You are currently browsing the category archive for the ‘książki’ category.

drewno-pasek.jpg

Media donoszą: „Rekord na 18. urodziny Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie! Tego można było się spodziewać. 18. edycję Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie (23-26 października) według szacunkowych danych odwiedziło niemal 60 tysięcy osób – to kolejny rekord frekwencji dla jednego z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w naszym kraju. […] Edycja, którą na przekór wynikom badań czytelnictwa odwiedziło przez 4 dni niemal 60 tys. osób (w zeszłym roku 40 tys.)! „

    Ostatnio w radio usłyszałem że wprowadzenie darmowego podręcznika do szkoły, czyli w pewnym sensie położenie kresu patologii która polegała na wymianie programów szkolnych raz na rok w celu wymuszenia zakupów podręczników przez rodziców, spowodowało zmniejszenie się rynku książki o 10% . Widać wyraźnie zatem że wydawnictwa postawiły na złego konia – a teraz zjadają własny ogon. A wystarczyło działać na rzecz bibliotek, promować czytelnictwo. Wcale mi nie żal wydawców, choć oczywiście nie skończy się to dobrze dla nas wszystkich…

    Od lat słyszymy o kryzysie czytelnictwa. A tymczasem jest jak w doniesieniu prasowym – ludzie czytają i chcą czytać. Jednocześnie upadają księgarnie, zamyka się biblioteki, brak jest spójnej strategii rozwoju kultury, nie propaguje sie postaw pro-czytelniczych w telewizji czy w radio, lub czyni się to w absurdalny sposób o absurdalnych porach. Traktuje sie rynek książki jak kolejny segment rynku konsumenckiego, jak rynek proszków do prania czy tekstyliów. Bynajmniej nie jest ani konieczność ani właściwa decyzja. To wadliwe konstrukcje ekonomiczno-polityczne prowadzą do takich patologii, ale bynajmniej rzecz nie sprowadza się do wąskiej kwestii spraw związanych z rynkiem wydawniczym.

     Myślę że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Problem w tym, że dewastacji ulegają centra miast. Państwo, tak właśnie, państwo, pozwala na zawłaszczenie historycznie utworzonych centrów miast. Wiadomo że w miejsce ulic na rozmaitych starówkach, gdzie się chodziło „do miasta”, obecnie powstają ulice „bankowe” i „telefoniczne”. Ulice te powstają nie dlatego że bank w centrum to taki świetny interes, tylko dlatego że witryna 7x5m wynajmowana przez bank jest tańsza niż reklama o tych samych rozmiarach której zresztą w centrum nie da sie umieścić z powodu rozmaitych przepisów, np. o ochronie zabytków. Sprawa jest znana od dawna – bank wynajmuje taką witrynę, w środku umieszcza studentkę na umowie śmieciowej, a właściciel kamienicy jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie bo dostał 30% więcej niż dałby mu sklep monopolowy – a gdzie tam mówić o księgarni… Po wynajęciu lokali przez 3-4 banki ulica umiera – żaden zdrowy na umyśle człowiek nie chodzi w takie przeklęte przez lichwę miejsca – nie dlatego że przesądny – zwyczajnie nie ma po co. W konsekwencji umierają kawiarnie, potem księgarnie/antykwariaty a na koniec małe spożywczaki. Cały ruch konsumencki wynosi się „na przedmieścia” do centrum handlowego – ale tam już właściciel centrum dyktuje warunki. Tam są tyko sklepy które chyba służą praniu brudnych pieniędzy i oszustwom podatkowym ( wiele razy słyszałem jaki to wysoki czynsz muszą zapłacić właściciele sklepów w galeriach handlowych. A potem idę taką galerią i widzę sklepy w których koszule i spodnie, po obniżce 60% kosztują powyżej 350 pln. W sklepach tych zawsze, kiedy bym nie przylazł jest pusto i nie ma klientów, a mimo to zwykle są 2-3 osoby obsługi. Nie wierzę że utrzymują sie z tego co sprzedają. Jednocześnie nawet empik w którym zwykle jest sporo ludzi – ponoć ledwo sie utrzymuje…).

     Śmierć księgarni ( i śmierć czytelnictwa) jest wynikiem dewastacji miast przez chciwość kamieniczników i banksterów. Jest to całkowicie wolnorynkowy proces, nad którym nikt nie sprawuje kontroli bo z powodu panującej ideologii nie jest w stanie wymyślić poglądu jak legalnie ograniczyć taką, szkodliwą działalność. Dewastacja centrów miast przez biznes jest faktem, omawianym w wielu miejscach, analizowanym przez wielu komentatorów. Jedną z jej konsekwencji, najpewniej nie najważniejszą, ale w długofalowej perspektywie istotną, jest upadek małych księgarni. 

    Podobny proces 50 lat temu dotyczył ochroną środowiska – biznes truł, smrodził i nic z tym nie można było zrobić. Tu trzeba jakiegoś ruchu, tak jak Zieloni w latach 70-tych którzy doprowadzili do zmiany która uniemożliwiła kapitalizmowi rabunkowe niszczenie środowiska naturalnego. Obecnie trzeba by jakiegoś Antropologizmu, trzeba walki o centra, pikiet instytucji które niszczą przestrzeń publiczną. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie specjalnych podatków, które podniosłyby  czynsz oddziałów banków o 200-300% w postaci podatku od braku użyteczności. Niestety – musimy poczekać aż zrobią coś takiego na zachodzie – nam samym nie wolno tego wymyślić…

     Co jeszcze ważniejsze, kompletnie brak dyskusji publicznej na te tematy – media wolą nagłaśniać trzeciorzędne sprawy defraudacji jakichś, skądinąd niewielkich, pieniędzy – które choć bulwersujące, powinny być kwestią rozwiązań proceduralnych a nie akcji pijarowych polityków. Zwłaszcza że to wczorajsi złodzieje ( winko za 800 PLN do obiadku w knajpie ) dziś są nominowani na niezłomnych moralistów.

Reklamy

krasiczyn.jpg

 

    „Wydawanie tych pieniędzy stało sie dla niektórych pracą na cały etat. Prawie wszystko, co robili miało w sobie coś prostackiego i nowobogackiego. Goście zaproszeni na pewne […]  przyjęcie zobaczyli na stolach stożki piasku z wbitymi w nie złotymi łopatkami. Na dany przez gospodarza sygnał mieli zacząć kopać w tym piasku w poszukiwaniu brylantów i innych błyskotek. Inny, wyjątkowo niedorzeczny pomysł na bankiet polegał na tym,  że do sali balowej […], wielkiej i eleganckiej restauracji, wprowadzono kilkadziesiąt koni i przywiązano do stołów, żeby dostarczyć gościom niezwykle oryginalnego i zupełnie surrealistycznego doświadczenia, a mianowicie zjedzenia kolacji na końskim grzbiecie w metropolitarnej sali balowej. Wiele bankietów kosztowało dziesiątki tysięcy dolarów. […]

    Wielu nuworyszów jeździło do Europy i kupowało dzieła sztuki, meble i wszystko inne. […] zaczął kolekcjonować pierwsze wydania dzieł Szekspira, z reguły nabywając je od podupadłych arystokratów […]. Inni […] gromadzili wielkie kolekcje sztuki, a niektórzy kupowali co popadnie. […]

    Nowobogaccy zaczęli kolekcjonować nie tylko europejską sztukę i rzemiosło artystyczne, ale również samych Europejczyków. W ostatnim ćwierćwieczu modne stało się wyszukiwanie pozbawionych gotówki arystokratów i wydawanie za nich córek. Aż pięćset bogatych młodych […]anek zgodziło sie na taki układ. Niemal we wszystkich wypadkach było to nie tyle małżeństwo ile transakcja handlowa.

    Pasją […] były konie.  Zlecił  Huntowi zaprojektować 52 pokojową rezydencję […], w której cały parter zajmowały stajnie. […] mógł wjeżdżać powozem do środka przez gigantyczną bramę. Boksy były wyłożone tekową boazerią ze srebrnymi okuciami. Pomieszczenia mieszkalne znajdowały sie na wyższych kondygnacjach.

    […] budowali pełne przepychu domy. Najbardziej okazałe zaprezentowali […], którzy tylko przy […], zbudowali dziesięć pałaców. Jeden z nich miał 137 pokojów, dzięki czemu należał do największych miejskich domów jakie kiedykolwiek powstały. […] W rzeczywistości domy były tak wielkie że nawet służący potrzebowali służących. Kładziono w nich całe hektary marmuru, tapiserie wielkości kortu tenisowego, armaturę ze złota i srebra, wieszano rozmigotane  żyrandole i tym podobne. Szacuje sie że budowa jednej z rezydencji  […] kosztowałaby dziś pół miliarda dolarów – niemało jak na domek letni. Przepych ten budził tak powszechną dezaprobatę, że [,…] przez jakiś czas poważnie rozważał wprowadzenie limitu kwoty którą jedna osoba mogłaby wydać na dom.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

galeryjlka.jpg

    Jak wiadomo Ray Kurzweil prorokował ( a może nawet nadal prorokuje?) że nadchodzi osobliwość technologiczna. Trudno mi dociec jak na to wpadł, ale zapewne studiując wyłącznie twarde dane.  Nie znam szczegółów ale zapewne chodziło mu o niebywałe wprost przyspieszenie rozwoju w niektórych dziedzinach przemysłu i nauki.

    Swego czasu spotkałem się z sarkastyczną opinia że podziw jaki dziwimy dla obecnej globalizacji jest tylko odbiciem naszego cielęctwa, bowiem człowiek belle epoque, jakiś bogatszy obywatel Imperium Brytyjskiego, ktoś jak Sherlock Holmes ;-) miał dostęp do nie mniej globalnego środowiska. Trudno mi oceniać, wszakże faktem jest że nawet w opowiadaniach Artura Conan Doyle słynny detektyw czy tez jego przyjaciel doktor Watson czytają sobie wieczorem w gazecie co się zdarzyło w Londynie w ciągu tego samego dnia, zaś wieści z Indii, za pomocnica telegrafu, docierają do nich zwykle dnia następnego ( rzecz w Polsce do dziś nieznana, nawet wydania internetowe gazet nie sa w stanie opisać czegoś co zdarzyło się w Płocku, zanim kurier konno nie dojedzie do Warszawy. Ponieważ większości redakcji gazet w Polsce nie stać na utrzymanie koni, co się dzieje w Płocku nie wiadomo wcale). 

    Tym którzy chcieliby sobie porozmyślać o tempie rozwoju i jego konsekwencjach polecam poniższe cytaty:

    „W 1889 roku luksus i przepych przekraczały w stanach zjednoczonych wszelkie miary. Mark Twain nazwał te czasy Gilded Age, pozłacaną epoka, i określenie to się przyjęło. W całych dziejach ludzkości nie było czegoś podobnego. W latach 1850-1900 wszystkie wskaźniki zamożności, wydajności pracy i dobrobytu poszybowały w Ameryce do góry. Liczba ludności potroiła sie, podczas gdy PKB wzrósł trzynastokrotnie. Produkcja stali podniosła się z 13 tysięcy do 1,3 miliona ton rocznie, a wartość produkcji wyrobów metalowych – broni palnej, torów, rur, bojlerów, najrozmaitszych maszyn – z 6 do 120 milionów dolarów. W 1850 roku milionerów było w kraju mniej niż dwudziestu, a na koniec stulecia czterdzieści tysięcy”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

Skoro już nas przekonano, że amerykanie mieli swój cud gospodarczy i że tempo wzrostu było na niespotykaną skalę, to warto sobie przemyśleć także taką informację:

„By the beginning of the 20th century almost half of world production was being extracted in Baku. The oil boom contributed to the massive growth of Baku. Between 1856 and 1910 Baku’s population grew at a faster rate than that of London, Paris or New York.”

która z kolei pozwala nam zrozumieć dlaczego Żeromski wysyłał swoich bohaterów w tamte regiony by zdobywali fortunę lub ja tracili. W XIX wieku intelektualiści głosili że Londyn utonie w końskich odchodach, i te przepowiednie były zapewne równie poważnie dyskutowane w kołach elity, co pomysły współczesnych Kurzweillów…

 

 PS. W komentarzu na google+ Piotr Grunt napisał: Jeśli o Baku, ropie i pieniądzach mowa, warto może odświeżyć tę postać: [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Zglenicki ], dziwnie współcześnie zapomnianą przez wszystkich, od prawa do lewa.”

 

 

motylek-pasek.jpg

 

     „Vanbrugh i Carlisle należeli do tajnego stowarzyszenia o nazwie Kit-Cat Club, organizacji o nastawieniu prowigowskim założonej w gruncie rzeczy po to, aby osadzić na tronie brytyjskim dynastię hanowerską. Na skutek tej zmiany wszyscy późniejsi monarchowie Brytyjczycy byli protestantami, chociaż przez jakiś czas nie do końca Brytyjczykami. Przeforsowane tego planu przez Cit-Kat Club było niemałym osiągnięciem, ponieważ ich kandydat, Jerzy I, nie mówił po angielsku, nie mił prawie żadnych ujmujących przymiotów i według obliczeń jednego z historyków zajmował pięćdziesiąta ósmą pozycje na sukcesyjnej liście. Poza tym jedynym manewrem politycznym klub działa w tak dyskretnie, że prawie nic o nim nie wiadomo. Do jego założycieli należał właściciel paszteciarni, Christopher – „Kit” -Cat. Nazwę kit-cat nosiły jego słynne paszteciki z baraniną i w bardzo wąskich kręgach przyczynkarskich od trzystu lat toczy się spór o to, czy klub został nazwany na cześć Christophera czy jego pasztecików.

    Klub istniał tylko od około 1696 do 1720 roku – szczegóły nie są znane – a członków miał zaledwie pięćdziesięciu, w tym dwie trzecie arystokratów.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

PS. : Prakseologia teorii Spiskowych

AutomatyLicza-Kluska

    „Dnia 1 maja 2010 roku, po 34 latach trzyzmianowej pracy ciągłej na stacji rozrządowej dla ruchu towarowego PKP w Lublinie, dyrekcja placówki podejmuje decyzję o wyłączeniu ostatnie funkcjonującej w kraju – i wciąż prawidłowo wykonującej swoje obowiązki – maszyny cyfrowej Odra. Tam gdzie ją wyprodukowano, teraz rośnie trawa” – te słowa kończą książkę którą chciałbym polecić wszystkim czytelnikom. Zarówno tym którzy zawodowo związani z nauką z zaciekawieniem będą chcieli odnaleźć znane sobie nazwiska, oraz poznać historię projektowania i budowy maszyn cyfrowych w Polsce, jak i laikom którzy oczekują pasjonującej opowieści o wynalazkach i wynalazcach, i o tym „jak to w PRL bywało”. Książka o którą chodzi nosi tytuł „Automaty liczą. Komputery PRL” i została napisana przez Bartłomieja Kluskę – historyka i archiwistę, jak głosi notka o nim na okładce. Autor, urodzony w 1980 roku, zadał sobie trud odszukania i syntezy całkiem sporej bibliografii, zaś w wyniku powstała ciekawie napisana opowieść o pionierskim, a dalej, wczesno-przemysłowym okresie Polskiej Informatyki. Pisałem już o niej niedawno na tym blogu, była to jednak krótka wzmianka, a właściwie, cytat, tym razem pomyślałem że napiszę, krótką, recenzję.

    Książka jest w pewien sposób unikatowa na polskim rynku książki, gdzie z łatwością znajdziemy rozmaite popularnonaukowe publikacje traktujące o światowych luminarzach nauki i techniki, począwszy od Newtona a skończywszy na Steve Jobbsie. Wypełnia ona pewien widoczny brak publikacji na temat polskiej nauki i techniki, która przecież obfituje w ciekawe osiągnięcia i niebanalne postacie, może dziś często zapomniane, lub przyćmione historią skoncentrowaną na wielkiej polityce i historii idei. Dowiadujemy się więc o powstaniu w 1948 roku, przy poparciu Michała Rola-Żymierskiego Grupy Aparatów Cyfrowych, i działaniu tej instytucji w sytuacji kiedy nie posiadała nawet lokalu. Śledzimy etap pionierski w którym konstruowano maszyny cyfrowe zdolne pracować tylko na binarnych liczbach 2-cyfrowych ( a więc na liczbach od 1 do 3) i wykonywać na nich operacje dodawania z prędkością jednej na sekundę. Poznajemy kulisy powstania Elwro i konstrukcji pierwszych maszyn Odra na początku lat 60-tych. Przez karty książki przewija się plejada luminarzy nauki i techniki, w tym miejscu wymieńmy może Jacka Karpińskiego – genialnego konstruktora komputerów, w tym pierwszego chyba na świecie mikrokomputera wielkości walizki K-202, którego ostatecznie wyprodukowano zaledwie 30 egzemplarzy. Książka nie ma bardzo technicznego charakteru, nie dowiadujemy się z niej jakie były szczegóły techniczne konstrukcji o których mówi, ale zarazem daje całkiem niezły, na ile potrafię to ocenić, obraz techniki w PRL i tego z jakimi przeciwnościami musiał borykać się w tamtych latach inżynier poważnie traktujący swój zawód. Czytając tą książkę zadumałem się głęboko nad historią traconych okazji, życiem ludzi napędzanych pasją która nie mogła się zrealizować z powodu bałaganu, niekompetencji władz, braku wsparcia czy wręcz przeciwdziałaniu decydentów zatroskanych o swoje stołki. Właściwie uważam właśnie ten aspekt książki za najbardziej ciekawy. Autor nie pozwala sobie właściwie na jawną krytykę PRL, ale tym głośniej przemawiają fakty.

    Książka ukazała się w 2013 roku, nakładem Novaeres, liczy zaś 207 stron. Autor udostępnił także na swojej stronie bibliografię, która zapewne zainteresuje czytelnika (a co poniektórych i wzruszy). Notatkę tę pozwolę sobie zakończyć również cytatem, tym razem pochodzącym z środkowego okresu historii Polskiej informatyki. „Jeszcze na początku lat 70. reporter Wiesław Górnicki przy opisie swojej wizyty w Stanach Zjednoczonych przytoczył rozmowę nowojorskich biznesmenów, z których jeden wypowiadał się w samych superlatywach o inżynierach z Elwro: „Są to ludzie dystansujący o wiele długości swą wiedzą i oryginalnością rozwiązań większość naszych rutynowych konstruktorów” – miał mówić Amerykanin, nie obawiał się jednak konkurencji ze strony Polaków bowiem […] „Kiedy zamawiają partię oporników po sto omów, połowa partii ma 90 omów, a druga połowa – 110. Kiedy potrzebują kawałka kabla pięciożyłowego, muszą pisać podanie do ministra. Kiedy wielkim nakładem czasu i pracy skonstruują jakiś piekielnie pomysłowy podzespół, okazuje się że nie ma dostatecznie cienkich wierteł albo śruby o wymaganym gwincie”.

    A dziś? Czy to co potrzebne – jest już dostępne? Czy może okazuje się że za „problemy obiektywne” odpowiada, cóż, tym razem to jaki mamy, niestety, no, hmm, klimat…

„Automaty Liczą. Komputery PRL” Bartłomiej Kluska wyd. NovaeRes 2013

    felicjan.jpg

    Wpadła mi w ręce książka Johna.D.Barrowa „Jak wygrać na loterii. Czyli z matematyką na co dzień” wydana przez Wydawnictwo Literackie, o której napisano na okładce że „Trudno sobie wyobrazić łatwiejszy, bardziej przyjazny i zabawny wstęp do matematyki…”. I faktycznie książka sprawiła mi sporo radości zarówno z powodu treści ( o czym za chwilę), jak i z powodu tłumaczenia o którym, z litości, więcej nic nie wspomnę.
Książka zawiera 100 2-3 stronicowych esejów o matematyce i życiu, takie „rozmaitości” czy „pot pouri” na rozmaite tematy. Dowiadujemy sie zatem że słupy wysokiego napięcia mają kształt jaki mają z powodu niebanalnych własności wielościanów wypukłych. Okazuje sie że 9 punktów na kartce narysowanych w wierzchołkach sieci kwadratowej, tak by zajmowały pozycje w kwadracie 3×3 można połączyć 4-rema liniami w bardzo sprytny sposób, którego większość z ludzi nie zgadnie za cholerę. Zostaniemy pouczeni ze relacja „jest lepszy niż” nie jest przechodnia i że może mieć to niebanalne konsekwencje dla demokracji na całym świecie, a także w jednym z rozdziałów poznamy w jaki sposób tak zaprojektować „referendum” by bez żadnego oszustwa i w całkowicie jawny sposób wygrał nasz kandydat – wszakże pod warunkiem że jest choć jeden od niego mniej lubiany. I tak dalej, i tak dalej. lekkie, łatwe i przyjemne. I zachęcające do myślenia.
No i znalazłem tam taki, miły memu sercu, problem: „był to dzień obrony mojej pracy doktorskiej. […] Jeden z profesorów znalazł w mojej pracy trzydzieści dwa błędy ortograficzne, drugi – dwadzieścia trzy[..] Pytanie brzmiało: „Ile niezauważonych przez żadnego z egzaminatorów błędów mogło tam jeszcze pozostać?”” Problem ten od dawna mnie trapi, bowiem kiedy sam przeglądam swoje teksty znajduję za każdym razem inną liczbę błędów. Co więcej, wygląda na to jakby błędy nigdy się nie kończyły… No ale czytajmy dalej: „Obaj profesorowie przez chwilę porównywali swoje wydruki i okazało się że znaleźli szesnaście takich samych błędów”. Dalej niech przemówi matematyka ( powtarzam tu rozumowanie autora książki, J.D.Barrowa).

    Załóżmy że w pracy było N błędów. Profesor A znalazł A błędów. Niech prawdopodobieństwo znajdywania błędów przez A wynosi p, wówczas:

A = pN

    Podobnie dla profesora B, znajdującego błędy z prawdopodobieństwem q, mamy:

B = qN

    Wspólnie znaleźli C identycznych błędów:

C = pqN

    ponieważ pracowali niezależnie ( a więc mnożymy prawdopodobieństwa). Z tych trzech równań, możemy wyliczyć, ze całkowita liczba błędów w pracy, N, jest równa:

N = \frac{AB}{C}
i nie zależy od prawdopodobieństw p i q.

    No i tu brew mi sie uniosła. Czyli jeśli będziemy mieli 2 szanownych luminarzy nauki, jeden z nich znajdzie 2 błędy, drugi też 2, zaś wspólny na ich listach będzie jeden wyraz, to całkowita liczba błędów będzie wynosiła 4? Hm. I to niezależnie jak będą starannie szukać? Byle oczywiście szukali ( p, q muszą być różne od zera).

    Jak już kilka razy pisałem jestem wierzącym ( ale słabo praktykującym ) entuzjasta Sage. Stąd postanowiłem rzecz rozwiązać jak na aspirującego hackera przystało, czyli za pomocą Programowania w Pythonie ( od razu uprzedzam, proszę się nie śmiać, ja litościwie spuściłem zasłonę milczenia na pracę tłumaczki tej książki, Wy możecie ścierpieć, że nie umiem programować).
Zacząłem zatem, tak: wygenerowałem losowy tekst składający sie z 10000 znaków 0 i 1, przy czym 0 występował w nim z prawdopodobieństwem 0.9 zaś 1 z prawdopodobieństwem 0.1 ( i inaczej niż się złośliwe spodziewacie, właśnie to 1 jest błędem, choć dla osoby jak ja przyznam mogłoby być odwrotnie). Operacja taka może zostać zrealizowana za pomocą poniższego kodu w Sage ( Python w notebooku w przeglądarce):

P = [0.9, 0.1]
  X = GeneralDiscreteDistribution(P)
  Text=[X.get_random_element() for _ in range(10000)]

    W wyniku dostajemy listę zer i jedynek pod zmienną Text, o długości 10000 znaków zawierająca losową liczbę jedynek. W dalszej części użyłem tylko jednej takiej listy ( generacja była jednorazowa) zawierającej 988 1-dynek czyli błędów, na losowych pozycjach. Następnie napisałem taką funkcję:

def EEstimation(TexT,NIter=100,p=0.5,q=0.5):
  RT=len(TexT)
  NE = sum(TexT);NE
  ERR=[]
  PA = [p,1-p]
  PB = [q,1-q]
  A = GeneralDiscreteDistribution(PA)
  B = GeneralDiscreteDistribution(PB)
  for _ in range(NIter):
      NA = []
      NB = []
      for i in range(RT):
          if TexT[i] == 1:
             if A.get_random_element() > 0:
                NA=NA+[i]
          if B.get_random_element() > 0:
                NB=NB+[i];
  NC=list(Set(NA).intersection(Set(NB)))
  if len(NC) <> 0:
      ERR=ERR+[(NE-(len(NA)*len(NB))/len(NC))^2]
  return(sqrt(sum(ERR)))

    Idea jest taka, że dla danego tekstu z błędami TexT dokonujemy NIter=100 krotnego przeglądnięcia tekstu i jeśli napotkamy na błąd ( TexT[i] = 1) wówczas profesor A losuje czy go znalazł z prawdopodobieństwem 1-p, zaś profesor B losuje z prawdopodobieństwem 1-q. Jeśli znalazł, w liście NA ( odpowiednio NB) zapisywany jest numer pozycji z błędem. Następnie wyliczamy jak liczna jest cześć wspólna tego co znaleźli i jeśli jej długość jest różna od zera, wyliczamy kwadrat różnicy między prawdziwą liczbą błędów ( NE) a jej estymacją ze wzoru wyprowadzonego wyżej i zapamiętujemy w liście ERR. na końcu funkcja oblicza pierwiastek kwadratowy z sumy takich kwadratów różnic, co pokazuje oczywiście jak dobrze swoją pracę wykonali profesorowie. Tego typu eksperyment, nawet dla ustalonego tekstu TexT za każdym razem daje inne wyniki, bo i inne są wyniki losowań dla panów A i B. Stąd konieczność powtarzania ich pracy – w tym wypadku 100 razy.

    Chcąc zyskać setki odsłon i tysiące czytelników postanowiłem wykonać także wykres, pokazujący jak wyniki pracy pary recenzentów, zależą od prawdopodobieństwa znalezienia błędu. Ponieważ sytuacja jest symetryczna, każdy z recenzentów pełnie identyczną rolę, załóżmy że profesor B ma określoną skuteczność, zaś skuteczność profesora A zmienia się co 0.1. Realizujemy to następującym kodem:

for i in range(111):
    PL=PL+[(float(i/110),float(EEstimation(Text,100,float(i/110),0.2)))]

    W tym wypadku założona skuteczność profesora B wynosiła 0.8. Oto wyniki dla skuteczności wynoszącej 0.7, 0.8, 0.5 i 0.1 Coś tu nie gra ( po kliknięciu otworzy się większa wersja obrazka).

JMol2d

    Oczywiście są to pewnego rodzaju przekroje przez ogólną „powierzchnię stanu” recenzentów, parametryzowaną liczbami p i q, gdzie n osi pionowej znajduje się pierwiastek z sumy kwadratów odchyleń. Oczywiście jeśli rację miałby J.D.Barrow, dostalibyśmy całkowicie płaską powierzchnię. Postanowiłem sobie taką powierzchnię narysować i w tym celu posłużyłem sie następująca iteracją ( a trwało to około godziny!):

PL = []
  for i in range(111):
      for j in range(111):
         PL=PL+[(float(i/110),float(j/110),float(EEstimation(Text,100,float(i/110),float(j/110))))]

    No i oto co wyszło ( walczyłem chwilkę z ideą że może uda mi się na wordpress umieścić cały aplet jmoll, który pozwala na interakcję z rysunkiem. niestety nic z tego. Niestety nie udało sie też uruchomić appletu przez Gdrive, pozostaje mi więc jedynie pokazać statyczne obrazki… Proszę kliknąć dla większej wersji obrazka ):

JMol

    Jak widać z niezależności od p i q – nici! Nie dosyć że zależność jest widoczna to jeszcze ma fajny regularny kształt. O czym to świadczy? Ano o tym, że kwadrat odchylenia, czyli błąd przewidywania prawdziwej liczby N, niebanalnie zależy od p i q. Widać wyraźnie że dla pewnych p i q, mamy maksimum. No i teraz sam nie wiem. Estymatory sa obciążone? Powinienem ten pierwiastek z kwadratu dzielić przez jakieś wielkości zależne od ilości znalezionych błędów?

    A może jest zupełnie inaczej – dla kiepskiej skuteczności profesorów poszukujących błędów w pracy, prawdopodobieństwo że znajdą te same błędy jest bardzo niskie. W takim wypadku, nawet dla 988 błędów w pracy, szanse że zbiór C zawiera dużą liczbę elementów jest niewielkie, co sprawia że odchylenie od prawdziwej liczby błędów rośnie. Czyli dla małych iloczynów pq przeszacowujemy ilość błędów?

Czyli nadal nie wiem ile tych błędów było…

„Jak wygrać na loterii? Czyli z matematyka na co dzień” John.D.Barrow,

Wydawnictwo literackie , 2011

wykres.png

Różnie pisze się obecnie o PRL. Moje wspomnienia dotyczą głównie końca lat 70-tych i 80-tych, czyli końca czasów dmuchanej prosperity i początków siermiężnej bidy. Młodość i dzieciństwo wspomina się zawsze w różowych barwach, zaniecham więc uprawiania tu publicystyki bajecznej na temat piękna własnej młodości. W to miejsce, chciałbym zwrócić Państwa uwagę na kapitalna książkę Bartłomieja Kluski „Automaty Liczą. Komputery PRL”. Cytat poniżej jest jednym z wielu jakie zapewne pojawią się na tym blogu – zachęcam do kupna i przeczytania. Historia ‚Polskich komputerów” jest fascynująca, zaś książka napisana bardzo przystępnie i mądrze. Autor zasługuje na uznanie, a i pewnie na jakąś nagrodę państwową za przypomnienie ważnych spraw.

Książka może Państwu powiedzieć więcej o PRL ( mam tu na myśli zwłaszcza młodych ludzi, którzy PRL-u nie pamiętają) niż jakiekolwiek ideologicznie słuszne produkcje dziennikarzy wyborczej. I bynajmniej nie jest to książka PRL chwaląca… Właściwie jak ją przeczytałem, to pomyślałem sobie – „bardzo niewiele się zmieniło”. Ale cytat poniżej jest o tym co zmieniło się całkowicie.

    „Kupą, Mości telewidzowie” – nawoływała drugiej połowie lat 50. wrocławska prasa. Chodziło o to, by zapewnić mieszkańcom Dolnego Śląska dostęp do telewizji. Od 1953 roku polski ( póki co jedyny) program odbierano w stolicy, wkrótce sygnał dotarł do Łodzi i Poznania, w budowie był również ośrodek TV w Katowicach. Tymczasem o Wrocławiu o okolicach zapomniano. Powołany do życia w 1957 roku Społeczny Komitet Budowy Wrocławskiego Ośrodka Telewizyjnego pod kierownictwem Bronisława Ostapczuka i Stefana Rylskiego zamierzał to zmienić i dokonał rzeczy dotychczas w PRL-u niespotykanej. Całkowicie oddolnie, środkami uzyskanymi od lokalnych zakładów i instytucji – bez wsparcia stolicy – w ciągu zaledwie kilku miesięcy doprowadził do wybudowania na górze Ślęży telestacji zapewniającej odbiór programu ( retransmitowanego z Katowic) na obszarze ponad 100 km! Miliony mieszkańców Dolnego Śląska mogły wreszcie myśleć o zakupie telewizora.
     Kłopot w tym, ze telewizorów produkowanych przez jedyną w kraju stołeczną fabrykę nie było w sklepach. Stołeczny Komitet wystąpił zatem z kolejną ambitną inicjatywą – uruchomienia fabryki telewizorów we Wrocławiu! […] Polska miała poznać dokonania wrocławian już pod szyldem Elwro. […] ambicje dyrektora Elwro, Mariana Tarnkowskiego sięgały znacznie dalej. Podjął on działania mające na celu uczynienie z Wrocławia ośrodka seryjnej produkcji elektronicznych maszyn cyfrowych. […] W grudniu 1960 roku, dzieło zespołu Jacka Markowskeigo, Odra 1001, nazwana tak „na cześć rzeki Odry i Tysiąclecia Państwa Polskiego”, została ukończona.”

„Automaty Liczą. Komputery PRL” Bartłomiej Kluska wyd. NovaeRes 2013

graby.jpg
    
    
Pieśń głogu
    
    
Ach, co to za siła mną kołysze…
Wzrastam coraz mocniej,
przemierzam prezbiterium, arkady,
moja gałąź sama kieruje się w stronę gdzie płoniesz.
Jeszcze martwa.
Ach, pozwól mi! Nim świt nastanie,
przebyć tę drogę!

Gdy przebiję ziemię która cię skrywa,
rozkwitnę setką białych kwiatów.
W zieleni zapłonę biało do cna korzenia,
okryję twe ciało, oddechem owionę, wydamy owoce,
krwistoczerwone i cierpkie.
Ach wiem! Czeka nas oboje cierpienie,
rankiem przyjdą siepacze!

W te noce dopełnia się nasze przeznaczenie.
Wschody i zachody, zimy i lata,
przez witraże płonące wnętrza, ciągłe czekanie.
Wszystkie złudzenia co przeminęły. Korowody postaci.
Rycerz twój skonał Izoldo.
Twoja miłość, mój ból,
kwitnie.

    
    
    
    

Zakończenie historii Tristana i Izoldy.

 

 

 

     Żywoty świętych wraz z innymi książkami tworzącymi moją skromną biblioteczkę stały na zaimprowizowanej półce, zrobionej ze starej skrzynki na pomarańcze. Z tego powodu ze wszystkich moich książek unosił się po otwarciu intensywny zapach pomarańczy, który mylnie uważałem wówczas za zapach kościelnego kadzidła – a to dlatego, że w kazaniach ojców redemptorystów, wygłaszanych w misjach tego zakonu na użytek katolickiej ludności Belfastu, często była mowa o pomarańczach.

    W fabułach kazań ojców redemptorystów, rozgrywających się na ogól podczas letnich wakacji, prawie zawsze występował spragniony chłopiec, który przystawał pod sklepem spożywczym, by przyjrzeć się pięknie ułożonym na straganie pomarańczom. Malec przypatrywał się ich pełnej dołeczków skórce, a kiedy owiewał go aromat rozgrzanych słońcem owoców, wyobrażał sobie że wgryza się w jeden z nich – niemal czuł ich smak na podniebieniu i aż leciała mu ślinka. Potem, ponieważ chciało mu sie pić, posuwał się jeszcze dalej, fantazjując, że dzieli pomarańcze na ociekające sokiem cząstki, wtedy zaś granica między myślą a uczynkiem zaczynała sie zacierać coraz bardziej.

    Teraz chłopiec nie mógł sie już opędzić od myśli o leżącej na wyciągnięcie ręki pomarańczy, a poza tym wiedział, że nikt go nie obserwuje. Sprzedawca był zajęty dwoma klientami, którzy chcieli się dowiedzieć, jakie są wady i zalety nowych brytyjskich i dublińskich odmian ziemniaków queens. Do pobliskiego pubu wszedł przed chwilą policjant, a pustą, tonącą w słońcu ulicą przejechał z warkotem samochód. Chłopiec mniemał, że nikt go nie widzi, wyciągnął więc rękę i wsunął pomarańczę do kieszeni spodni. Nikt go nie obserwował, a była to przecież tylko jedna z bardzo wielu pomarańczy.

    – Tylko Bóg – mówił zbliżając się do finału, redemptorysta, który w tym momencie wyciągał zza pasa krucyfiks i wznosił go do góry zamaszystym gestem, żeby każdy z obecnych mógł zobaczyć krzyż – tylko Bóg jednak obserwował chłopca, a dla Boga, który widzi wszystko, nic nie jest bez znaczenia; dla Niego bowiem Jedność jest Wielością.
     Z tej przyczyny pomarańcze kojarzyły mi się zawsze z kradzieżą albo stratą.

 

„Irlandzka Herbatka” Ciaran Carson, tłum.Maciej Świerkocki,

Stowarzyszenie A Kuku Sztuka, Gdynia 2008

 

 

 

 

    Niedawno pisałem o moim poglądzie na kwestie języka w jakim uprawia się naukę i rozmaitych problemów jakie wynikają z zaściankowego modelu jej rozwoju jaki funkcjonuje w naszym kraju. W książce „Filozofia logiki i matematyki w Polsce niemiędzywojennej” Romana Murawskiego wydanej jako monografia Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej znalazłem cytat z pracy Zygmunta Janiszewskiego, o którym także wzmiankowałem w poprzednim wpisie.

     „W myśl powyższego projektu należałoby założyć u nas czasopismo ściśle naukowe, poświęcone wyłącznie jednej z tych gałęzi matematyki, w których mamy pracowników wybitnych, prawdziwie twórczych i licznych. Czasopismo to […] przyjmowałoby artykuły każdym z czterech języków uznanych w matematyce za międzynarodowe […]. Pismo to zawierałoby, obok artykułów oryginalnych, bibliografie tej gałęzi, streszczenia, a nawet przedruki ważniejszych artykułów, drukowanych gdzie indziej, szczególnie zaś tłumaczenia artykułów wartościowych, drukowanych w językach nie „międzynarodowych”, a więc przede wszystkim prac polskich, które marnują się nieznane; wreszcie korespondencje: odpowiedzi na zapytania […].
     […] powróćmy do sprawy twórczości matematycznej. Tu atmosferę odpowiednią może wytworzyć dopiero zajmowanie sie wspólnymi tematami. Konieczni prawie dla badacza sa współpracownicy. Odosobniony najczęściej zamiera. Przyczyny tego są nie tylko psychiczne, brak pobudki: odosobniony wie o wiele mniej od tych, co pracują wspólnie. Do niego dochodzą tylko wyniki badań, idee już dojrzałe, wykończone, często w kilka lat po swoim powstaniu, gdy ukażą się w druku. Odosobniony nie widział, jak i z czego one powstawały, nie przeżywał tego procesu razem z ich twórcami. „Jesteśmy z daleka od tych kuźni czy kotłów, w których wytwarza się matematyka, przychodzimy spóźnieni i, nie ma rady, musimy pozostawać w tyle” mówił mi w Getyndze o swoich rodakach pewien uczony matematyk rosyjski. O ileż bardziej stosuje się to do nas!
     Otóż, jeśli nie chcemy zawsze „pozostawać w tyle”, musimy chwycić się środków radykalnych, sięgnąć do podstaw złego. Musimy stworzyć taką „kuźnię” u siebie! Osiągnąć zaś to możemy tylko przez skupienie większości naszych matematyków w pracy nad jedną gałęzią matematyki. Dokonywa się to obecnie samo przez się, trzeba tylko temu prądowi dopomóc. Otóż niewątpliwie utworzenie u nas specjalnego pisma dla jednej gałęzi matematyki pociągnie wielu do pracy w tej gałęzi.
Lecz jeszcze w inny sposób pismo dopomogłoby do wytworzenia się u nas tej „kuźni”: bylibyśmy wtedy ośrodkiem technicznym publikacji matematycznych w tej gałęzi. Do nas przysyłano by rękopisy nowych prac i utrzymywano by z nami stosunki”

    Zygmunt Janiszewski „O potrzebach nauki w Polsce” (1917) W: Nauka polska, jej potrzeby, organizacja i rozwój 1, 11-18. Przedruk: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Seria II: Wiadomości Matematyczne 7 (1963), 3-8 ( skróty sa autorsta R.Murawskeigo, błedy ortograficzne i inerpunkcyjne – mojego)

    Nie mogę powstrzymać się tu od komentarza, wynikającego z rozlicznych dyskusji i sporów jakie miałem z aktywnie uprawiającymi naukę dysputantami na rozmaitych grupach i forach internetowych ( osoba prywatna w Polsce, mieszkająca na prowincji, w zasadzie pozbawiona jest innych możliwości dyskusji na tematy naukowe i około-naukowe ). Otóż wydaje się że słowa Janiszewskiego są dzisiaj tyleż aktualne co niezrozumiane a nawet nieznane w środowisku naukowym. Powszechne jest przekonanie że łatwość publikowania w czasopismach światowych naukowych lub w internecie całkowicie rozwiązuje problem posiadania owej „kuźni” i w zasadzie nie ma o co się starać, bo przecież każdy może pojechać na postdoca do Princetown lub Genewy i pstryk – zrobione – mamy uczonego światowego formatu. Dziwnym trafem umyka koryfeuszom nauki w Polsce że wszyscy koledzy Janiszewskiego studiowali w Getyndze, Paryzu, w Moskwie, byli doktorantami Poincare, Hilberta czy Lebesque. Czyżby Janiszewski o tym nie wiedział? A może w latach międzywojennych, kiedy ludzie mieli za sobą językowe doświadczenie zaborów, kwestia językowa, a nwet kwestia publikacji gotowej twórczości wcale nie była w żadnej mierze paląca. Może chodziło Janiszewskiemu bardziej o owe „kotły” w których wysmaża się matematyczne potrawy?
     Jeśli by porównać naukę polską do jakiejś restauracji w której serwują zainteresowanym – przemysłowi, studentom, ciekawskim przechodniom – jakieś potrawy to rychło by się okazało, że naukę polską przyrównać trzeba do takiego baru w którym brak kuchni, owych kotłów czy nawet miejsca gdzie trzymają garnki do gotowania. Po prostu dają tam na miejscu lub na wynos, potrawy wg. przepisów nie tylko przez kogo innego wymyślonych, ale nawet najczęściej – potrawy przez kogo innego gotowane. Ot – knajpa działająca dzięki kateringowi. Jednym to smakuje, inni wola świeższe rzeczy kupowane bezpośrednio u producenta. Rzecz jednak w tym, ze w restauracji opartej na kateringu – nikt rewolucji kulinarnej czy ledwie rozwoju potraw prowadzić nie może. W kuchni takiej nie spotka sie ani mistrza patelni, ani potraw ulotnych, smacznych jedynie prosto z patelni. Myślę także że w Polskiej nauce jest cała masa takich którym taki – kateringowy rodzaj uprawianej nauki – nie dosyć że wystarcza to jeszcze go afirmują, bo w istocie cała ich praca polega nieledwie na wzięciu czystej ścierki ( a i o to czasem trudno) i z ukłonem gładkim – podawaniu odgrzanych kateringowych kotletów. Z faktu że kelner zmusza klienta by ten zamówił pommes de terre rôties nie wynika że poda mu coś innego niż smażone pyry, rozprawianie jednak o różnicy w smaku wynikającej z różnicy w nazwie ma długie Polskie tradycje. Owszem – zwykle w restauracjach operujących taką terminologia pyry sa droższe, a jeśli nie ma tam kuchni, dania sie odgrzewa – zwykle też i mniej smakowite niż w jakiej zwykłej budzie przy drodze, w której ktoś lubi jeść i lubi gotować.
     Nie mam zamiaru tu stwierdzać że wszystko jest do niczego, że nauka polska nic nie jest warta, zwłaszcza zaś nie chciałbym by ktoś zrozumiał że nie ma zdolnych ludzi, młodych, starych, bogatych w osiągnięcia, lub możliwości rozwoju. Nie chodzi także o jakiekolwiek mechaniczne kopiowanie idei Janiszewskiego. Chciałbym jednak by przyjąć raz na zawsze pewną – kulinarna optykę – uczony to kucharz, a nie kelner, choć czasem potrawy serwuje własnoręcznie. W restauracji gdzie stawia się na nazwę potrawy która ma przyciągnąć klienta, a nie doskonałość jej smaku – żadnej sztuki kulinarnej się nie rozwinie…

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 255 obserwujących.

Reklamy
%d blogerów lubi to: