You are currently browsing the category archive for the ‘globalizacja’ category.

galeryjlka.jpg

    Jak wiadomo Ray Kurzweil prorokował ( a może nawet nadal prorokuje?) że nadchodzi osobliwość technologiczna. Trudno mi dociec jak na to wpadł, ale zapewne studiując wyłącznie twarde dane.  Nie znam szczegółów ale zapewne chodziło mu o niebywałe wprost przyspieszenie rozwoju w niektórych dziedzinach przemysłu i nauki.

    Swego czasu spotkałem się z sarkastyczną opinia że podziw jaki dziwimy dla obecnej globalizacji jest tylko odbiciem naszego cielęctwa, bowiem człowiek belle epoque, jakiś bogatszy obywatel Imperium Brytyjskiego, ktoś jak Sherlock Holmes ;-) miał dostęp do nie mniej globalnego środowiska. Trudno mi oceniać, wszakże faktem jest że nawet w opowiadaniach Artura Conan Doyle słynny detektyw czy tez jego przyjaciel doktor Watson czytają sobie wieczorem w gazecie co się zdarzyło w Londynie w ciągu tego samego dnia, zaś wieści z Indii, za pomocnica telegrafu, docierają do nich zwykle dnia następnego ( rzecz w Polsce do dziś nieznana, nawet wydania internetowe gazet nie sa w stanie opisać czegoś co zdarzyło się w Płocku, zanim kurier konno nie dojedzie do Warszawy. Ponieważ większości redakcji gazet w Polsce nie stać na utrzymanie koni, co się dzieje w Płocku nie wiadomo wcale). 

    Tym którzy chcieliby sobie porozmyślać o tempie rozwoju i jego konsekwencjach polecam poniższe cytaty:

    „W 1889 roku luksus i przepych przekraczały w stanach zjednoczonych wszelkie miary. Mark Twain nazwał te czasy Gilded Age, pozłacaną epoka, i określenie to się przyjęło. W całych dziejach ludzkości nie było czegoś podobnego. W latach 1850-1900 wszystkie wskaźniki zamożności, wydajności pracy i dobrobytu poszybowały w Ameryce do góry. Liczba ludności potroiła sie, podczas gdy PKB wzrósł trzynastokrotnie. Produkcja stali podniosła się z 13 tysięcy do 1,3 miliona ton rocznie, a wartość produkcji wyrobów metalowych – broni palnej, torów, rur, bojlerów, najrozmaitszych maszyn – z 6 do 120 milionów dolarów. W 1850 roku milionerów było w kraju mniej niż dwudziestu, a na koniec stulecia czterdzieści tysięcy”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

Skoro już nas przekonano, że amerykanie mieli swój cud gospodarczy i że tempo wzrostu było na niespotykaną skalę, to warto sobie przemyśleć także taką informację:

„By the beginning of the 20th century almost half of world production was being extracted in Baku. The oil boom contributed to the massive growth of Baku. Between 1856 and 1910 Baku’s population grew at a faster rate than that of London, Paris or New York.”

która z kolei pozwala nam zrozumieć dlaczego Żeromski wysyłał swoich bohaterów w tamte regiony by zdobywali fortunę lub ja tracili. W XIX wieku intelektualiści głosili że Londyn utonie w końskich odchodach, i te przepowiednie były zapewne równie poważnie dyskutowane w kołach elity, co pomysły współczesnych Kurzweillów…

 

 PS. W komentarzu na google+ Piotr Grunt napisał: Jeśli o Baku, ropie i pieniądzach mowa, warto może odświeżyć tę postać: [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Zglenicki ], dziwnie współcześnie zapomnianą przez wszystkich, od prawa do lewa.”

 

 

Reklamy

qn.jpg

 

Jest taki portal, The MIT Technology Review. Organ prasowy MIT wydawany w internecie, a w nim dużo ciekawych rzeczy, a zwłaszcza omówienia artykułów z portalu preprintów arxiv.  Dwa lata temu, w Polsce w czasie dyskusji o ACTA i niezdrowym rozwoju korporacji ( oligopole, monopole itp) trafiło sie tam omówienie bardzo na czasie. Jeśli ktoś nie ma czasu na czytanie oryginalnej pracy powinien je przeczytać. Jeśli to co tam piszą jest prawda – sytuacja jest bardzo ciekawa i skomplikowana.  Tytuł oryginalnej pracy to „No Need For Conspiracy: Self-Organized Cartel Formation In A Modified Trust Game” zaś autorami są Tiago P. Peixoto, Stefan Bornholdt, z Uniwersytetu Fizyki teoretycznej w Bremen, Niemcy.

Kartel uznajemy za zły gdyż jego działanie prowadzi do utraty przez rynek efektywności. Tym samy pojawienie sie na rynku kartelu niszczy dobrą ekonomię i uniemożliwia osiągnięcie stanów optymalnych. Tak można by skrócić mantrę neo-klasycznej ekonomii (Friedman, Hayek itp).

Tymczasem podlinkowana praca pokazuje – coś co dla osób zajmujących się zjawiskami nieliniowymi jest dosyć oczywiste – że rynek nie jest żadnym automatem optymalizacyjnym. W określonych i bardzo ogólnych, a nawet można by dowodzić ze realistycznych warunkach, Wolny Rynek powoduje powstanie struktur identycznych jak te które powstają podczas istnienia kartelu. Tyle że bez niego.  Chodzi jak kaczka, kwacze jak kaczka – kaczka? Czy Wolny Rynek z natury osiąga równowagę w oligopolach? Dobrym pytaniem jest czy to co widzimy w koło, od wielu już lat, jest wystarczającym dowodem by zachwiać naiwną wiarą neoliberałów, czy jeszcze trzeba większych nieszczęść? Warto także pamiętać, poruszając kwestie ekonomii jako dziedziny naukowej, że ekonomiści zwykle kłamią ( lub są niekompetentni) co do swojej wiedzy. W zasadzie nie posiadamy narzędzi pozwalających analizować tak skomplikowane układy – więc wszelkie wypowiedzi w atmosferze dogmatu i pewności ( Balcerowicz, Friedman itp.) na temat ekonomii wolnego rynku – to ledwie mniemania, pół biedy jeśli oparte na doświadczeniu powiedzmy pokoleń.

Zjawisko emergentne jakie opisują w pracy o której moa to kartelizacja rynku przy zachowaniu wszelkich zasad friedmanizmu (wolny rynek, wiele podmiotów, nieprzymuszeni racjonalni konsumenci, brak interwencjonizmu) Jeśli ta praca zostanie rozwinięta, a moce komputerów wystarczą – możemy za naszego życia doczekać się *dowodów że neoliberalizm to czcza utopia* i że połowę wieku organizowano ekonomie państw satelickich USA ( a później samego USA ) w myśl dyrdymałów podtrzymywanych wyłącznie z powodu silnych związków biznesu z politykami w USA.

Nie jestem wierzącym neoliberałem – uważam friedmanizm za niewiele warte machanie rękami ( w istocie mniej niż marksizm, który jako ekonomia jest bzdurny ale ma swoja wartość socjologiczną i historyczną – jeśli chodzi o poglądy – na tyle na ile je znam i rozumiem – akurat znacznie bliżej mi do weberyzmu ).

Co więcej – ci którzy sie interesują – znają spór między Hayekiem a Oskarem Langem ( polskim wybitnym ekonomistą)  „[..]simulation of the market mechanism, which Lange thought would be capable of effectively managing supply and demand. Proponents of this idea argue that it combines the advantages of a market economy with those of socialist economics” na temat optymalizacji w gospodarce – być może Lange nie miał racji ( komputery nie mogą optymalizować procesów gospodarczych bo to problem NP-zupełny – czekamy na dowód…) ale być może Hayek także jej nie miał – bo chyba z wolna mamy dowody że tzw. wolny rynek niczego nie optymalizuje. Całkiem podobnie jak inny system „przeszukiwania” osiągający „stany optymalne” – ewolucja – co jest poglądem równie nieprawdziwym. Ewolucja wcale nie optymalizuje niczego – a przykładów na to jest bardzo wiele na przykład patrz nieoptymalna budowa oka ludzkiego – czy ssaków w ogóle. Ewolucja co prawda promuje pewne cechy które zwiększają szanse na wydanie potomstwa – ale czyni to zaledwie spośród cech dostępnych i istniejących, oraz działa w sposób przypadkowy i nieefektywny. Spytajcie dowolnego wybranego biologa.

Wygląda na to że zyskujemy dowody że wolnorynkowe systemy ekonomiczne działają całkowicie podobnie i że ledwie znajduje stan stacjonarny w ramach pewnej ograniczonej dostępnością przestrzeni stanów.

Zdecydowałem sie opublikować ten tekst na blogu, jest to odgrzewana wersja wpisu z Google+, na marginesie dyskusji na blogu Tomasza Heroka ( polecam)

Żyjemy w ciekawych czasach…

 

PS. cóż alzheimer się zbliża?

 

Brzeg.jpg

    Na wschodzie Ukrainy – referendum. Rząd Ukrainy – rozpacza. UE, USA, a zwłaszcza Polska – nie uznają legalności tych działań. Przypomina mi się taka scena z jakiegoś (amerykańskiego) dramatu sądowego – bodaj z „Ludzi honoru” z Tomem Cruise, w której Demi Moore, grająca mniej doświadczonego adwokata wojskowego, zrywa sie przed sądem ze słowami: „Wysoki sądzie, zgłaszam Stanowczy Protest”. Cruise ją uspokaja, a potem w zaciszu gabinetu napieprza sie z zwrotu „Stanowczy Protest!” Albo się protestuje albo nie. Albo protest jest skuteczny, albo jest pustym gestem. Stanowczość niewiele ma tu do rzeczy – a wobec działań UE i USA jest ów przysłówek bodaj najstraszliwszym elementem podjętych działań. Doprawdy, zwykły protest Putin mógłby zignorować, ale Stanowczy Protest z pewnością nim wstrząśnie.

    Abstrahując od kwestii „legalne, czy nie” oceniam że mamy do czynienia z jakimś procesem demokratycznym, o być może ograniczonych prawnie prerogatywach, zapewne animowanym z zewnątrz. Zbuntowane obszary odwołują sie do mocarstwa ( Rosja), obszary niezbuntowane starają sie utrzymać kraj w całości, co jak widać wyraźnie – jest dla nich w zasadzie niewykonalne. Historia zna pewnie wiele przypadków takiego separatyzmu, wiadomo też mniej więcej kto jest pionkiem a kto grającym, gdzie szachownica leży i jaki jest cel gry. Ci którzy są doświadczeni w polityce i realizują politykę własnych interesów – czekają kto na Ukrainie zagarnie władze – Rosja czy Oligarchowie. Brak natychmiastowej interwencji atomowej świadczy po prostu o wyczekiwaniu na ostateczny rozwój sytuacji, zaś brak jednoznacznej pomocy np. militarnej dla rządu Ukrainy wskazuje tylko na jego niską wiarygodność w oczach świata. Nikt  ( oczywiście poza Radkiem Sikorskim! ) nie chce mieć wspólnej fotografii z Jaceniukiem, bo trudno ocenić kim się on okaże za kilka miesięcy – mężem opatrznościowym Ukrainy, agentem CIA, akwizytorem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, więźniem Putina, akolita jakiegoś faszysty o nieczystym sumieniu? Nawet USA dbają o to by wymiana opinii rozgrywała się na poziomie kamerdynerów. Ot, kto ma własne zdanie – ten milczy. Kto gardłuje – najpewniej robi to w imieniu milczących….

    Problemy jakie widzę sa dwa, sposób ich rozwiązania może mieć wielkie znaczenie dla dynamiki wydarzeń:

  1. Z punktu widzenia Ukrainy/Rosji – Należy zadać sobie pytanie: jaki jest pomysł na życie tych „separatystów”? Sprawowanie władzy we współczesnym świecie, u bram Europy, wymaga jakiegoś kompromisu, konsensusu. czy Ukraina może być państwem niedemokratycznym? Wiadomo że przynależąc do Rosji, dzisiejsi separatyści będą uczestniczyli w jej losie. Może być to współdzielenie upadku Rosji, co bardzo mało prawdopodobne, przynajmniej w skali kilku dziesięcioleci. Może być to zwykłe dzielenie losu olbrzymiego organizmu gospodarczego, terytorialnego i politycznego. Z wszystkimi jego wadami ( autorytaryzm) i zaletami ( znane otoczenie w którym czują się bezpiecznie). Trudno sie dziwić ludziom zamieszkującym te obszary że woleliby sentymentalnie trwanie układu z Rosją niż niewiadomą pojawiającą sie w razie wejścia do UE. Złodzieje sa wszędzie tacy sami, prości ludzie widać mają sentyment do dawnych czasów. Co ma do zaproponowania Ukraina? Ustawy o ograniczeniu użycia języka rosyjskiego? Będzie mieli na Ukrainie równoprawną mniejszość rosyjską? Czy będą prześladowania i deportacje? Czy jest jakaś rosyjska/ukraińska nazwa na apartheid? Jaceniuk mówi ostatnio o jakiejś formie samodzielności, samorządności, specjalnych przywilejach. Mówi w czyim imieniu? Parlamentu? Czy może już Ukraina jest zarządzana dekretami? Jak legalnie Jaceniuk zamierza owe obietnice zrealizować? Separatyści jakoś nie podrażają za tymi propozycjami – prawdę mówiąc świadczy to o ich zdrowym rozsądku, bowiem według mnie wiarygodność tego człowieka, a zarazem całego rządu Ukrainy – jest zerowa. W polskich mediach pojawia się oczywiście zalew komentarzy. Wiem co chcą powiedzieć na temat temat ludzie nastawieni anty rosyjsko, wiem co mówi Obama ustami Radka, wiem co by chcieli polscy kibole, wiem co by chciał Korwin-Mikke. Nie wiem co chce zrobić rząd Ukrainy. Wyrażanie poparcia w takiej sytuacji, niejako carte blanche,  to jest szalenie niebezpieczna sytuacja. Ten rząd właśnie wybrany i utrzymywany przez oligarchów uczestniczy w tym konflikcie, ma w ręce karty którymi usiłuje grać, ale z dotychczasowej gry wynika że nie ma zamiaru reformować Ukrainy, nie zadaje sobie trudu by zyskiwać poparcie wśród Ukraińców – przecież Rosjanie mieszkający na Ukrainie sa obywatelami Ukrainy! Czyżby Ukraińcem zostawało sie jedynie w wypadku posiadania udokumentowanego pochodzenia etnicznego do kilku pokoleń wstecz? Czy na pewno właśnie taką wizję Ukrainy zamierza popierać Radek Sikorski w imieniu moim i reszty Polaków? Wszystko to tonie w niedopowiedzeniach. Jasne jest natomiast że nowy rząd Ukrainy dosyć dobrze i szybko – wypróbował i adaptuje coraz to nowe metody wielkoskalowego, medialnego oszukiwania opinii publicznej na całym świecie, rozmaite zagrywki pijarowe, pokazywanie filmików, ukrywanie własnego politycznego stanowiska i koneksji.
  1. Z punktu widzenia Polski. Wojna to straszna rzecz. Nie będę przytaczał truizmów na ten temat. Podstawa polityki zagranicznej *każdego* kraju powinno być założenie o stabilizacji regionu w którym sie mieszka, oraz, jeśli rzecz jest nie do uniknięcia, o eksporcie konfliktów tak daleko jak to tylko możliwe. Jeśli amerykanie koniecznie muszą wywoływać konflikty z Rosją, koniecznie muszą stawiać wojsko w odległości mniejszej niż kilkadziesiąt kilometrów, koniecznie muszą instalować swoje wynalazki w rodzaju rakiet „obronnych” o znaczeniu ofensywnym, prosiłbym by postawili je gdzieś daleko. Popierajmy to USA jak tylko mocno sie da – niechże jednak prowadzi swoje wojenki na koszt polityczny i w sensie bezpieczeństwa – własny. Bardzo podoba mi sie deklaracja rządu Czech, który stwierdził że nie chce obcych wojsk NATO na swoim terenie ( zabawnym elementem newsa jest to, ze zdaniem TVN deklarację  taką wypowiedział zaledwie minister obrony, podczas gdy portal Chiński relacjonuje że jest to wypowiedź premiera). Skoro kraje jak USA chcą koniecznie wojsk NATO na granicy z Ukrainą – jest na to prosty sposób. Niech oni zapłacą a Polska wystawi swoje wojsko na ich koszt. Polacy to nie Francuzi, Brytole czy Jankesi, wojsko, nawet jeśli niekoniecznie nowoczesne – mamy bitne i zaangażowane. Wartość bojowa Amerykanina przeciw rosyjskiemu żołnierzowi jest zerowa, bowiem Rosjanie nie uznają przerwy na lunch podczas wojny. Podobnie jak Polacy. Skoro mamy wojskiem stabilizować sytuację – niechże będzie to Polskie wojsko – przecież to jest wojsko NATO. Czy jednak wojsko jest naprawdę potrzebne? Konflikt wcale nie ma przebiegu wojny gorącej z czołgami i ostrzałem, a jest to konflikt nowego rodzaju, brudny w którym zaangażowana jest ludność cywilna. Kto chce taki konflikt wygrać – musi dbać o wyborców. ja wiem że Polska ma tu bardzo niski potencjał – 3 miliony ludzi już wyjechało z tego kraju a pewnie kolejne 3 miliony od obecnej *zbankrutowanej* klasy politycznej o zerowej wiarygodności wolałoby nawet JKM co jest znakiem kompletnego rozkładu kraju. Panowie politycy – trzeba było myśleć 10 – 20 lat temu. Teraz macie już prawie te same problemy z Ukraińcy. Nikt Wam nie wierzy, a mniejszości ( jak śląska) wcale nie patrzą na Polskę jak na „dom nas wszystkich”. Bo i on nie jest już „nasz wszystkich” odkąd stał sie waszym folwarkiem… Dla Polski problem konfliktu na Ukrainie jest szalenie palący, a pomysł na jego „rozwiązanie” by dolać oliwy do ognia instalując atomówki w Zamościu i Lublinie jest śmieszny i żałosny zarazem. Polska, aby coś tu ugrać i utrzymać swoją pozycję, musi jak nigdy grać unisono z UE. To właśnie interes UE jest tu kluczowy i kluczowa jest perspektywa UE, a nie naszych pożal się boże „środowisk patriotycznych” które chętnie by wywoływały następne Powstania Warszawskie byle sie pokazać. Powinniśmy zabiegać by na Ukrainie dokonano demokratyzacji, by rozpisano i dotrzymując terminu i przeprowadzono wybory powszechne. I powinniśmy sie zmierzyć z myślą, że być może podział Ukrainy jest nie do uniknięcia. Nie wolno walczyć z faktami dokonanymi. Trzeba wyprzedzać posunięcia przeciwnika, przewidywać je. Rosja ma atuty w ręce, Polska nigdy ich nie przebije, a wypuszczenie jankeskiego ducha w naszych okolicach Europy skończy się ludobójstwem z niesłychanym okrucieństwem, bo Słowianie nie prowadzą wojny na niby, a Rosja ma silne poparcie na zachodzie wynikające z powiązań finansowych i gospodarczych. Z wolna przyjmujemy na siebie rolę pożytecznego głupka który w oczach świat udowodni – swoim zbitym tyłkiem – że dano Rosji srogi odpór. Pamiętajmy że np 97% sil okupacyjnych w Iraku stanowią najemnicy firm komercyjnych zarabiających na prowadzeniu wojny! To wielki biznes, który szuka okazji do zarobku. Działania elit politycznych w kraju sa takie, że zbliża sie chwila kiedy nie dosyć że będziemy mieli kontyngenty obcych wojsk na naszym terytorium, to jeszcze będziemy za to płacić! Cytat: „[Rasmussen]. Przypominał, że rosyjskie wydatki obronne rosły o ponad 10 procent każdego roku przez ostatnie 5 lat. W przeciwieństwie do tego wiele krajów europejskich należących do NATO zredukowało swoje wydatki obronne przez ostatnie 5 lat o ponad 20 procent, a niektóre nawet o 40 proc. – Cięcia były szczególnie głębokie tu w Europie Środkowo-Wschodniej. To nie do utrzymania. Teraz czas, by skończyć z cięciami i odwrócić trend – powiedział Rasmussen.”  To zdumiewająca sytuacja! Wygląda na to, że wołanie Polski o gwarancje bezpieczeństwa jest przez szefostwo NATO rozpatrywane jak kapryszenie gówniarza który nie oszczędza kieszonkowego a teraz chce lody! Czyli Polska, w sensie strategicznym, jest potrzebna NATO czy nie? Bo może nam sie nie opłaca ponosić tych kosztów? Będziemy Was bronić ale to wasz interes a nie nasz? A może ten kryzys juz dawno zażegnano a Radek uprawia po prostu działania propagandowe by te wojska NATO sie u nas znalazły? Bo taka jest geopolityka, fakty są już dokonane, nic się nie zmieni, tyle że trzeba tworzyć preteksty?

felicjan.jpg

    Czego pożąda Polak? Po latach bycia Chrystusem Narodów, Przedmurzem Chrześcijaństwa, Obrońcą Wolnego Świata przed atakiem bolszewizmu, najbardziej Doświadczonym Narodem w Historii, i Wielkim Więźniem Sumienia, naród Nasz jak nigdy wcześniej pożąda sukcesów globalnych a to w następujących dziedzinach ( kolejność przypadkowa):  
1.jeśli już nie mamy własnej antymaterii i broni jądrowej, to niechże chociaż Demokratyczne Mocarstwa Atomowe postępują wyłącznie zgodnie z naciskiem Polskiej Racji Stanu!
2. skoro już jesteśmy najszybciej się Rozwijająca Gospodarką Świata ( Chin i kilku innych państw nie należy liczyć bo rozwijają się niesłusznymi metodami) niechże ktoś o nas dba, i doceni jak ważne dla świata ( i Europy!) jest nasze PKB.
3. niechże ktoś wreszcie zwróci uwagę na fakt że mamy najlepszych na Świecie Programistów ( choć nie mamy przemysłu komputerowego)

    Wobec bezprzykładnej i krwawej agresywnej i zbrodniczej Rosji, należy podjąć działania o których wiadomo ze będą skuteczne. Przez całe lata przekonywali nas eksperci że można wymusić wszystko jeśli się po prostu nie kupuje czegoś ( soli, cukru, niesłusznej gumy do żucia), zaś fakt że w pewnych wypadkach działanie to nie skutkuje ( powiedzmy pracodawca wyzyskuje i okrada pracowników – czego nie kupować by przestał? Chiny traktują podle dysydentów – czego nie kupować by zaczeły traktować z szacunkiem? ) kładziono oczywiście na karb naszej winy i nieporadności w demokratycznej organizacji. Skoro nie skutkuje, to wcale nie znaczy że jest nieskuteczne. Nie! Znaczy tylko że to my, homo sovieticus, nie umiemy tego robić. W imię tej filozofii ultraskuteczności niekupowania, czy szerzej nierobienia, wymyślano nam że nie potrzeba reformować służby zdrowia, wystarczy nie korzystać jak nam się nie podoba. Nie trzeba walczyć z wysokimi cenami żywności – wystarczy nie jeść i ceny spadną. Jeśli bogaci nie płaca podatków, wystarczy zagrozić im że nie będziemy ich oglądać w telewizji, a oni posrają sie ze strachu i zaczną płacić.

    Trudno ocenić czy ludzie którzy propagują taką wiedzę zawodowo ( tzw. spin doktorzy od socjotechniki neoliberalnej ) wierzą w te dyrdymały czy też sprytnie podają je ludziom do wierzenia jako tzw. strategie zarządzania ( permanentnym) kryzysem.

    Dosyć że znaleźliśmy się w ciekawej sytuacji. Oto okazuje sie owe proste recepty sa niemożliwe do wprowadzenia w skali państw. Oto państwo jak USA, organizacje jak UE, czy kraje jak Polska, które zaleca obywatelowi by głosował portfelem, jednocześnie samo nie jest w stanie, nawet wobec tak jawnego politycznego zagrożenia i oczywistej potrzeby podjęcia działań, wykonać tego co samo zaleca każdemu ( oczywiście każdemu, kto nie jest nastawionym roszczeniowo Homo Sovieticus!). Zwykłego ograniczenia kontaktów z podmiotem które w uzasadniony sposób powinien ponieść karę! Z czym sie wszyscy zgadzają!

    Państwo stwierdza w odniesieniu obywatela, który korzysta z usług firmy która go oszukuje i dotkliwie obciąża wielkimi opłatami za kiepską jakość usług, że skoro nie zrywa umowy, sam sobie winien. I niech ma. Nic nikomu do tego – toż to wolny rynek, a regulacja, nawet gdyby miała karać złodzieja, oszusta i cwaniaka, przecież byłaby wbrew zasadom! Nie, państwo nie jest od zapewniania sprawiedliwości obywatelom ( ostatnio nie bardzo wiadomo w ogóle od czego jest państwo, bo właściwie wyjaśniono że prawie od niczego… Po co takie wysokie pensje ministrów?). Czy można zatem, stwierdzić że UE, USA i Polska są same sobie winne bo przecież zwyczajnie mogą zmienić sobie dostawcę ropy i po krzyku? A jak nie tego nie robią – to ich ( nasza? osobiście nie poczuwam sie…) wina?

    Ktoś ludziom którzy tak protestują wmówił że pewne działanie da efekt. A jak widać – efekt jest mizerny a działanie głupie… I nagle okazuje sie że klasa polityczna niewiele więcej umie zrobić. Bo i większość kwalifikacji tych panów sprowadza sie do niezwykłych wprost kompetencji w wyjaśnianiu dlaczego obywatel jest sam sobie winny swojej biedy. I dlaczego czegoś tam nie można bo brak pieniędzy. Prawdę mówiąc jeszcze nie słyszałem w Polsce by polityk, a zwłaszcza tzw. ekspert ekonomiczny, mówił że coś da sie zrobić ( o przepraszam, przypomniałem sobie telewizyjne pogadanki Kuronia, który stwierdzał ze coś jest możliwe, ale… ).  

Lekarzu – ulecz sie sam?

drewno-pasek.jpg

    Wszelkie fakty opisane w tym wpisie sa całkowicie fikcyjne i nie dotyczą rzeczywistości materialnej, nawet w 10%. Jednak wpis ten, według głębokiego przekonania autora, w 300% oddaje stan umysłu fikcyjnych postaci których podobieństwo do postaci realnych, być może wywołane zbieżnością imion jest czystym złudzeniem. Innymi słowy można by rzec że przedstawione charaktery fikcyjne i fantasmagoryczne sposoby myślenia oddane sa z niezwykłą precyzją ;-) jednak dotyczą postaci wyłącznie fikcyjnych. Nie znam przecież osobiście ani Rostowskiego ani Balcerowicza, ani żadnego członka rządu, a już tym bardziej nie wiem dlaczego podejmują takie a nie inne decyzje, bo nie jest w zwyczaju władzy w Polsce tłumaczyć sie ze swoich decyzji, poddawać je konsultacjom, czy choćby nawet o nich publicznie dyskutować. W istocie – jak sądzę przekonanie podziela to całkiem spora cześć społeczeństwa kraju – prawdziwe powody większości decyzji rządowych sa całkowicie inne niż te, które sa deklarowane publicznie. Pozwalam więc sobie puścić wodze fantazji, czyniąc bohaterami poniższego wpisu osoby całkowicie fikcyjne. Dla ustalenia uwagi osadzimy bulwersujące koncepcję opisane poniżej w dwu państwach – Pasmanterii – wielkim kraju leżącym w Azji, słynącym z taniej siły roboczej, wielkiego wzrostu gospodarczego i zamordystycznych rządów podziwianych przez cały demokratyczny świat, oraz w Kopalsce, kraju słynącym z bogatych złóż kopalin, węgla i siarki oraz z ministrów finansów nieodmiennie zabiegających o stanowiska pacy w bankach komercyjnych i międzynarodowych instytucjach finansowych.

    Jeszcze 30 lat temu, w szkole, uczono mnie że metr to miara długości o wartości określonej przez wzorzec metra przechowywany w Sevres pod Paryżem . Sytuacja taka – istnienie tak zwanych etalonów, materialnych reprezentantów wielkości wzorcowych – trwał na tym świecie przez całe wieki. W jakimś 20 leciu międzywojennym, minister który by chciał usystematyzować miary i wagi w Kopalsce, wsiadał w kolaskę, lub w automobil, a może raczej wysyłał delegację sekretarzy – koleją – oni zaś jechali do Paryża. Po przedstawieniu listów uwierzytelniających i dokonaniu opłat skarbowych, uzyskiwali dostęp do etalonu metra. Za pomocą brzeszczota przycinali własne miarki do stosownej wielkości i wracali do kraju. Koszty takiej operacji były w istocie niewielkie – delegacja dla kilku sekretarzy ministra: sute obiady i odwiedziny w kilku kabaretach, skromny posiłek stolarza który jako jedyny umiał przyciąć deseczkę precyzyjnie, koszty biletów 1-wszej klasy dla sekretarzy i 3-ciej klasy dla stolarza – oraz oczywiście opłaty skarbowe itp. Warto pamiętać, ze system taki był nie dosyć że skuteczny to jeszcze rozumiany i lubiany przez ministrów ( paryska kuchnia!). Tak by mogło to wyglądać w naszym fikcyjnym świecie stworzonym na użytek tej dykteryjki. W praktyce wykonywano w jakichś warsztatach laboratoryjnych kopię etalonu i wysyłano odpowiednio zabezpieczoną do kraju przeznaczenia.

    A dziś?

    Dawniej wzorzec był rzeczą materialna, wymagał właściwego przechowywania, sporządzony był z drogocennych materiałów (by zapewnić niską rozszerzalność termiczną), poza tym jednak trwał, był, miał wszelkie cechy stołu czy krzesła. Obecnie jest zgoła inaczej – a sytuacja ta związana jest, tak, tak, z postępem w dziedzinie nauki, techniki i handlu. Wszystko zaczęło sie od tego, że przypomniałem sobie właśnie że 1m = „the length of the path travelled by light in vacuum during a time interval of 1/299,792,458 of a second.” Jakie są zalety takiej definicji? Łatwo je wymienić – jednostka metra została zdefiniowana za pomocą procesu fizycznego który w każdym miejscu na kuli ziemskiej przebiega w identyczny sposób. Jak zbudować etalon metra ze stopu platyny i irydu wiedzieli metalurdzy, nawet jednak gdy dysponowano stosowną wiedzą, wizyta w Sevres pod Paryżem była niezbędna by dokonać porównania. Współcześnie wszystko co niezbędne do wykonania pomiarów, włącznie z samym procesem „cechowania” metra można dokonać nie ruszczejąc się z miejsca. Co więcej, w definicji metra występuje ułamek – liczba wymierna – 1/299,792,458. Oznacza to że w ciągu 1s światło przebywa 299,792,458 metrów i jest to dokładna liczba a pomiar zależy jedynie od dokładności z jaką mierzymy odległości i czas, czego nie można powiedzieć o wzorcu materialnym, gdzie wchodzi w grę cała masa dodatkowych czynników ( jak choćby dokładność z jaką postawiono „kreski” na etalonie). Współczesna technika od dawna już wymaga dokładności pomiarów, zarówno odległości jak i czasu, które nie mieszczą się w głowach ministrom finansów. Na przykład system GPS działa uwzględniając efekty wynikające z Ogólnej Teorii Względności, oraz użytkuje relatywnie dokładne zegary atomowe – a jednak cześć błędu wyznaczania pozycji w jego wypadku – wynikający z niedokładności pomiaru czasu w zegarze atomowym – wynosi około 2m. 

    W teorii zatem nie trzeba podróżować od Paryża ( to dla kręgów rządowych spora wada!), wystarczy mieć własny wzorzec i można mierzyć metr z dowolną dokładnością. W praktyce łatwo sobie wyobrazić, że nie jest tak prosto. Trzeba dysponować wieloma przyrządami i wieloraką wiedzą. Nie jestem w stanie wymienić wszystkich potrzebnych rzeczy, dziedzin wiedzy i materiałów, jednak te które przychodzą mi na myśl, to: dostatecznie stabilny budynek laboratorium w którym przeprowadzamy pomiary, stosowne zegary atomowe i precyzyjne źródła światła, najlepiej lasery. Konieczne jest posiadanie aparatury próżniowej raczej wysokiej jakości, co oznacza konieczność produkcji rozmaitego rodzaju cylindrów ciśnieniowych i sprężarek, a nie jest całkowicie zadaniem błahym. Zapewne niektóre z urządzeń, w celu zapewnienia dostatecznej dokładności powinny być wyposażone w kriogeniczne chłodzenie ( choć nie przypuszczam, by było konieczne stosowanie nadprzewodników, przynajmniej gdy tworzymy wzorzec metra z myślą o przemyśle czy handlu ). Oczywiście praca urządzeń wymaga posiadania stosownego personelu, składającego aparaturę do kupy, utrzymującego jej dobrostan, czy wreszcie dokonującego reperacji. Oznacza to że potrzeba całego sztabu ludzi, sporej grupy specjalistów, inżynierów itp. Na koniec należy dokonać pomiarów, akwizycji danych, ich analizy i interpretacji. Zapewne pomogą tym komputery, nie zastąpią jednak całkowicie ludzkiej pracy i żmudnej eliminacji źródeł błędów. I rzeczywiście w Polsce – taka instytucja istnieje realnie – jednak z powodu braku właściwego finansowania prowadzi działalność gospodarczą – w postaci sprzedaży norm itp.  Proszę jednak nie zapominać że to o czym piszemy to swobodna fikcja historyczna nie mająca zapewne wiele wspólnego z rzeczywistą sytuacja ludzi czy instytucji, a raczej z pewnym fantastycznym pomysłem o czym dalej. Cała ta aparatura i zespół zapewne musieliby osiąść w fikcyjnej Kopolsce w jakimś Instytucie Miernictwa, Miar i Wag itp. zapewne w Sewrkach pod Warwszawą ( niestety…Warwszawa, jak wile stolic z rzadka tylko działa dla dobra własnego kraju – Kopolski, częściej działając dla dobra Warwszawy. Nieodmiennie cechą mieszkańców stolicy, jak wszystkich stolic świata, jest owczy pęd do przejadania cudzych pieniędzy i stawiania pomników bliskich sercom elity miasta,  jak plastikowe palmy, filetowe krowy itp. ).

    Nad delegacją sekretarzy ministra podróżujących do Sevres pod Paryżem unosiłby sie zapewne duch Grabskiego, niestety nad Fikcyjnym Instytutem Miar Kopolski unosiłby się już zapewne duch Balcerowicza lub Rostowskiego. Koszty działania takiej instytucji wyniosłyby zapewne 100 milionów złotych rocznie, a i ta kwota byłaby rozpatrywana jako znacząca rozrzutność, zwłaszcza wobec konieczności organizacji szampańskich imprez w rodzaju Kopolska Euro 2012 czy Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Zakopconem i Kokotowie. Co prawda przez całe 100 lat udało się utrzymywać tą szkodliwe dla budżetu ( wydatki!) i biznesu ( kontrole! homologacje!) instytucję, jednak w 2012 roku, w dzień uroczystego otwarcia Euro 2012 Instytut w Kopolsce udało sie usunąć z listy wydatków finansowanych przez rząd. Pierwszy powód był taki, że po prawdzie żaden z ministrów nie miał zielonego pojęcia czym zajmuje się rzeczona instytucja. W istocie zaś Minister Finansów ograniczał ogólnie nakłady na naukę, jako kosztowną fanaberię, która na wiele sposobów przyczynia sie do zguby narodów. A sa one takie: powiększając ogólne nieszczęście ( człowiek oczytany z rzadka tylko bywa beztrosko szczęśliwy. CBOS bada Beztroską Szczęśliwość vs,. Zatroskanie i owo zatroskanie sprawia że Kopolska nie jest aż tak atrakcyjnym miejscem inwestycji zagranicznych! ), podnosząc koszty edukacji ( podręczniki! i co może jeszcze darmowe?), oraz obniżając zaufanie do elit stołecznych ( jak wiadomo nauka to forma krytykanctwa. Nic tak nie utrudnia wprowadzanie reform jak swoboda dyskusji, demokracja itp. chyba że chodzi o krytykę likwidacji OFE, wtedy to nie. ) Drugim powodem likwidacji Instytutu Miernictwa Miar i Wag Kopolski był precyzyjny rachunek ekonomiczny ( autorstwa miejscowego profesora Balcudowicza), a opierał się on o genialnie prostą konstatację. Skoro inne kraje mają swoje Urzędy Miar i Wag – Kopolska własnego nie potrzebuje bo może stosowne ekspertyzy zakupić za granicą, w krajach, których rządy są  na tyle naiwne że łożą na takie szkodliwe socjalne działania. „W sumie” – rozumował Balcudowicz – „zysk jest potrójny. Wzrasta PKB – bo mamy wymianę handlową, to raz! Wzmacniamy własną gospodarkę bo zaoszczędzone pieniądze można przeznaczyć np. na śnieg Zakpocponem podczas Igrzysk Zimowych co zelektryzuje turystykę i da w konsekwencji większe przychody ze sprzedaży skór baranich. Po trzecie – obniża konkurencyjność gospodarek państw konkurencyjnych – bowiem to one muszą łożyć an tę całą naukę i technikę, a my nie!”. Tak tedy udało sie połączyć w jednej decyzji o obniżeniu finansowania nauki dwa iście makiaweliczne cele – szkodzenie konkurentom i troskę o rodzimy dynamiczny rozwój przedsiębiorczości.

    Pewnym cieniem na ogólnej radości z organizacji Euro 2012 położył się fakt, że pracownicy Urzędu Miar i Wag w Sewrkach nie chcieli poddać się bez walki. Założyli komitet protestacyjny i ogłosili natychmiast strajk głodowy. „Dosyć knowań lobbystów osłabiających konkurencyjność gospodarki” – pisali w prasie eksperci ekonomiczni Niezależnego Instytutu Sobiepański, profesorowie Rybczyński i Orczyński. Jednak informacji o samym strajku głodowym nie podano w żadnym z dzienników i gazet całkowicie niezależnych od rządu a to z powodu prośby ministrów Finansów by nie psuć tak doniosłej w historii kraju chwili. Oto po raz pierwszy Kopalska wystawiała imprezkę dla całego świata i obiecała wziąć na siebie rachunek za koszta! I rzeczywiście – z początku nękały ministrów telefony z Sewrków pod Warwszawą gdzie instytut miał swoją siedzibę. Po kilku jednak miesiącach telefony sie nagle urwały, i sprawy dalej nie drążono. Właściwie nie wiadomo o losach Sewrków nic więcej, bowiem w ramach programów oszczędnościowych zlikwidowano zarówno plany budowy metra do Sewrków jak i linie autobusów podmiejskich. Tytułem dygresji dodajmy że w budżecie na rok 2020 planowana jest rządowa wyprawa krajoznawcza, w skład której mają wchodzić Warwszawscy urzędnicy, przedstawiciele magistratu i geodeci, a to w celu oceny stanu kształtu ziem w tych okolicach w tym określenia kto je zamieszkuje. Może ręka przyszłego geodety natrafi na resztki sprężarek które onegdaj, w epoce kiedy nie liczono sie z wydatkami, służyły tylko temu by wysysać podatki z prywatnego przedsiębiorcy?

    Powyższa cześć opowieści, dotycząca Kopolski i jej makiawelicznych planów obciążania kosztami nauki krajów ościennych, nosiła znamiona humorystyczne, można by więc nazwać ja częścią komiczną. Jak to w sztuce przejdziemy teraz do części tragicznej.

    W dalekiej Pasmanterii produkującej towary dziewiarskie, a to gumę do majtek nawijana na szpule, perkale w belach i szaliki na metry, od wielu już lat prowadzono aktywną politykę neoliberalną. Ustalono że największym skarbem człowieka jest pieniądz, a kiedy już takie ustalenia powzięto, reszta poszła łatwo. Kraj ów, z dawna pogrążony w stagnacji i marazmie, doznał ożywczego rozbudzenia kiedy dla początku zamknięto w więzieniach z 200 czy 300 milionów obywateli ( obywatele są w Pasmanterii niewielcy, nieco pożółkli i niesłychanie tani) po czym zachęcono ich przykładem i dobrotliwą perswazją, tudzież ściśle kontrolowanym – przez specjalistów oczywiście – wydawaniem jedzenia, do jeszcze wydajniejszej pracy. Uzyskane fundusze członkowie władz rządzącej Partii Pasmanterii zabrali dla siebie – bowiem tylko prywatny kapitał może dać prawdziwy wzrost gospodarczy – by przeznaczyć na inwestycje w nowe, tym razem już prywatne ośrodki gospodarczego odosobnienia. Tym razem jednak działano już w neoliberalnym założeniu, ze skoro gospodarka najlepiej ma sie przy braku krępujących przepisów, to i wydawanie jedzenia jest niepotrzebnym kosztem działalności przedsiębiorstw i powinno być zmartwieniem pracowników co będą jedli. Zastosowano sprawdzone wzorce budowy społeczeństwa w pełni neoliberalnego i zaiste, każdy mógł dostać za umiarkowaną opłatę wędkę ( ale nie rybę!), a to w nadziei że chcąc złowić coś na obiad, kupi jeszcze, przymuszony głodem i żyłkę i haczyki i robaki. Przyznacie że strategia taka ma spore szanse powodzenia skoro osoba która w nią dała się wciągnąć, była tak naiwny że kupiła wcześniej wędkę bez żyłki i haczyków…

    Działania takie odniosły tak wilki sukces, zwłaszcza w tym, ze produkty z Pasmanterii były tańsze niż cokolwiek wyprodukowanego gdziekolwiek na całym świecie, że inne kraje zachęcone przychylnością lokalnych władz, zaczęły inwestować w Pasmanterii swoje fundusze. Pasmanteria urosła do rangi gospodarczego mocarstwa, a to dzięki całkowitej likwidacji jakichkolwiek zobowiązań państwa wobec obywatela, co przyciągnęło rzutki biznes z całego świata, bowiem nic tak nie poprawia zysków w biznesie jak rezygnacja z niepotrzebnych skrupułów. I faktycznie zaprawdę trudno było na całym świecie znaleźć kraj w którym nie noszono by majtek z gumka z pasmanterii czy szalika odciętego z beli szalików Made by Pasmanteria, zaś profesor Balcudowicz osobiście deklarował, że gdyby nie historyczne ograniczenia jakim podlega społeczeństwo ( tzw. (c)hamo robotus) w Kopolsce, już dawno zbudowałby w niej dryga Pasmanterie. Pasmanteria utrzymywała kontakty gospodarcze z całym światem, w tym oczywista także z Kopolska, a nawet jej przedstawiciele zostali zaproszeni na rzeczone obchody Euro 2012 w Kopolsce, zas ich naprędce stworzona drużyna złożona z emerytowanych pracowników fabryki gumki do majtek zdołała pokonać reprezentację gospodarzy w stosunku 5:2 co ciekawe nie strzelając przeciwnikom ani jednej bramki – gdyż tak nakazuje Pasmanteryjny dobry obyczaj! I właśnie wtedy w Pasmanterii specjaliści od Marketingu i Promocji goszczący w Kopolsce, w bliżej nieokreślony sposób wywiedzieli sie prawdy o sytuacji w Instytucie mierniczym Miar i Wag w Sewrkach pod Warszawą i wpadli na iście szatański plan.

    Do każdej beli perkalu, do każdego sznurka z koralikami, do każdej szpuli gumki do majtek, byle tylko eksportowanego do dalekiej Kopalski, zaczęto dołączać gratis – 20-30 metrów krawieckich. Pasmanteria przedukuje jak wiadomo głownie na eksport, zaś Kopalska głównie importuje. Skutek tej genialnej operacji był zaś taki, że cały rynek Kopalski został zalany nie tylko tanią gumka do majtek, ale i spora ilością darmowych metrów krawieckich produkcji Pasmanteryjnej.

    Nie minęło wiele czasu, gdy zatroskani patrioci z Konfederacji Pracodawców Prywatnych podnieśli protest. „Plan Balcudowicza nie działa!” – wołali przedsiębiorcy – „Nie opłaca sie nam zarabiać! Dławią nas bowiem nadmierne koszty!” – konstatowali ze zgrozą – „Dlaczego mamy kupować drogie metry krawieckie z krajów ościennych, skoro do każdej nieledwie zakupionej gumki do majtek, dostajemy Pasmanteryjny metr – za darmo! Dosyć wspierania obcego kapitału! Dosyć kupowania za granica za dewizy – metrów krawieckich.” Tu głos zabrał profesor Balcudowicz, ów wielki nauczyciel narodu, i z uśmiechem powiedział: „A nie mówiłem? Oto jak światło ekonomii rozprasza ciemnotę i gnuśność! Czyż nie powiedziałem Wam, ze Wolny Rynek rozwiążę wszelkie problemy ( w dłuższej perspektywie oczywiście)?” I dalej wyjaśnił że przecież oto widomym znakiem jak efektowna jest gospodarka neoliberalna oparta zasadzie braku zasad, jest to że nie tylko każdego stać na kilometry gumek do majtek, więc pomimo że co chwila pękają, to jeszcze każdy ma teraz własny – metr krawiecki – za darmo! „Hura!” zakrzyknęli Prywatni Przedsiębiorcy oczekujący nadal na zlikwidowanie ZUS „hura!” – w charakterystyczny dla siebie, intelektualnie powściągliwy, sposób zgodził sie profesor i podali sobie ręce. Zaś minister Rozstówski zanotował śliniąc ołówek, w swoim sztambuchu „+0.3 do PKB, z tytułu ograniczenia importu nieracjonalnie drogich metrów krawieckich z państw ościennych opętanych łożeniem na działania socjalne jak nauka i R&D „. „To będzie razem 7.5%” – skonstatował z zadowoleniem patrząc w sufit.

    Jak wiadomo, nawet w naszym realnym świecie, firmy lokalizują produkty. Czekolada, kawa czy środki czystości na rynek polski i niemiecki nie są takie same. Niby kupujemy te same marki, ale za swoje pieniądze, dostajemy jednak jakby nie to samo. Jak widać logistycznie to prosty i wdrożony proces, nawet w naszym całkiem realnym świecie, a co dopiero w fikcyjnej rzeczywistości Kopalski i Pasmanterii!

    Ponieważ Pasmanteria produkuje gumkę do majtek głownie na eksport, a płatności zachodzą „od metra”, jest rzeczą zrozumiałą, że przy obrocie gumami do majtek idącym w milady metrów, „zmniejszenie” metra o 1 milimetr, daje Pasmanterii całkiem pokaźny zysk! I to mieli na uwadze specjaliści z Centralnego Komitetu Marketingu i Promocji Pasmanterii Ludowej. Niepostrzeżenie, tajni pracownicy poumieszczani w przedsiębiorstwach Pasmanterii, przed pakowaniem rzeczonych gratisów – metrów krawieckich – ucinali z każdego po 1 mm. Do spisku włączono oczywiście członków Partii pasmanterii i poniektórych, patriotycznie nastawionych przedsiębiorców. Grono to było całkiem spore, tak jednak oddane sprawie neoliberalizmu na świecie, że przez bodaj 20 czy 30 lat nikt w Kopalsce nie dowiedział się o tych faktach! Każdy transport gumy, jeśli opiewał 10 km nawinięte na szpulkę – czyli 10 000 m – w istocie był krótszy o 10 m. Każdy szalik, długi na 2 m, dawał wymierne oszczędności przędzy jedwabnej, płaszcze były krótsze, buty ciaśniejsze, poradzono sobie jednak zmieniając numeracje tak by każdy dostawał to co chciał – a to mniejszy numer płaszcza, a to większy buta. Skoro poniechano relacji miedzy faktycznym rozmiarem ubrania a numeracją – o numeracji zaczęły decydować potrzeby emocjonalne klienta!

    Pojawiły sie nawet prace ekonomiczne, znanych teoretyków neoliberalizmu, dowodzące że nikt w ten sposób nie doznawał uszczerbku. Rzeczywiście – nikt w Kopolsce nie był w stanie tego sprawdzić – bo i jak, skoro niemal wszystkie metry krawieckie pochodziły z Pasmanterii i były krótsze o 1mm od „the length of the path travelled by light in vacuum during a time interval of 1/299,792,458 of a second.” – czego zresztą i tak nikt w Kopolsce nie rozumiał. Na ekspedycję do Sewrek pod Warwszawą, gdzie może jeszcze jest jaki uczony z dawnego Urzędu Miar i Wag, trzeba by poczekać do 2020 roku więc na razie nic z tego. Skoro zadowolenie klienta jest kategorią subiektywną, czyż można mówić tu o szkodzie? Przecież za taki wzrost kosztów z tytułu większej długości materiałów w ubraniach ktoś musiałby zapłacić – i musiałby być tym kimś właśnie klient, bo któż inny? Czyż alternatywa nie byłoby po prostu podniesienie ceny szalika, majtek czy płaszcza, gdyby miał on obiektywnie mieć długość 1m, a więc o 1mm więcej niż obecnie? Cóż zresztą znaczy słowo obiektywnie, w ekonomii, gdzie jak wiadomo każdy ma własną krzywą użyteczności a wartość dóbr materialnych wynika z popytu? Nie sposób zaprzeczyć że na owe brakujące 1mm szalika nie ma popytu żadnego – nie możemy tedy mówić o kradzieży, bo kradzież oznacza przywłaszczenie rzeczy o jakiejś wartości! 1mm szalika dla klienta wartości nie ma żadnej! Podnoszono nawet głosy że jest to działanie w istocie dobroczynne, bowiem w istocie obniżanie kosztów przynosi zysk producentowi nie przynosząc szkody konsumentowi ( bo i jaka tu szkoda? Czytelniku czy gdybyś dostał krawat krótszy 1 lub 2 atomy doznałbyś szkody?) Grono ekspertów ekonomii przy IMF uznało, że takie działanie to czysty postęp gospodarczy, a przy tym jaki ekologiczny!

    Warto pamiętać, że ekologiczny dobroczynny spisek ów, zorganizowany był i w taki sposób, że w razie wpadki zawsze można powiedzieć że gratis to gratis i że został zmniejszony po to by być tańszy…a w promocjach reklamacji nie uwzględnia się. Zresztą o jakiej wpadce może być tu mowa? O kontroli metrów krawieckich w całek Kopolsce? Przecież po pierwsze kontrole to rzecz kosztowna i z dawna w związku z czym zarzucona, po szczegółowych dowodach profesora Rostówskeigo że przynoszą one więcej szkody gospodarce niż pożytku. Po drugie kto miałby to zrobić? Sanepid w Kopolsce wyznaje zasadę „co cię nie zabije to dozwolone” jak państwo pamiętacie może z „afery solnej” która pokazała że nie liczą się normy przemysłowe i znaki CE, HACAP itp. tylko to czy dodatek do żywności jest szkodliwy czy nie. Cement, gips, tłuczeń kamienny, piasek w soli, kaszy i cukrze – wszystko sa to nieszkodliwe a przez to całkowicie dozwolone dodatki spożywcze, tzw. wypełniacze – orzekł Sanepid w Kopolsce. Oczywiście rzecz cała w proporcjach – 60% tłucznia wapiennego w soli to wartość cokolwiek spora i może wywoływać pewne sensacje żołądkowe – pamiętajmy jednak że ekonomia sama reguluje te sprawy i w soli zamiatanej miotła ze składu na wolnym powietrzu tłucznia nie będzie więcej niż 10-15%. Zaś krytykanckie pomysły malkontentów, że poniektórzy będą dosypywali do soli piasek dla zysku można od razu odrzucić – piasek, zwłaszcza tzw. frakcje płukane, sa surowcem drogim. No i nie zapominajmy że często wina leży po stronie konsumenta, który nie sprawdza dokładnie co je. Ale uciekliśmy w nieistotne dygresje.

    Całą operacja zakończyła sie sporym sukcesem – zaś przemysł Pasmanterii zanotował spore oszczędności w relacjach handlowych z Kopolską. Nic jednak nie trwa wiecznie. Rzecz sie przedostała do gazet. Bynajmniej nie w Koplsce, w Kopolsce gazety odmówiły publikacji tekstów tak jawnie godzących w zmysł ekonomiczny narodu. Rzecz rozdmuchały gazety zagraniczne państw, które hołdowały wydatkom na naukę i utrzymywały własne Urzędy Miar i Wag, miały własne i rzetelnie działające Sanepidy, Sądy i Komisje, i oczywiście oczekiwały od przedsiębiorców i kooperantów obiektywnej zgodności z jednostkami wyznaczonymi przez systemy metryczne. Opublikowano w zagranicznej prasie całą serię artykułów w których przedstawiały powyżej opisaną sytuację jako przykład zgubnego braku zasad kontrolowanych przez silne instytucje rządowe.

    Prawda, rzad w Kopolsce nigdy nie przyznał sie do popełnienia błędu, a to w trosce o morale społeczeństwa. Głos jednak zabrał profesor Bacludowicz, ów wielki nauczyciel narodu, który powiedział „”A nie mówiłem? Oto jak światło ekonomii rozprasza ciemnotę i gnuśność! Czyż nie powiedziałem Wam, ze Wolny Rynek rozwiążę wszelkie problemy ( w dłuższej perspektywie oczywiście)? „. Mimo to sprawy nie pozostawiono samej sobie. Przez krótki czas sytuacja wisiała na włosku kiedy dziennikarze puścili kaczkę, że MSZ Kopolski rozważa wypowiedzenie wojny Pasmanterii. Szybko jednak okazało sie że szefowi MSZ Kopolski chodziło o wojnę w tym znaczeniu  – które MSZ Kopolski czy Pasmanterii – będzie miał więcej lajkujących na na twitterze. Pomimo takiej eskalacji konfliktu, szefowie finansów obu krajów doprowadzili do spotkania. W tajnej rozmowie na najwyższym szczeblu z przedstawicielami Pasmanterii Ludowej, minister Rozstówski zapytał wprost: „A metry krótsze o 1mm? Ładnie to tak?” i pogroził palcem, na co Wysoki szósty sekretarz urzędu ds. kontaktów z krajami trzeciego świata, w randze starszego referenta – przewodniczący delegacji Pasmanterii na bilateralne rozmowy z rządem Kopolski – odparł: „Trzeba było kupować za granica metry, a nie używać gratisów!” a potem szczerze rozłożył ręce i z uśmiechem rzekł: „I co? Wojnę nam wypowiecie? ;-)”

    Na całe szczęście Kopolska zdobyła prawa do organizacji Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Zakopconem – Zakopcone 2015. Pasmanteria obiecała udzielić Kopolsce kredyty na ich organizację i dodatkowo dostawy po preferencyjnych cenach materiałów budowlanych w metrażu, o sprawie 1mm dłużej już nie mówiono. Całą rzecz tedy zakończono ugodą i do wojny, na twitterze n alajki, oczywiście, nie doszło więc przyparta do muru Pasmanteria zdołała wyjść z konfliktu  twarzą. Strategia szefa MSZ Kopolski jeszcze raz okazała swą szatańską skuteczność.

    Wszystko dobre co sie dobrze kończy, jak to mówią…

Sopot.jpg

    W najnowszej Pauzie Akademickiej opublikowano mój artykuł, dotyczący analizy Polska 2050. Z powodu ograniczeń jakie zakłada PAUza dla tekstów tego typu – do 6000 znaków łącznie ze spacjami – opublikowana wersja jest krótsza niż to co oryginalnie napisałem. Poniżej znajduje się pełna wersja tekstu – około 20 000 znaków. Kto ma cierpliwość niech czyta ;-) a każdy i tak niech PAUzę subskrybuje, bo to ciekawy periodyk.

     Proszę wybaczyć mi frywolny wstęp – pozwolę sobie jednak na pewnego rodzaju dykteryjkę. Wczoraj oglądałem w telewizji „Skarb narodów” z Nicolasem Cage. W jednym z dialogów, główny bohater rozważa plan bardzo zuchwałej, choć dokonywanej w zbożnym celu, kradzieży. Rzecz jest niemal niemożliwa do wykonania, na co zwracają mu uwagę jego rozmówcy. Replika brzmi mniej więcej tak ( piszę z pamięci): „Edison kiedy konstruował żarówkę, eksperymentował i kosztowało go to ponad 200 porażek. Wolałbym nazwać je poszukiwaniami”.

    Chciałbym zwrócić uwagę czytelników PAUzy na pewien dokument. Chodzi mianowicie o raport zatytułowany „Polska 2050”, a przygotowany przez zespół autorsko-redakcyjny: Michał Kleiber, Jerzy Kleer, Andrzej P. Wierzbicki, Bogdan Galwas, Leszek Kuźnicki, Zdzisław Sadowski, Zbigniew Strzelecki. Raport ów znajduje sie w wersji elektronicznej pod tym adresem (aby ściągnąć opracowanie w formacie pdf proszę klikać w link pod słowem „Numery” ) Obecnie minął już ponad rok od jego publikacji, i zapewne wielu czytelników tezy raportu zna, warto jednak, jak sądzę, wspomnieć o nim także na łamach PAUzy, mając na uwadze tych którzy nie są świadomi jego istnienia.

     Od razu ostrzegę czytelników że raport jest obszerny. Publikacja, podzielona na kilka części liczy łącznie ponad 120 stron. Nie jest to także lektura łatwa, także z uwagi na używanie pewnej ilości, trzeba przyznać niezbyt wielkiej, żargonu. Jednocześnie jest to publikacja ze wszech miar ambitna i wydaje się unikalna. Na „polskim rynku dyskusji” zdaje się nie ma wielkich tradycji dyskusji o oczekiwanej czy pożądanej przyszłości. Jak wiemy w naszych sporach publicznych przeważają raczej analizy tego co było, często dawno temu, a zwłaszcza tych spraw których znaczenia i wpływu nie sposób już mienić. W przypadku tej publikacji rzeczy mają się zgoła inaczej.

    Znany slogan głosi że przewidywanie jest trudne, zwłaszcza przewidywanie przyszłości. Autorzy raportu który państwu polecam dokonali pewnego rodzaju podsumowania stanu Polski w chwili obecnej i odnosząc się do widocznych współcześnie problemów, zarówno tych specyficznie Polskich jak dotykających większe społeczności, dokonali ekstrapolacji w przyszłość. Analiza ta, moim zdaniem wypadła całkiem ciekawie. Po pierwsze autorom udało sie uniknąć zbytniego roztrząsania tych problemów które dziś ważne, w przyszłości ważne być nie muszą. Dokonano to dzięki sprytnemu uogólnieniu obecnie dostrzeganych problemów. Dla lepszego zrozumienia, posłużę się przykładem miejsca jakie w raporcie zajmuje ekologia. Autorzy oczywiście napominają o globalnym ociepleniu, jednak kwestię ta określają docelowo po prostu zwrotem „kwestie ekologiczne” i zwracają uwagę, że nie odgrywały one niemal żadnej roli w dziedzinie polityki czy w gospodarki jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku. W późniejszym jednak okresie stały się na tyle znaczące, że kwestia problemów ekologicznych zaczęła ogniskować nie tylko uwagę społeczną ale także polityków i przedstawicieli biznesu. Dziś nie sposób znaleźć produktu który by w ten czy inny sposób nie podkreślał swojej pozycji ekologicznej. W konsekwencji „kwestie związane z ekologia” są w raporcie traktowane jako jeden z elementów które będą kształtować rozwój społeczeństwa. Autorzy unikają przy tym określania konkretnych problemów związanych z ekologią – dla treści raportu jest to obojętne. Podobnie potraktowano sprawy rozwoju „gospodarki wirtualnej” ( opartej na spekulacjach wirtualnym pieniądzem – instrumentami pochodnymi itp. ), „nierówności społecznych”, „rosnącego wpływu korporacji na politykę państw” i wielu innych czynników. Po opisywanym uogólnieniu autorzy dokonali podziału czynników na wewnętrzne i zewnętrzne. Następnie zaś określono na które z nich rząd i społeczeństwo kraju będzie miało wpływ a które pozostaną poza naszymi zdolnościami wpływania na nie i kształtowania. Polska jako kraj średniej wielkości zarówno w sensie demograficznym jak i gospodarczym, w odniesieniu do sporej części takich ogólnych czynników jest raczej podmiotem niż aktywnym graczem. Jako kraj mamy bardzo niewielki wpływ na kształt powiedzmy rynków finansowych świata. Jednocześnie istnieją takie czynniki rozwoju na które wpływ mamy – na przykład obejmuje to czynniki związane z demografią, ochroną zdrowia, sprawnością infrastruktury czy przede wszystkim edukacją.

    Dzieląc się z czytelnikami opinią na temat raportu, i zachęcając do jego przeczytania, chciałbym zwrócić uwagę na dwie jego, ważne cechy. Jedna z nich mieści się zapewne w celach jakie sobie postawili autorzy w sposób oczywisty. Opracowane scenariusze rozwoju kraju w niczym nie przypominają wróżb Pytii. Zawierają całkiem konkretne zalecenia, co więcej zalecenia które wydają się mieć wartość zarówno polityczną jak i gospodarczą. Wielką uwagę autorzy zwracają na znaczenie innowacyjności, edukacji i potencjału wzrostu związanym z osiągnięciami jakich udało się dokonać w mijających 20 latach od czasu przemian lat 90-tych. Wszakże raport tego typu byłby nic nie wart, gdyby nie określał tych elementów które stanowią zagrożenie. I tu właśnie mamy do czynienia z owa drugą cechą, która pragnę omówić nieco szerzej.

    Jak wiadomo istotnym elementem każdej dyskusji jest język w jakiej się ja prowadzi. Nie chodzi oczywiście o kwestie czy jest to język Polski czy Angielski. Mam tu na myśli raczej używany zespół pojęć. Ciekawą cechą współczesności jest to, ze język ekspertów rządowych, język prasy, radia i telewizji, język jakim kontaktuje się z nami władza, stał się szalenie ubogi, a przynajmniej homogeniczny. Właściwie stale dyskutujemy o tym samym – o pieniądzach. Właściwie jest to moim zdaniem podstawowa wartość raportu, a polega ona na użyciu słów które na co dzień niemal nie pojawiają się w słowniku przeciętnego obywatela ale i polityka. Dyskusja w Polsce w sposób oczywisty zogniskowana jest na kwestiach rozwoju gospodarczego. Trudno się temu dziwić, bowiem z jednej strony zanotowaliśmy spory wzrost gospodarczy co stanowi o sukcesie przemian transformacyjnych jakie nastąpiły po upadku minionych struktur politycznych. Z drugiej strony skoncentrowanie na kwestiach gospodarczych wymusza optykę krótkiego horyzontu czasowego. Przysłowiowa „daleka przyszłość” dla księgowego to najwyżej kwartał. Osoby pracujące w biznesie wiedzą że większość firm w najśmielszych planach gospodarczych działa w horyzoncie co najwyżej kilkuletnim. Oczywiście istnieją znaczące wyjątki – działalność naukowa, także związana z badaniami R&D w biznesie, niektóre formy inwestycji całkowicie nieznane w Polsce ( np. inwestycje w tereny zalesione podejmowane w Kanadzie czy USA przez podmioty prywatne w celu pozyskania surowca – drewna. Warto nadmienić że są to inwestycje miliardowych wartości), czy cykle związane z przemysłem wydobywczym mają czasowy zasięg dziesięcioleci. Nie jest to jednak standard w przypadku „typowej firmy”, ani w odniesieniu do procesów zarządzania związanych powiedzmy z strukturami politycznymi jak ministerstwa finansów krajów gdzie mamy zwykle planowanie roczne z pewna formą sięgania w przyszłość co najwyżej od wyborów do wyborów co oznacza okres kilku lat.

    W tak krótkiej perspektywie czasowej pewne czynniki nie ulegają zmianie, uznajemy je za stałe. Jak wiadomo droga od wynalazku do jego zastosowania skraca się w eksponencjalnym tempie. Na zastosowanie maszyny parowej przyszło czekać dziesięciolecia, zastosowanie lasera pojawiło się w ciągu kilku lat. W tak krótkim okresie czasu nie ulega zmianie ani struktura demograficzna społeczeństwa, ani jego obyczaje. Ten znany fakt mówi o pojawieniu się zastosowania. Co jednak wiemy o zastosowaniu powszechnym, dostępnym wszędzie i dla każdego? Okazuje się że tu zmiany nie są aż tak szybkie. Powszechne użycie telefonu zajęło ponad 30 lat od jego wynalezienia i taki sam okres czasu obejmuje powszechna dostępność nie tylko telewizji ale i telefonii komórkowej i internetu! W tak długiej skali czasowej ani demografia ani kwestie kulturowe nie pozostają stałe. O ile w przemianach szybkich głównym czynnikiem decydującym o ich powodzeniu jest odpowiednie dobranie grupy docelowej przemian i zapewnienie finansowania dla zajęcia niszy rynkowej, o tyle w przypadku zmian rozciągających się na pokolenia mamy do czynienia z niebanalnym splotem mechanizmów społecznych, kulturowych i demograficznych. Dosyć znanym faktem jest że obecnie odbiorcami telewizji sa głównie osoby dojrzałe i starsze. Ludzie młodzi czerpią raczej z zasobów internetu i co ciekawe, nie tylko oni właśnie kształtują jego rozwój, ale i on kształtuje ich potrzeby – kulturalne, edukacyjne, związane z stylem życia i aspiracjami. Kiedy mówimy o zmianach rozciągających się na pokolenia – chciałoby się krzyknąć „kultura głupcze!”. I to właśnie czynią autorzy raportu ujmując to szerzej i zwracając uwagę na kluczowe w długim czasie kwestie cywilizacyjne. W dłuższym okresie czasu to kwestie cywilizacyjne zadecydują czy kraj będzie się rozwijał. Kwestie te obejmują rzeczy które często w dyskusji na temat wzrostu gospodarczego są pomijane, w Polsce wstydliwym, milczeniem. To właśnie w tym obszarze panuje zdumiewająca pustka językowa. W tym właśnie upatruje szczególną wartości raportu – dyskutując o dalekiej przyszłości odchodzimy od instrumentalnego podejścia ekonomicznego, a dostrzegamy wagę kwestii od ekonomii bardziej fundamentalnych.

    Raport rozpoczyna się od podsumowania czy też diagnozy stanu obecnego Polski. A jest ona taka, że choć mijające od upadku PRL 20 lat przyniosło wzrost PKB, rozwój gospodarki i rynku finansowego w Polsce, za zmianami tymi nie poszły konieczne zmiany cywilizacyjne. Szczególną uwagę autorzy poświęcają tu trzem sprawom. Po pierwsze w wielu raportach i opracowaniach Polska wypada jako kraj o bardzo niskich miarach wolności gospodarczej. W pierwszej chwili jawi sie to jako paradoks, ale uważne zastanowienie nie przynosi zaskoczenia – zmiany związane z Planem Balcerowicza głównym paliwem rozwoju uczyniły zagraniczne inwestycje co spowodowało że zapewniono tym przepływom szczególną łatwość. Dbaniu o rozwój przemysłu rodzimego nadano niski priorytet, skupiając sie raczej na odtwórczym imporcie technologii co w efekcie doprowadziło do sytuacji w której podstawowym mechanizmem rozwoju kraju jest pieniądz i biznes pochodzący z zewnątrz. Wydaje się że konsekwencją jest taki kształt gospodarki gdzie zachodzi ograniczanie mechanizmów konkurencji gospodarczej w odniesieniu do zajętych na rynku pozycji. Typowym przykładem może być tu przemysł stoczniowy który w Polsce upada, zaś rozwija się świetnie na przykład w Niemczech. Polskie stocznie nie mogły wytrzymać konkurencji z stoczniami innych krajów, także i dlatego, ze współcześnie budowa statków i okrętów wymaga stosowania nowoczesnych mechanizmów technicznych jak komputerowy design, nowoczesna elektronika i rozwinięta technologia silników, których kraj w którym nie łożono na rozwój naukowy i techniczny nie mógł sprostać. Niemiecki inwestor, jeśli w ogóle, chętnie zleciłby w Polsce wykonywanie prac niezaawansowanych technicznie. Z pewnością nie rozwinie tu, z ramach jakiejkolwiek kooperacji, samodzielnego centrum R&D. Jeśli rozwinie jakiekolwiek centrum R&D dokona tego w sposób całkowicie zabezpieczający swoją własność intelektualną – co oznacza że miejscowi pracownicy nie będą wręcz pojmować sensu wykonywanej pracy ( wiem jak to wygląda z pierwszej ręki, pracowałem w bodaj największym Polskim centrum R&D firmy Avio – biurze konstrukcyjnym opracowującym projekty silników lotniczych). Tu dochodzimy do kolejnego elementu.

 
    Edukacja we współczesnym świecie urasta do roli fundamentu wzrostu. Zwroty takie jak „gospodarka oparta na wiedzy” i „innowacyjność” odmieniane przez wszystkie formy przez ministrów, opierają się na zapewnieniu stosownego poziomu finansowego badań i edukacji powszechnej. Według autorów raportu upowszechnienie wykształcenia wyższego w świecie postępuje w szybkim tempie i w przyszłości należy oczekiwać nasilenia się tej tendencji. Na globalnym rynku pracy i atrakcyjności inwestycyjnej zasoby wykształconej siły roboczej zajmują i będą zajmować bardzo wysokie miejsce. Strach jaki spogląda w oczy tym którzy w związku z robotyzacją i automatyzacją obawiają się o swoje miejsca pracy, daje się rozwiać tylko dzięki upowszechnieniu wykształcenia i postawieniu na te dziedziny które będą w przyszłości związane z nowoczesnym, skomputeryzowanym i wysoce zautomatyzowanym przemysłem. Z doświadczenia autora wynika, że człowiek niepiśmienny i źle wykształcony nie jest w stanie obsługiwać pracy nowoczesnej, skomputeryzowanej obrabiarki, nawet jeśli jego praca sprowadza się do uruchamiania stosownych trybów pracy urządzenia i dostarczania przepływu materiałów produkcyjnych. W przyszłości pracodawcy będą wymagać wysokiej kultury technicznej nawet od pracowników niskiego szczebla ( 20 lat temu obsługiwać komputery umieli wyłącznie wysoko wykształceni pracownicy. Dziś jest to fundament by zostać przyjętym do niemal jakiejkolwiek pracy. Nadal źle wykształcony pracownik, przy użyciu komputera, może spowodować niezwykle kosztowne straty dla firmy. W istocie jest to znacznie prostsze i szybsze, niż przy użyciu przysłowiowego młotka ). Raport podkreśla że nie tylko upowszechnienie ale i jakość edukacji ma znaczenie. W gospodarce opartej na usługach, jakość wykształcenia ma wtórne znaczenie, jednak gospodarka taka nie jest w stanie zapewnić nie tylko wzrostu, ale i utrzymania kraju o takim potencjale demograficznym jak Polska. By rozwijać się trzeba coś produkować, nawet jeśli ta produkcja ma mieć charakter imitacyjny i wtórny, a to wymaga wykształconej kadry związanej z przemysłem. W krajach doceniających potencjał wzrostu związany z innowacyjnością i kreatywnością, nakłady na naukę i edukację są wielokrotnie wyższe niż w Polce, o czym pisano już aż do całkowitego znudzenia i znieczulenia na ten argument. Raport zwraca uwagę na pewien istotny element, który w dyskusji nie zawsze bywa podnoszony – na finansowanie badań i rozwoju w krajach o dużym potencjale wzrostu składają się nie tylko fundusze publiczne ale i firmy prywatne. W Polsce z powodu formy wynikłej na skutek transformacji ustrojowej – a więc z powodu tego że kapitał prywatny w Polsce to głównie kapitał zagraniczny – jest to niemal nieobecny czynnik rozwoju. Stanowi to zdaniem autorów raportu bardzo duże wyzwanie – wzrost nakładów na naukę i edukację musi nie tylko zostać powiększony ale powinna nastąpić także zmiana jego struktury – i część kosztów muszą ponosić przedsiębiorstwa prywatne. W innym wypadku nie uzyskamy odpowiednich kwot. Z drugiej strony aby firmy prywatne rozpoczęły tego typu działania, konieczne jest by kraj dysponował kluczowym dla opłacalności takiej inwestycji zasobem – wykształconymi ludźmi. Kraj wielkości Polski nie może sobie pozwolić na ograniczanie dostępu do dobrego wykształcenia. Dobrego w sensie Europejskim jeśli nie światowym. Nie musimy „produkować noblistów”, trzeba jednak posiadać kadry wartościowe dla przemysłu – biotechnologów, chemików, inżynierów, designerów, informatyków, matematyków, fizyków – w stosownych proporcjach. Kluczowy jest tu zwrot – posiadających dobre wykształcenie – bowiem nie chodzi o kształcenie w kierunkach które nie są interesujące dla rynku pracy i budowanie kłopotliwej społecznie sytuacji pauperyzacji wykształcenia wyższego i tak zwanego prekariatu. Na rynku edukacji liczy się jakość i doświadczenie. Doświadczenie wymaga gospodarki która umożliwi jego zdobycie.

 
    I tak dochodzimy do trzeciego elementu warunkującego rozwój gospodarczy w skali 40 nadchodzących lat – nierówności społecznych. Kraj wielkości Polski nie może sobie pozwolić na marnotrawienie swoich zasobów, a jak widzieliśmy najważniejszym zasobem, w nadchodzącej przyszłości, będzie wykształcona młodzież. Młodzież która zna języki, jest gotowa uczyć się całe życie, nadążać za zmieniającymi się potrzebami rynku pracy. niestety obecnie kraj nasz ma jedną z największych rozpiętość nierówności społecznych w Europie czy nawet w krajach OECD. Mamy rekordowo wysoki tzw. indeks Giniego. Znaczenie tego faktu jest bardzo istotne – i o tym także piszą autorzy raportu – w dwójnasób. Po pierwsze nie wykorzystujemy całego potencjału rynkowego jaki posiadamy. Wzrost gospodarczy napędzamy jest w sporej mierze konsumpcją powszechną. Konsumpcja elit jest w skali gospodarczej świata niemal nieistotna. Największe firmy giełdowe zarabiają na dostarczaniu usług powszechnych a nie na obsłudze elity. Obszary biedy i wykluczenia oznaczają niewykorzystany potencjał wzrostu gospodarczego. Poszukiwania pracy przez ludzi z takich obszarów są utrudnione nie tylko przez brak aktywności ale także i przez stan infrastruktury wspomagającej społeczną mobilność – sprawny i tani transport publiczny i brak budownictwa komunalnego. Drugą stroną medalu jest groźba destabilizacji politycznej. Bieda, zwłaszcza strukturalna, chroniczna, dziedziczna tworzy ekstremizmy. W skali 40 lat olbrzymia warstwa prekariatu ( młodzieży dysponującej formalnym wykształceniem, jednak bez stałego zatrudnienia) może urosnąć w Polsce do rangi poważnego problemu politycznego, który drogą demokratyczną ( populizm) lub nie ( faszyzm?) będzie domagał się swojego rozwiązania. Zauważmy przy tym, że bieda i wykluczenie nie oznacza we współczesnej Polsce zawsze braku jedzenia i zamieszkania ( choć i tak czasami, na szczęście coraz rzadziej, bywa) ale może oznaczać niemożliwe do spłaty zadłużenie, pracę w nisko płatnych zawodach w rażącym konflikcie do posiadanego wykształcenia, brak dostępu do rozmaitych usług i możliwości, brak zasobów koniecznych do założenia i utrzymania rodziny. Dla subiektywnej oceny dobrostanu znaczenie ma nie tylko obiektywna sytuacja danej osoby ale także relacje względne. Bieda w Polsce to nie to samo co bieda w Etiopii, jednak nadal może być nazwana bieda i wykluczeniem. Istnieje także inny ważny aspekt enklaw biedy. Utrzymując je marnujemy także potencjał tkwiący w ludziach. Michał Faraday miał swoją szanse bo pomimo biedy został zauważony przez mądrego człowieka. Stefan Banach był wychowany jako półsierota w niezbyt zamożnych warunkach. Żadna z przywołanych postaci nie była „synem znanego milionera”. Mimo to społeczności w których funkcjonowali potrafiły zbudować mechanizmy mobilności społecznej i pomocy które zapewniły wykorzystanie niezwykłego potencjału tych osób, a znaczenie tego faktu był dalece większe niż czysto osobisty ich sukces. Czy taka sytuacja może zdarzyć się we współczesnej Polsce z reżimem publish or perish i czysto instrumentalnym i biurokratycznym podejściem do studenta jako źródła zarobku dla uczelni?

    Ostatecznym wynikiem jaki raport przynosi są trzy scenariusze rozwoju kraju – scenariusz pesymistyczny, umiarkowanie optymistyczny – zwany także realistycznym i optymistyczny, który można by określić jako nierealistyczny. Pozostawiam czytelnikowi zapoznanie się z ich kształtem. Warto wszakże nadmienić, że w ramach scenariusza realistycznego czekają nas niemałe zmiany, na przykład związane z wprowadzeniem takich elementów jak nieustanne, w ciągu całego życia, nauczanie, lub wzrost znaczenia na rynku pracy ludzi w wieku dojrzałym i starszym, co zakłada że należy optymalnie wykorzystać ich atuty – doświadczenie i solidność. Czy Polska buduje, stymuluje lub wspiera gałęzie przemysłu w których te atuty są ważne?

    Popularne powiedzenie mówi że Pan Bóg śmieje się z ludzkich planów. Wszakże nie mniej popularny dowcip o szczęściu na loterii kończy się pointą „Najpierw kup los!”. Warto pamiętać, że to co nas czeka w pewnym stopniu podlega naszemu kształtowaniu. Wydaje się że raport „Polska 2050” mógłby stać się zaczątkiem bardzo interesującej dyskusji, w której pojawiłyby się pojęcia całkowicie na co dzień zanikłe: rozwój cywilizacyjny ( a nie tylko ekonomiczny), równość szans, potencjał tkwiący w edukacji, która z natury jest najbardziej opłacalną inwestycją, jednak z bardzo długim okresem zwrotu i wreszcie potencjał rozwoju tkwiący w budowaniu społeczeństwa powszechnego dobrobytu, w którym nie marnuje się czynników wzrostu trudnych do ujęcia w ramy raportów statystycznych. Społeczeństwa które rozumie, że Edison, który próbował bez sukcesu 199 razy, nie popełnił błędu, a znajduje się na dobrej drodze do wynalazku…

     W niedawnym, kolejnym odcinku Zapisków z Wakacji opublikowanych pod tytułem „Pomniki”, Stary Zgred, którego niezmiennie lubię i szanuję, napisał następujące słowa: „Tak na prawdę to raczej powinniśmy się wystrzegać pomników na których pisze „Patriota”. Różne są oblicza patriotyzmu, a niektóre powodują, że później trzeba stawiać pomniki ofiarom wojny. I żeby nie było — nawet nie zastanawiam się nad dokonaniami tej konkretnej osoby…” Wpis dotyczył tematu pomników wojennych które Zgred oglądnął we Włoszech w małym miasteczku Angera. Zapoczątkowało to pewien ruch w moim umyśle czego efektem był następujący komentarz z mojej strony – którego rozwiniętą wersją jest ten wpis.

    Temat patriotyzmu i jego relacji do przemocy nie jest banalny, a choć komentarz jaki napisałem nadal mi się podoba, chciałbym jednak napisać trochę więcej. Jedyne co z wpisu starego Zgreda tu istotne to zdjęcie które podlinkowuje niżej, za co mu dziękuję, bo inaczej nie znalazłbym takiej fajnej ilustracji. W internecie, w mediach i w życiu prywatnym wielokrotnie spotykałem postawy dalece bardziej jednoznaczne. Kwestia patriotyzmu, w wpisie Wojciecha wyrażona nad grobami dawnych ofiar ludzkiego szaleństwa ma wyraźny rys refleksyjny, Wojciech pisze o „niektórych obliczach patriotyzmu”. Tymczasem wielokrotnie w kontekście współczesnym bez najmniejszej skłonności do refleksji i zniuansowania, patriotyzm osacza sie ze wszech stron jako przeżytek XIX wieku, wynalazek Fryderyka Wielkiego i Bismarcka. Wszyscy jesteśmy Ciastkami z Berlina – zdają się krzyczeć europejczycy z Polski.  Co prawda Adam Małysz nadal jest Polakiem, ale w sumie  jakie znaczenie ma narodowość jeśli mowa o Steve Jobbsie? W historii, z rozmaitych powodów, modne stało się podkreślać że naród to wynalazek, znienawidzonej przez Polskich historyków XXI wieku, Rewolucji Francuskiej. Spotkałem sie onegdaj ( w konflikcie edycyjnym w Wikipedii) z rozumowaniem „że pojęcie narodowości nie istniało w średniowieczu, a poza tym ojciec Kopernika był Niemcem”. Nie wiem jak było w średniowieczu – ale z sądzę,  że takie rewelacje ich autor wyczytał w jakimś bardzo współczesnym, nie starszym niż 10-20  letnie, opracowaniu historycznym. Jakie to szczęście że nareszcie, po tysiącach lat zakłamań, w podręcznikach do historii piszą prawdę i tylko prawdę….

    Wielu ludzi gotowych jest twierdzić że patriotyzm to przeżytek z powodów nieporównanie bardziej błahych jak śmierć milionów – który to powód przecież skłania do przemyśleń i z patriotyzmem niejaki związek jest tu dostrzegalny. W życiu codziennym wystarczy ledwie o parę procent niższy podatek, lub nieco wyższe zarobki, by całkiem spora część ludzi poczuła sie gotowa do wywrócenia do góry nogami całej swojej świadomości narodowej. Nie biznesowej. Narodowej. Wystarczy nadzieja poselskiej pensji by wykreować z niczego całe narody. Spotkałem sie także z poglądem że patriotyzm współcześnie ma wymiar czysto utylitarny gospodarczy. „Dobry patriota płaci podatki, i nie ma żadnych powodów by czuł jakikolwiek związek osobisty z pejzanem pod budką z piwem”. „Bliższy mi jest chiński uczony niż miejscowy sklepikarz” – mniej więcej taki pogląd wyczytałem na którymś blogu miłośnika nauki. Taka postawa da sie uzasadnić. Nie przeczę. Ale czy ów chiński uczony myśli podobnie i przejawia skłonność do wzajemności w tej miłości? I czy stać nas na podobna miłość bez wzajemności? Były w Polsce czasy kiedy członkowie elity nade wszystko miłowali włoszczyznę, francuszczyznę, a i obecnie przeciż nieraz lepiej od narodowej kultury znają i miłują amerykanizmy. Z faktu że stajemy sie jako społeczeństwo coraz bardziej ledwie namiętnymi konsumentami plastikowej kultury z macdonalda – wynika że stajemy się nowocześniejsi? Mądrzejsi? Czy może zaledwie podobamy się sobie? Wartości które wyznajemy sa głębsze? Prawdziwsze? Czy może po prostu będąc nikim, wydajemy się przynajmniej mieć takie same poglądy jak wszechświatowe mocarswo? Przecież nic mniejszego do nas nie pasuje, co nie? Bycie sobą w Polsce jest takie… niekomfortowe… Czy osoby wyrażające takie poglądy – naprawdę zajmuje kwestia „co o tym myśli chiński uczony”? Czy też pewną tezę, że każdy myślący człowiek na tym świecie myśli podobnie, przyjmują one za daną? I czy ktoś sprawdza tu fakty?

     Chyba nie dorosłem do takiego poziomu kosmopolityzmu by nastawać w sensie ogólnym na koncepcję patriotyzmu. Bo choć nie mam wiele wspólnego z jakimiś ideologiami, rozumiem i szanuje patriotyzm, i nie uważam by słusznym było by miał zaniknąć czy okazać się szkodliwy.

    Zacznijmy od sprawy postrzegania Wojen na zachodzie i w Polsce. Będzie konkretny przykład. W prasie, radio i telewizji nader często podkreśla się znaczące obniżenie napięć i pewnego rodzaju pojednanie jakie dokonało się w Europie Zachodniej po II Wojnie Światowej. Dyszący nienawiścią Niemcy i Francuzi mieli odstąpić od zadawnionych konfliktów i wspólnie zbudować Wspólnotę Węgla I Stali. Już dawno zniknęły dawne konflikty i granice, a zwyczajni ludzie spotykają się w międzynarodowym gronie czyniąc naszą, Polską, oparta na martyrologii, postawę zgoła śmieszną. Tak przynajmniej piszą w gazetach. Obawiam się że nie jest to dobre źródło informacji. W zasadzie nie jest to nawet źródło informacji…

    Czytając rozmaite książki czy opinie w internecie ludzi którzy ( w mojej opinii) mają pojęcie o czym piszą wyrobiłem sobie tu pewien pogląd. Pogląd ów daje się dobrze zilustrować zdjęciem które wykonał i pokazał w swoim wpisie Stary Zgred.

  1. Widać różnice w liczbie ofiar – z II Wojny Światowej jest ich prawie dwa razy mniej niż z I-wszej. Nic dziwnego że dla krajów zachodu Wielka Wojna Światowa – to I Wojna Światowa. We Francji do dziś obchodzi się uroczystości jej zakończenia – o ostatnich pisała nawet Polska prasa i piała telewizja. Czy w Polsce ktoś tak robi – czy ktoś pamięta I Wojnę Światową? Obchodzimy odzyskanie niepodległości – ale nie koniec Wojny. Liczba ofiar i czas – całkowicie zmienia optykę polityki, bowiem czym innym jest konflikt który miał miejsce 60 lat temu, a czym innym taki który zaszedł lat 80. To rzutuje na oceny, emocje, postępowanie. Oczywiście zachód, egoistyczny i egotyczny jak zawsze, nie chce zrozumieć że nasza Wielka Wojna nadal w nas tkwi dokładnie tak jak w nich tkwiła swego czasu ich Wielka Wojna. Stąd wydajemy się, a pośrednio sobie samym skoro czerpiemy pojęcie o sobie z angielskojęzycznych źródeł, anachroniczni. To nie jest wynik właściwej oceny. To jest wynik pomyłki jaką popełniają na zachodzi – im się po prostu nasza Wielka Wojna myli z Ich Wielką Wojną – stąd zdziwienie że dla nas Wielka Wojna ma takie znaczenie. Stąd książka Dawiesa „Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo” http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2176 mogła mieć na zachodzie pewien posmak debunkingu. Im się po prostu nie mieści w głowie kraj w którym szklana zastawa stołowa czy obraz z 1870 roku jest czymś niezwykłym. Kraj w którym zniknęło 10% ludzi. Kraj w którym nikt nie liczył na litość a kolaboracja nie była wyborem politycznym, rodzajem błędu w wyborze jaki sie wybacza między dżentelmenami, jakaś opcją mającą wydźwięk praktyczny, ale całkowitym ześwinieniem.
  2. Czytałem w książce Christopher Bartlett (Addison Wesley Longmann Ltd. London) 1994) “Konflikt Globalny. Międzynarodowa rywalizacja wielkich mocarstw w latach 1880-1990″ Ossolineum 1997 obok analiz dotyczących związków między patriotyzmem, wojną i weltpolitik (https://fiksacie.wordpress.com/2012/01/05/konflikt-globalny-miedzynarodowa-rywalizacja-wielkich-mocarstw-w-latach-1880-1990-cytat/ ) nastepujący przykłąd. Oto podczas I Wojny Światowej kiedy do Europy przybyli żołnierze z USA wprawili oni Europejskich żołnierzy w zdumienie objawiając im że walczą o wolność i przeciw złu jakie niesie ze sobą Pruska/Niemiecka zawierucha. Dla nich konflikt miał wyraźny aspekt aksjologiczny, moralny. Tymczasem dla żołnierzy Europejskich było w tym czasie całkowicie jasne że po drugiej stronie znajdują się tacy sami ludzie, walczący o takie same wartości jak oni sami, zaś wszyscy sa ledwie pionkami na szachownicy w partii rozgrywanej przez polityków mocarstw.Podczas I Wojny Światowej żołnierzowi bywało trudno utożsamiać się z wolą rządów walczących imperiów, mimo że to były jego ojczyste imperia. Dla porównania – „Dzieje Dzielnego Wojaka Szwejka podczas Wojny Światowej” sa jakimś dokumentem tego stanu rzeczy, prawda?

     Konstatacja z punku 2 wraz z 1 powyżej daje całkowicie inne odniesienie do wagi i roli wysiłku zbrojnego podczas wojny jakie mogły zapisać się świadomości narodów. W Polsce podczas II Wojny Światowej zginęło 10% populacji zaś na Białorusi/Ukrainie – 20-25%. Polak czy Białorusin z natury przeznaczeni byli przez faszystów do eksterminacji podczas gdy Francuz czy Włoch – w każdym wypadku ponosili pewne niedogodności – brak cukru w obozie jenieckim czy przekleństwa strażników. Niemal do końca wojny koncepcja Obozów Zagłady nie mieściła się na zachodzie nikomu w głowie, a i dziś znaczeni wygodniej byłoby stwierdzić że były to obozy faszystowskie, a nie prowadzone przez legalne państwo niemieckie. Podczas I Wojny Światowej żołnierze przeciwnych stron, zmęczeni absurdalną walką zagrali z swoimi wrogami w piłkę nożną na linii frontu i śpiewali razem, na głosy kolędy, wychodząc z okopów i organizują wspólna wigilię co stało się zresztą tematem przeboju Paula McCartneya. Sytuacje takie nie był jednostkowe, zaś trauma po zakończeniu wojny przejawiała się w powszechnym przekonaniu że było to szaleństwo. Tolkien pisał „Władzcę Pierścieni” dedykując postać wiernego Sama swoim plebejskim towarzyszom broni – statystom w teatrze śmierci którego cele pozostają dla nich trudne do ogarnięcia, ale którzy wypełniają swoje zobowiązania przyjaźni z oddanem psa. I to przekonanie na zachodzie zostało ugruntowane. Jesli Wojna Mocarstw, rozpoczęta w wyniku działań dyplomatów ponad głowami ludzi, była szaleństwem, to zwycięstwo miało być ostateczne, klęska Niemiec definitywna a Wielka Wojna – miała być ostatnia. Zwycięzcy zdeptali więc przeciwników zapominając wygodnie o swoim politycznym udziale w hekaombie. I połozono podstawy nastepnego konfliktu.

    Wobec wzrostu potęgi faszyzmu, zachód bynajmniej nie zachowywał się jak nieprzejednany przeciwnik. Koncepcje że najlepiej byłoby gdyby Hitler i Stalin załatwili sprawy pomiędzy sobą były przed wojną na zachodzie powszechne. Polskę uznawano za wichrzyciela, skoro racjonalnemu i rzetelnemu politykowi odmawiała ledwie korytarza transportowego do niemieckiego miasta Danzig i Prus. Przez wiele lat po I Wojnie ignorowano dyplomatyczne anonse Rosji bolszewickiej która chciała zyskać uznanie jako legalne państwo Europejskie – spadkobierca prawny i militarny Rosyjskiego Imperium Carów. W sensie cywilizacyjnym była to przecież ledwie zmiana władzy bez jakichkolwiek zmian w koncepcjach geopolitycznych. Rosja bolszewicka nie miałą zamiarów ani środków podbijać Europy jak się nam to zwykle przedstawia. Imperium w wypadku Polski siegało po tereny ktore od czasów zaborów czyli od 200 lat byly pod jego jurysdykcją. Co innego zrobilismy zajmując swego czasu Zaolzie? Kiedy było już bardzo gorąco Stalin, na którego współpracy w sojuszach przeciw Hitlerowi zaczęło gwałtownie Francji zależeć, mówił że nie zgadza się by „zachód rękami Rosji wyciągał kasztany z ognia” ( za „Białe plamy-czarne plamy: sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach 1918-2008” Autorzy Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych ). Oczywiście dziś w Polsce nie znajdziemy wiele osób które publicznie odważyłby się na taką obiektywną optykę, stąd pogląd taki – wyrażany zresztą także na zachodzie – wydaje nam się zgoła antypolski. Z faktu że tak go odbieramy, nie wynika jednoznacznie że takim jest. II Wojna Światowa dla zachodu to konflikt który nieledwie rozegrał się gdzieś daleko i dotyczył jakichś nieistotnych spraw. W zasadzie tylko jedna z nich obecnie ma jakieś znaczenie – Holocaust, ale to już sprawa Polskiego antysemityzmu. No i rozliczeń na które musi zdobyć się – oczywiście – naród Polski. Fakt że z 6 milionów wymordowanych Żydów, 3 miliony było Polakami – zdaje się nie docierać do zachodniej świadomości.

     Optyka kosmopolityzmu, braterstwa, w wypadku ludzi których wysiłek wojenny sprowadzał sie często do braków w zaopatrzeniu jest znacznie łatwiejsza i tańsza iż w wypadku narodów które poniosły milionowe straty… Inna też jest cena życia ludzkiego kiedy giną setki/tysiące rocznie a inna kiedy giną tysiące w ciągu dni a rocznie – miliony. I inna jest pamięć gdy żyją jeszcze ludzie którzy widzieli na własne oczy okropności o jakich zachód ledwie ma pojęcie.

     Uważam żę przyjmowanie zachodniej optyki w odniesieniu do Wojny – zwłaszcza II wojny Światowej – jest w wypadku Polaków – wielką głupotą. Usankcjonowaną zwyczajem nowych czasów ( nawet książki tłumaczone z angielskiego zachowują walory wyższego autorytetu) – ale głupota. Łączenie zaś tych spraw z patriotyzmem jest juz jakimś całkowitym nieporozumieniem.

     W wielu wypadkach zbrodnie wojenne jakich dopuszczali sie Niemcy podczas II Wojny Światowej zostały dokładnie opisane, i mamy wgląd nie tylko w dokumentacje przestępstwa ale znamy także wspomnienia i opinie zbrodniarzy. Pewien motyw pojawia się w nich w bardzo charakterystyczny i powtarzalny sposób. Jest nim poczucie obowiązku. „Dlaczego Pan nie pomógł?”, „Dlaczego zakatował Pan na śmierć ta kobietę?”, „Dlaczego brak było ludzkich odruchów na widok śmierci dziecka?”. „Z powodu poczucia obowiązku„. „Wydawało mi się że robię to co do mnie należy”. To nie jest tanie wyjaśnienie. Kto mógłby sądzić że do jego obowiązków zawodowych należy głodzenie ludzi? Jakie wartości wyznaje taki człowiek? Wstrząsająca prawda jest taka że absolutne zło – jest absolutnie banalne. Nie przejawia się w tym czego pełne są filmy fabularno-przygodowe – nie jest wynikiem działania zdegenerowanych monstrów dyszących smrodem i szukających sobie ofiary. Ci mordercy nie są narkomanami, zwyrodnialcami  ani żadną z postaci jaką chętnie widzielibyśmy w tym miejscu. Sa tacy jak my. Ich zło jest wynikiem działania procedur. Codziennych drobnych czynności – nadawania numerów ofiarom, golenia im włosów, wydzielania głodowych racji żywnościowych, braku pomocy medycznej z powodu organizacji działań wymierzonych na eksterminacje. Czasami ich motywacja to zemsta – na froncie zginął czyjś syn, brat. Ale na froncie w istocie ginie niewielu. A eksterminacja wymaga wielu – urzędników, buchalterów, strażników. I to oni, całkowicie zwykli ludzie, budują nieludzkie zło. Kroczek za kroczkiem.  Nawet nieznaczącymi faktami. Sprawna organizacja i zastraszanie działa tak, ze wszyscy wszystkich trzymają w szachu. A oszustwo podczas ważenia racji żywnościowych – urasta do bohaterstwa. Czy można od człowieka wymagać by był bohaterem? To samo możemy powiedzieć o tym co działo się w byłej Jugosławii, Ruandzie, w innych zakątkach świata. Jeśli eksterminacja miała charakter planowany – była banalna. Była jak organizacja przedsiębiorstwa. Jak biznes – ze swoimi rachunkami opłacalności i wyliczaniem oszczędności jakie daje zastosowanie gazu zamiast broni palnej. Poczucie obowiązku.
    Czyżbyśmy zatem słyszeli że poczucie obowiązku jest czymś złym? A tego nikt nie twierdzi! Obarczamy winą patriotyzm ( który można rozumieć na bardzo wiele sposobów) ale już nie banalne wypełniane swojej roli społecznej bez doceniania konsekwencji swych działań 9 co także dopuszcza wiele interpretacji i niuansów). Dlaczego? Dlaczego patriotyzm miałby być czymś w oczywisty sposób złym i prowadzić do zbrodni, podczas gdy posłuszeństwo i wypełnianie zobowiązań – miałoby być niewinnym działaniem?

     Działania jakich dopuszcza się człowiek, w pracy, na wojnie, w miłości i w pokoju mają bardzo złożone motywacje. Nie przypuszczam by patriotyzm, był bardziej groźny od zwykłej dokładności i obowiązkowości. Jest nam tylko wygodnie tak o tym myśleć. Działa tu mechanizm kozła ofiarnego – nie dosyć że znajdujemy winnego to jeszcze jest to coś co nam się opłaca obwiniać. Bo zrezygnować z patriotyzmu – to niekłopotliwe – wystarczy przywiązanie do społeczności, narodu, miejsca urodzenia i języka matki – zastąpić po prostu miłością własną. „Polska nic mnie nie obchodzi, liczę się tylko ja i moja rodzina”. Zaś powiedzieć „Będę wykonywał obowiązki tylko o tyle o ile jest zgodne to z moimi zasadami moralnymi” jest działaniem bardzo, ale to bardzo złożonym i skomplikowanym. I przede wszystkim trzeba by te zasady mieć….

    Taka historyjka- zdaję sobie sprawę że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana ale chcąc powiedzieć coś dosadnie – trzeba czasem nieco przesadzić. Pozwolę sobie zatem na przesadę nie do końca posiadając wiedzę co do niuansów tego co opisuję. Można przyjąć że tak to sobie wyobrażam. Spodziewam sie także że Joanna Rutkowski w żaden sposób nie została „oszukana” oraz wcale nie potrzebuje „mojej i niczyjej pomocy”. Chodzi jednak o pewien pedagogiczny przykład który ma dowodzić że świat nie działa tak jak nam klakierzy globalizacji – w tym taki Balcerowicz który ostatnio stał się ekspertem od kształcenia dzieci – winszują. Jeśli wyobrażam sobie w jakimś procencie dobrze – jakie wnioski z tego wynikają?

    Kamyczek do ogródka tych co twierdzą że naukę należy uprawiać w języku nauki czyli chińskim* angielskim. Zainteresowanym tematem pani Joanny Rutkowski nie trzeba przedstawiać – jest to badaczka z zakresu computer security która rozpracowywała bezpieczeństwo systemów komputerowych w kontekście zaufania do systemów operacyjnych i sprzętu. Zdaje się że jej prace od początku były prowadzone w języku angielskim, a link prowadzi do jej bloga – po angielsku. Jej działania doprowadziły do założenia firmy Invisible Things oraz do stworzenia nowatorskiego systemu operacyjnego Qubes który co do podstaw korzysta z opracowanej przez Rutkowską koncepcji „disposable virtual machines” czyli maszyn wirtualnych na żądanie – co pozwala  wyeliminować możliwość infekcji „jednego procesu komputerowego przez inny proces” gdyż działają one w różnych maszynach wirtualnych i komunikują się kontrolowanym potokiem danych. Nie jestem pewien czy Rutkowska jest twórcą takiej idei, z pewnością jednak jest jedną z kilku osób prowadzących w tym obszarze najbardziej zaawansowane prace na świecie. Całość podejścia przypomina rozgłoszone w świecie jako znakomite rozwiązanie Google w przeglądarce Chrome – gdzie każda karta jest izolowanym procesem.  W podejściu Rutkowskiej – nie mamy procesów ale „chwilowe maszyny wirtualne”.  Byłbym wdzięczny gdyby ktoś potrafił mi powiedzieć na ile Google mogło się inspirować pracami Rutkowskiej, która o podobnych rzeczach pewnie myślała od 2006 roku co najmniej ( jej pierwsze wpisy na blogu zajmują się tematyką detekcji wirtualizacji – jak proces w wirtualnej maszynie -ma się zorientować że w niej jest – anie w prawdziwym komputerze. Skuteczny wirus, by ominąć kontrolę hypervisora musi dokonać takiej detekcji. O ile rozumiem wg. Rutkowskiej – jest ona co do zasady – niemożliwa do obrony ale może mieć znacznie praktyczne. To znaczy – da  napisać taki hypervisor  uczyni taką detekcję trudną dla wirusa:  „In other words – we believe that it will always be possible to detect virtualization mode using various tricks and hacks, but: 1) those hacks could be forced to be very complex and 2) in case virtualization is being used on the target computer for some legitimate purposes all those methods fail anyway”  )

   Simon Crosby to founder and CTO of XenSource prior to the acquisition of XenSource by Citrix.  czyli osoba powszechnie znana, obecnie twórca rozwiązań w firmie Amazon. Ów Pan właśnie wpadł na podobny pomysł co Pani Rutkowska wiele lat temu – i ogłosił w Wired w artykule pod tytułem „Simon Crosby ‘Inverts Your Brain’ With Tiny Virtual Machine” że jego „supervisor” Bromium rozwiązuje wszystkie  problemy związane z bezpieczeństwem (tak tak, aż taki głupi to on nie jest, wiem. To człowiek o olbrzymiej wiedzy i uznany specjalista w dziedzinie wirtualizacji. Marketing ma jednak swoje prawa … ). Co charakterystyczne Wired określa te koncepcję jako niezwykle nowatorskie i odkrywcze.  Rzeczy które Rutkowska głosiła od lat – okazały się całkowicie nieistotne – bowiem świat angielskojęzyczny jako „ojca mikrowirtualizacji” na zawsze zapamięta Simona Crosby – wraz z jego Bromium. Jedyne co Rutkowska uzyskała to możliwość komentarza w Wired – a i ten zapewne z zrozumianych powodów jest znacznie bardziej mdły niż jej, jak odczytuję, cierpki wpis na własnym blogu. Bromium nie jest podejściem porównywalnym z Qubes Rutkowskiej, jednak ma ważną zaletę – działa po prostu na istniejących systemach operacyjnych – jako coś co się instaluje . „With Bromium micro-virtualization, we now have an answer: A desktop that is utterly secure and a joy to use. Micro-virtualization uses hardware isolation to securely allow untrustworthy desktop tasks to safely coexist with trusted enterprise applications and data – without risk, with an unchanged user experience. Inspired by the isolation principles of traditional virtualization, the Bromium Microvisor uses hardware virtualization to automatically, instantly and invisibly isolate each untrustworthy task within a tiny micro-VM that has no access to enterprise data or networks, and which cannot modify the desktop.”

    W zasadzie  to samo o swoim Qubes pewnie napisałby Rutkowska tyle że zamiast użyć istniejącego wsparcia sprzętowego dla wirtualizacji i pisać pod istniejące systemy operacyjne – napisała wraz z współpracownikami – własny system Qubes. Można by rzec – kupa dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Osobiście wcale tak nie uważam. Sądzę jednak że praca ta zostanie zmarnowana i zapomniana.

    Wyciągam  z tego wniosek jaki zawsze wyciągam: prace naukowe/techniczne są cytowane nie dlatego że są pisane po chińsku* angielsku ( choć to warunek konieczny), a nawet nie dlatego że sa interesujące i ważne ( choć to zapewnia sukces powiedzmy w 30%)  ale przede wszystkim ( 70% przypadków sukcesu) dlatego że autor piszą prace we właściwym języku i na należytym poziomie – jednocześnie – należy do stosownej koterii, pisze na modny temat, trafia we właściwe ucho. Ludzie w Polsce *nigdy* nie zyskają stosownego statusu i nie ma to żadnego związku z językiem w jakim swoje prace piszą ani z ich poziomem naukowym. Nie należymy do tych co należy kół dyskusyjnych. Nie uczestniczymy w tych co należy dyskusjach przy obiedzie. Najlepszym przykładem jest Wolszczan, którego Wyborcza ogłosiła „odkrywcą planet pozasłonecznych” ( i co zresztą odnotowano w wikipedii) , a o którym nie wspomina żaden z wykładowców w  kilku oglądniętych przeze mnie na ten temat wykładów z astronomii z neta. Nazwiska angielskie pojawiają się zawsze.  Zatem zamiast gonić za uznaniem w świecie – należy skupić się na budowaniu własnych koterii i mód i i z pożytkiem dla lokalnego przemysłu i społeczności – starać się mądrze rozwijać naukę. Nauka współczesna jest globalna – ale zyski sa jak najbardziej zlokalizowane i nie widzę powodu dla którego z owoców pracy pani Rutkowski mieliby korzystać amerykanie – jest winą polskiego rządu ( służb zajmujących się bezpieczeństwem informatycznym państwa) że badania takiej osoby nie spotykają się z należytym finansowaniem i wsparciem w Polsce. Co w żadnej mierzenie oznacza np.ich utajnienia,  a – wręcz przeciwnie – należytego docenienia, analizy i użycia zanim zrobią to inni a nie po tym fakcie – jak to zwykli nam zalecać „eksperci od edukacji np. Balcerowicz”

            *Jak wiadomo należy się spodziewać że język Chiński będzie językiem nauki XXI wieku. Za szczególnie śmieszny uważam fakt, że wprawia to w konsternację i dysonans pojęciowy apologetów języka angielskiego w edukacji. Nie chodzi bowiem o to w jakim języku się pisze, ale o to czy umie się się „grac w tą grę” co ze znajomością języka bywa w Polsce mylone.

   

    [..] Wszyscy, którzy poświęcali po kilka miesięcy w roku na redakcje czasopism lub dzieł zbiorowych, niech zauważą, że teraz tymi tomiszczami mogliby się tylko postukać w czoło,  gdyż także redakcje naukowe przestają być w cenie. Co jednak bardziej jeszcze uderzające, także książki monograficzne, często owoc badań wieloletnich, okażą się mało istotne, zgoła prawie nieważkie, jeśli dotyczą spraw naszych, krajowych, a już nie daj Bóg lokalnych. „Dzieje Pcimia” – z całym szacunkiem dla społeczności Pcimia – należy opublikować po angielsku. A właściwie – odtąd lepiej ich po prostu nie badać, bo to badaczowi tylko zaszkodzi. W sprawach mowy, literatury i historii ojczystej, edukacji i wychowania polskiej młodzieży – o tym wszystkim powinniśmy donosić w czasopismach ukazujących się w Queensland, gdyż są one notowane na listach światowych, w przeciwieństwie do czasopism polskich. Czyżby dlatego, że mieli tam niedawno bardziej widowiskową powódź? „Kangur a sprawa polska”? [..]

    Czy kiedykolwiek zastanawialiście się co łączy następujące zagadnienia:

  • pozwolenie na uprawy GMO w Polsce
  • ACTA
  • Reforma Emerytalna
  • Reforma Balcerowicza

i w zasadzie niemal wszystkie pozostałe działania rządów w Polsce po 1989 roku? Są to bardzo różne sprawy, kompletnie odstające od siebie zagadnienia. Rzeczy które dotyczą różnych dziedzin wiedzy, działań i obszarów społecznych. Każdy z tych obszarów można uznać za związany z szczególną wiedzą specjalistyczną, ekspercką, a sa to obszary rozłączne. Na przykład w wypadku roślin GMO i ich uprawy w Polsce to temat z pogranicza ekonomii rolnictwa i przemysłu żywnościowego, zaś ACTA to temat z dziedziny zarządzania innowacyjnością, gospodarką i przemysłem. Reforma emerytalna to zagadnienie z zakresu demografii i gospodarki. Reforma Balcerowicza zaś wydaje się być związana głównie z kwestiami społecznymi i politycznymi.

     Przyjrzyjmy sie przykładom, komentując te które sa mniej oczywiste lub znane (niecierpliwi mogą pominąć czytanie przykładów – choć ten o GMO, pod wpisem o ACTA,  jest unikalny w Polskim piśmiennictwie ;-) i skoczyć do słowa Konkluzje, na dole wpisu).

     Oto w dyskusjach rządowych ACTA okazuje się być porozumieniem dotyczącym kradzieży, a nie ochrony własności gospodarczej która powinna przynosić zyski. Oczywiście o tym kontekście wspomina się – jednak słabo i głównie w rozmowach prywatnych. Oficjalnie – chodzi o zasadę „nie kradnij”. Gdyby jednak odwrócić optykę i zacząć rozmawiać o interesach – a wydaje sie że przyjęcie umowy międzynarodowej powinno taki aspekt uwzględniać – naturalnym jest pytanie czyje mają być te zyski? Czy nam sie ACTA opłaca? Nam czyli komu? Być może dla rządu ważnym aspektem sprawy jest utrzymanie łaski uświęcającej po ostatniej spowiedzi – od czasu jak okazało sie że prezes NBP odmawia w pracy godzinki, żadna niekompetencja mnie już w polityce nie zdziwi. Jednak dla reszty z nas – być może tej upadłej moralnie, pytanie „czy nam sie ACTA opłaci?” wydaje sie być ważne. Jak wiadomo „Narody nie mają uczuć tylko interesy”. Oczywiście dziś już wiemy, że w sprawie ACTA na polski rząd naciskała ambasada USA. Nic dziwnego że rząd jak ognia unikał rzeczowej dyskusji, w jej miejsce apelując do indywidualnego poczucia moralności. Domyślam się że premier i ZAIKS  robił co mógł, dwoił się i troił by na spotkaniu pojawili sie „okradzeni” ze swojej własności emerytowani piosenkarze. W pospiechu znaleziono takiego ( zmuszono?) który sam miał problemy z rozpoznaniem własności, tyle że oprogramowania. Oczywiście  fakt że doszło do ugody  nie ma związku z tematem, a piosenkarz podczas kontaktów z BSA mógł poznać jacy to mili ludzie i to sprawiło że przekonał sie do znaczenia własności intelektualnej.  Problem jednak w tym, ze ACTA nie dotyczy piosenkarzy, a raczej nie tylko ich. Dotyczy przemysłu. Uwaga społeczna została skupiona na kwestiach związanych z moralnością i prywatnością, podczas gdy realnym sensem ustawy jest niemal wyłącznie, już nawet nie tyle ochrona zagrożonych interesów amerykańskiego przemysłu, ale wręcz powiększenie jego wpływu na gospodarkę do niebotycznych rozmiarów. W myśl ACTA – korporacje uzyskiwałby de facto możliwości jak służby specjalne ( dostęp do danych obywateli na podstawie domniemanie popełnienia wykroczenia). Możliwości te zapewne zostałyby użyte nie tylko przeciw osobom prywatnym w celu ukrócenia powiedzmy wymiany plików multimedialnych, ale należy przypuszczać głownie do likwidacji konkurencji rynkowej przez długotrwałe i kosztowne procesy w których domniemana konkurencja musiałaby udowadniać żę nie jest wielbłądem ( w powództwie prywatnym a o otwarciu tu takiej drogi mówimy, nie obowiązuje zasada domniemania niewinności). Był to więc nie tyle skok na „piratów” ale skok na cały system gospodarczy której celem było otwarcie efektywnej metody kontroli całych segmentów rynku przez wielkie korporacje. .

     Debata nad pozwoleniem dla upraw GMO w Polsce odbywa się w ramach polaryzacji poglądów. „Wierzę w naukę” vs  „naukowcy to kłamcy”. Powszechnie animuje sie dyskusję tak jakby chodziło o to czy żywność GMO jest szkodliwa czy nie. Zwolennicy GMO starają się tu wygrywać argument że współcześnie żywność i tak pochodzi z produkcji przemysłowej. W konieczny sposób nie jest to żywność „z prywatnego ogródka hodowana na kupie od krówki” ale żywność przemysłowa, jabłka z wielkich i opryskiwanych upraw, pomidory z hektarów szklarni itp. Tymczasem zezwolenie na uprawy GMO w Polsce nie ma nic wspólnego z tym czy żywność przemysłowa jest zdrowa czy nie. Nie chodzi  także o to czy GMO szkodzi czy nie. Od tego sa regulacje i sanepid (cha, cha..).  Nawet jeśli ta czy inna odmiana GMO szkodzi, lub stosuje się przy jej uprawie nadmiarowo pestycyd, całkiem podobnie rzeczy mogą się mieć z klasyczną żywnością przemysłową. Nie ma zatem żadnego sensu sprowadzać debaty nad GMO vs. żywność klasyczna do tych tematów skoro praktycznie sie one nie różnią, a konstatacja taka nie jest ani poparciem ani wadą żywności GMO. Co więcej – można mieć pewną nadzieję, ze żywność GMO co do zasady może być zaprojektowana tak by była bezpieczna, a wręcz może bezpieczniejsza niż żywność tradycyjna – z tym że w obecnym modelu biznesowym wydaje się to nie być możliwe od osiągnięcia, zwłaszcza w Polsce ( bo możemy Monsanto nagwizdać, a nie zniszczyć kontrolą sanepidu cha, cha) . Problem zatem nie w tym czy badania naukowe sa wolne czy sponsorowane, czy nauka kłamie cz nie kłamie, ale raczej czy nam się GMO opłaca czy nie i czy potrafimy rynek GMO objąć skuteczną kontrolą państwową. Czy umiemy oszacować koszty społeczne, ekologiczne i gospodarcze wprowadzenia GMO do Polski i jak ten szacunek wypada. Z analiz dostępnych danych wynika że wypada kiepsko. Z opracowania dostępnego tu, wynika, że zysk z upraw GMO w Hiszpanii wynosi od -1.3% do 12% w zależności od regionu, przy czym koszt nasion jest o 40% większy niż w wypadku upraw tradycyjnych. Podnosi sie argumenty że nasiona GMO sa lepszej jakości i bardziej płodne – zwróćmy jednak uwagę na owa różnicę w cenie – 40%. Można zasadnie pytać – czy podnosząc wymagania co do nasion tradycyjnych aż do poziomu wzrostu ceny o 40% – w drodze całkowicie klasycznej selekcji materiału siewnego – nie uzyskamy poprawienia jakości nasion i wzrostu ich płodności? Tymczasem stosując GMO za cenę niewielkich zysków, podnosimy znacząco bo o połowę koszty rozpoczęcia uprawy. Optymistycznie: „The yield advantage of Bt over conventional maize ranges from 12,1% in 2002 to 11,6% in 2004.” zaś pesymistycznie: „The yield advantage of Bt over conventional maize ranged from -1.3% in 2003 to 1.8% in 2002 and 2004.””. 12% hipotetycznego zysku w najlepszym przypadku nie uzasadnia ponoszenia ryzyka ewentualnych problemów, a zwłaszcza otwarcia rynku nasienniczego dla wielkich korporacji międzynarodowych – czyli de facto jego oligopolizacji. Koszty takiej oligopolizacji czy może monopolizacji przekraczają jakikolwiek zyski które możemy na GMO osiągnąć. Co więcej – i tak 2/3 polskiego rynku pasz – a tam głównie jest stosowane GMO – jest związane z importem. Produkujemy tylko 1/3 stosowanych pasz – zatem wprowadzenie GMO najpewniej nie zmieni żadnych relacji cenowych na rynku wewnętrznym. Widać wyraźnie że argumenty ekonomiczne sugerują niewielką zyskowność (-1.3% – 12% – średnia będzie około 10 % ) przy sporym ryzyku utraty kontroli nad rynkiem nasion ( skoro nasiona GMO sa opatentowane i kontrolowane w całości przez podmioty prywatne, a przy tym jałowe). W jednym z opracowań przygotowanych przez polskich lobbystów GMO – producentów kukurydzy – spotkałem się ze stwierdzeniem że stosowanie GMO powoduje nawet ponad 25% wzrost płodności. Czyżby „ekspert od uprawy kukurydzy” nie znał oficjalnego opracowania UE na temat uprawy GMO w Hiszpanii które linkuje powyżej? Zwrócę uwagę że polski lobbysta nie podał źródła z którego zaczerpnął swoje wierzenia, natomiast raport powyższy zawiera tzw. twarde, rzeczywiste dane. I to bardzo przyjemnie i przejrzyście opracowane. Czyżby można stąd wysnuć wniosek, że UE nie jest aż taką skażoną lobbyingiem, niekompetencją i marionetkową organizacją jak nam się wydaje kiedy ekstrapolujemy rodzime Polskie, doświadczenia z PoPiS na grunt Europejski? Co ważniejsze, z być może nieracjonalnych powodów, co jest w sumie bez znaczenia, większość konsumentów żywności GMO sobie nie życzy. Zatem gdyby spojrzeć na kwestie gospodarcze, ekonomiczne i społeczne – GMO nam się może nie opłacić także i z powodów czysto rynkowych. Zgadzam sie tu z ekologami ( choć z zupełnie innych powodów niż wyznawane przez nich poglądy) że dla Polskiej żywności znacznie większa szansa wydaje się byc postawieni na jej wysoka jakość i naturalne pochodzenie – w tej dziedzinie bowiem w Europie nie ma kraju który obecnie mógłby nas prześcignąć. Mamy spory potencjał sadowniczy, jesteśmy jednym z większych producentów jarzyn i owoców. Oczywiście dla rządu – to bez znaczenia – liczy się spór o imponderabilia – czy nauka mówi kłamie i GMO szkodzi czy tez nauka mówi prawdę i nie szkodzi. Tylko taką optykę debaty społecznej sa w stanie przyjąć media, prezydent i ministerstwo rolnictwa. Tak jakbyśmy musieli w kraju dyskutując o tym zagadnieniu przejść fazę dyskusji którą na zachodzie w zasadzie zakończono ze 20 lat temu u zarania genetyki – bowiem rzecz nie tkwi w ogólnych zasadach genetyki i w ocenie  ogólnych zasad jej bezpiecznego stosowania jak nam się przedstawia. Rzecz tkwi w istniejących praktykach biznesowych. W technologii przemysłowej. Nie w kwestiach abstrakcyjnego sporu naukowego. Używam zwykle tu przykładu: rynek samochodowy jest szkodliwy bo samochód może zabić. Jak się zapali benzyna. Co to zmienia w temacie biznesu automotive?  I czy oznacza to że producenci samochodów – jeśli dowiodą że samochód się nie zapala – mogą już robić cokolwiek im sie podoba? Tak jakby docelowy wniosek brzmiał  – „jak nie szkodzi – możemy uwalić całe nasze rolnictwo i zniszczyć markę naturalnej żywności z Polski – w celu” … bez celu. A może za 3 lata okaże się że prawdziwym celem była posadka dla Palaka w jakiejś komisji ONZ do spraw żywności która kupi mu Monsanto? Wprowadzając GMO poprawimy sobie zaledwie 1/3 rynku pasz o 10%. Nie lepiej po prostu zrezygnować całkowicie z produkcji pasz i wszystko importować? Wyjdzie taniej, w miejsce kukurydzy na pasze posadzimy najpiękniejsze i najzdrowsze – przemysłowe – jabłka w Europie. Może to bzdura – ale chciałbym zobaczyć Polski raport ekspertów który to udowodni odwołując sie do danych.

     Reforma emerytalna to największy szwindel obecnie panującej ekipy. Ekipy która jak w starożytnym Egipcie opiera swoją legitymację do władzy na budowie piramid, świątyń i Euro 2012. To oczywiście dobrze że rozbabrano budowę pewnej liczby autostrad. Smuci jednak fakt że w państwie tak rzekomo wielkiego sukcesu gospodarczego te budowy trzeba było rozbabrać za cudze pieniądze. Czyżby żaden z silnych i we wzorowej kondycji finansowej banków w Polsce nie zechciał kredytować tak zyskownej inwestycji jak budowa płatnej autostrady? Zadłużenie kraju jest olbrzymie, rząd nie jest w stanie prowadzić elementarnych działań. W pobliskiej do Żywca Łękawicy samorząd zadecydował o likwidacji jedynej państwowej szkoły w miejscowości. Oczywiście powodem jest niż demograficzny a co za tym idzie rosnące koszty. Dzieciom i ich rodzicom zaproponowano dojazdy do odleglejszych placówek. Rodzice podnieśli protest, jedyne co udało się uzyskać to przekazanie szkoły w zarząd prywatnych fundacji – rodzice będą utrzymywali szkoły z własnych pieniędzy. Z gotówki. Tak oto w XXI wieku w małej miejscowości, ludzie którzy płaca podatki nie otrzymają tego za co płacą. Podatki płacić trzeba, a oszustwa podatkowe wg. oficjalnych ekspertyz profesorów od ekonomii sa grzechem (z tym że rodzina ministra finansów ma dyspensę i jej wolno). Ma jednak wrażenie że sens łożenia na państwo tkwi w przezorności takich działań i ich długofalowej zyskowności. I wbrew temu co uczą na polskich uczelniach ekonomicznych – nie mam tu na myśli inwestycji w życie wieczne. Tymczasem państwo obywatelskie, likwidując szkoły, żłobki i biblioteki zanika, rezerwując sobie już niemal wyłącznie tylko rolę machiny represji. No, pozostaje jeszcze kultura wysoka – w telewizorni Tusk i reszta ekipy zaśpiewają nam „Spoko koko”. Bardzo kompetentna władza. Oczywiście związek tego faktu ze zwolnieniem UEFA od płacenia podatków i to na okrągły rok, jest czysto przypadkowy. Rostowski który potrafi w innych okolicznościach pokazać zależność między deficytem finansów państwa a rozrzutnością biblioteki prowadzonej przez jedną osobę we wsi, zarazem jest ślepy nie tylko na fakt że UEFA nie zapłaci ani grosza podatku w Polsce. Rostowski  – jako ekonomista – zwalniając UEFA od podatku – oparł się na ponoć na tradycji, zwyczaju. Takiej odwiecznej tradycji naszych czasów – „UEFA nigdy nie płaci podatków”.  Super. Nawet komuna tego nie wymyśliła – mieliśmy zaledwie niematerialną tradycyjną przyjaźń Polsko Radziecką. Coś mnie ominęło – czy mogę odmówić zapłacenia podatku PIT bo taki mam zwyczaj?  Na dodatek dzielny niezmordowany minister finansów nawet do niedawna nie byl w stanie sprawnie  przedstawić  jakie są obecnie koszty Euro2012 i czy trzymamy sie wcześniejszych przepowiedni budujących wiarę że wyjdziemy na swoje.  W zasadzie można przypuszczać ze żaden taki dokument – harmonogram inwestycji – nie istniał.   Fajny specjalista od pieniędzy – wysymulował jak zrobić by zarobić, ale nie kontroluje czy wydajemy kasę według tego planu. Do pewnego stopnia rzutuje to na wiedzę co do wiary Rostowskiego we własne symulacje…  A to tylko wierzchołek góry lodowej. Z interpelacji poselskiej z 2009 roku można się było dowiedzieć że 5 największych sieci handlowych w kraju – łącznie – czyli w sumie – zapłaciła podatek o takiej wysokości jaki powinna zapłacić każda z nich z osobna – gdyby podatki wynosiły 19%. Można to ująć inaczej – statystycznie każda z tych sieci zapłaciła podatek w wysokości 1/5 tego co mogłoby wynikać z informacji o obrotach i typowej rentowności na rynku handlu detalicznego.  Po prostu – sieci handlowe jak Tesco czy Biedronka są rażąco źle zarządzane i mają bardzo niską rentowność a wysokie koszty.  Acha – no i inwestują w drogie, nowoczesne technologie które kupują zapewne od spółki matki… Oczywiście wysokość podatku jest naliczona zgodnie z prawem i bez wzbudzania niepokoju i tak zapracowanego ściganiem drobnych sklepikarzy fiskusa. Co charakterystyczne ministerstwo nie podało  informacji o wysokości podatków płaconych przez te spółki w rozbiciu. Z uwagi na tajemnicę podatkowa? A może nie uważa za celowe posiadania tego typu zestawień? Czy nie byłoby fajnie zobaczyć na stronach ministerstwa on line informacji które firmy płaca jaki podatek? I ile to jest w stosunku do zysków, przy założeniu średniej rentowności dla branży? Cóż – wymagałoby to przetargu i miliardów dolarów inwestycji w infrastrukturę serwerów, zaś dałoby niewielkie zyski, słusznie minister zwraca uwagę ku bardziej racjonalnemu wydawaniu pieniędzy. Na przykład na  Euro 2012… W ramach racjonalizacji wydatków zatem  Polska ma najniższą w Europie dostępność do lekarza na 100 tysięcy pacjentów. Ale NFZ notuje co roku nadwyżki finansowe. Mamy jeden z najwyższych w Europie indeksów Giniego, przy czym zarobki mamy jedne z najniższych co także ma znaczenie bo czym innym sa nierówności w Anglii gdzie nie ma biedy a czym innym w Polsce gdzie bieda dotyka 30% społeczeństwa. Są środowiska w których bieda staje się dziedziczna. Co sami eksperci którzy nie wiedzą ile podatku powinno zapłacić Tesco – nie mają najmniejszych wątpliwości że powodem bezrobocia jest niska aktywność tych którzy nie mają pracy – słowem – za dobrze im na garnuszku. Łatwiej bowiem poznać dokładnie życie 2 milionów ludzi niż skontrolować jedną firmę handlowa.Tymczasem rosną koszty życia – rząd nawet nie ukrywa swojej motywacji – 60% ceny paliw to przecież akcyza – by za pomocą wzrostu podatków i innych obciążeń jak VAT obciążających wszelkie elementy infrastruktury i żywność, finansować rozdęty aparat biurokratyczny. Polscy emigranci którzy żyją obecnie w Wielkiej Brytanii i Irlandii sa tam obecnie najpłodniejszymi mniejszościami narodowymi. Polacy żyjący w Anglii i Irlandii czasami wobec kryzysu w tych krajach, nawet z zasiłków, a już co do zasad wykonując tam raczej proste prace, chcą mieć i mają więcej dzieci niż w Polsce gdzie dzietność jest mniejsza obecnie niż w Chinach. W których nadmiarowe dzieci się zwyczajowo zabija. Tak oto dochodzimy do demografii. W takiej sytuacji pojawia sie koncepcja zrabowania ludziom oszczędności ich życia a to za pomocą odczekania z wypłatą należnej im emerytury aż umrą. Minister na antenie radia bez ogródek wyjaśnia prostaczkom ze tak sie właśnie sprawy mają. W jego opinii – jest to konieczność, jako minister finansów nic innego zrobić bowiem nie potrafi. Oczywiście znamy takie praktyki – tak postępuje większość prywatnych ubezpieczycieli – zasłużenie pracując na opinię oszukańczej branży. Czy Państwo jest jednak przedsiębiorstwem nastawionym na zysk? Jak wyjaśnia znany ekonomista Piotr Kuczyński – dzieje się tak z powodów czysto koniunkturalnych, związanych z chwilowym nastawieniem spekulantów ( radzę odszukać inne opinie Kuczyńskeigo na ten temat, publikowane np. w wyborczej). W skrócie chodzi o to ze dawno temu ktoś pożyczył nam pieniądze, a my w zamian wystawiliśmy weksle ( obligacje), którymi obecnie handluje sie na wolnym rynku. Właścicielem tych weksli jest obecnie ktoś zupełnie bez związku z naszym dawnym wierzycielem, ktoś kto zamierza je sprzedać w ciągu nadchodzących liku tygodni jeśli nie dni. Osoba ta ( oczywiście najpewniej nie jest to konkretny człowiek, raczej niewielki zbiór instytucji finansowych) chce by w momencie kiedy weksle będzie sprzedawać ich cena była dla niej korzystna. Zwraca sie zatem do Rostowskiego, a ten natychmiast ogłasza że ludzie będą pracować do 67 roku życia. Uzasadnienie? Czy można oczekiwać że profesor ekonomii uzasadni swoją decyzję dotyczącą bądź co bądź 39 milionów ludzi? Nie należy tego oczekiwać – bo i jak można uzasadnić postępowanie które wykonuje się zwyczajnie na prośbę czy z powodu nacisków spekulantów? Zwrócimy uwagę na kolejność – w ekspose rząd ogłasza że jeśli instytucje finansowe prowokujące kryzys finansowy na nasz kraj dostatecznie mocno by spowodować problemy finansów wewnętrznych rząd nie cofnie się przed obciążeniem społeczeństwa kosztami takich nacisków. jest to tzw. plan pesymistyczny – jedyny jaki ktokolwiek znający tzw. rynki finansowe bierze pod uwagę. Czego bowiem się spodziewać od socjopatów nastawionych na zyski kiedy ktoś ogłasza że spełni nawet wygórowane ich żądania? Następnie premier wspomina o nadchodzącej reformie systemu emerytalnego. Następnie reforma zostaje ogłoszona zaś parlament zajmuje się jej przegłosowaniem. Minister poszukuje argumentów dlaczego jest ona konieczna. Zamiast tego na razie słyszymy banialuki o „trosce o bezpieczeństwo socjalne emerytów” oraz obawy o to że na rynku pracy braknie pracowników za… 20 lat. Prezydentowi nieostrożnie wyrywa sie uwaga o koncepcji otwarcia granic dla pracowników zza wschodniej granicy – widać lobbyści już pracują – i to przy bezrobociu na poziomie 13%. Obawiam się że pan profesor przygotuje co prawa kilka reklam w telewizji, a może nawet zaśpiewa „Spoko koko”, ale wyliczeń że nam się opłaci pracować do 67 roku życia nie dostaniemy. Podobnie jak lepszej opieki medycznej kiedy już będziemy musieli pracować o lasce.Być moze przystąpienie do Open Government coś by tu mogło zmienić, ale rząd musi się najpierw z otwartości całkowicie wycofać, oczywiśce po to by wziąć lepszy rozbieg…

     Na temat planu Balcerowicza nie będę się rozwodził – sprawa jest znana – wykiwano nas z kretesem, a tylko ogólnej ciemnocie, brakom wiedzy ekonomicznej, wiedzy o świecie i manipulacji mediów, należy przypisać że postrzegamy wprowadzenie owego planu jako manichejską walkę o wolność i demokrację. W istocie była ona bowiem wyprzedaż majątku i zniszczeniem rodzimego przemysłu, za co dziś płacimy wysokim bezrobociem i dostępnością tylko prac dla ludzi nisko wykwalifikowanych. Plan Balcerowicza był przede wszystkim działaniem ad hoc, bez wiedzy, umiaru i wnikliwych analiz, działaniem bez jakiejkolwiek kontroli, ładu i składu. Dowodzą tego niedawno opublikowane dokumenty – książki nadal lezą w księgarniach. Dosyć wspomnieć żę „plan Balcerowicza” nie spełnił niemal żadnych zakładanych przez jego frontmanów prognoz, poza bodaj jednie zduszeniem inflacji. To niby niemało, ale do genialności – sporo brak. Nic zatem dziwnego że kiedy brak rzeczowych argumentów i wyników potwierdzających sukces – okazuje sie jedynym celem od początku była walka z siłami ciemności i powrót to pradawnego dziewictwa i niepokalania Wolnego Rynku. Proszę spojrzeć – podnoszony czasem argument że sukces polega na tym iz w sklepach sa telewizory i samochody z zachodu jest dowodem klęski – sukcesem byłoby gdyby były to telewizory samochody Polskie. Na współczesnym etapie rozwoju kapitalizmu problemem jest nie brak dóbr ale ich nadprodukcja, zatem nie dosyć że mnogość dóbr nie świadczy o sukcesie gospodarczym, to wręcz obnaża kompletną nieznajomość ekonomii i świata u tych którzy takiego argumentu używają. Pamiętam całe wieczory spędzone na burzliwych dyskusjach z moim ojcem – który ukończył ledwie podstawówkę i późniejszą naukę zawodu. Broniłem Polskich przemian – ojciec mówił to co teraz wiem. Nawet jeśli Balcerowicz działał w dobrej wierze ( a sposób jego działania, np. unikanie upowszechniania prawdziwych informacji i doktrynerskie nastawienie mogą budzić wątpliwości ) nie zrealizował nic co można by nazwać Polskim interesem. Tak jak dziś to oceniam – być może ledwie udało mu sie nas nie pozabijać.

     Konkluzja. Co zatem wspólnego w tych wszystkich przypadkach mamy? Otóż wydaje się iż można dowodzić iż we wszystkich przedstawionych tu przykładach, a także w dziesiątkach innych skandali jakie przetaczały się i nie, przez media, cechą charakterystyczną jest jakikolwiek brak rzeczowego dialogu społecznego, ba, takie manipulowanie tym dialogiem by powstał konflikt światopoglądowy, ukrywający faktyczne znaczenie konfliktu, zwykle ekonomicznego. We wszystkich wypadkach ludzie którzy określają się jako demokraci, przynależni do obozu wolnościowego, akcentujący otwartość i pochwałę nowoczesności – sprawując władzę narzucają ludziom swoje postępowanie i unikają wyjaśnień. Słowem – w Polskiej polityce zamiast rzeczowej dyskusji i decyzji opartych na faktach, mamy dyskusje o dupie Maryny i moralności. Zarządzanie kryzysem za pomocą socjotechniki, zamiast demokracji.  Zakłady bliskie upadłości i nie mające istotnych przewag rynkowych – nie podlegają prywatyzowaniu – bo nikt ich nie che kupić. Zakłady które da sie sprzedać – niejednokrotnie – choć oczywiście nie zawsze – można i należy utrzymać jako państwowe.  Nie ma żadnego standardu światowego w tej materii. W państwach rozwiniętych występują państwowe zakłady przemysłowe by wspomnieć niedawna jeszcze sytuację Nokii która została sprzedana po tym jak zaczęła tracić przewagę technologiczną, a nie kiedy przynosiła zyski, czy to że w Norwegii 80% rynku wydobywczego kontroluje państwo. Każdy kto chce nam wmówić zę prywatyzacja kopalni, huty, poluzowanie regulacji podatkowych czy ograniczeń chroniących miejscowy przemysł jest działaniem zmierzającym do powrotu do normalności w walce ze złem komunizmu – jest najpewniej oszustem, i to bez związku z jakimikolwiek argumentami ekonomicznymi dotyczącymi tych działań. Bo żadna taka normalność nie istnieje i nigdy nie istniała w nowoczesnym świecie. Podobnie osoba twierdząca że jedynym źródłem poprawy finansów państwa jest kieszeń obywatela, zwłaszcza biednego. Podobnie ktoś kto stara się dowodzić że dzięki bogatym, biedni mają pracę. Pieniądze jednego Kulczyka znaczą dla gospodarki dokładnie tyle samo co pieniądze tysięcy Kowalskich – i jeśli państwo jest dobrze rządzone – siła ekonomiczna bogatych  Kowalskich aktywizuje  więcej niż nawet kilkunastu Kulczyków. Ford podnosił zarobki robotnikom by kupowali jego samochody. I odniósł sukces w kraju pogrążonym w kryzysie. Nie można nazwać dobrym gospodarzem kogoś kto z jednej strony twierdzi zę mamy braki w finansach publicznych, a z drugiej urządza wystawne imprezy na nasz koszt nie kontrolując wydatków. Ktoś taki jest manipulantem który zamiast przedstawić rachunek ekonomiczny w którym wykaże co zyskamy, przeprowadził ów rachunek po cichu i doskonale wie co chce osiągnąć i ile zysku zostanie podzielone – z wyłączeniem nas. Społeczeństwa kraju który popadł w srogi problem. Publicznie zaś prezentuje swoje decyzje jako „przywracające święty porzadek rzeczy”. Żyjemy bowiem w imitacji demokracji rządzonej w pozakulisowych porozumieniach pomiędzy grupami skorumpowanych polityków a wielkim biznesem. Nawet pewien procent uczciwych ludzi przy władzy nie jest tu w stanie zmienić zasadniczej wymowy faktów. Ba! Część ludzi o których mowa zapewne wręcz wierzy że ich działania są dobre i sensowne – a jest tak dlatego ze zostali tak właśnie ukształtowani przez swoich neoliberalnych mentorów. Wystarczy przypomnieć wzruszenie jakie wywoływało u tych ludzi ledwie zmarszczenie brwi Alana Greenspana – jednego z architektów obecnego kryzysu finasnowego. Mówimy o ekspertach którzy onanizowali się wyobrażając sobie siebie samych jako lokalne wcielenie tego człowieka, najpewniej zupełnie nie rozumiejąc jego roli w systemie finansowym USA i świata. I świadomość tego faktu powinien mieć każdy – bowiem jego prawdziwość nie ma nic wspólnego ani z lewicowością, ani z prawicowością. I nie sprowadza się do prostackiej konstatacji ze „politycy kłamią”. Jest to zwykły fakt, a jego niezrozumienie czy nieznajomość ma katastrofalne konsekwencje.

    Ludzie powszechne narzekają na rozrost biurokracji i oczekują zmniejszenia interwencji państwa w gospodarkę a nawet ogólniej w życie ludzkie. Tymczasem takie myślenie skażone jest wadliwa optyka związaną z przedstawianiem problemów w abstrakcyjnej i oderwanej od rzeczywistości formie. Formie w której w miejsce esencji polityki – dbałości o dobro wspólne – osadzono ideologię i pełną moralizatorstwa retorykę bez odniesienia do faktów. Tymczasem każde pole z którego wycofa sie państwo ktoś zapełni. Gdyby świat był idealny jak w powieściach Kalicińskiej, zapełnialiby je filantropi, którzy dorobiwszy się na domowych przetworach ze śliwek z własnego sadu, fundowaliby szkoły biednym dzieciom. Sporo pieniędzy wydano na propagandę by nas przekonać że tak to działa. Czas dorosnąć. Jednego można być pewnym – miejsc w których nie ma zysku – nie zapełni żaden biznes. Zapełni je bieda i beznadzieja. Miejscowość Łękawica koło Żywca, i setki innych niewielkich miejscowości nie staną sie rajem na ziemi kiedy państwo przestanie się wtrącać. Wszyscy potrzebujemy państwa które jest obecne i spełnia swoje zadania – zamiast zajmować się wchodzeniem do dupy panom z UEFA na nasz koszt. Wśród działań państwa nie ma organizacji turniejów piłkarskich by pomnożyć dochody prywatnych organizacji przeżartych korupcją od szczytu do dna.  Są za to takie zadania jak  racjonalne inwestycje w infrastrukturę, walka z bezrobociem, zapewnienie powszechnej i dobrej edukacji i służby zdrowia, redystrybucja podatków i dbanie o wyrównywanie różnic majątkowych w społeczeństwie, realizacja podstawowych postanowień konstytucji w zakresie wolności wyznania, słowa i bezpieczeństwa socjalnego. To nie jest manifest socjalistyczny – to jest domaganie się realizacji europejskiego standardu cywilizacyjnego państwa demokratycznego który obowiązuje w świecie. Opartego na gospodarce rynkowej. Wiele wiele poważnych i niełatwych zadań o realizacji których rządzący obecnie nie mają zielonego pojęcia.

    Dlatego nie mniej państwa jest potrzebne ale więcej. Z tym ze państwo to musi być demokratycznym państwem prawa działającym w interesie społeczeństwa, a nie oligarchii i elity finansowej świata. A doświadczenia pokazują że można to osiągnąć. Koszty zmian które sa tu konieczne nie są wcale wielkie. Uszczelnienie prawa podatkowego i cofnięcie przywilejów finansowych które rozdano nie przyniesie żadnej katastrofy ekonomicznej. Nie ma alternatywy – być tanim niewolnikiem albo zginąć z głodu. To jest optyka która sprzyja obecnie sprawującym władzę technokratom. Jeśli można robić interesy dzięki korupcji i układom – robi się je bo tak jest taniej. Korumpuje się tylko ludzi skłonnych do korupcji. I bez problemu odszukuje się ekspertów którzy nazwą takie działanie „ekonomią wolnorynkową” czy „koniecznością wynikającą z mechanizmów rynkowych”. Stan normalności – nie absolutnej – ale stan poprawy – można osiągnąć tylko dzięki dobrej i silnej władzy. Władzy dostatecznie silnej by nie ulegała już nie tyle szantażowi, co zaledwie sugestii spekulantów.

Kluczem jest demokracja, dyskusja na rzeczowe tematy i wiedza o faktach. Inaczej skończymy w kraju który będzie na świecie pierwszym odpowiednikiem tego co w technologii nazywa się  Walled Garden.

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 255 obserwujących.

Reklamy
%d blogerów lubi to: