You are currently browsing the category archive for the ‘historia’ category.

krasiczyn.jpg

Niedawno z Programu 2 Polskiego Radia z Rozmów o Sztuce od pani Bożeny Fabiani dowiedziałem się że *archimimus* – to sobowtór zmarłego, wynajmowany na pogrzeb w trakcie tzw. pompa funebris w Rzeczpospolitej szlacheckiej. Niektórzy archimimusi byli niebywale podobni do zmarłych, starano sie oczywiście by podobieństwo było jak największe. Jego rolą było uczestnictwo w pogrzebie tak by przybyli uczestnicy mieli wrażenie namacalnej obecności zmarłego, zaś kulminacją tych działań mógł być wjazd konny takiej osoby do kościoła i spektakularny upadek z konia przed trumną.

Generalnie pogrzeby szlachty i bogatszego mieszczaństwa w barokowej Polsce, celebrowano w niezwykle huczny sposób. Sama ceremonia, podczas której rodzina zjeżdżała sie z całej Rzeczpospolitej by nawiedzić zmarłego, trwała z powodu dużych odległości, nieraz kilka miesięcy a uczestniczyło w nich nieraz kilka tysięcy osób. Bogato zdobiono zmarłego, trumnę, budowano zdobny katafalk, urządzano przedstawienie pogrzebowe podczas którego łamana o o trumnę broń ( co było zwykle źródłem okaleczeń i wypadków). Kolorami żałoby były czarny i czerwony, i tak przyozdabiano trumnę, wóz na którym ją wieziono w trakcie pogrzebu, katafalk, a nawet konie.

Na szczególną uwagę zasługuje konterfekt – portret trumienny będący swoistym elementem kultury sarmackiej, szczególnie rozwiniętym i powszechnym na terenach  Rzeczpospolitej.  Pierwszym takim portretem był kontrefekt Stefana Batorego , niewielkich rozmiarów, być może namalowany przez Marcina Kobera. W kolejnych latach pomysł chwycił, i portret trumienny zrobił w dawnej Polsce niezwykłą karierę. Początkowo niewielkich rozmiarów ( ten na obrazku ma tylko 10 cm średnicy) rozrósł sie do 70 cm i kształtów odpowiadających przekrojowi trumny. Znacząco wzrosła także jego powszechność. Z początku będący zwyczajem magnackim, przekształcił sie w ogólnoszlachecki a pod koniec XVIII wieku portrety takie masowo fundowali sobie wszyscy bogatsi ludzie, w tym mieszczaństwo i protestanci. Masowość szła w parze z całkowitą anonimowością twórców. Jak to już pisałem na blogu, w Polsce ważniejszą postacią jest twórca wychodka niż artysta malujący portrety, bo faktura dla cieśli opiewa na więcej pieniędzy i dotyczy pracy zespołu ludzi, zaś artysta, zwłaszcza użytkowy pracował zwykle sam i nikt raczej nie poważał jego pracy.

Na portrecie trumiennym nieboszczyka zwykle przedstawiono w portrecie en face 3/4 z oczami utkwionymi w widza. Postać zmarłego ukazywano w pysznym, paradnym, strojnym ubraniu.  Na ogół był to strój w którym chowano zmarłego, pełen ozdób, bogato wykończony, z futrem itp. Zwyczaje pogrzebowe były pod tym względem tak niezwykłe, że jeden z odwiedzających kraj francuzów zanotował, że bardziej przypominają one święcenie triumfu czy zwycięstwa w bitwie, niż złożenie do grobu.  Co niezwykłe, choć inne elementy pogrzebu, jak przedstawienia czy mowy, pełne były przesady i zmierzały w kierunku gigantycznego pochlebstwa w stosunku do nieboszczyka, portret zmarłego zwykle był realistyczny. Powszechne są realistyczne przedstawienia osób brzydkich, portrety o sporych walorach psychologicznych ( jak choćby ten na obrazku), przedstawiające nieboszczyka bez upiększeń.

Niektóre osoby nie życzyły sobie hucznego pogrzebu, a przykład matka Jana Sobieskiego, zawarła taką klauzulę w testamencie. Aby uczynić za dość woli zmarłej, dokonano zatem 2 pogrzebów. Pierwszy odbył sie w sposób _nader skromny_ to znaczy uczestniczyło w nim 200-300 osób, zaś ceremonię pogrzebową celebrowało około 30 szeregowych księży. Po takim wykonaniu testamentu, dokonano bardziej oficjalnego pochówku z udziałem kilku biskupów, paradnym konduktem, biciem w dzwony, muzyką i kilkoma tysiącami gości….

krasiczyn.jpg

 

    „Wydawanie tych pieniędzy stało sie dla niektórych pracą na cały etat. Prawie wszystko, co robili miało w sobie coś prostackiego i nowobogackiego. Goście zaproszeni na pewne […]  przyjęcie zobaczyli na stolach stożki piasku z wbitymi w nie złotymi łopatkami. Na dany przez gospodarza sygnał mieli zacząć kopać w tym piasku w poszukiwaniu brylantów i innych błyskotek. Inny, wyjątkowo niedorzeczny pomysł na bankiet polegał na tym,  że do sali balowej […], wielkiej i eleganckiej restauracji, wprowadzono kilkadziesiąt koni i przywiązano do stołów, żeby dostarczyć gościom niezwykle oryginalnego i zupełnie surrealistycznego doświadczenia, a mianowicie zjedzenia kolacji na końskim grzbiecie w metropolitarnej sali balowej. Wiele bankietów kosztowało dziesiątki tysięcy dolarów. […]

    Wielu nuworyszów jeździło do Europy i kupowało dzieła sztuki, meble i wszystko inne. […] zaczął kolekcjonować pierwsze wydania dzieł Szekspira, z reguły nabywając je od podupadłych arystokratów […]. Inni […] gromadzili wielkie kolekcje sztuki, a niektórzy kupowali co popadnie. […]

    Nowobogaccy zaczęli kolekcjonować nie tylko europejską sztukę i rzemiosło artystyczne, ale również samych Europejczyków. W ostatnim ćwierćwieczu modne stało się wyszukiwanie pozbawionych gotówki arystokratów i wydawanie za nich córek. Aż pięćset bogatych młodych […]anek zgodziło sie na taki układ. Niemal we wszystkich wypadkach było to nie tyle małżeństwo ile transakcja handlowa.

    Pasją […] były konie.  Zlecił  Huntowi zaprojektować 52 pokojową rezydencję […], w której cały parter zajmowały stajnie. […] mógł wjeżdżać powozem do środka przez gigantyczną bramę. Boksy były wyłożone tekową boazerią ze srebrnymi okuciami. Pomieszczenia mieszkalne znajdowały sie na wyższych kondygnacjach.

    […] budowali pełne przepychu domy. Najbardziej okazałe zaprezentowali […], którzy tylko przy […], zbudowali dziesięć pałaców. Jeden z nich miał 137 pokojów, dzięki czemu należał do największych miejskich domów jakie kiedykolwiek powstały. […] W rzeczywistości domy były tak wielkie że nawet służący potrzebowali służących. Kładziono w nich całe hektary marmuru, tapiserie wielkości kortu tenisowego, armaturę ze złota i srebra, wieszano rozmigotane  żyrandole i tym podobne. Szacuje sie że budowa jednej z rezydencji  […] kosztowałaby dziś pół miliarda dolarów – niemało jak na domek letni. Przepych ten budził tak powszechną dezaprobatę, że [,…] przez jakiś czas poważnie rozważał wprowadzenie limitu kwoty którą jedna osoba mogłaby wydać na dom.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

motylek-pasek.jpg

 

     „Vanbrugh i Carlisle należeli do tajnego stowarzyszenia o nazwie Kit-Cat Club, organizacji o nastawieniu prowigowskim założonej w gruncie rzeczy po to, aby osadzić na tronie brytyjskim dynastię hanowerską. Na skutek tej zmiany wszyscy późniejsi monarchowie Brytyjczycy byli protestantami, chociaż przez jakiś czas nie do końca Brytyjczykami. Przeforsowane tego planu przez Cit-Kat Club było niemałym osiągnięciem, ponieważ ich kandydat, Jerzy I, nie mówił po angielsku, nie mił prawie żadnych ujmujących przymiotów i według obliczeń jednego z historyków zajmował pięćdziesiąta ósmą pozycje na sukcesyjnej liście. Poza tym jedynym manewrem politycznym klub działa w tak dyskretnie, że prawie nic o nim nie wiadomo. Do jego założycieli należał właściciel paszteciarni, Christopher – „Kit” -Cat. Nazwę kit-cat nosiły jego słynne paszteciki z baraniną i w bardzo wąskich kręgach przyczynkarskich od trzystu lat toczy się spór o to, czy klub został nazwany na cześć Christophera czy jego pasztecików.

    Klub istniał tylko od około 1696 do 1720 roku – szczegóły nie są znane – a członków miał zaledwie pięćdziesięciu, w tym dwie trzecie arystokratów.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

PS. : Prakseologia teorii Spiskowych

galeryjlka.jpg

 

    Dzisiaj w PR2 PR w audycji „W stronę sztuki” pani dr. Bożena Fabiani mówiła o staropolskim artyście Marcinie Koberze. Wikipedia bardzo oszczędna w fakty, bo tez i niewiele wiadomo o życiu malarza. Poniżej portret Batorego – jeśli prawidłowo zidentyfikowałem dzieło na podstawie opisu słownego pani doktor, to jest to portret trumienny władcy. Namalowany na blasze ma bardzo niewielkie rozmiary, zaś jego realizm jest wstrząsający. Mamy do czynienia z portretem psychologicznym, warto wiedzieć że jest to pierwszy portret trumienny w Polsce W latach następnych pojawiły się ich setki tysięcy, każdy szlachcic i bogatszy mieszczanin sobie taki na trumnie przyczepiał – być może wzorując się na poniżej pokazanej pracy Kobera. Z tym, ze autorstwo nie jest jasne – choć forma podobna do oficjalnego i większego w rozmiarach portretu koronacyjnego władcy – brak sygnatury artysty. Kober miał malującego brata – może to jego dzieło?

 

Batory.PNG
Batory” autorstwa Marcin Koberbilddatenbank.khm.at. Licencja Public domain na podstawie Wikimedia Commons.

 

    Ciekawym aspektem sprawy jest niewielka ilość informacji o życiu artysty. Właściwie to idąc z duchem czasu pani Bożena Fabiani – jak wyjaśniała – chciała przedstawić postać jakiejś kobiety, malarki. Natrafiła w życiorysie Kobera właśnie na informację że poślubił on niejaką Dorotę, która malowała obrazy. Ale to już wszystko co o niej wiemy, oczywiście poza tym, ze rodziła mu dzieci. Co ciekawe i o samym Koberze nie wiadomo wiele – bo i w tamtych czasach w Polsce malarz był ledwie rzemieślnikiem. A że pracę wykonywał „atomowo” czyli w całości sam, to i po całym jego życiu najczęściej pozostawała informacja związana z zapłatą wydawaną ze skarbca władcy czy mecenasa. „Marcinowi Koberowi dukatów 60 za malowany portret” – mniej więcej tyle poświęcano uwagi artyście. Inne rzemiosła miały znacznie lepiej bo np. budowa wychodka – a był to przykład podany przez panią doktor – często wymaga najęcia nie tylko „wykonawcy”, ale i pomocników co daje okazję do znacznie bardziej rozbudowanych i bogatych w przypisy rachunków. Malarz tworzący obrazy – pracował sam, po cichu i bez zainteresowania ze strony szlachty i władców. Stąd o ludziach tworzących to co nas otacza wiemy prawie nic. Bo i nikt – żaden kronikarz, dziejopis itp. – nie uważali za właściwe zajmować się nimi. Stąd historycy sztuki w Polsce, mają szalenie trudne zadanie – nie dosyć że dzieł zachowało się mało, bo takich miłujących sztukę mamy sąsiadów, to jeszcze o twórcach pisano niewiele lub zgoła nic. Właściwie najwięcej wiedzy o ich życiu czerpiemy z dzieł spisanych kiedy np. uczyli sie za granicą, czy pracowali dla obcych władców. Proszę sobie zdać sprawę z paradoksu – o malarzu pisano więcej gdy czeladnikował w Niemczech, niż kiedy jako mistrz pracował w Polsce dla królów.

    Trochę jak w starożytnym Rzymie gdzie wykonawcą akweduktów czy mostów byli zawsze bogaci patrycjusze, którzy być może jedynie finansowali je z daleka, a tylko wyjątkowo zajmowali sie administracja – zwykle finansową – budowy. Prace, projekt, nadzór nad wykonawstwem – to wiemy – tradycyjnie prowadzili wykształceni Grecy, często niewolnicy. Niewiele o nich wiemy, bo ni zaledwie „wykonywali prace”, tworzyli projekty, nadzorowali i organizowali prace ludzi. To tak jak w Apple – Steve Jobbs – jako twórca iPhone – a cała reszta w tym Wozniak – to ludzie tonący w cieniu.  Najśmieszniejszym elementem sprawy jest w to że ci w świetle reflektorów zdają sie sądzić ze to prawda…

    Dyskusja o tym, ze w naszym kraju nie mamy zwyczaju zapisywać i szanować informacji o prostych sprawach spycha nasza kulturę w pozycję wiecznego naśladowcy. Każda informacja, zwłaszcza jeśli ma być ceniona, musi być cytowana, najlepiej z francuskiego, albo angielskiego czasopisma. Każdy ogląd musi być na tyle uniwersalny by spodobał sie francuzowi czy anglikowi. Broń boże żeby był Polski, żeby przedstawiał stanowisko ludzi żyjących w tym miejscu, tu lokujących swoje pomysły i życie. To nie przystoi, intelektualiście, to wstydliwe, to sa poglądy jakie wydobywa z siebie plebs – i faktycznie we Francji byłoby to nie do pomyślenia…. Pisałem już kiedyś o czymś podobnym…

AutomatyLicza-Kluska

    „Dnia 1 maja 2010 roku, po 34 latach trzyzmianowej pracy ciągłej na stacji rozrządowej dla ruchu towarowego PKP w Lublinie, dyrekcja placówki podejmuje decyzję o wyłączeniu ostatnie funkcjonującej w kraju – i wciąż prawidłowo wykonującej swoje obowiązki – maszyny cyfrowej Odra. Tam gdzie ją wyprodukowano, teraz rośnie trawa” – te słowa kończą książkę którą chciałbym polecić wszystkim czytelnikom. Zarówno tym którzy zawodowo związani z nauką z zaciekawieniem będą chcieli odnaleźć znane sobie nazwiska, oraz poznać historię projektowania i budowy maszyn cyfrowych w Polsce, jak i laikom którzy oczekują pasjonującej opowieści o wynalazkach i wynalazcach, i o tym „jak to w PRL bywało”. Książka o którą chodzi nosi tytuł „Automaty liczą. Komputery PRL” i została napisana przez Bartłomieja Kluskę – historyka i archiwistę, jak głosi notka o nim na okładce. Autor, urodzony w 1980 roku, zadał sobie trud odszukania i syntezy całkiem sporej bibliografii, zaś w wyniku powstała ciekawie napisana opowieść o pionierskim, a dalej, wczesno-przemysłowym okresie Polskiej Informatyki. Pisałem już o niej niedawno na tym blogu, była to jednak krótka wzmianka, a właściwie, cytat, tym razem pomyślałem że napiszę, krótką, recenzję.

    Książka jest w pewien sposób unikatowa na polskim rynku książki, gdzie z łatwością znajdziemy rozmaite popularnonaukowe publikacje traktujące o światowych luminarzach nauki i techniki, począwszy od Newtona a skończywszy na Steve Jobbsie. Wypełnia ona pewien widoczny brak publikacji na temat polskiej nauki i techniki, która przecież obfituje w ciekawe osiągnięcia i niebanalne postacie, może dziś często zapomniane, lub przyćmione historią skoncentrowaną na wielkiej polityce i historii idei. Dowiadujemy się więc o powstaniu w 1948 roku, przy poparciu Michała Rola-Żymierskiego Grupy Aparatów Cyfrowych, i działaniu tej instytucji w sytuacji kiedy nie posiadała nawet lokalu. Śledzimy etap pionierski w którym konstruowano maszyny cyfrowe zdolne pracować tylko na binarnych liczbach 2-cyfrowych ( a więc na liczbach od 1 do 3) i wykonywać na nich operacje dodawania z prędkością jednej na sekundę. Poznajemy kulisy powstania Elwro i konstrukcji pierwszych maszyn Odra na początku lat 60-tych. Przez karty książki przewija się plejada luminarzy nauki i techniki, w tym miejscu wymieńmy może Jacka Karpińskiego – genialnego konstruktora komputerów, w tym pierwszego chyba na świecie mikrokomputera wielkości walizki K-202, którego ostatecznie wyprodukowano zaledwie 30 egzemplarzy. Książka nie ma bardzo technicznego charakteru, nie dowiadujemy się z niej jakie były szczegóły techniczne konstrukcji o których mówi, ale zarazem daje całkiem niezły, na ile potrafię to ocenić, obraz techniki w PRL i tego z jakimi przeciwnościami musiał borykać się w tamtych latach inżynier poważnie traktujący swój zawód. Czytając tą książkę zadumałem się głęboko nad historią traconych okazji, życiem ludzi napędzanych pasją która nie mogła się zrealizować z powodu bałaganu, niekompetencji władz, braku wsparcia czy wręcz przeciwdziałaniu decydentów zatroskanych o swoje stołki. Właściwie uważam właśnie ten aspekt książki za najbardziej ciekawy. Autor nie pozwala sobie właściwie na jawną krytykę PRL, ale tym głośniej przemawiają fakty.

    Książka ukazała się w 2013 roku, nakładem Novaeres, liczy zaś 207 stron. Autor udostępnił także na swojej stronie bibliografię, która zapewne zainteresuje czytelnika (a co poniektórych i wzruszy). Notatkę tę pozwolę sobie zakończyć również cytatem, tym razem pochodzącym z środkowego okresu historii Polskiej informatyki. „Jeszcze na początku lat 70. reporter Wiesław Górnicki przy opisie swojej wizyty w Stanach Zjednoczonych przytoczył rozmowę nowojorskich biznesmenów, z których jeden wypowiadał się w samych superlatywach o inżynierach z Elwro: „Są to ludzie dystansujący o wiele długości swą wiedzą i oryginalnością rozwiązań większość naszych rutynowych konstruktorów” – miał mówić Amerykanin, nie obawiał się jednak konkurencji ze strony Polaków bowiem […] „Kiedy zamawiają partię oporników po sto omów, połowa partii ma 90 omów, a druga połowa – 110. Kiedy potrzebują kawałka kabla pięciożyłowego, muszą pisać podanie do ministra. Kiedy wielkim nakładem czasu i pracy skonstruują jakiś piekielnie pomysłowy podzespół, okazuje się że nie ma dostatecznie cienkich wierteł albo śruby o wymaganym gwincie”.

    A dziś? Czy to co potrzebne – jest już dostępne? Czy może okazuje się że za „problemy obiektywne” odpowiada, cóż, tym razem to jaki mamy, niestety, no, hmm, klimat…

„Automaty Liczą. Komputery PRL” Bartłomiej Kluska wyd. NovaeRes 2013

wykres.png

Różnie pisze się obecnie o PRL. Moje wspomnienia dotyczą głównie końca lat 70-tych i 80-tych, czyli końca czasów dmuchanej prosperity i początków siermiężnej bidy. Młodość i dzieciństwo wspomina się zawsze w różowych barwach, zaniecham więc uprawiania tu publicystyki bajecznej na temat piękna własnej młodości. W to miejsce, chciałbym zwrócić Państwa uwagę na kapitalna książkę Bartłomieja Kluski „Automaty Liczą. Komputery PRL”. Cytat poniżej jest jednym z wielu jakie zapewne pojawią się na tym blogu – zachęcam do kupna i przeczytania. Historia ‚Polskich komputerów” jest fascynująca, zaś książka napisana bardzo przystępnie i mądrze. Autor zasługuje na uznanie, a i pewnie na jakąś nagrodę państwową za przypomnienie ważnych spraw.

Książka może Państwu powiedzieć więcej o PRL ( mam tu na myśli zwłaszcza młodych ludzi, którzy PRL-u nie pamiętają) niż jakiekolwiek ideologicznie słuszne produkcje dziennikarzy wyborczej. I bynajmniej nie jest to książka PRL chwaląca… Właściwie jak ją przeczytałem, to pomyślałem sobie – „bardzo niewiele się zmieniło”. Ale cytat poniżej jest o tym co zmieniło się całkowicie.

    „Kupą, Mości telewidzowie” – nawoływała drugiej połowie lat 50. wrocławska prasa. Chodziło o to, by zapewnić mieszkańcom Dolnego Śląska dostęp do telewizji. Od 1953 roku polski ( póki co jedyny) program odbierano w stolicy, wkrótce sygnał dotarł do Łodzi i Poznania, w budowie był również ośrodek TV w Katowicach. Tymczasem o Wrocławiu o okolicach zapomniano. Powołany do życia w 1957 roku Społeczny Komitet Budowy Wrocławskiego Ośrodka Telewizyjnego pod kierownictwem Bronisława Ostapczuka i Stefana Rylskiego zamierzał to zmienić i dokonał rzeczy dotychczas w PRL-u niespotykanej. Całkowicie oddolnie, środkami uzyskanymi od lokalnych zakładów i instytucji – bez wsparcia stolicy – w ciągu zaledwie kilku miesięcy doprowadził do wybudowania na górze Ślęży telestacji zapewniającej odbiór programu ( retransmitowanego z Katowic) na obszarze ponad 100 km! Miliony mieszkańców Dolnego Śląska mogły wreszcie myśleć o zakupie telewizora.
     Kłopot w tym, ze telewizorów produkowanych przez jedyną w kraju stołeczną fabrykę nie było w sklepach. Stołeczny Komitet wystąpił zatem z kolejną ambitną inicjatywą – uruchomienia fabryki telewizorów we Wrocławiu! […] Polska miała poznać dokonania wrocławian już pod szyldem Elwro. […] ambicje dyrektora Elwro, Mariana Tarnkowskiego sięgały znacznie dalej. Podjął on działania mające na celu uczynienie z Wrocławia ośrodka seryjnej produkcji elektronicznych maszyn cyfrowych. […] W grudniu 1960 roku, dzieło zespołu Jacka Markowskeigo, Odra 1001, nazwana tak „na cześć rzeki Odry i Tysiąclecia Państwa Polskiego”, została ukończona.”

„Automaty Liczą. Komputery PRL” Bartłomiej Kluska wyd. NovaeRes 2013

    Brzeg.jpg

    „Co jest warte świadectwo „naocznych świadków” pokazał przejmujący film dokumentalny, który zrealizował Stanisław Janicki o Eugeniuszu Bodo. Bodo miał paszport szwajcarski, którego wszyscy mu z wybuchem wojny zazdrościli, nazywał się Junod, ojciec pochowany w Warszawie na cmentarzu ewangelicko-reformowanym. W latach 1939-1941 znalazł się po wschodniej stronie, występował w orkiestrze jazzowej Warsa, z którą jeździł ( z ogromnym powodzeniem!) po Związku Radzieckim. Zaczął się starać o zgodę na wyjazd za granicę – i przepadł. Nie wiadomo było co się z nim stało. Film przytacza bodajże pięć wersji jego śmierci – jak go Sowieci rozstrzelali – każda od „naocznego świadka”. W Ogrodzie Jezuickim we Lwowie; w więzieniu na Brygidkach tamże; ktoś inny znowu, że na granicy gruzińskiej. Nikt nie ma wątpliwości, każdy klnie się, że WIDZIAŁ! Na koniec jest relacja muzyka rosyjskiego, który siedział z Bodem w jednej celi na Butrykach w Moskwie. Rozpoznał go, bo był na koncercie zespołu Warsa i mocno to przeżył. I oto ten znakomity Bodo, tu z nim, w celi. „Nazywał się Junod” – mówi muzyk, co czyni jego wersję wiarygodną.

    Był czerwiec 1941, Niemcy najechali Związek Radziecki, wkrótce potem podpisano w Londynie ugodę Sikorski-Majski i Polaków zaczęto zwalniać z radzieckich więzień. Ale to dobrodziejstwo ominęło Boda: dla naczelnika Butyrek był Szwajcarem. I zapewne szpiegiem – bo niby dlaczego on, Szwajcar, przystał do polskiej orkiestry i włóczył się z nią po całym wielkim Kraju Rad? Opowiadał ten muzyk polskiemu dokumentaliście, że pewnego dnia Bodo odwrócił się do ściany i przestał się odzywać. „Pieśniarz Warszawy” (m był taki film) nie chciał już żyć. Zgubił go ten paszport szwajcarski, którego tak mu wszyscy zazdrościli.”

Józef Hen „Nie boję się bezsennych nocy” WAB, , str. 676

 

 

    O sztuce definiowania.

    „Gdy Platon podał definicję „Człowiek jest to istota żywa, dwunożna, nieopierzona” i tą definicją chełpił się i zdobył poklask, Diogenes oskubał koguta i zaniósł do szkoły na wykład Platona, mówiąc „Oto jest człowiek Platona”. Odtąd do tej definicji dodawano słowa: „o szerokich pazurach””. ( W oryginale Πλατων = Platon, πλατωνυχοζ- „o szerokich pazurach” )

„Żywoty i poglądy słynnych filozofów” Diogenes Laertios. O Diogenesie z Synopy, str. 331. PWN Wydanie 3. Warszawa 1982

Przekład: Irena Krońska, Kazimierz leśniak, Witold Olszewski przy współpracy Bogdana Kupisa. Opracowanie przekładu, przypisy ( jak ten powyżej w nawiasie wyjaśniający znaczenie greckiej gry słów) i skorowidz – Irena Krońska.

 

    Wygląda na to że Platonowi jako pierwszemu, za sprawą Diogenesa z Synppy, przydażyło się odkryć modele niestandardowe.

     W niedawnym, kolejnym odcinku Zapisków z Wakacji opublikowanych pod tytułem „Pomniki”, Stary Zgred, którego niezmiennie lubię i szanuję, napisał następujące słowa: „Tak na prawdę to raczej powinniśmy się wystrzegać pomników na których pisze „Patriota”. Różne są oblicza patriotyzmu, a niektóre powodują, że później trzeba stawiać pomniki ofiarom wojny. I żeby nie było — nawet nie zastanawiam się nad dokonaniami tej konkretnej osoby…” Wpis dotyczył tematu pomników wojennych które Zgred oglądnął we Włoszech w małym miasteczku Angera. Zapoczątkowało to pewien ruch w moim umyśle czego efektem był następujący komentarz z mojej strony – którego rozwiniętą wersją jest ten wpis.

    Temat patriotyzmu i jego relacji do przemocy nie jest banalny, a choć komentarz jaki napisałem nadal mi się podoba, chciałbym jednak napisać trochę więcej. Jedyne co z wpisu starego Zgreda tu istotne to zdjęcie które podlinkowuje niżej, za co mu dziękuję, bo inaczej nie znalazłbym takiej fajnej ilustracji. W internecie, w mediach i w życiu prywatnym wielokrotnie spotykałem postawy dalece bardziej jednoznaczne. Kwestia patriotyzmu, w wpisie Wojciecha wyrażona nad grobami dawnych ofiar ludzkiego szaleństwa ma wyraźny rys refleksyjny, Wojciech pisze o „niektórych obliczach patriotyzmu”. Tymczasem wielokrotnie w kontekście współczesnym bez najmniejszej skłonności do refleksji i zniuansowania, patriotyzm osacza sie ze wszech stron jako przeżytek XIX wieku, wynalazek Fryderyka Wielkiego i Bismarcka. Wszyscy jesteśmy Ciastkami z Berlina – zdają się krzyczeć europejczycy z Polski.  Co prawda Adam Małysz nadal jest Polakiem, ale w sumie  jakie znaczenie ma narodowość jeśli mowa o Steve Jobbsie? W historii, z rozmaitych powodów, modne stało się podkreślać że naród to wynalazek, znienawidzonej przez Polskich historyków XXI wieku, Rewolucji Francuskiej. Spotkałem sie onegdaj ( w konflikcie edycyjnym w Wikipedii) z rozumowaniem „że pojęcie narodowości nie istniało w średniowieczu, a poza tym ojciec Kopernika był Niemcem”. Nie wiem jak było w średniowieczu – ale z sądzę,  że takie rewelacje ich autor wyczytał w jakimś bardzo współczesnym, nie starszym niż 10-20  letnie, opracowaniu historycznym. Jakie to szczęście że nareszcie, po tysiącach lat zakłamań, w podręcznikach do historii piszą prawdę i tylko prawdę….

    Wielu ludzi gotowych jest twierdzić że patriotyzm to przeżytek z powodów nieporównanie bardziej błahych jak śmierć milionów – który to powód przecież skłania do przemyśleń i z patriotyzmem niejaki związek jest tu dostrzegalny. W życiu codziennym wystarczy ledwie o parę procent niższy podatek, lub nieco wyższe zarobki, by całkiem spora część ludzi poczuła sie gotowa do wywrócenia do góry nogami całej swojej świadomości narodowej. Nie biznesowej. Narodowej. Wystarczy nadzieja poselskiej pensji by wykreować z niczego całe narody. Spotkałem sie także z poglądem że patriotyzm współcześnie ma wymiar czysto utylitarny gospodarczy. „Dobry patriota płaci podatki, i nie ma żadnych powodów by czuł jakikolwiek związek osobisty z pejzanem pod budką z piwem”. „Bliższy mi jest chiński uczony niż miejscowy sklepikarz” – mniej więcej taki pogląd wyczytałem na którymś blogu miłośnika nauki. Taka postawa da sie uzasadnić. Nie przeczę. Ale czy ów chiński uczony myśli podobnie i przejawia skłonność do wzajemności w tej miłości? I czy stać nas na podobna miłość bez wzajemności? Były w Polsce czasy kiedy członkowie elity nade wszystko miłowali włoszczyznę, francuszczyznę, a i obecnie przeciż nieraz lepiej od narodowej kultury znają i miłują amerykanizmy. Z faktu że stajemy sie jako społeczeństwo coraz bardziej ledwie namiętnymi konsumentami plastikowej kultury z macdonalda – wynika że stajemy się nowocześniejsi? Mądrzejsi? Czy może zaledwie podobamy się sobie? Wartości które wyznajemy sa głębsze? Prawdziwsze? Czy może po prostu będąc nikim, wydajemy się przynajmniej mieć takie same poglądy jak wszechświatowe mocarswo? Przecież nic mniejszego do nas nie pasuje, co nie? Bycie sobą w Polsce jest takie… niekomfortowe… Czy osoby wyrażające takie poglądy – naprawdę zajmuje kwestia „co o tym myśli chiński uczony”? Czy też pewną tezę, że każdy myślący człowiek na tym świecie myśli podobnie, przyjmują one za daną? I czy ktoś sprawdza tu fakty?

     Chyba nie dorosłem do takiego poziomu kosmopolityzmu by nastawać w sensie ogólnym na koncepcję patriotyzmu. Bo choć nie mam wiele wspólnego z jakimiś ideologiami, rozumiem i szanuje patriotyzm, i nie uważam by słusznym było by miał zaniknąć czy okazać się szkodliwy.

    Zacznijmy od sprawy postrzegania Wojen na zachodzie i w Polsce. Będzie konkretny przykład. W prasie, radio i telewizji nader często podkreśla się znaczące obniżenie napięć i pewnego rodzaju pojednanie jakie dokonało się w Europie Zachodniej po II Wojnie Światowej. Dyszący nienawiścią Niemcy i Francuzi mieli odstąpić od zadawnionych konfliktów i wspólnie zbudować Wspólnotę Węgla I Stali. Już dawno zniknęły dawne konflikty i granice, a zwyczajni ludzie spotykają się w międzynarodowym gronie czyniąc naszą, Polską, oparta na martyrologii, postawę zgoła śmieszną. Tak przynajmniej piszą w gazetach. Obawiam się że nie jest to dobre źródło informacji. W zasadzie nie jest to nawet źródło informacji…

    Czytając rozmaite książki czy opinie w internecie ludzi którzy ( w mojej opinii) mają pojęcie o czym piszą wyrobiłem sobie tu pewien pogląd. Pogląd ów daje się dobrze zilustrować zdjęciem które wykonał i pokazał w swoim wpisie Stary Zgred.

  1. Widać różnice w liczbie ofiar – z II Wojny Światowej jest ich prawie dwa razy mniej niż z I-wszej. Nic dziwnego że dla krajów zachodu Wielka Wojna Światowa – to I Wojna Światowa. We Francji do dziś obchodzi się uroczystości jej zakończenia – o ostatnich pisała nawet Polska prasa i piała telewizja. Czy w Polsce ktoś tak robi – czy ktoś pamięta I Wojnę Światową? Obchodzimy odzyskanie niepodległości – ale nie koniec Wojny. Liczba ofiar i czas – całkowicie zmienia optykę polityki, bowiem czym innym jest konflikt który miał miejsce 60 lat temu, a czym innym taki który zaszedł lat 80. To rzutuje na oceny, emocje, postępowanie. Oczywiście zachód, egoistyczny i egotyczny jak zawsze, nie chce zrozumieć że nasza Wielka Wojna nadal w nas tkwi dokładnie tak jak w nich tkwiła swego czasu ich Wielka Wojna. Stąd wydajemy się, a pośrednio sobie samym skoro czerpiemy pojęcie o sobie z angielskojęzycznych źródeł, anachroniczni. To nie jest wynik właściwej oceny. To jest wynik pomyłki jaką popełniają na zachodzi – im się po prostu nasza Wielka Wojna myli z Ich Wielką Wojną – stąd zdziwienie że dla nas Wielka Wojna ma takie znaczenie. Stąd książka Dawiesa „Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo” http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2176 mogła mieć na zachodzie pewien posmak debunkingu. Im się po prostu nie mieści w głowie kraj w którym szklana zastawa stołowa czy obraz z 1870 roku jest czymś niezwykłym. Kraj w którym zniknęło 10% ludzi. Kraj w którym nikt nie liczył na litość a kolaboracja nie była wyborem politycznym, rodzajem błędu w wyborze jaki sie wybacza między dżentelmenami, jakaś opcją mającą wydźwięk praktyczny, ale całkowitym ześwinieniem.
  2. Czytałem w książce Christopher Bartlett (Addison Wesley Longmann Ltd. London) 1994) “Konflikt Globalny. Międzynarodowa rywalizacja wielkich mocarstw w latach 1880-1990″ Ossolineum 1997 obok analiz dotyczących związków między patriotyzmem, wojną i weltpolitik (https://fiksacie.wordpress.com/2012/01/05/konflikt-globalny-miedzynarodowa-rywalizacja-wielkich-mocarstw-w-latach-1880-1990-cytat/ ) nastepujący przykłąd. Oto podczas I Wojny Światowej kiedy do Europy przybyli żołnierze z USA wprawili oni Europejskich żołnierzy w zdumienie objawiając im że walczą o wolność i przeciw złu jakie niesie ze sobą Pruska/Niemiecka zawierucha. Dla nich konflikt miał wyraźny aspekt aksjologiczny, moralny. Tymczasem dla żołnierzy Europejskich było w tym czasie całkowicie jasne że po drugiej stronie znajdują się tacy sami ludzie, walczący o takie same wartości jak oni sami, zaś wszyscy sa ledwie pionkami na szachownicy w partii rozgrywanej przez polityków mocarstw.Podczas I Wojny Światowej żołnierzowi bywało trudno utożsamiać się z wolą rządów walczących imperiów, mimo że to były jego ojczyste imperia. Dla porównania – „Dzieje Dzielnego Wojaka Szwejka podczas Wojny Światowej” sa jakimś dokumentem tego stanu rzeczy, prawda?

     Konstatacja z punku 2 wraz z 1 powyżej daje całkowicie inne odniesienie do wagi i roli wysiłku zbrojnego podczas wojny jakie mogły zapisać się świadomości narodów. W Polsce podczas II Wojny Światowej zginęło 10% populacji zaś na Białorusi/Ukrainie – 20-25%. Polak czy Białorusin z natury przeznaczeni byli przez faszystów do eksterminacji podczas gdy Francuz czy Włoch – w każdym wypadku ponosili pewne niedogodności – brak cukru w obozie jenieckim czy przekleństwa strażników. Niemal do końca wojny koncepcja Obozów Zagłady nie mieściła się na zachodzie nikomu w głowie, a i dziś znaczeni wygodniej byłoby stwierdzić że były to obozy faszystowskie, a nie prowadzone przez legalne państwo niemieckie. Podczas I Wojny Światowej żołnierze przeciwnych stron, zmęczeni absurdalną walką zagrali z swoimi wrogami w piłkę nożną na linii frontu i śpiewali razem, na głosy kolędy, wychodząc z okopów i organizują wspólna wigilię co stało się zresztą tematem przeboju Paula McCartneya. Sytuacje takie nie był jednostkowe, zaś trauma po zakończeniu wojny przejawiała się w powszechnym przekonaniu że było to szaleństwo. Tolkien pisał „Władzcę Pierścieni” dedykując postać wiernego Sama swoim plebejskim towarzyszom broni – statystom w teatrze śmierci którego cele pozostają dla nich trudne do ogarnięcia, ale którzy wypełniają swoje zobowiązania przyjaźni z oddanem psa. I to przekonanie na zachodzie zostało ugruntowane. Jesli Wojna Mocarstw, rozpoczęta w wyniku działań dyplomatów ponad głowami ludzi, była szaleństwem, to zwycięstwo miało być ostateczne, klęska Niemiec definitywna a Wielka Wojna – miała być ostatnia. Zwycięzcy zdeptali więc przeciwników zapominając wygodnie o swoim politycznym udziale w hekaombie. I połozono podstawy nastepnego konfliktu.

    Wobec wzrostu potęgi faszyzmu, zachód bynajmniej nie zachowywał się jak nieprzejednany przeciwnik. Koncepcje że najlepiej byłoby gdyby Hitler i Stalin załatwili sprawy pomiędzy sobą były przed wojną na zachodzie powszechne. Polskę uznawano za wichrzyciela, skoro racjonalnemu i rzetelnemu politykowi odmawiała ledwie korytarza transportowego do niemieckiego miasta Danzig i Prus. Przez wiele lat po I Wojnie ignorowano dyplomatyczne anonse Rosji bolszewickiej która chciała zyskać uznanie jako legalne państwo Europejskie – spadkobierca prawny i militarny Rosyjskiego Imperium Carów. W sensie cywilizacyjnym była to przecież ledwie zmiana władzy bez jakichkolwiek zmian w koncepcjach geopolitycznych. Rosja bolszewicka nie miałą zamiarów ani środków podbijać Europy jak się nam to zwykle przedstawia. Imperium w wypadku Polski siegało po tereny ktore od czasów zaborów czyli od 200 lat byly pod jego jurysdykcją. Co innego zrobilismy zajmując swego czasu Zaolzie? Kiedy było już bardzo gorąco Stalin, na którego współpracy w sojuszach przeciw Hitlerowi zaczęło gwałtownie Francji zależeć, mówił że nie zgadza się by „zachód rękami Rosji wyciągał kasztany z ognia” ( za „Białe plamy-czarne plamy: sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach 1918-2008” Autorzy Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych ). Oczywiście dziś w Polsce nie znajdziemy wiele osób które publicznie odważyłby się na taką obiektywną optykę, stąd pogląd taki – wyrażany zresztą także na zachodzie – wydaje nam się zgoła antypolski. Z faktu że tak go odbieramy, nie wynika jednoznacznie że takim jest. II Wojna Światowa dla zachodu to konflikt który nieledwie rozegrał się gdzieś daleko i dotyczył jakichś nieistotnych spraw. W zasadzie tylko jedna z nich obecnie ma jakieś znaczenie – Holocaust, ale to już sprawa Polskiego antysemityzmu. No i rozliczeń na które musi zdobyć się – oczywiście – naród Polski. Fakt że z 6 milionów wymordowanych Żydów, 3 miliony było Polakami – zdaje się nie docierać do zachodniej świadomości.

     Optyka kosmopolityzmu, braterstwa, w wypadku ludzi których wysiłek wojenny sprowadzał sie często do braków w zaopatrzeniu jest znacznie łatwiejsza i tańsza iż w wypadku narodów które poniosły milionowe straty… Inna też jest cena życia ludzkiego kiedy giną setki/tysiące rocznie a inna kiedy giną tysiące w ciągu dni a rocznie – miliony. I inna jest pamięć gdy żyją jeszcze ludzie którzy widzieli na własne oczy okropności o jakich zachód ledwie ma pojęcie.

     Uważam żę przyjmowanie zachodniej optyki w odniesieniu do Wojny – zwłaszcza II wojny Światowej – jest w wypadku Polaków – wielką głupotą. Usankcjonowaną zwyczajem nowych czasów ( nawet książki tłumaczone z angielskiego zachowują walory wyższego autorytetu) – ale głupota. Łączenie zaś tych spraw z patriotyzmem jest juz jakimś całkowitym nieporozumieniem.

     W wielu wypadkach zbrodnie wojenne jakich dopuszczali sie Niemcy podczas II Wojny Światowej zostały dokładnie opisane, i mamy wgląd nie tylko w dokumentacje przestępstwa ale znamy także wspomnienia i opinie zbrodniarzy. Pewien motyw pojawia się w nich w bardzo charakterystyczny i powtarzalny sposób. Jest nim poczucie obowiązku. „Dlaczego Pan nie pomógł?”, „Dlaczego zakatował Pan na śmierć ta kobietę?”, „Dlaczego brak było ludzkich odruchów na widok śmierci dziecka?”. „Z powodu poczucia obowiązku„. „Wydawało mi się że robię to co do mnie należy”. To nie jest tanie wyjaśnienie. Kto mógłby sądzić że do jego obowiązków zawodowych należy głodzenie ludzi? Jakie wartości wyznaje taki człowiek? Wstrząsająca prawda jest taka że absolutne zło – jest absolutnie banalne. Nie przejawia się w tym czego pełne są filmy fabularno-przygodowe – nie jest wynikiem działania zdegenerowanych monstrów dyszących smrodem i szukających sobie ofiary. Ci mordercy nie są narkomanami, zwyrodnialcami  ani żadną z postaci jaką chętnie widzielibyśmy w tym miejscu. Sa tacy jak my. Ich zło jest wynikiem działania procedur. Codziennych drobnych czynności – nadawania numerów ofiarom, golenia im włosów, wydzielania głodowych racji żywnościowych, braku pomocy medycznej z powodu organizacji działań wymierzonych na eksterminacje. Czasami ich motywacja to zemsta – na froncie zginął czyjś syn, brat. Ale na froncie w istocie ginie niewielu. A eksterminacja wymaga wielu – urzędników, buchalterów, strażników. I to oni, całkowicie zwykli ludzie, budują nieludzkie zło. Kroczek za kroczkiem.  Nawet nieznaczącymi faktami. Sprawna organizacja i zastraszanie działa tak, ze wszyscy wszystkich trzymają w szachu. A oszustwo podczas ważenia racji żywnościowych – urasta do bohaterstwa. Czy można od człowieka wymagać by był bohaterem? To samo możemy powiedzieć o tym co działo się w byłej Jugosławii, Ruandzie, w innych zakątkach świata. Jeśli eksterminacja miała charakter planowany – była banalna. Była jak organizacja przedsiębiorstwa. Jak biznes – ze swoimi rachunkami opłacalności i wyliczaniem oszczędności jakie daje zastosowanie gazu zamiast broni palnej. Poczucie obowiązku.
    Czyżbyśmy zatem słyszeli że poczucie obowiązku jest czymś złym? A tego nikt nie twierdzi! Obarczamy winą patriotyzm ( który można rozumieć na bardzo wiele sposobów) ale już nie banalne wypełniane swojej roli społecznej bez doceniania konsekwencji swych działań 9 co także dopuszcza wiele interpretacji i niuansów). Dlaczego? Dlaczego patriotyzm miałby być czymś w oczywisty sposób złym i prowadzić do zbrodni, podczas gdy posłuszeństwo i wypełnianie zobowiązań – miałoby być niewinnym działaniem?

     Działania jakich dopuszcza się człowiek, w pracy, na wojnie, w miłości i w pokoju mają bardzo złożone motywacje. Nie przypuszczam by patriotyzm, był bardziej groźny od zwykłej dokładności i obowiązkowości. Jest nam tylko wygodnie tak o tym myśleć. Działa tu mechanizm kozła ofiarnego – nie dosyć że znajdujemy winnego to jeszcze jest to coś co nam się opłaca obwiniać. Bo zrezygnować z patriotyzmu – to niekłopotliwe – wystarczy przywiązanie do społeczności, narodu, miejsca urodzenia i języka matki – zastąpić po prostu miłością własną. „Polska nic mnie nie obchodzi, liczę się tylko ja i moja rodzina”. Zaś powiedzieć „Będę wykonywał obowiązki tylko o tyle o ile jest zgodne to z moimi zasadami moralnymi” jest działaniem bardzo, ale to bardzo złożonym i skomplikowanym. I przede wszystkim trzeba by te zasady mieć….

   

 

    „Niewiele robiono na rzecz rodzimego przemysłu a i on niewiele wytwarzał. [..]Kraje Ameryki Łacińskiej nie miały żadnego programu, a co za tym idzie żadnej wizji rozwoju gospodarczego. Gdy Aleksander Hamilton wzywał młoda Amerykę do rozwijania przemysłu i konkurowania z Europą, wicehrabia Cairu w Brazylii „zabobonnie wierzył w <<niewidzialną rękę>> i powtarzał: laissez faire, laissez passer, laissez vendere ”
    Niepodległe państwa Ameryki Łacińskiej pozostały więc w zależności gospodarczej od rozwiniętych krajów uprzemysłowionych: najpierw Wielkiej Brytanii, następnie pod koniec XIX wieku, Niemiec, imitując ich osiągnięcia naukowe i techniczne, a od XX wieku Stanów Zjednoczonych. Cudzoziemcy budowali koleje żelazne i urządzenia portowe po to głównie, by ściągać nadwyżki z interioru ( tak jak w Indiach). Cudzoziemcy pożyczali pieniądze na wysoki procent ubogim reżimom i ich oponentom [..]. Budowali arsenały i fabryki i zarządzali nimi. Cudzoziemców, rzecz jasna, obarczano winą za wszystkie niedociągnięcia tych systemów gospodarczych. To kultywowanie resentymentów, częściowo uzasadnionych, lecz w sposób dogmatyczny wyolbrzymionych, pogarszało tylko sytuację. Ideologizowało politykę gospodarczą i kwestie praktyczne zamieniało w kwestie zasad.
    [..] Początki przemysłu w Ameryce Łacińskiej nie oznaczały rewolucji przemysłowej. Nie dokonało tego nawet zbudowanie kolei żelaznych. Pewne rzeczy trzeba było robić na miejscu: maszyny wymagały na przykład konserwacji i napraw. Ale warsztaty, jakie powstały, ograniczały sie do tych funkcji i nigdy nie podjęły własnej produkcji. I znów: nie sprzyjały temu warunki naturalne i społeczne paliwo i surowce były droższe niż w Europie, czy Stanach Zjednoczonych, brakowało tez wykwalifikowanej siły roboczej. Wszystko wyglądało bardzo racjonalnie: dzięki korzyści komparatywnej łatwiej i taniej było kupować za granicą.
    Kłopot z racjonalnością polega na tym, że dzisiejszy zdrowy rozsądek może jutro okazać sie błędem. Rozwój trwa długo, a logika ma krótkie nogi. Proces jest dynamiczny i opera się na ty, by dziś zachować powściągliwość, dzięki czemu jutro przyniesie obfitość. Niektóre rzeczy nigdy sie nie zdarzają, jeśli nie spróbuje się ich wywołać. Gdyby Niemcy posłuchali Johna Bowringa… Ten brytyjski ekonomista i podróżnik szalenie ubolewał, że głupim Niemcom zachciewa się produkować żelazo i stal, podczas gdy powinni poprzestać na uprawie żyta i pszenicy, a wyroby przemysłowe sprowadzać z Wielkiej Brytanii. Gdyby okazali mu należną uwagę, ucieszyliby ekonomistów i zajęli miejsce Portugalii, z jej winem, drzewem korkowym oliwą, jako wzór racjonalnej gospodarki. Byliby tez dziś o wiele ubożsi.
     [..] Pod koniec XIX wieku Argentyna stanowiła najbardziej obiecujący przykład sukcesu gospodarki opartej na podstawowym produkcie, a optymiści przepowiadali jej przyszłość Stanów Zjednoczonych (albo prawie taką samą). Jeszcze i dziś ekonomiści wyznający teorię neoklasyczną rozwodzą sie nad tym studium przypadku, potwierdzającym teorie korzyści komparatywnej.
    Ale czy istotnie był to przykład optymalny? Argentyna miała trochę zamożnych ludzi, ale „z przyczyn, których nigdy do końca nie wyjaśniono [..] zawsze była zależna od kapitału, a tym samym miała zobowiązania wobec państw-kredytodawców, i to w taki sposób, że bardzo upośledzało to zdolność kraju do samodzielnego zarządzania swoimi sprawami”. Brytyjczycy zbudowali w Argentynie koleje żelazne – niespełna 1000 kilometrów w 1871 roku, ponad 12 tysięcy w dwadzieścia lat później – ale służyły one brytyjskim interesom, to jest przewozowi mięsa i pszenicy do portów, nie zaś rynkom wewnętrznym w Argentynie, jak twierdzili jej mieszkańcy. Ale czy można zbudować taka sieć kolejową, nie pobudzając rozwoju lokalnych rynków? A jeśli nie, to po czyjej stronie leży wina? Jakie świadectwo to daje duchowi miejscowej przedsiębiorczości? [..]Zawsze łatwiej zwalić winę na innego. Skutek: ksenofobiczny antyimperializm i poczucie krzywdy, prowadzące donikąd. […]

    „Jedyna prężna instytucja, która mogła wnieść jakieś zmiany, Kościół Katolicki, miała interes w zachowaniu status quo. Posiadał znaczne połacie zmieni, a jej bogactwo stanowiło jabłko niezgody i zawiści. Gdy państwo bywało gotowe do przejęcia tych aktywów, Kościół znajdywał nowych sprzymierzeńców. [..]Znali najciemniejsze sekrety konfesjonału, mieli w rękach klucze do zbawienia. Nie był to przepis na zyskanie popularności. Kościół proponował jednak jedyne poważne (poza alkoholem, seksem i przemocą) antidotum na rozpacz. Problem polegał na tym, że wszelkie intelektualne i polityczne nowinki uważał za dywersję. Garstka liberałów wierzyła w piękne hasła i starała się wprowadzić lud z przeszłości w teraźniejszość. Gros ich politycznej energii marnowało się jednak w walce z duchowieństwem”

 

Davis. S. Landes „Bogactwo i nędza narodów” MUZA SA, 2000

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d bloggers like this: