You are currently browsing the category archive for the ‘malarstwo’ category.

krasiczyn.jpg

Niedawno z Programu 2 Polskiego Radia z Rozmów o Sztuce od pani Bożeny Fabiani dowiedziałem się że *archimimus* – to sobowtór zmarłego, wynajmowany na pogrzeb w trakcie tzw. pompa funebris w Rzeczpospolitej szlacheckiej. Niektórzy archimimusi byli niebywale podobni do zmarłych, starano sie oczywiście by podobieństwo było jak największe. Jego rolą było uczestnictwo w pogrzebie tak by przybyli uczestnicy mieli wrażenie namacalnej obecności zmarłego, zaś kulminacją tych działań mógł być wjazd konny takiej osoby do kościoła i spektakularny upadek z konia przed trumną.

Generalnie pogrzeby szlachty i bogatszego mieszczaństwa w barokowej Polsce, celebrowano w niezwykle huczny sposób. Sama ceremonia, podczas której rodzina zjeżdżała sie z całej Rzeczpospolitej by nawiedzić zmarłego, trwała z powodu dużych odległości, nieraz kilka miesięcy a uczestniczyło w nich nieraz kilka tysięcy osób. Bogato zdobiono zmarłego, trumnę, budowano zdobny katafalk, urządzano przedstawienie pogrzebowe podczas którego łamana o o trumnę broń ( co było zwykle źródłem okaleczeń i wypadków). Kolorami żałoby były czarny i czerwony, i tak przyozdabiano trumnę, wóz na którym ją wieziono w trakcie pogrzebu, katafalk, a nawet konie.

Na szczególną uwagę zasługuje konterfekt – portret trumienny będący swoistym elementem kultury sarmackiej, szczególnie rozwiniętym i powszechnym na terenach  Rzeczpospolitej.  Pierwszym takim portretem był kontrefekt Stefana Batorego , niewielkich rozmiarów, być może namalowany przez Marcina Kobera. W kolejnych latach pomysł chwycił, i portret trumienny zrobił w dawnej Polsce niezwykłą karierę. Początkowo niewielkich rozmiarów ( ten na obrazku ma tylko 10 cm średnicy) rozrósł sie do 70 cm i kształtów odpowiadających przekrojowi trumny. Znacząco wzrosła także jego powszechność. Z początku będący zwyczajem magnackim, przekształcił sie w ogólnoszlachecki a pod koniec XVIII wieku portrety takie masowo fundowali sobie wszyscy bogatsi ludzie, w tym mieszczaństwo i protestanci. Masowość szła w parze z całkowitą anonimowością twórców. Jak to już pisałem na blogu, w Polsce ważniejszą postacią jest twórca wychodka niż artysta malujący portrety, bo faktura dla cieśli opiewa na więcej pieniędzy i dotyczy pracy zespołu ludzi, zaś artysta, zwłaszcza użytkowy pracował zwykle sam i nikt raczej nie poważał jego pracy.

Na portrecie trumiennym nieboszczyka zwykle przedstawiono w portrecie en face 3/4 z oczami utkwionymi w widza. Postać zmarłego ukazywano w pysznym, paradnym, strojnym ubraniu.  Na ogół był to strój w którym chowano zmarłego, pełen ozdób, bogato wykończony, z futrem itp. Zwyczaje pogrzebowe były pod tym względem tak niezwykłe, że jeden z odwiedzających kraj francuzów zanotował, że bardziej przypominają one święcenie triumfu czy zwycięstwa w bitwie, niż złożenie do grobu.  Co niezwykłe, choć inne elementy pogrzebu, jak przedstawienia czy mowy, pełne były przesady i zmierzały w kierunku gigantycznego pochlebstwa w stosunku do nieboszczyka, portret zmarłego zwykle był realistyczny. Powszechne są realistyczne przedstawienia osób brzydkich, portrety o sporych walorach psychologicznych ( jak choćby ten na obrazku), przedstawiające nieboszczyka bez upiększeń.

Niektóre osoby nie życzyły sobie hucznego pogrzebu, a przykład matka Jana Sobieskiego, zawarła taką klauzulę w testamencie. Aby uczynić za dość woli zmarłej, dokonano zatem 2 pogrzebów. Pierwszy odbył sie w sposób _nader skromny_ to znaczy uczestniczyło w nim 200-300 osób, zaś ceremonię pogrzebową celebrowało około 30 szeregowych księży. Po takim wykonaniu testamentu, dokonano bardziej oficjalnego pochówku z udziałem kilku biskupów, paradnym konduktem, biciem w dzwony, muzyką i kilkoma tysiącami gości….

galeryjlka.jpg

 

Okazuje sie że ludzi odczuwają zażenowanie kiedy spotykają się z amatorską sztuką. Sztuką niekoniecznie głęboką, opartą na latach kształcenia i gruntownej wiedzy. Właściwie można by wzruszyć ramionami i powiedzieć – tak bywa. Osoby które nie lubią takiej sztuki – po prostu niech jej nie szukają. Ci którzy ją znaleźli i ich ta sztuka bulwersuje podobni są trochę do ludzi podglądających przez dziurkę od klucza bezeceństwa, którzy zgorszeni i zdegustowani nie mogą oderwać wzroku, rozpowiadają całą rzecz w koło a ja tym wpisem włączam sie do dyskusji. Scena godna niemal komedii Goldoniego.

Generalnie sądzę że decydują tu zwyczajnie tzw. horyzonty, obycie i przyzwoitość. Są ludzie pozbawieni samokrytycyzmu, ignoranci bez potrzeby zdobywania wiedzy ale za to z parciem do ludzi ( czasy Wolności sprawiły że wszyscy oni wyszli z domów i zdominowali całe życie społeczne w Polsce – wystarczy otworzyć telewizor – tzw. celebryci to głównie oni). Sa wszakże także ludzie niedouczeni, z małych miasteczek, wiosek, jak ja, którym sie wydaje że jak przetłumaczyli Carmina Burana to sięgnęli szczytów intelektualnej perwersji a na więcej ich zwyczajnie nie stać ( w szczególności nie chcą lub nie mogą poświęcić tygodni czy miesięcy na naukę języka i pogłębienie wiedzy). Z poezją nie mam wiele wspólnego wszakże trochę więcej mam wspólnego z rysunkiem i malunkiem, są dla mnie zdecydowanie łatwiejszą formą wyrazu i rozrywki ( zarówno jako konsument jak i jako hm… twórca?) i w tym obszarze wyrażę swoje zdanie.
Po pierwsze jestem zdecydowanie przeciwko elitaryzmowi. Każdy ma prawo do reki wziąć pędzel albo ołówek i zrobić kopie Giocondy. Dzieło owo będzie jego własnym wytworem, zaś nieunikniona niezgodność z oryginałem ( nie mówimy o fałszerzach!) będzie objawem bądź braku techniki, bądź wynikiem indywidualnego procesu twórczego. Taka działalność jest wartościowa. Wielcy mistrzowie rysunku, artyści, nie wyskakują z głowy Atenie, tworzą sie w pracy i bólach. Pogardzany dziś i powszechnie potępiany plagiat, rozumiany nie tyle jako przypisanie sobie czyjegoś dzieła, ale zaczerpnięcie czyjejś idei, pomysłu, historycznie jest podstawową metodą nauki a na dodatek wręcz standardową metoda twórczą w malarstwie. Standardową metodą nauki malarstwa jest kopiowanie obrazów mistrzów. Przy tym malarze zawsze powielali swoje dzieła zarówno własne co nazywamy autoplagiatem ( niektórzy potrafili malować ten sam obraz w dziesiątkach kopi czy wersji, z rozmaitych powodów, od czysto zarobkowych do realizacji czysto wewnętrznych i artystycznych potrzeb) jak cudze. Należy także pamiętać że całe wieki historii malarstwa przebiegały pod znakiem miej lub bardziej formalistycznym – pewne postacie np. postać Chrystusa, przedstawiono zgodnie z pewnym kanonem, często powstałym w oparciu o szczególnie udaną pracę „dawnego” mistrza. Całą tak wielka dziedzina sztuki, czy rzemiosła, jak kto woli, jak pisanie ikon, w pewnym sensie polega na kopiowaniu tych samych idei wizerunku, co gwarantuje na przykład rozpoznawalność świętych. Na wielu działach widać także nawiązania, zapożyczenia, często złośliwe komentarze do dzieł innych malarzy. Smaczki takie są dziś poszukiwanym i interesującym trivium dla amatorów malarstwa. Nie przypadkiem Picasso powiedział że „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”..

Po drugie mury miejskie w Krakowie pełne są landszaftów wytworzonych przez całkowicie profesjonalnych artystów z dyplomami. Gdyby przez pryzmat tej twórczości oceniać ich poziom artystyczny, należałoby zamknąć Krakowską ASP – ze wstydu. Gdyby przyjąć że ta twórczość jest wynikiem wyłącznie tanich gustów tzw. prymitywnego odbiorcy – wszystkie obrazy musiałyby iść jak świeże bułeczki. Nie idą. Prawda bowiem jest taka, że na 100 namalowanych obrazów, dobrych jest kilka. Na te kilka – realną wartość artystyczną ma jeden? Wartość rewolucjonizująca sztukę – jedne na dziesięciolecia. Dostępność materiałów malarskich, upowszechnienie możliwości twórczych – niejako upowszechnienie sztuki zarówno w odbiorze jak i w produkcji – bo przecież z produkcją mamy do czynienia – słowem – zwiększenie podaży – w istocie poprawiło poziom sztuki w koło. Tyle że dzieje sie to w drugim obiegu, internetowym samizdacie. Otaczamy sie przecież coraz ładniejszymi przedmiotami, jeśli ktoś chce może sobie stylowo urządzić mieszkanie, poprawił sie znacząco poziom ilustracji książkowych dla dzieci ( co wynika z zaniku disnejowskiej estetyki w obszarach ilustracji książkowej). Z wolna wyrasta nam rynek na grafikę koncepcyjną ( dla wytwórców gier, filmów tzw concept art ), na dobre logo, na ciekawe wzornictwo. Tylko że publikatory, media, nie rozpoznają jeszcze tego zjawiska, szukają go nie tam gdzie należy, nie pokazują zdolnych, młodych, nie nawiązują współpracy z amatorami którzy mogliby tym sposobem pokonać drogę od domowego mazania do profesjonalnych zleceń. Zjawiska którego bodaj najgłośniejszym wyrazem był sukces Tomasza Bagińskiego.  Żyjemy w kraju w którym rewolucja polega na skopiowaniu tego co wymyślili inni, bo to nie pociąga za sobą krytyki, jest bezmyślnym i bezpiecznym obszarem naśladownictwa. Nie niepokoi. Tak właśnie funkcjonują elity w Polsce. Tymczasem to właśnie utrata pozycji przez elity, a nie ich wyalienowanie – jest przyczyną tego ze rzeczy idą w lepszym kierunku, to właśnie anty-elitaryzm stał sie powodem rozkwitu zachodu, to egalitaryzm jest podstawową konstrukcją nowoczesnych społeczeństw, i to właśnie odwrót od egalitaryzmu, w postaci związku pieniędzy z polityką i romansem celebrytów z biznesem powinniśmy być najbardziej zaniepokojeni. W końcu wychwalana zewsząd klasa średnia ot mieszczanie, kupcy, ludzie pogardzani przez elity, jest podstawą liberalnej demokracji. I w końcu nie ma takiej dyktatury która by nie flirtowała z elitami, starając sie zwykle legitymizować przemoc toastami ze sławnymi reżyserami, aktorami, muzykami. Elitaryzm to zło, łatwe do zmanipulowania.
Inną zasadniczą sprawą jest nasz narodowy charakter ( rany! wiem, znowu o charakterze narodowym), skazujący każdego kto coś zrobi na krytykę. Skutkiem tego większość nic nie robi, a Polska wygląda jak wygląda. Cierpimy na nadmiar krytyków, a na niedomiar ludzi twórczych. Przypomina mi sie tu, na marginesie,  ponoć autentyczna sytuacja, jaka miała miejsce podobno w porcie Gdyńskim. Wnuczek z babcią zwiedzali okręty zakotwiczone na nadbrzeżu i gówniarz wpadł do wody. Na szczęście pełniący wachtę marynarz, skoczył za nim natychmiast, uratował dziecko i przy pomocy gapiów wydostał sie na brzeg razem z małym. Babcia która oczywiście odchodziła od zmysłów, wyściskała wnuczka po czym zwróciła sie do marynarza: „A gdzie berecik?”.

Świat docenia działalność twórczą, choćby niepełną, nieoryginalną, nie profesjonalną. Osobiście bardzo cenię np. klimat jaki panuje na portalu deviantart, bodaj największym tego typu portalu społecznościowym poświęconym sztuce. Zaskakująco dużo dobrych i profesjonalnych artystów publikuje swoje prace właśnie tam. Na bardzo poczytnym blogu linesandcolors.com prezentującym dzieła profesjonalnych artystów, co chwila pojawia sie odwołanie do deviantarta. Nie jest to wiec portal amatorski. Jednocześnie 90% prac tam prezentowanych to prace nieporadne, ułomne, z brakami. Tym niemniej krytyka typu „twój obrazek jest kiepski, lepiej zajmij sie robieniem butów” jakiej pełno na Polskich portalach o sztuce ( a sporo z nich odwiedziłem swego czasu) właściwie nie występuje. Osoba która by tak napisała, zostałaby oceniona jako „zakompleksiony burak”. Pełno natomiast słów otuchy, skierowanych do ludzi którzy sie uczą. Nawet namalowanie postaci z ulubionej kreskówki ( tzw. fanart) jest traktowane tam jako okazja do nauki, kompozycji, koloru, kreski. Ludzie którzy sie uczą potrzebują zachęty, pochwały. Potrzebują także krytyki. I o nią proszą!

Wydaje mi się że niesłusznie odsądzamy od czci i wiary grafomanów, nieudaczników, amatorów którzy nie wnoszą do historii sztuki przełomu i rewolucji, ale wnoszą ciekawość, chęć naśladownictwa, miłość i entuzjazm. Wyśmiewamy ich łatwo za ich potknięcia, nieznajomość rzeczy. Marsjasze wchodzą na appolińską dziedzinę nie od dziś i nie od dziś wiadomo że bez litości, kiedy wytknie się im już braki i gdy wszyscy już nie mają wątpliwości że nie zasługują na laur, obdziera sie ich ze skóry. Tymczasem to jest prawdziwa elita tego kraju – ludzie którzy czytają Rimbaud i to w oryginale, farbkami ze sklepu z artykułami szkolnymi kopiują Giocondę.  Ilu takich ludzi spotkasz w tramwaju? Wolałbyś czytelniku żeby w internecie były tylko blogi kibiców piłkarskich?

 

Esej jest odpowiedzią sprowokowaną tym wpisem Drakainy, na skądinąd fajnym jej blogu.

 

 

 

     Żywoty świętych wraz z innymi książkami tworzącymi moją skromną biblioteczkę stały na zaimprowizowanej półce, zrobionej ze starej skrzynki na pomarańcze. Z tego powodu ze wszystkich moich książek unosił się po otwarciu intensywny zapach pomarańczy, który mylnie uważałem wówczas za zapach kościelnego kadzidła – a to dlatego, że w kazaniach ojców redemptorystów, wygłaszanych w misjach tego zakonu na użytek katolickiej ludności Belfastu, często była mowa o pomarańczach.

    W fabułach kazań ojców redemptorystów, rozgrywających się na ogól podczas letnich wakacji, prawie zawsze występował spragniony chłopiec, który przystawał pod sklepem spożywczym, by przyjrzeć się pięknie ułożonym na straganie pomarańczom. Malec przypatrywał się ich pełnej dołeczków skórce, a kiedy owiewał go aromat rozgrzanych słońcem owoców, wyobrażał sobie że wgryza się w jeden z nich – niemal czuł ich smak na podniebieniu i aż leciała mu ślinka. Potem, ponieważ chciało mu sie pić, posuwał się jeszcze dalej, fantazjując, że dzieli pomarańcze na ociekające sokiem cząstki, wtedy zaś granica między myślą a uczynkiem zaczynała sie zacierać coraz bardziej.

    Teraz chłopiec nie mógł sie już opędzić od myśli o leżącej na wyciągnięcie ręki pomarańczy, a poza tym wiedział, że nikt go nie obserwuje. Sprzedawca był zajęty dwoma klientami, którzy chcieli się dowiedzieć, jakie są wady i zalety nowych brytyjskich i dublińskich odmian ziemniaków queens. Do pobliskiego pubu wszedł przed chwilą policjant, a pustą, tonącą w słońcu ulicą przejechał z warkotem samochód. Chłopiec mniemał, że nikt go nie widzi, wyciągnął więc rękę i wsunął pomarańczę do kieszeni spodni. Nikt go nie obserwował, a była to przecież tylko jedna z bardzo wielu pomarańczy.

    – Tylko Bóg – mówił zbliżając się do finału, redemptorysta, który w tym momencie wyciągał zza pasa krucyfiks i wznosił go do góry zamaszystym gestem, żeby każdy z obecnych mógł zobaczyć krzyż – tylko Bóg jednak obserwował chłopca, a dla Boga, który widzi wszystko, nic nie jest bez znaczenia; dla Niego bowiem Jedność jest Wielością.
     Z tej przyczyny pomarańcze kojarzyły mi się zawsze z kradzieżą albo stratą.

 

„Irlandzka Herbatka” Ciaran Carson, tłum.Maciej Świerkocki,

Stowarzyszenie A Kuku Sztuka, Gdynia 2008

 

 

 

    Z prawej strony znajduje się cień. Nie wiadomo co niesie. Złowrogo otacza postać siedmioletniej dziewczynki. Ubrana w koszulkę na ramiączkach ze wzorkiem przedstawiającym czereśnie, głowę ma zwróconą w strone plamy światła. Tuż obok widzimy ptaka, można pomysleć że to jaskółka, jednak jest znacznie bardziej barwny, ma niebieski kapturek na łebku i jasne pióra. A może to zimorodek? Czy za chwilę odfrunie? W dziobie trzyma czereśnię. Ręce dziewczynki swobodnie spoczywają na prześcieradle, widzimy tylko fragment powyżej łokcia. Ich ułożenie sugeruje niemoc. Upadła? Trudno nie odnieść wrażenia że za chwilę odwróci sie od światła i spojży w mrok. Jej oczy są zamknięte. Czy wtedy je otworzy? Rozchyli usta i coś w końcu powie, wygląda jakby coś chciała powiedzieć. Myślę, że bardzo chciałaby spojżec w światło ale już nie może. Juz za późno. Jest taka delikatna i zwiewna. Wzbudza czułość. Głowa spoczywa we wgłębienu na prześcieladle, widzimy profil, obok nosa, ust i szyi plama krwi.
    Wygląda jakby nadal żyła.

     Gottfried HelnweinTemptation

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d bloggers like this: