacha-Tarskiego o paradoksalnym rozkładzie kuli! Co więcej – kwantowe obiekty nie mogą być w żaden sensowny sposób określone jako „punktowe” a tym samym koncepcja „separowalnośći” w sensie topologicznym – zupełnie do nich nie pasuje.

    W tym miejscu pozwolę sobie na „proroctwo”. Nie uważam tego wyjaśnienia za „żart”. Sądzę że spotkamy sie , prędzej czy później, z kwantowomechaniczną wersją paradoksu Banacha-Tarskiego, że będzie ono dotyczyć kwestii „zachowania informacji w układzie kwantowym” oraz że okaże się ono spełnione oraz możliwe fizycznie do realizacji. Tyle że nie będzie ono dotyczyć „ilości materii”a ilości informacji, która nie ma przecież materialnego charakteru.

Reklamy

     Od dziecka, zawsze interesowałem się literaturą Science-Fiction. Może to były po prostu takie lata? Pamiętam doskonale że zaczęło się od serialu Kosmos 1999. Serial o ile pamiętam leciał w 2-gim Programie Telewizji Polskiej, jakoś w godzinach południowych chyba w soboty. Może było to słynne Studio Gamma? W Przedszkolu namawiałem zawsze kolegów by bawić się właśnie w Kosmos 1999 zaś szczególne moje uznanie budził kolega który potrafił naśladować sposób poruszania się dzielnych kosmonautów po powierzchni Srebrnego Globu, w warunkach zmniejszonej ważkości.

     Zainteresowanie zostało mi na tyle długo by w szkole średniej czytać nie tylko SF ale także nieco wydawanej wówczas literatury popularnonaukowej. Pamiętam książki Olgierda Wołczka „Człowiek i Tamci – z Kosmosu”, czy Andrzeja Marksa „Podróże międzygwiezdne”. W tamtych czasach powszechne było wyrażanie zaniepokojenia stanem wyścigu zbrojeń, a za całkowicie realną możliwość uznawano trwałe zakończenie historii ludzkości w wyniku wojny jądrowej. Pogląd ten doczekał się takiej nobilitacji, że został poniekąd awansowany do rangi hipotezy naukowej. Mianowicie prawdopodobnych odpowiedzi na pytanie: „dlaczego kosmici do nas się nie odzywają” poszukiwano w kwestiach „około atomowych”. Pytanie samo w sobie jest intrygujące i tylko zwykłemu brakowi wyobraźni zawdzięczamy że umyka nam jego paradoksalność. Znany Wszechświat jest tak ogromny, ba! sama Galaktyka, to znaczy Droga Mleczna – jest tak olbrzymia, że z jak to się mówi astronomicznych skal wielkości wynika, gdzieś, ktoś musi się chcieć z nami skontaktować. Tak jak w wielkim mieście można mieć pewność że w danej sekundzie kilka osób jednocześnie, właśnie spogląda na zegarek, tak jak na całym świecie w danej minucie wielu ludzi prowadzi rozmowę na ten sam temat. Rzeczy te wynikają z czystej statystyki. Tymczasem – Wszechświat milczy. Kosmici nie odzywają się do nas, a przynajmniej my nie potrafimy tego dostrzec.

     Na pytanie dlaczego nikt nie widział kosmitów, podawano kilka odpowiedzi. Jedna z nich brzmiała: „odkąd odkryliśmy broń jądrową, jesteśmy zbyt niebezpieczni i cała galaktyka zamilkła bo sie nas zwyczajnie boją”. Odpowiedź ta zdaje się była inspiracją dla filmu „Dzień w którym stanęła Ziemia”. Inny pogląd głosił że Prawa Rozwoju Cywilizacji ( nieco chyba podobne w swej ogólności do Praw Rozwoju Społeczeństw Marksa) wskazują iż jeśli jakaś cywilizacja wejdzie na drogę rozwoju technicznego, wyzwolenie energii atomu jest nieuniknione. Skontaktować się z nami mogą tylko cywilizacje techniczne – przesłanie sygnału przez międzygwiezdną pustkę wymaga przecież władzy nad falami elektromagnetycznymi. Ale skoro otwarto puszkę Pandory w postaci wyzwolenia energii atomu, zegar tyka, czas życia cywilizacji jest policzony. Nieunikniony konflikt jądrowy niszczy każdą cywilizację techniczną po astronomicznie krótkim okresie czasu – najwyżej kilkadziesiąt lat od wynalezienia broni atomowej. W tym duchu napisana jest książka „Słuchacze” Jamesa E. Guna. Bohaterowie odbierają sygnał od pozaziemskiej cywilizacji, jednak kontaktu nie udaje się nawiązać. Pomiary radiowe wskazują na wybuch konfliktu nuklearnego. Podobne motywy znajdujemy w twórczości Stanisława Lema, na przykąłd w powieści „Astronauci” zekranizowanej pod tytułem „Milcząca Gwiazda”. W wielkim skrócie Wenusjanie + atomy = zagłąda, choć zapowiadali sie całkiem nieźle, Całkiem podobnie, choć to zupełnia już inna klasa literatury, toczy sie akcja powieści Stanisława Lema „Fiasko”, zaś odniesienia do możliwej wojny jądrowej są dosyć częste w jego publicystyce i harmonijnie wtapiają się w lemową opinię na temat postępowania ludzkości jako takiej

     Rzecz to znana, że sztuka, literatura, dramat i film przekazując swoje treści w istocie budują pewien obraz świadomości zbiorowej. Spotkałem sie wiele razy z twierdzeniami że sztuka zajmuje się rodzajem społecznej psychoterapii w bezpiecznej formie oswajając strach, lęki współczesnego jej człowieka. Wielu sympatyzujących z komuną recenzentów, chciało widzieć w popularnych wówczas na zachodzie horrorach o zombie, wampirach – pewną charakterystykę nieuświadomionego obrazu relacji społecznych ( każdy staje się potworem gdy go zarażą inne potwory. Ufać nie można nikomu, w tym zwłaszcza najbliższym – kochanemu, dzieciom. Pozostaje tylko biec…. ). Oczywiście filmy takie jak niezły THX 1138 Lucasa, można było także rozumieć jako krytykę konsumpcjonizmu i ogłupiającego entertainmentu.

     Przyjmując za dobrą monetę takie stanowisko warto zastanowić się nad komentarzem pod ciekawym artykułem „WOW!” Jerzego Michała Pawlaka ze Studia Opinii. Artykuł ciekawy, polecam, mówi o niepotwierdzonym, jednorazowym, udanym nasłuchu sygnału od kosmitów. Sygnał wprawił badaczy w zdumienie stąd nazywa się go Sygnałem Wow. Dlaczego nie nadają dalej? Dlaczego nie udało się detekcji sygnału powtórzyć? Równie ciekawy jak sam sygnał jest komentarz jednego z czytelników. Pozwolę sobie zacytować:

„A może było tak, że nadaw­com, gdzieś w gwiaz­do­zbio­rze Strzelca, ichni rząd też obciął fun­du­sze na … nada­wa­nie ? Czyli sytu­acja jak w pio­sence Krysi Prońko pt „Tra­fić w czas“. Gdyby cywi­li­za­cje były ciut mniej rozumne i nie ściu­biły tak jak mają we zwy­czaju, to może byśmy zyskali towa­rzy­sko — wpraw­dzie o suchym chle­bie ale by się poga­dało o tym i o owym.”

     Tak oto dochodzimy do Nowego Prawa Kosmicznego. Wcale nie chodzi o nieuniknioną nuklearną zagładę! Obcym cywilizacjom udaje się w swej mądrości uniknąć tego pesymistycznego scenariusza. Nieuchronna Prawda daje sie rozpoznać w logicznym następstwie wniosków. Kontakt możemy nawiązać tylko z cywilizacją techniczną bo muszą mieć anteny. Aby mieć anteny, muszą mieć pieniądze by je zbudować, że o rachunkach za prąd nie wspomnę! Aby mieć pieniądze, muszą afirmować Święte Prawo Własności i Wolny Rynek. A ten eliminuje nieefektywne mechanizmy gospodarcze jak trwonienie funduszy publicznych. Cywilizacje pozaziemskie milczą bo u nich też udało sie z sukcesem wdrożyć Kosmiczny Plan Balcerowicza! Zwróćmy uwagę, ze wśród setek tysięcy pozaziemskich cywilizacji muszą być setki znacznie bardziej zaawansowanych od nas. Pomimo iż ich realizacja ideałów neoliberalnych jest posunięta wprost niewyobrażalnie daleko, sygnałów nie wysyłają. Czy Milczenie Kosmosu to nie piękny dowód na to Najbardziej Zaawansowane Cywilizacje Wszechświata finansują naukę z funduszy prywatnych?

     Ciekawe co takie rozumowanie mówi o stanie naszej, Polskiej, cywilizacji…

 

    Niedawno pisałem o moim poglądzie na kwestie języka w jakim uprawia się naukę i rozmaitych problemów jakie wynikają z zaściankowego modelu jej rozwoju jaki funkcjonuje w naszym kraju. W książce „Filozofia logiki i matematyki w Polsce niemiędzywojennej” Romana Murawskiego wydanej jako monografia Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej znalazłem cytat z pracy Zygmunta Janiszewskiego, o którym także wzmiankowałem w poprzednim wpisie.

     „W myśl powyższego projektu należałoby założyć u nas czasopismo ściśle naukowe, poświęcone wyłącznie jednej z tych gałęzi matematyki, w których mamy pracowników wybitnych, prawdziwie twórczych i licznych. Czasopismo to […] przyjmowałoby artykuły każdym z czterech języków uznanych w matematyce za międzynarodowe […]. Pismo to zawierałoby, obok artykułów oryginalnych, bibliografie tej gałęzi, streszczenia, a nawet przedruki ważniejszych artykułów, drukowanych gdzie indziej, szczególnie zaś tłumaczenia artykułów wartościowych, drukowanych w językach nie „międzynarodowych”, a więc przede wszystkim prac polskich, które marnują się nieznane; wreszcie korespondencje: odpowiedzi na zapytania […].
     […] powróćmy do sprawy twórczości matematycznej. Tu atmosferę odpowiednią może wytworzyć dopiero zajmowanie sie wspólnymi tematami. Konieczni prawie dla badacza sa współpracownicy. Odosobniony najczęściej zamiera. Przyczyny tego są nie tylko psychiczne, brak pobudki: odosobniony wie o wiele mniej od tych, co pracują wspólnie. Do niego dochodzą tylko wyniki badań, idee już dojrzałe, wykończone, często w kilka lat po swoim powstaniu, gdy ukażą się w druku. Odosobniony nie widział, jak i z czego one powstawały, nie przeżywał tego procesu razem z ich twórcami. „Jesteśmy z daleka od tych kuźni czy kotłów, w których wytwarza się matematyka, przychodzimy spóźnieni i, nie ma rady, musimy pozostawać w tyle” mówił mi w Getyndze o swoich rodakach pewien uczony matematyk rosyjski. O ileż bardziej stosuje się to do nas!
     Otóż, jeśli nie chcemy zawsze „pozostawać w tyle”, musimy chwycić się środków radykalnych, sięgnąć do podstaw złego. Musimy stworzyć taką „kuźnię” u siebie! Osiągnąć zaś to możemy tylko przez skupienie większości naszych matematyków w pracy nad jedną gałęzią matematyki. Dokonywa się to obecnie samo przez się, trzeba tylko temu prądowi dopomóc. Otóż niewątpliwie utworzenie u nas specjalnego pisma dla jednej gałęzi matematyki pociągnie wielu do pracy w tej gałęzi.
Lecz jeszcze w inny sposób pismo dopomogłoby do wytworzenia się u nas tej „kuźni”: bylibyśmy wtedy ośrodkiem technicznym publikacji matematycznych w tej gałęzi. Do nas przysyłano by rękopisy nowych prac i utrzymywano by z nami stosunki”

    Zygmunt Janiszewski „O potrzebach nauki w Polsce” (1917) W: Nauka polska, jej potrzeby, organizacja i rozwój 1, 11-18. Przedruk: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Seria II: Wiadomości Matematyczne 7 (1963), 3-8 ( skróty sa autorsta R.Murawskeigo, błedy ortograficzne i inerpunkcyjne – mojego)

    Nie mogę powstrzymać się tu od komentarza, wynikającego z rozlicznych dyskusji i sporów jakie miałem z aktywnie uprawiającymi naukę dysputantami na rozmaitych grupach i forach internetowych ( osoba prywatna w Polsce, mieszkająca na prowincji, w zasadzie pozbawiona jest innych możliwości dyskusji na tematy naukowe i około-naukowe ). Otóż wydaje się że słowa Janiszewskiego są dzisiaj tyleż aktualne co niezrozumiane a nawet nieznane w środowisku naukowym. Powszechne jest przekonanie że łatwość publikowania w czasopismach światowych naukowych lub w internecie całkowicie rozwiązuje problem posiadania owej „kuźni” i w zasadzie nie ma o co się starać, bo przecież każdy może pojechać na postdoca do Princetown lub Genewy i pstryk – zrobione – mamy uczonego światowego formatu. Dziwnym trafem umyka koryfeuszom nauki w Polsce że wszyscy koledzy Janiszewskiego studiowali w Getyndze, Paryzu, w Moskwie, byli doktorantami Poincare, Hilberta czy Lebesque. Czyżby Janiszewski o tym nie wiedział? A może w latach międzywojennych, kiedy ludzie mieli za sobą językowe doświadczenie zaborów, kwestia językowa, a nwet kwestia publikacji gotowej twórczości wcale nie była w żadnej mierze paląca. Może chodziło Janiszewskiemu bardziej o owe „kotły” w których wysmaża się matematyczne potrawy?
     Jeśli by porównać naukę polską do jakiejś restauracji w której serwują zainteresowanym – przemysłowi, studentom, ciekawskim przechodniom – jakieś potrawy to rychło by się okazało, że naukę polską przyrównać trzeba do takiego baru w którym brak kuchni, owych kotłów czy nawet miejsca gdzie trzymają garnki do gotowania. Po prostu dają tam na miejscu lub na wynos, potrawy wg. przepisów nie tylko przez kogo innego wymyślonych, ale nawet najczęściej – potrawy przez kogo innego gotowane. Ot – knajpa działająca dzięki kateringowi. Jednym to smakuje, inni wola świeższe rzeczy kupowane bezpośrednio u producenta. Rzecz jednak w tym, ze w restauracji opartej na kateringu – nikt rewolucji kulinarnej czy ledwie rozwoju potraw prowadzić nie może. W kuchni takiej nie spotka sie ani mistrza patelni, ani potraw ulotnych, smacznych jedynie prosto z patelni. Myślę także że w Polskiej nauce jest cała masa takich którym taki – kateringowy rodzaj uprawianej nauki – nie dosyć że wystarcza to jeszcze go afirmują, bo w istocie cała ich praca polega nieledwie na wzięciu czystej ścierki ( a i o to czasem trudno) i z ukłonem gładkim – podawaniu odgrzanych kateringowych kotletów. Z faktu że kelner zmusza klienta by ten zamówił pommes de terre rôties nie wynika że poda mu coś innego niż smażone pyry, rozprawianie jednak o różnicy w smaku wynikającej z różnicy w nazwie ma długie Polskie tradycje. Owszem – zwykle w restauracjach operujących taką terminologia pyry sa droższe, a jeśli nie ma tam kuchni, dania sie odgrzewa – zwykle też i mniej smakowite niż w jakiej zwykłej budzie przy drodze, w której ktoś lubi jeść i lubi gotować.
     Nie mam zamiaru tu stwierdzać że wszystko jest do niczego, że nauka polska nic nie jest warta, zwłaszcza zaś nie chciałbym by ktoś zrozumiał że nie ma zdolnych ludzi, młodych, starych, bogatych w osiągnięcia, lub możliwości rozwoju. Nie chodzi także o jakiekolwiek mechaniczne kopiowanie idei Janiszewskiego. Chciałbym jednak by przyjąć raz na zawsze pewną – kulinarna optykę – uczony to kucharz, a nie kelner, choć czasem potrawy serwuje własnoręcznie. W restauracji gdzie stawia się na nazwę potrawy która ma przyciągnąć klienta, a nie doskonałość jej smaku – żadnej sztuki kulinarnej się nie rozwinie…

   

    Jeden z bywalców Buzz poprosił mnie pewnego razu abym zamiast wdawać się w mętne rozważania polityczne napisał coś o grupie renormalizacji. Osoba ta sądziła że się na tym znam, co jest przykładem zdania prawdziwego dotyczącego przeszłości, i należy do logiki wielowartościwej – bo obecnie nie jest ju zdaniem prawdziwym. Jeden z wpisów w cyklu opatzyłem wówczas dodatkowym komentarzem w postaci wyłaczenia odpowiedzialności. Miał on taki kształt: Wyłączenie odpowiedzialności ;-): autor głęboko ( no bez przesady) wierzy że to co napisał to nie wierutne brednie, ale też od 10 lat brak mu zawodowego kontaktu z tą dziedziną wiedzy. Proszę o tym pamiętać…zwłaszcza w tym co nastąpi.” Owo wyłaczenie odpowiedzialności jest nadal aktualne. Nie znam się, nie umiem, ale lubię sobie popisać wieczorami.

    Dalej utyskiwania: „Im bardziej zagłębiam się w tematykę GR tym bardziej widzę, jak trudno ją popularyzować. Najprostsza sprawa – podanie przykładu – musi utonąć w technicznych szczegółach, większość wyrażeń jest kiepsko zdefiniowana, na przykład różne całki, są rozbieżne i wymagają regularyzacji co wprowadza dodatkowe parametry. Ich liczba jest przy tym tak wielka, a wyrażenia tak długaśne, że bez diagramów Feynmana nie rozbierjosz.” – i to nadal prawda stąd blog na wordpress z obsługą wzorów w LaTeX wydaje się lepszym miejscem do publikacji niz buzz… „Wydaje się jednak że fizyka statystyczna lepiej się tu nadaje do dydaktyki. Aby podkręcić atmosferę wspomnę, że w przykładach będę pisał o renormalizacji w turbulencji..” co będzie wymagało diagramatyki. 

    Postanowiłem skopiowac tutaj wpisy z Buzza – te które miały swoją dskusję – razem z dyskusją. Cel tej operacji jest dwojaki – chciałbym ocalić co napisałem – bo sie napracowałem ( a szkoda że wspomniany powyżej winowajca zlikwidował swoje konto na buzz i zniknął był przez to swoje komentarze co widać w dyskusjach). Drugi cel jest trochę zakamuflowany, wygrzewa się i na razie niewarty jest wzmianki – może poza jednym hasłem: grupa renormalizacji jest monoidem, półgrupą z jedynka i ma dwa generatory…

    Poniżej nastepują rzeczy z buzz które zostały opublikowane 23 kwietnia 2010 r.

    Postanowiłem napisać coś o grupie renormalizacji. Temat jest jednak szeroki i obliczeniowo złożony na tyle, że autor nie czuje się na silach przeprowadzić samodzielnie obliczeń, no może poza bardzo prostym przykładem który mam nadzieje się pojawi na blogu ( ale kto to wie kiedy?). Aby zrozumieć sens stosowania grupy renormalizacji (która tak naprawdę jest półgrupą;-), musimy zacząć od fizycznego komentarza. Komentarz jest konieczny bowiem metoda ta, bez owego komentarza wyda się każdemu arbitralna i nieumocowana. Tymczasem ma ona głęboki związek z zjawiskami krytycznymi jak przejścia fazowe ( choć jej stosowanie nie ogranicza się wyłącznie do nich – patrz teoria pola).

    Pasowałoby podać jakieś kierunki w których będzie szło to wprowadzenie więc może ujmę to w punkty które będą tytułami kolejnych wpisów:
1. zjawiska krytyczne
2. grupa renormalizacji ogólnie
3. dwa przykłady zastosowania grupy renormalizacji przez machanie rękami i bez
4. nieco o grupie renormalizacji w fizyce.

 

    Powyższy plan okazał się zbyt ambitny z wielu powodów, wśród których niedostatki techniczne Buzz były całkiem istotne. Obecnie na blogu jestem w stanie umieścić obrazki w tekście co pozwoli mam nadzieję użyć diagramatyki Faynmanna. Nie sądzę bym zdołał się porwać prędko na kompetentne napisanie tekstu 4. Sądzę jednak że powinien zostać zaanonsowany dla zwiększenia motywacji – może kiedyś powstanie?

   

    [..] Wszyscy, którzy poświęcali po kilka miesięcy w roku na redakcje czasopism lub dzieł zbiorowych, niech zauważą, że teraz tymi tomiszczami mogliby się tylko postukać w czoło,  gdyż także redakcje naukowe przestają być w cenie. Co jednak bardziej jeszcze uderzające, także książki monograficzne, często owoc badań wieloletnich, okażą się mało istotne, zgoła prawie nieważkie, jeśli dotyczą spraw naszych, krajowych, a już nie daj Bóg lokalnych. „Dzieje Pcimia” – z całym szacunkiem dla społeczności Pcimia – należy opublikować po angielsku. A właściwie – odtąd lepiej ich po prostu nie badać, bo to badaczowi tylko zaszkodzi. W sprawach mowy, literatury i historii ojczystej, edukacji i wychowania polskiej młodzieży – o tym wszystkim powinniśmy donosić w czasopismach ukazujących się w Queensland, gdyż są one notowane na listach światowych, w przeciwieństwie do czasopism polskich. Czyżby dlatego, że mieli tam niedawno bardziej widowiskową powódź? „Kangur a sprawa polska”? [..]

   

    „Schody do umysłu” Alwyn Scott – poniższy fragment dotyczy dynamiki transportu chemicznego i elektrycznego w pojedynczym neuronie:
    „We wczesnych latach pięćdziesiątych Hodgkin i Huxley wykonali staranne pomiary przepływu jonów sodowych i potasowych przez błonę olbrzymiego aksonu kałamarnicy w warunkach tzw. przestrzennie zakleszczonego pomiaru. W czasie takiego pomiaru napięcie występujące na błonie zmienia się wzdłuż aksonu. Na podstawie otrzymanych danych badacze ci skonstruowali fenomenologiczny opis całkowitego prądu jonowego (Hodgkin A.L., Huxley A.F (1952) „a quantitative description of membrane current and its application to condition and excitation in nerve. J.Physiol.,117:500-544 ) w postaci równania – równania Hodgkina-Huxleya [dalej w książce następują podlinkowane równania wraz z wyjaśnieniem znaczenia, symboliki itp. Polecam przeglądnąć całą prezentację z której podlinkowałem tu tylko jeden slajd zawiewrający owe równania. Inny opis równań HH można znaleźć także tu – uwaga moja. ] . […]

    Równania nieliniowej dyfuzji […] stanowią słynny system H-H. na podstawie tych równań, przyjmując założenie że ich rozwiązanie ma postać fali biegnącej, badacze ci otrzymali rozwiązania numeryczne tego układu, które potwierdziło się w obserwacjach doświadczalnych. W wyniku licznych powtarzanych testów w ciągu przeszło 43 ostatnich lat, równania H-H zostały uznane za podstawowe równania neurodynamiki.” […] „Było ono zgodne z wynikami eksperymentalnymi [..] zarówno co do przebiegu zmian napięcia […] ja i zmian przepuszczalności błony w czasie. W dodatku przewidzieli oni prawidłowo prędkość rozchodzenia się impulsu nerwowego w nerwie kałamarnicy. wszystkie te wyniki otrzymali na podstawie swojej teorii i zakleszczonych przestrzennie pomiarów własności błony. Ponieważ ich teoria nie zawierała żadnych parametrów korygujących, musiała być albo dobra albo zła i – była dobra.”
Czy równania H-H, którymi rządzi sie dynamika impulsu nerwowego mogą być zredukowane do praw fizyki?
Jak już wiemy prawa te można wywodzić z praw fizyki, ponieważ przedstawiliśmy poprzednio w ogólnych zarysach ich związek z chemia, biochemią i dynamiką przepuszczalności jonów przez błony. […] Jednak równania te nie są „zwykłymi prawami fizyki” ( na co wskazał Schroedinger ), ale „nowymi prawami” wyłaniającymi sie z hierarchicznego poziomu, na którym znajduje sie akson, aby rządzić dynamiką impulsów nerwowych. nie można wyprowadzić owych praw tylko z fizyki i chemii, ponieważ zależą one od szczegółów struktury białek tkwiących w błonie, które pośredniczą w przepływie przez nią jonów sodu i potasu, oraz od budowy geometrycznej włókien nerwowych.” [innymi słowy, podobnie jak w wypadku zjawiska turbulencji – brak jest uniwersalności w tym opisie – o ile pochodzenie zjawiska jest fizyczne, materialistyczne, o tyle jego natura w konkretnym wypadku zależy od wielu przypadkowych z fundamentalnego punktu widzenia czynników, które w najlepszym wypadku można by próbować ujmować jako jakieś „warunki brzegowe” czy „parametry modelu”. W wypadku turbulencji zależność taka ( a raczek kwestia udowodnienia tego że jest ona możliwa) stanowi jeden z najsłynniejszych Problemów Milenijnych. W wypadku układów biologicznych – wydaje się to być beznadziejne zadanie – uwaga moja ]

„Why can’t there be a general theory of nonlinear PDE?” – mathoverflow.net:
    „[…] theorem of Pour-el and Richards that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions. This is in their book Computability in Analysis and Physics (Springer-Verlag 1989).  – John Stillwell Feb 14 2010 at 23:43″

Wypowiedź na grupie dyskusyjnej – Jeffrey Ketland Dept of Philosophy, University of Nottingham
    „In Chapter 4, Pour-El/Richards give: Second Main Theorem (p. 128): „under mild side conditions, a self-adjoint operator has computable eigenvalues, but the sequence of eigenvalues need not be computable” (summary, p. 2). and: The Eigenvector Theorem (p. 133): „there is an effectively determined bounded self adjoint operator T* such that 0 is an eigenvalue, but none of the eigenvectors with this eigenvalue are computable” (summary, p. 2). It is thus conceivable that that there is a (rather spooky) observable O (i.e., some self-adjoint operator O, and perhaps something we could in principle set up an experiment to measure), which has non-computable eigenvectors. If that’s right, we could have a quantum mechanical system in a computable state f(x), and „push” it into a non computable state g(x) by measuring this observable O* (where g(x) would be some non-computable eigenvector of this operator).”

„Schody do umysłu” Alwyn Scott
    „W swoich „Wykładach Gifforda” Charles Sherrington (1951) ujął to następująco:

>> Zauważywszy jakaś gwiazdę. Możemy opisać o doznanie od strony energetycznej. Promieniowanie gwiazdy dochodzi do oka; na dnie oka tworzy się mała plamka świetlna; w siatkówce rozpoczyna się pewien proces fotochemiczny; następuje ciąg przekazywania aktywujących potencjałów wzdłuż nerwu do mózgu; w mózgu rozchodzą się dalsze zaburzenia elektryczne; strumień aktywujących potencjałów przenosi sie z mózgu do mięśni gałek ocznych i źrenic; następuje ogniskowanie plamki świetlnej i wyostrzenie obrazu oraz ustawienie widzącej części siatkówki pod obrazem światła. Czy to jest „widzenie”? To jest moment, gdy opis energetyczny staje się nieprzydatny. Ten opis nic nam nie mówi o jakimkolwiek „widzeniu”. Mówi on nam wiele, ale nie mówi co to jest widzenie”. <<

W ciągu minionego stulecia ciągle powiększała się przepaść między dotyczącym szczegółów, mechanicystycznym opisem mózgu a ciągle obecną realną rzeczywistością świadomych doznań. Każde mechanicystyczne wytłumaczenie natury umysłu, które dałoby sie skonstruować, można by sobie wyobrazić równie dobrze bez konieczności wystąpienia odczuwania czegoś przez właściciela mózgu. Redukcjonizm nie potrafi połączyć obu brzegów powstałej przepaści”.[…] „Po pierwsze sprzeciw „zasadniczy” jest konieczny ponieważ nie ma żadnej nadziei na zrobienie modelu zawierającego wszystkie połączenia między neuronami, przy użyciu dostępnych obecnie komputerów. I jak już to było powiedziane […] przede wszystkim nie mamy żadnej pewności co do dynamiki poszczególnych neuronów”
„Przy dużej liczbie neuronów w mózgu sytuacja w której każdy neuron otrzymuje bodźce od wszystkich pozostałych, jest mało realna. Jeśli liczba impulsów wejściowych dla każdego neuronu wynosi n, to całkowita liczba możliwych układów jest wyznaczona przez:
#(N) >2n2 N/2
[…] Ponieważ N=1010 jest szacunkową oceną liczby neuronów w ludzkiej korze mózgowej, a n=104 jest rozsądnym oszacowaniem średniej liczby wejść synaptycznych dla każdego neuronu, więc n2N ~ 1018 […] liczba możliwych układów mózgowych wynosi 101017. […] Przy takiej liczbie liczby używane przez astronomów stają się znikomo małe. należy też podkreślić, ze powyższe oszacowanie zostało oparte na najbardziej konserwatywnych założeniach dotyczących dynamiki kory mózgowej.” [przez rozróżnialny elementarny stan rozumiem się tam stan odpalonej synapsy kiedy wszystkie inne synapsy milczą. W sumie t jest oszacowanie ilości możliwych kombinacji sygnałów na synapsach dla połączonych między sobą neuronów. Natomiast co z tą kombinacją sygnałów zrobi neuron zależy od bóg wie czego jeszcze (hormony? komórki glejowe? temperatura? dostęp do żywności – cukrów? nie wiem co jest ważne) Jeśli neuron zechce odpalić – dynamika impulsu na aksonie jest opisana równaniami HH. Nie jestem pewien ale wydaje mi się że komunikacja na synapsach jest 2-kierunkowa. Oczywiście jest wiele skomplikowanych i bardzo złożonych układów o wielkiej możliwej liczbie stanów – gaz w słoiku – 10^23 cząstek! każda opisywana 3 położeniami i 3-ma pędami – które są na końcu opisane prostym równaniem makroskopowym dla średnich pV = nRT. Zatem sama liczba stanów o niczym nie świadczy. Ci co czytali Penrose wiedzą że uważa on działanie mózgu za niemożliwe do wyjaśnienia ( choć w jednej z wersji – za możliwe do opisania)  za pomocą systemów obliczeniowo-formalnych.  Penrose szukał w fizyce procesów nieobliczalnych i jego zdaniem redukcja paczki falowej w mechanice kwantowej jest takim procesem ( a na pewno jest nieodwracalna i nieunitarna). Polecam przeczytać „Cienie umysłu…” to bardzo dobra książka choć najpewniej Penrose nie ma racji co do pochodzenia świadomości ( ale nie ma racji w charakterystyczny, szalenie płody naukowo sposób, wydaje się żę jego teza że procesy kwantowe mogą grać jakąś rolę w mózgu jest do obrony! Badania nad np. fotosynteza wydają się świadczyć o możliwości powszechności kwantowych zjawisk w układach biologicznych. Zdziwiłbym się jednak gdyby prowadziło to do wyjaśnienia świadomości). Z drugiej strony Penrose całkowicie zignorował możliwość że nieobliczalność pojawia się na etapie emergentnym, w powiązaniu nieliniowej dynamiki z wielką złożonością układu. Nie wiem dlaczego tak postąpił. Być może tw. Pour-el&Richards ( którego nie znam, nie rozumiem a tylko cytuję, trudno coś znaleźć na ten temat) nie było mu znane. Jeśli jednak znaczenie tego twierdzenia jest dobrze oddawane przez jego „opis” ( „that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions” ) to możliwość istnienia takich fenomenów jak opisywana równaniami różniczkowymi, deterministyczna niealgorytmiczność wydaje się być całkowicie możliwa. To jest chyba coś całkowicie innego niż chaos – uwaga moja]

„Piekno Neurobiologii”  – blog Jerzego Vetulaniego, wpis pod tytułem „Rewolucja w anatomii mózgu” ( na początek smakowita anegdota a następnie uwaga odnosząca się do tematu tego wpisu):
    „[…]uczono mnie w szkole, że człowiek posiada zespól 24 par chromosomów. Tak ustalił w roku 1923 amerykański zoolog Theophilus Painter (1889–1969), licząc pod mikroskopem chromosomy w ludzkich spermatocytach i dopiero po ponad 30 latach Joe Hin Tjio (1919–2001), urodzony na Jawie Chińczyk, który po wojnie otrzymał stypendium w Holandii, w czasie zagranicznego pobytu naukowego w Lund na trzy dni przed Bożym Narodzeniem 1955 roku policzył jeszcze raz chromosomy w ludzkiej komórce (w hodowli z płodowej tkanki płucnej) i stwierdził, że jest ich tylko 46. Przy publikacji tego rewelacyjnego wyniku nastąpiła ciekawa kontrowersja: w owych czasach szef laboratorium zawsze wpisywał się do pracy jako pierwszy autor, ale w czasie pobytu Tjio w Lund, dyrektor Instytutu Genetyki, Artur Levan, był na urlopie. Kiedy po powrocie zażyczył sobie należnego mu miejsca, Tjio stanął okoniem: “Jeżeli chcesz być autorem, to sam wykonuj doświadczenia”, powiedział. Były więzień japońskich obozów koncentracyjnych postawił na swoim i został pierwszym autorem doniesienia, cytowanego obecnie: Tjio TH, Levan A.: The chromosome number of man. Hereditas 1956;42:1. […]
[…] Podobną wieczną prawdą było oszacowanie liczby neuronów i komórek glejowych w ludzkim mózgu. Do tej pory powszechnie wierzy się, że mózg ludzki zawiera około 100 miliardów neuronów i dziesięciokrotnie więcej komórek glejowych. Tak podają wszystkie najważniejsze podręczniki neuroscience, w tym biblia neurologów i neurobiologów, podręcznik pod redakcją noblisty, Erica Kandela, Principles of Neural Science i wszystkie jego unowocześnione mutacje. […] Dopiero dwa lata temu badania młodej brazylijskiej uczonej, Suzany Herculano-Houzel, pozwoliły na poznanie rzeczywistej liczby komórek nerwowych i glejowych w mózgu człowieka i wielu innych zwierząt. Jak zwykle w nauce postęp osiągnięto dzięki nowej metodzie: badaczka opracowała technikę wyznaczania liczby komórek w całym mózgu. Metoda ta, nazwana frakcjonacją izotropową, polega na przygotowaniu homogennej “zupy” z utrwalonego w całości mózgu. Utrwalony aldehydem mózg homogenizuje się w całości (lub homogenizuje się określoną strukturę), homogenat wiruje, jądra z osadu zawiesza w buforowanym roztworze soli z dodatkiem 1% DAPI (dwuchlorowodorku 4’6-dwuamidyno-2-fenyloindolu), fluorescencyjnego barwnika swoistego dla DNA. Fluoryzujące jądra liczy się w określonej objętości.
Po ustaleniu całkowitej liczby jąder komórkowych pobiera się niewielkie próbki i barwi swoiście na jądra neuronalne przy użyciu antygenu jąder neuronalnych NeuN, i tak znalezioną liczbę neuronów odejmuje się od całości, uzyskując wartość gęstości komórek nieneuronalnych, które prawie w całości są komórkami glejowymi [Herculano-Houzel S, Lent L. Isotropic fractionator: a simple, rapid method for the quantification of total cell and neuron numbers in the brain. J Neurosci 2005;25: 2518].
Zastosowanie tej metody pozwoliło zrewidować dotychczasowe poglądy na budowę mózgu ludzkiego. Wyniki przedstawiają się następująco:

Masa mózgu — 1508 g
Całkowita liczba neuronów — 86 miliardów (a nie 100)
Całkowita liczba pozostałych komórek — 85 miliardów (a nie 700)
Masa kory mózgowej — 1233 g
Neuronów w korze mózgowej — 16 miliardów (a nie 23)
Względna wielkość kory mózgowej — 82% masy mózgu
Wzgl. liczba neuronów kory mózgowej — 19% neuronów mózgu
Masa móżdżku — 154 g
Liczba neuronów w móżdżku — 69 miliardów
Względna wielkość móżdżku — 10% masy mózgu

     [Herculano-Houzel S: The human brain in numbers: a linearly scaled-up primate brain. Frontiers in Human Neuroscience 2009, 3, 31]
Prasę najbardziej zadziwił fakt, że neuronów w mózgu mamy o 14% mniej, niż sądzono. Co więcej — w korze mózgowej jest ich o 30% mniej. Dla mnie jednak rewolucyjnym jest stwierdzenie, że mamy w mózgu tylko 85 miliardów — nie wiele więcej niż jedną dziesiątą tego, co uważaliśmy za wartość rzeczywistą.” […]
W porównaniu ze standardową supermałpą mamy nieco mniejszą i uboższą w neurony korę mózgową, ale za to mamy o 27% większy móżdżek, a w nim o 13% więcej neuronów. A znów wbrew temu, co myślano, móżdżek służy nie tylko do kontroli równowagi i ruchów gałek ocznych, nie tylko do koordynacji i planowania ruchów, ale jego aktywność jest zaangażowana w wiele domen poznawczych, a uszkodzenia mogą skutkować wystąpieniem tzw. poznawczego defektu afektywnego. Móżdżek koordynuje werbalną pamięć roboczą, związany jest z fluencją ruchów, mowy i myśli, a w schizofrenii obserwuje się jego uszkodzenia. Nie sądzę, żeby trzeba było teraz dokładniej rozpisywać się o tej dotychczas niedocenianej części mózgu, ale nasuwa się pytanie, czy fakt, że w rywalizacji o miejsce na Ziemi wyeliminowaliśmy naszego kuzyna, Neandertalczyka, który miał wyraźnie większy mózg niż my, nie mógł się łączyć z tym, że nasz móżdżek był nieco sprawniejszy?”

    TWF in MP znaczy This Week’s Finds in Mathematical Physics. Osoby czytające, lub jak to się mówiło dawniej, subskrybujące jedną z grup dyskusyjnych sci.physics.research, sci.math.research, sci.physics, lub sci.math wiedzą o czym mowa. Autor, John Baez, umieszcza co tydzień na grupie listę artykułów, książek lub tematów które zwróciły jego uwage w ostatnich siedmu dniach. Zawartość ma na ogół formę eseju, adresowanego do specjalistów, pasjonatów, ludzi zainteresowanych tematami trzeba przyznać elitarnymi. Można zatem tu znaleźć poglądowy artykuł o teorii kategorii adresowany do praktykujących fizyków, o krzywych eliptycznych lub geometrii algebraicznej i jej związku z teoria kwantowej grawitacji albo komentarz na temat aktualnej pozycji Pioneer, najodleglejszego od Ziemi wytworu rąk ludzkich. Pisane z pasją, chumorem, gawędziarskim tonem. Po angielsku.
    Dlaczego taki wpis na blogu osoby deklarującej, że będzie pisała o czytaniu? Eseje Baez są świetnie pisane. Pełne są zadziwienia i egzaltacji związanego z zastanawiającymi a nawet zaskakującymi powiązaniami zdawałoby się niezwiązanych tematów. Baez z rzadka jedynie analizuje skomplikowane przypadki: skupia się zwykle na wyjaśnianiu skomplikowanych pojęć na prostych przykładach. Jest uczciwy intelektualnie nie udając że posiada więcej wiedzy niż ma w istocie. Nie przedstawia prawd objawionych a raczej droge dojścia do drobnego nieraz stwierdzenia, które rozpatrzone w szerszym kontekście bywa źródłem autentycznego zaskoczenia.
    Nie każdy zrozumie o czym pisze Baez. Ale to mniej ważna kwestia. Szkoda, że w naszej kulturze nie mamy takich standardów dzielenia się wiedzą, że nawet w naukach ścisłych pisanie czegoś dla innych z potrzeby podzielenia się wiedzą jest rzadkością w Polsce. Nie znam przypadku opisywania wyników swojej pracy z taką pasją jak czyni to Baez i z taka otwartością. I z taką odwagą. Odwagą bo każdy może skomentować, zadać pytanie na które trzeba odpowiedzieć czasem: nie wiem. Baez nie pisze wywiadów, on pisze bloga, który rozsyła pocztą do subskrybentów wymienionych grup dyskusyjnych. I robi to od 93 roku…
    Dlaczego ludzie nie dzielą się wiedzą? Odpowiedź, że wiedza to pieniądz jest truizmem który jest na ogół głoszony przez tych którzy nie maja za wiele do zaoferowania. Powiedzenie że jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o pieniądze jest zwykłą głupota powtarzaną z ust do ust. Osoba która komuś przekazuje wiedzę nic nie traci. Na ogół zyskuje możliwość zobaczenia swej wiedzy w innym kontekście, w innych uwarunkowaniach, wobec innych problemów, z innym podejściem w zamiarze. Sądzę że raczej chodzi o brak odwagi, o brak śmiałości skonfrontowania się z realiami. O zamknięty sposób uprawiania działalności naukowej, co w ostatecznym wyniku musi zaowocować jej zapaścią. A może i o to, że ludzie którzy tak postępują w istocie nie lubią tego co robią. Nie znam ani jednego człowieka który nie lubi opowiadać o swojej pasji. Jeśli jakaś osoba zagadnięta o swoją pracę milknie, najpewniej nie jest zbyt szczęśliwym człowiekiem. Zdaje sie że większość ludzi akceptuje taką sytuację, a nawet nazywa taki stan rzeczy dorosłością.
    Baez jest świetny, warto czytać o matematyce: to cześć kultury taka sama jak poezja czy teatr. I potrafi być nie mniej dramatyczna, porywająca i piękna. Z pewnością jest znacznie rzetelniejsza i głębsza intelektualnie niż niejedna ikona kultury wysokiej. I tylko pozornie jest oderwana od świata.
Na koniec taki cytat:

” Tekst dotyczący polityki lub moralności, artykuł krytyczny, a nawet podręcznik wykładający sztukę publicznego przemawiania, byłby – przy wszystkich rzeczach takich samych – znacznie lepszy, gdyby jego autorem była osoba biegła w geometrii”

Bernard Fontenelle, sekretarz Akademii Francuskiej

(koniec XVIII wieku)

Czy podobna zależność nie dotyczy bycia pasjonatem przedmiotu? Zimny profesjonalizm nie załatwi wszystkiego.

John Baez TWF

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 255 obserwujących.

Reklamy
%d blogerów lubi to: