You are currently browsing the category archive for the ‘dysonans’ category.

 

Zaba+w+blocie1.jpg

 

    Jedzie, jedzie sobie samochód, kierowany sztuczną inteligencją AI. Jedzie sobie, jedzie i w swojej sztucznej duszy pogwizduje, bo pogoda piękna, droga sucha, każdy kierowca lubi muzykę podczas jazdy. W środku siedzi sobie tata z synami, jadą na ryby albo na wycieczkę w góry. Tymczasem chodnikiem idzie mamusia z małym dzieciątkiem.

    Nagle trrrach! Pęka opona! Albo nie, AI się zamyślił. O czym? O elektrycznej owcy się zamyślił AI i go to pochłonęło. Albo nie. AI w środku miał drobny bug. Albo nie, nie miało buga, sytuacja na drodze po prostu była tak wyjątkowa, że AI nie umiała właściwie w tej jednej sytuacji, w tej jednej na miliard, zareagować jak należy. I mamy poślizg. AI gorączkowo sensorami omiata otoczenie, jeszcze 3 milisekundy i albo tata z synami nigdy już nie dojada na ryby albo mamusia z dzieciątkiem zostanie wgnieciona w ścinane. Co robić?

    To co powyżej opisałem, to tak zwany trolley problem, zagadnienie abstrakcyjne z dziedziny etyki, które gwałtownie kilka lat temu uzyskało wpierw z powodów publicystycznych a obecnie z coraz bardziej praktycznych, pewną uwagę. Co prawda sam problem może nie jest bardzo praktyczny – zanim samochód kierowany AI wpadnie w poślizg, musi dojść do całej masy zdarzeń, których wykluczaniem zajmą się inżynierowie w pierwszym rządzie: a więc samochód taki nie będzie łamał przepisów, będzie miał zawsze właściwy bieg wchodząc w zakręt, będzie miał optymalną mieszankę i moc chwilową silnika, będzie zawsze miał dostosowaną prędkość do warunków jazdy, włączone światła, sprawne migacze i tysiąc innych okoliczności będzie w stanie optymalnym zanim dojdzie raz na miliard razy, do zbiegu okoliczności który umożliwi powstanie poślizgu i potencjalnie wypadku drogowego. Inżynierowie w pierwszej kolejności rozwiążą te problemy techniczne związane z optymalnym sposobem kierowania autem, a problemy etyczne z rodzaju nierozwiązywalnych dylematów typu trolley problems będą rzadkimi przypadkami. Jednak…
     W historyjce powyżej końcu AI wybrał którąś z obu złych, alternatyw. Ktoś zginął. Kto?

    Producenci samochodów nie mają tu żadnego wyboru. Już dziś, kiedy samochody AI są dosyć egzotycznym mimo wszystko wynalazkiem, nowinką techniczną, już dziś ich wybór jest określony. Samochód taki będzie zawsze i bezwzględnie chronił pasażerów a nie pieszych czy innych uczestników ruchu drogowego. Nikt i nigdy nie dokona innego wyboru, bo to pasażerowie a nie pieszy sa klientami firm produkujących auta. Nawet bez AI można by sobie wyobrazić całkiem zwykły samochód, Fiat 126P wyposażony w radar z przodu, który, kiedy stwierdzi że przed maską znajduje się człowiek, kieruje samochód 90 stopni w bok, bez względu nam to co tam jest – ściana, słup, czy inne auto. Nikt jednak nigdy takiego rozwiązania nie wprowadził, bo jak to? Kierowca mógłby doznać urazów, a nawet zginąć w takim wypadku, kosztem pieszego? Kto kupiłby taki samochód? Nawet obowiązkowych alkomatów nie udało sie wprowadzić, a Korwin-Mikke symbolicznie spalił się oblewając się benzyną (i to kilka razy!) w proteście przeciwko używaniu pasów podczas jazdy. Tak samo jest w wypadku samochodów kierowanych przez AI. Producenci aut, tak naprawdę nie mają tu żadnego wyboru, tym bardziej że tego typu auta, przynajmniej na początku, będą raczej luksusem, będą dedykowane na rynek premium, rynek bogatych ludzi.

    Co Ci ludzie kupią w pakiecie? Supernowoczesny design, piękny kolor maski, luksusowe wyposażenie i superkomputer pod maska, ale także AI wraz z zapewnieniem że będzie ich ona chronić, oraz odpowiednią licencję zabraniająca deasemblacji kodu AI oraz modyfikowania w sposób nieautoryzowany jej działania. Zupełnie jak właściciel ( są tacy co tak o sobie myślą! )  Windows ;-)
     Czy kierowca może odpowiadać za to że samochód AI go chronił? To nie jest jego decyzja! Jeśli zatem zginęła mama z dzieciątkiem a tata z synami przeżyli wypadek z początku wpisu, to nie sa niczemu winni. „Hola!” – krzyknie tu jednak prokurator Ziober – „mamusia z dzieciątkiem była znajomą mojego sąsiada! ABW – dawać mi tu AI na warsztat.” a na boku dodaje – „Dajcie mi AI a paragraf sam znajdę!” I tu zaczyna sie bardzo zabawna sprawa. Kierowca nie może odpowiadać za poczynania AI zainstalowanej w aucie, bowiem on jest tylko kompletnie nieświadomym użytkownikiem właściwie już nie rzeczy – samochodu, a usługi, usługi wożenia go autem przez oprogramowanie zgodnie z postanowieniami licencji producenta. Czy zatem winny jest producent? Kto to wie? Prokurator Ziobro już, już pochyla sie nad maską samochodu, AI w środku aż zwija się w sobie, uruchamiając garbage collector by zwolnić choć kilka megabajtów. W lewej ręce Ziobra błyszczy klucz dynamometryczny w prawej olejarka – czy będzie wymuszał zeznania za pomocą polewania lodowatym olejem po filtrach ściskanych kluczem? Wtem rozlega się gromkie „Stop!” – do akcji wkracza prawnik koncernu samochodowego: „Ziobrze – nie wolno Ci gmerać pod maską, zaś straszenie AI jest działaniem szkodliwym dla interesów Korporacji” tu prawnik doda – „partia sama przecież popierała CETA, SRETA, PYTA i CIPA – a wszystkie te umowy sygnowane przez rząd USA (USA!) chronią własność intelektualna i każą Ci zdać się na analizy eksperckie do których prawo, z uwagi na tajemnice kodu oprogramowania, ma tylko producent urządzenia i osobisty ojciec AI” – po czym kładąc rękę na masce oszalałej ze strachu AI czule doda szeptem – „ććć, ććć już dobrze moja maleńka, dziadek adwokat jest przy tobie!
      Jak to zatem będzie? Bo mamuśka przeżyła ale dzieciątko ginęło i co teraz? Czy AI ma być skazana na przepięcie na krześle elektrycznym? Kpiny. Pozostaje odszkodowanie. Mamuśce zapłacimy – za dziecko – w zależności od 4.3 $ do kilku milionów dolarów w zależności od przebiegu śledztwa, kraju i warunków ugody prawnej.
     Dokonajmy częściowego podsumowania: kierowca nie odpowiada za błąd AI, błąd trzeba dowieść, AI nie da sie ukarać prawnie np. karą śmierci czy więzienia, czyli jedynym, potencjalnym skutkiem kiedy już ktoś zdoła wygrać z koncernem w sądzie, będzie odszkodowanie czy ugoda prawna. Należy zatem sądzić ze kwoty te będą częścią pakietu który będzie wliczany w koszt auta, lub będzie częścią procedury homologacyjnej i będzie musiał być rezerwowany przez koncerny samochodowe na wypadek ponoszenia odpowiedzialności. Potencjalnej. W której od teoretycznej odpowiedzialności, poprzez sztuczki prawne do wypłat może być daleka droga. I w której kluczowym elementem będą zespoły eksperckie analizujące poprawność kodu, który nie będzie dostępny publicznie. Słabo to wygląda…
     Jeśli zatem dziś kupuje się samochód i jego wyposażenie, w przyszłości będzie się kupowało samochód, jego wyposażenie i ubezpieczenie powodujące de facto zwolnienie z odpowiedzialności prawnej za szkody wyrządzone z użyciem usługi związanej z kierowcą AI. I będzie to coraz powszechniejsza sytuacja, tak jak coraz powszechniejsze będzie użycie AI w życiu codziennym – w pociągach, samochodach, samolotach, w komputerach, w medycynie, w obsłudze masowej. Kto widzi w tym początek idylli niech może dla próby zechce skontaktować się z serwisem Google jak ma problem ;-) Większe szanse będzie miał jak będzie pisał na Berdyczów…

    No i teraz jakiś mądrala powie: „Ale, ale! Przecież AI jest lepsza niż ludzie w tych zadaniach w których udaje się już ja zastosować. Myli się mniej. I nawet jeśli na początku będzie mylić się w 1% przypadków, to w dłuższej perspektywie…” Czy w ubiegłych stuleciach ktoś nie narzekał: parowóz będzie jechał nawet gdy na drodze stanie człowiek, podczas gdy wóz konny, stanie, bo koń nie rozjedzie człowieka nawet jak woźnica pijany… Po pierwsze zwrot „w dłuższej perspektywie”: rozwiązania wprowadza się już dziś, a nie w dłuższej perspektywie. Nalezy o tym pamiętać. Wolałbym by ta perspektywa poprawy działania to było kilka godzin a nie kilka lat. Ale co chyba ważniejsze wołałbym by producent AI ponosił odpowiedzialność, tak jak obecnie producent auta ponosi odpowiedzialność za błędy techniczno/projektowe w jego układzie hamulcowym. Na rynku oprogramowania bynajmniej nie jest to standard! To właściwie nieznane rozwiązanie prawne! A prognozy sa pesymistyczne w tym zakresie – analizy stwierdzają że w przyszłości większość firm będzie zorganizowanych jak firmy produkujące oprogramowanie. I tak będzie tez wyglądała w coraz większym zakresie praca ludzka – będzie tak czy inaczej coraz bardziej podobna do pracy programisty. Czy rozwiązania prawne tez będą coraz bardziej podobne? To wizja prawdziwej dystopii…
     Niedawno okazało się, że to co bierzemy za cud techniki ma całkiem wyraźne ograniczenia, zaś zdumiewająco proste i zdawałoby się niewinne zmiany, potrafią obecnej AI i to tej spod znaku najlepszych, całkowicie popsuć działanie. Na drodze będzie to wyglądać jakby raz na milion godzin jazdy AI popełniała błąd. I nie jest to błąd wynikający z przypadku, a z samej istoty ograniczeń w jej działaniu. Świat jest po prostu zbyt złożony by objąć go istniejącą technologią w pełni. Człowiek także się myli. I ponosi za to odpowiedzialność. Czy producenci będą te informację ujawniać, poprawiać działanie systemów i płacić? Czy też postąpią jak Volgsvagen w sprawie emisji spalin?

    Czy to jest wpis o głupocie AI? O tym że AI to ZŁO? Czy jestem AI Luddystą? Broń boże. Ten wpis jest o tym, że ludzie podejmując swoje decyzje – że nie będzie kasjera tylko AI, że nie będzie kierowcy tylko AI, że nie będzie ochroniarza tylko karabin maszynowy sterowany przez AI, będą w coraz większym stopniu brać pod uwagę nie tylko fakt że AI pracuje 24 na dobę bez praw pracowniczych, szybciej, taniej i często efektywniej. Będą brali pod uwagę, także i to że jej błędy nie będą w prosty i oczywisty sposób prowadzić do bezpośredniej odpowiedzialności karnej czy być może finansowej, osoby korzystającej z działania AI.
     Jakże wygodnym mechanizmem jest zrzucanie winy za wszelkie machloje na „wolny rynek tak chciał”. Za chwilę będziemy słyszeć: „AI popełniła błąd, ale ludzie także je czynią, nic nowego” Tyle że ludzie ponoszą odpowiedzialność, a AI – słusznie – nie. Producenci AI robią wszystko by i im się upiekło. Stąd wróże w tej dystopii czasy kiedy wszystko działa lepiej, prościej, bezpieczniej i piękniej, w 99% wypadków a w pozostałym 1% – nic nie można z tym zrobić, a ten komu urwało rękę, cóż, ma pecha. 1% w czasach supermasowej i kompletnie homogenicznej obsługi to nie jest mało…

Reklamy

drewno-pasek.jpg

Media donoszą: „Rekord na 18. urodziny Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie! Tego można było się spodziewać. 18. edycję Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie (23-26 października) według szacunkowych danych odwiedziło niemal 60 tysięcy osób – to kolejny rekord frekwencji dla jednego z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w naszym kraju. […] Edycja, którą na przekór wynikom badań czytelnictwa odwiedziło przez 4 dni niemal 60 tys. osób (w zeszłym roku 40 tys.)! „

    Ostatnio w radio usłyszałem że wprowadzenie darmowego podręcznika do szkoły, czyli w pewnym sensie położenie kresu patologii która polegała na wymianie programów szkolnych raz na rok w celu wymuszenia zakupów podręczników przez rodziców, spowodowało zmniejszenie się rynku książki o 10% . Widać wyraźnie zatem że wydawnictwa postawiły na złego konia – a teraz zjadają własny ogon. A wystarczyło działać na rzecz bibliotek, promować czytelnictwo. Wcale mi nie żal wydawców, choć oczywiście nie skończy się to dobrze dla nas wszystkich…

    Od lat słyszymy o kryzysie czytelnictwa. A tymczasem jest jak w doniesieniu prasowym – ludzie czytają i chcą czytać. Jednocześnie upadają księgarnie, zamyka się biblioteki, brak jest spójnej strategii rozwoju kultury, nie propaguje sie postaw pro-czytelniczych w telewizji czy w radio, lub czyni się to w absurdalny sposób o absurdalnych porach. Traktuje sie rynek książki jak kolejny segment rynku konsumenckiego, jak rynek proszków do prania czy tekstyliów. Bynajmniej nie jest ani konieczność ani właściwa decyzja. To wadliwe konstrukcje ekonomiczno-polityczne prowadzą do takich patologii, ale bynajmniej rzecz nie sprowadza się do wąskiej kwestii spraw związanych z rynkiem wydawniczym.

     Myślę że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Problem w tym, że dewastacji ulegają centra miast. Państwo, tak właśnie, państwo, pozwala na zawłaszczenie historycznie utworzonych centrów miast. Wiadomo że w miejsce ulic na rozmaitych starówkach, gdzie się chodziło „do miasta”, obecnie powstają ulice „bankowe” i „telefoniczne”. Ulice te powstają nie dlatego że bank w centrum to taki świetny interes, tylko dlatego że witryna 7x5m wynajmowana przez bank jest tańsza niż reklama o tych samych rozmiarach której zresztą w centrum nie da sie umieścić z powodu rozmaitych przepisów, np. o ochronie zabytków. Sprawa jest znana od dawna – bank wynajmuje taką witrynę, w środku umieszcza studentkę na umowie śmieciowej, a właściciel kamienicy jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie bo dostał 30% więcej niż dałby mu sklep monopolowy – a gdzie tam mówić o księgarni… Po wynajęciu lokali przez 3-4 banki ulica umiera – żaden zdrowy na umyśle człowiek nie chodzi w takie przeklęte przez lichwę miejsca – nie dlatego że przesądny – zwyczajnie nie ma po co. W konsekwencji umierają kawiarnie, potem księgarnie/antykwariaty a na koniec małe spożywczaki. Cały ruch konsumencki wynosi się „na przedmieścia” do centrum handlowego – ale tam już właściciel centrum dyktuje warunki. Tam są tyko sklepy które chyba służą praniu brudnych pieniędzy i oszustwom podatkowym ( wiele razy słyszałem jaki to wysoki czynsz muszą zapłacić właściciele sklepów w galeriach handlowych. A potem idę taką galerią i widzę sklepy w których koszule i spodnie, po obniżce 60% kosztują powyżej 350 pln. W sklepach tych zawsze, kiedy bym nie przylazł jest pusto i nie ma klientów, a mimo to zwykle są 2-3 osoby obsługi. Nie wierzę że utrzymują sie z tego co sprzedają. Jednocześnie nawet empik w którym zwykle jest sporo ludzi – ponoć ledwo sie utrzymuje…).

     Śmierć księgarni ( i śmierć czytelnictwa) jest wynikiem dewastacji miast przez chciwość kamieniczników i banksterów. Jest to całkowicie wolnorynkowy proces, nad którym nikt nie sprawuje kontroli bo z powodu panującej ideologii nie jest w stanie wymyślić poglądu jak legalnie ograniczyć taką, szkodliwą działalność. Dewastacja centrów miast przez biznes jest faktem, omawianym w wielu miejscach, analizowanym przez wielu komentatorów. Jedną z jej konsekwencji, najpewniej nie najważniejszą, ale w długofalowej perspektywie istotną, jest upadek małych księgarni. 

    Podobny proces 50 lat temu dotyczył ochroną środowiska – biznes truł, smrodził i nic z tym nie można było zrobić. Tu trzeba jakiegoś ruchu, tak jak Zieloni w latach 70-tych którzy doprowadzili do zmiany która uniemożliwiła kapitalizmowi rabunkowe niszczenie środowiska naturalnego. Obecnie trzeba by jakiegoś Antropologizmu, trzeba walki o centra, pikiet instytucji które niszczą przestrzeń publiczną. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie specjalnych podatków, które podniosłyby  czynsz oddziałów banków o 200-300% w postaci podatku od braku użyteczności. Niestety – musimy poczekać aż zrobią coś takiego na zachodzie – nam samym nie wolno tego wymyślić…

     Co jeszcze ważniejsze, kompletnie brak dyskusji publicznej na te tematy – media wolą nagłaśniać trzeciorzędne sprawy defraudacji jakichś, skądinąd niewielkich, pieniędzy – które choć bulwersujące, powinny być kwestią rozwiązań proceduralnych a nie akcji pijarowych polityków. Zwłaszcza że to wczorajsi złodzieje ( winko za 800 PLN do obiadku w knajpie ) dziś są nominowani na niezłomnych moralistów.

krasiczyn.jpg

 

    „Wydawanie tych pieniędzy stało sie dla niektórych pracą na cały etat. Prawie wszystko, co robili miało w sobie coś prostackiego i nowobogackiego. Goście zaproszeni na pewne […]  przyjęcie zobaczyli na stolach stożki piasku z wbitymi w nie złotymi łopatkami. Na dany przez gospodarza sygnał mieli zacząć kopać w tym piasku w poszukiwaniu brylantów i innych błyskotek. Inny, wyjątkowo niedorzeczny pomysł na bankiet polegał na tym,  że do sali balowej […], wielkiej i eleganckiej restauracji, wprowadzono kilkadziesiąt koni i przywiązano do stołów, żeby dostarczyć gościom niezwykle oryginalnego i zupełnie surrealistycznego doświadczenia, a mianowicie zjedzenia kolacji na końskim grzbiecie w metropolitarnej sali balowej. Wiele bankietów kosztowało dziesiątki tysięcy dolarów. […]

    Wielu nuworyszów jeździło do Europy i kupowało dzieła sztuki, meble i wszystko inne. […] zaczął kolekcjonować pierwsze wydania dzieł Szekspira, z reguły nabywając je od podupadłych arystokratów […]. Inni […] gromadzili wielkie kolekcje sztuki, a niektórzy kupowali co popadnie. […]

    Nowobogaccy zaczęli kolekcjonować nie tylko europejską sztukę i rzemiosło artystyczne, ale również samych Europejczyków. W ostatnim ćwierćwieczu modne stało się wyszukiwanie pozbawionych gotówki arystokratów i wydawanie za nich córek. Aż pięćset bogatych młodych […]anek zgodziło sie na taki układ. Niemal we wszystkich wypadkach było to nie tyle małżeństwo ile transakcja handlowa.

    Pasją […] były konie.  Zlecił  Huntowi zaprojektować 52 pokojową rezydencję […], w której cały parter zajmowały stajnie. […] mógł wjeżdżać powozem do środka przez gigantyczną bramę. Boksy były wyłożone tekową boazerią ze srebrnymi okuciami. Pomieszczenia mieszkalne znajdowały sie na wyższych kondygnacjach.

    […] budowali pełne przepychu domy. Najbardziej okazałe zaprezentowali […], którzy tylko przy […], zbudowali dziesięć pałaców. Jeden z nich miał 137 pokojów, dzięki czemu należał do największych miejskich domów jakie kiedykolwiek powstały. […] W rzeczywistości domy były tak wielkie że nawet służący potrzebowali służących. Kładziono w nich całe hektary marmuru, tapiserie wielkości kortu tenisowego, armaturę ze złota i srebra, wieszano rozmigotane  żyrandole i tym podobne. Szacuje sie że budowa jednej z rezydencji  […] kosztowałaby dziś pół miliarda dolarów – niemało jak na domek letni. Przepych ten budził tak powszechną dezaprobatę, że [,…] przez jakiś czas poważnie rozważał wprowadzenie limitu kwoty którą jedna osoba mogłaby wydać na dom.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

galeryjlka.jpg

    Jak wiadomo Ray Kurzweil prorokował ( a może nawet nadal prorokuje?) że nadchodzi osobliwość technologiczna. Trudno mi dociec jak na to wpadł, ale zapewne studiując wyłącznie twarde dane.  Nie znam szczegółów ale zapewne chodziło mu o niebywałe wprost przyspieszenie rozwoju w niektórych dziedzinach przemysłu i nauki.

    Swego czasu spotkałem się z sarkastyczną opinia że podziw jaki dziwimy dla obecnej globalizacji jest tylko odbiciem naszego cielęctwa, bowiem człowiek belle epoque, jakiś bogatszy obywatel Imperium Brytyjskiego, ktoś jak Sherlock Holmes ;-) miał dostęp do nie mniej globalnego środowiska. Trudno mi oceniać, wszakże faktem jest że nawet w opowiadaniach Artura Conan Doyle słynny detektyw czy tez jego przyjaciel doktor Watson czytają sobie wieczorem w gazecie co się zdarzyło w Londynie w ciągu tego samego dnia, zaś wieści z Indii, za pomocnica telegrafu, docierają do nich zwykle dnia następnego ( rzecz w Polsce do dziś nieznana, nawet wydania internetowe gazet nie sa w stanie opisać czegoś co zdarzyło się w Płocku, zanim kurier konno nie dojedzie do Warszawy. Ponieważ większości redakcji gazet w Polsce nie stać na utrzymanie koni, co się dzieje w Płocku nie wiadomo wcale). 

    Tym którzy chcieliby sobie porozmyślać o tempie rozwoju i jego konsekwencjach polecam poniższe cytaty:

    „W 1889 roku luksus i przepych przekraczały w stanach zjednoczonych wszelkie miary. Mark Twain nazwał te czasy Gilded Age, pozłacaną epoka, i określenie to się przyjęło. W całych dziejach ludzkości nie było czegoś podobnego. W latach 1850-1900 wszystkie wskaźniki zamożności, wydajności pracy i dobrobytu poszybowały w Ameryce do góry. Liczba ludności potroiła sie, podczas gdy PKB wzrósł trzynastokrotnie. Produkcja stali podniosła się z 13 tysięcy do 1,3 miliona ton rocznie, a wartość produkcji wyrobów metalowych – broni palnej, torów, rur, bojlerów, najrozmaitszych maszyn – z 6 do 120 milionów dolarów. W 1850 roku milionerów było w kraju mniej niż dwudziestu, a na koniec stulecia czterdzieści tysięcy”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

Skoro już nas przekonano, że amerykanie mieli swój cud gospodarczy i że tempo wzrostu było na niespotykaną skalę, to warto sobie przemyśleć także taką informację:

„By the beginning of the 20th century almost half of world production was being extracted in Baku. The oil boom contributed to the massive growth of Baku. Between 1856 and 1910 Baku’s population grew at a faster rate than that of London, Paris or New York.”

która z kolei pozwala nam zrozumieć dlaczego Żeromski wysyłał swoich bohaterów w tamte regiony by zdobywali fortunę lub ja tracili. W XIX wieku intelektualiści głosili że Londyn utonie w końskich odchodach, i te przepowiednie były zapewne równie poważnie dyskutowane w kołach elity, co pomysły współczesnych Kurzweillów…

 

 PS. W komentarzu na google+ Piotr Grunt napisał: Jeśli o Baku, ropie i pieniądzach mowa, warto może odświeżyć tę postać: [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Zglenicki ], dziwnie współcześnie zapomnianą przez wszystkich, od prawa do lewa.”

 

 

motylek-pasek.jpg

 

     „Vanbrugh i Carlisle należeli do tajnego stowarzyszenia o nazwie Kit-Cat Club, organizacji o nastawieniu prowigowskim założonej w gruncie rzeczy po to, aby osadzić na tronie brytyjskim dynastię hanowerską. Na skutek tej zmiany wszyscy późniejsi monarchowie Brytyjczycy byli protestantami, chociaż przez jakiś czas nie do końca Brytyjczykami. Przeforsowane tego planu przez Cit-Kat Club było niemałym osiągnięciem, ponieważ ich kandydat, Jerzy I, nie mówił po angielsku, nie mił prawie żadnych ujmujących przymiotów i według obliczeń jednego z historyków zajmował pięćdziesiąta ósmą pozycje na sukcesyjnej liście. Poza tym jedynym manewrem politycznym klub działa w tak dyskretnie, że prawie nic o nim nie wiadomo. Do jego założycieli należał właściciel paszteciarni, Christopher – „Kit” -Cat. Nazwę kit-cat nosiły jego słynne paszteciki z baraniną i w bardzo wąskich kręgach przyczynkarskich od trzystu lat toczy się spór o to, czy klub został nazwany na cześć Christophera czy jego pasztecików.

    Klub istniał tylko od około 1696 do 1720 roku – szczegóły nie są znane – a członków miał zaledwie pięćdziesięciu, w tym dwie trzecie arystokratów.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

PS. : Prakseologia teorii Spiskowych

felicjan.jpg

 

    A tak wyglądały nielegalne podsłuchy kelnerów w czasach przed rewolucją we Francji.

    „Na dwa tygodnie przed zamachem Damiensa[*] kupiec prowansalski, przejeżdżając przez małe miasteczko o sześć mil od Lionu i zatrzymawszy się w gospodzie, usłyszał, z rozmowy w sąsiednim pokoju, który od jego pokoju dzieliło tylko przepierzenie, że niejaki Damiens ma zamordować króla. Kupiec przybył do Paryża, udał się do pana Berryer, nie zastał go, doniósł mu piśmiennie o tym, co usłyszał, wrócił jeszcze raz i zostawił swoje nazwisko. Wyjechał z powrotem na prowincję; gdy był w drodze, zamach Damiensa stał się faktem. Berryer, obawiając się, że kupiec rozpowie swoją przygodę i że tym samym wyjdzie na jaw jego niedbalstwo, wysyła żandarmów na gościniec lioński; chwytają kupca, kneblują, sprowadzają do Paryża, wtrącają do Bastylii, gdzie przesiedział osiemnaście lat. Pan de Malesherbes, który oswobodził wielu więźniów w r. 1775, opowiedział tę historię w przystępie oburzenia.”

[*] zamach Damiensa — 5 stycznia 1757 służący Robert Damiens (1715–1757) próbował zabić króla Ludwika XV.

 

Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort Charaktery i anegdoty  tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

 

 

drewno-pasek.jpg

    Zgodnie z typowymi scenariuszami jakie powtarzają się w każdym kryzysie tego typu – winny jest nie ten kto popełnił przestępstwo, ale ten kto zgorszył prostaczków i wyciągnął knowania  polityków na jaw. Zagrożeniem dla Polski i demokracji jest nie umowa między NBP a PO by drukować pieniądze i w ten sposób kupić zwycięstwo dla Tuska w wyborach, ale fakt nagrania emisariusza Tuska jak rozmawia z prezesem NBP. Potem następuje socjotechniczna manipulacja zaradzania kryzysowego, a potem ABW zastrasza dziennikarzy w redakcji tygodnika który ujawnił nagrania ( zresztą robiąc to rozsądnie, to znaczy wybierając istotne fragmenty, a nie „jak leci” zapewne ujawniając wówczas np. jakieś szczegóły osobiste powiedzmy choroby podsłuchanych osób czy ich problemy rodzinne. Choć Wprost nie jest moim faworytem, zawsze miałem niskie zdanie o tej gazecie, w tym wypadku zachowali sie nad wyraz profesjonalnie. Podobno mają 900 godzin(!!) nagrań. )

    Działania ABW ( Sienkiewicza czyli Tuska. Panowie ci ponoszą winę za zaistniałą sytuację, gdyż sprawują nadal urząd. ) w redakcji Wprost można wyjaśniać na kilka sposobów ( kolejność od najbardziej prawdopodobnych scenariuszy):

  1. panowie agenci są żałośnie niekompetentni i zostawiają swoje rzeczy gdzie popadnie. Trzeba przyznać, że teza ta znajduje odzwierciedlenie w kompetencjach ich szefa. Co prawda trochę się to kłóci z faktem że przecież chyba pracują tam nie sami niespełnieni modele, kombinatorzy, łapówkarze, prymitywy i chamy, no ale kto wie? Gdyby była to prawda, to chyba mielibyśmy do czynienia z najgorszą z możliwych sytuacji, bo teza ministra Sienkiewicza że Polska istnieje tylko teoretycznie byłaby nie tylko lapsusem, ale prawdą. niestety jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz…
  2. panowie z ABW grają na prowokację. Gdyby „Wprost” nie odniosło teczki natychmiast, być może jutro dowiedzielibyśmy sie że okradziono funkcjonariuszy państwowych. Są to metody rodem z Białorusi, ale zdaje sie że całkiem nieźle pasujące do metod polskich organów ( areszty wydobywcze, Brunon K. jako jedyny członek 12 osobowej terrorystycznej organizacji który nie pobiera pensji z ministerstwa, sprawa Blidy która zdołała sie zastrzelić nie pozostawiając odcisków palców na broni, ośrodki szkoleniowe w których amerykanie uczą polskich agentów jak torturować ludzi itp. Przecież w ABW i innych służbach pracują stale ci sami ludzie. Ich najważniejszą cechą jest karność i dyspozycyjność. )
  3. panowie z ABW zostawili coś więcej niż teczkę. Być może rzecz się nie udała, być może rzecz się udała. W sumie nie wiemy. Zakładając że są to profesjonaliści, to co przychodzi na myśl to przenośna stacja sieci komórkowej. O ile wiem zestaw taki ( zgodnie z przeciekami Snowdena)ma właśnie wielkość walizki, i w pobliskiej okolicy przejmuje rolę masztu telefonii komórkowej, nie zakłócając komunikacji, ale stanowiąc węzeł man-in-the-middle umożliwiając podsłuch.
  4. nie mieliśmy do czynienia z panami z ABW. Do redakcji Wprost weszło kilku ludzi legitymujących sie dokumentami ABW w istocie nie byli to jednak funkcjonariusze ale jacyś koledzy Sienkiewicza czy Tuska, być może ze świadka przestępczego, jacyś detektywi prywatni, bo ja wiem? Udawali tylko gości z ABW a w istocie chcieli ukraść to i owo. Teczka wtedy stanowi element uwiarygodnienia zajścia, Wprost miało ją otworzyć i nie sprawdzać dalej tożsamości gości którzy ich napadli. Teza ta z pozoru mało prawdopodobna, jest całkiem realna. Gdyby prawdziwa była teza o niezależności prokuratury od polityków, całe zajście wyglądałoby przecież zupełnie inaczej. Profesjonalne i niezależne od polityków służby raczej zorganizowałyby sprawne i tajemnicze włamanie ( być może nawet tylko zdalnie do komputera!) i wykradłyby dane „sposobem” zaś oficjalnie współpracowano by z gazetą po to by mieć pewność że rozmowy ujawnią tylko przestępcze zachowania premiera i ministrów a nie np. tajemnice państwowe. Tak robią o za granicą w bardziej demokratycznym świecie.

    Żaden z powyższych scenariuszy nie napada optymizmem. Dymisja rządu oznacza katastrofę. Brak dymisji – kultywowanie dziadostwa i rządzenie państwem przez kliki i koterie kolesi. Rządy PiS które niestety mogłyby nadejść nie będą żadnym ozdrowieniem, do władzy dojdą ludzie jak Ziobro którzy w metodach działania nie cofają się przed łamaniem prawa. Rządy PO gdyby po ewentualnej rekonstrukcji miały miejsce – nie gwarantują ani praworządności ani nawet bezpieczeństwa państwa ( patrz pt.1 powyżej).

Jedną z zagadek jest to kto dokonał nagrania. Właśnie słyszę w radio i czytam w necie, że mieli być to ludzie z redakcji Wprost, zapewne we współpracy z pracownikami restauracji. Mamy zatem do czynienia właściwie z obywatelskim działaniem, doniesieniem o popełnieniu ciężkiego przestępstwa przez najważniejsze osoby w państwie, całkowicie typowm dla niezależnej prasy. Nie ruscy agenci, nie mafia która usiłuje szantażować premiera, ale redaktorzy niezależnej od rządu prasy. Z pobudek biznesowych i zapewne ( czemu nie?)  patriotycznych. To najczarniejszy scenariusz dla władzy. Nagrali ich knowania, ujawnili ich machinacje, ludzie którzy nie atakują państwa Polskiego, tylko republikę kolesi jaka się wytworzyła w Warszawie i rządzi Polską. Zwrócę uwagę, że choć teza ta jeszcze nie jest dowiedziona, poniekąd znajduje potwierdzenie w terminie ujawnienia nagrań. Jest jeszcze dosyć czasu by PO wywaliła na zbity pysk kombinatorów, co z tego że pełnią najwyższe urzędy w kraju, jest już po wyborach do parlamentu UE, a więc nie można redakcji tygodnika oskarżyć o działania zmierzające w zmianę wyników wyborów. Niejako od początku było dla mnie jasne że za sprawą nie stoi raczej ruski wywiad itp. bzdety. Jeśli miałbym sie doszukiwać innych możliwości to już prędzej podejrzewałbym środowisko Balcerowicza, śmiertelnie nienawistne ekipie Tuska – klika bowiem zwykle mści się za odebranie mu miliardowych zarobków ( sprawa OFE), a Balcerowicz w myśl zasady – uderz w stój – nożyce sie odezwą – już zabrał głos kierując sprawę właśnie na te tory. Jak to mówią – pożyjemy – zobaczymy.

Najgorsze że działania elit, całe to środowisko układu ( proszę nie szukać sie tu poparcia dla tez pani Staniszkis, pisząc układ mam bardziej  na myśli te same gęby umaczane w sprawowanie władzy przez ostatnie 25 lat) buduje przyjazną atmosferę dla działań w rodzaju sanacji. Dla zawieszenia praworządności i demokracji, dla zwycięstw jakichś ruchów radykalnych i opartych na przemocy. Nam sie dziś wydaje to niemożliwe, ale prawda jest taka, że do realizacji takiego scenariusza wystarczy współcześnie tylko kryzys ekonomiczny. Kiedy ludzie przestaną mieć pracę i nieco popsuje sie ekonomią – po 2-3 latach czeka nas faszyzm. I to jest właśnie to co zawdzięczamy elitom z warszawki.

Po 25 latach niepodległości okazuje sie że król jest nie tylko nagi, ale ma jeszcze obsraną dupę.

galeryjlka.jpg

 

    Dzisiaj w PR2 PR w audycji „W stronę sztuki” pani dr. Bożena Fabiani mówiła o staropolskim artyście Marcinie Koberze. Wikipedia bardzo oszczędna w fakty, bo tez i niewiele wiadomo o życiu malarza. Poniżej portret Batorego – jeśli prawidłowo zidentyfikowałem dzieło na podstawie opisu słownego pani doktor, to jest to portret trumienny władcy. Namalowany na blasze ma bardzo niewielkie rozmiary, zaś jego realizm jest wstrząsający. Mamy do czynienia z portretem psychologicznym, warto wiedzieć że jest to pierwszy portret trumienny w Polsce W latach następnych pojawiły się ich setki tysięcy, każdy szlachcic i bogatszy mieszczanin sobie taki na trumnie przyczepiał – być może wzorując się na poniżej pokazanej pracy Kobera. Z tym, ze autorstwo nie jest jasne – choć forma podobna do oficjalnego i większego w rozmiarach portretu koronacyjnego władcy – brak sygnatury artysty. Kober miał malującego brata – może to jego dzieło?

 

Batory.PNG
Batory” autorstwa Marcin Koberbilddatenbank.khm.at. Licencja Public domain na podstawie Wikimedia Commons.

 

    Ciekawym aspektem sprawy jest niewielka ilość informacji o życiu artysty. Właściwie to idąc z duchem czasu pani Bożena Fabiani – jak wyjaśniała – chciała przedstawić postać jakiejś kobiety, malarki. Natrafiła w życiorysie Kobera właśnie na informację że poślubił on niejaką Dorotę, która malowała obrazy. Ale to już wszystko co o niej wiemy, oczywiście poza tym, ze rodziła mu dzieci. Co ciekawe i o samym Koberze nie wiadomo wiele – bo i w tamtych czasach w Polsce malarz był ledwie rzemieślnikiem. A że pracę wykonywał „atomowo” czyli w całości sam, to i po całym jego życiu najczęściej pozostawała informacja związana z zapłatą wydawaną ze skarbca władcy czy mecenasa. „Marcinowi Koberowi dukatów 60 za malowany portret” – mniej więcej tyle poświęcano uwagi artyście. Inne rzemiosła miały znacznie lepiej bo np. budowa wychodka – a był to przykład podany przez panią doktor – często wymaga najęcia nie tylko „wykonawcy”, ale i pomocników co daje okazję do znacznie bardziej rozbudowanych i bogatych w przypisy rachunków. Malarz tworzący obrazy – pracował sam, po cichu i bez zainteresowania ze strony szlachty i władców. Stąd o ludziach tworzących to co nas otacza wiemy prawie nic. Bo i nikt – żaden kronikarz, dziejopis itp. – nie uważali za właściwe zajmować się nimi. Stąd historycy sztuki w Polsce, mają szalenie trudne zadanie – nie dosyć że dzieł zachowało się mało, bo takich miłujących sztukę mamy sąsiadów, to jeszcze o twórcach pisano niewiele lub zgoła nic. Właściwie najwięcej wiedzy o ich życiu czerpiemy z dzieł spisanych kiedy np. uczyli sie za granicą, czy pracowali dla obcych władców. Proszę sobie zdać sprawę z paradoksu – o malarzu pisano więcej gdy czeladnikował w Niemczech, niż kiedy jako mistrz pracował w Polsce dla królów.

    Trochę jak w starożytnym Rzymie gdzie wykonawcą akweduktów czy mostów byli zawsze bogaci patrycjusze, którzy być może jedynie finansowali je z daleka, a tylko wyjątkowo zajmowali sie administracja – zwykle finansową – budowy. Prace, projekt, nadzór nad wykonawstwem – to wiemy – tradycyjnie prowadzili wykształceni Grecy, często niewolnicy. Niewiele o nich wiemy, bo ni zaledwie „wykonywali prace”, tworzyli projekty, nadzorowali i organizowali prace ludzi. To tak jak w Apple – Steve Jobbs – jako twórca iPhone – a cała reszta w tym Wozniak – to ludzie tonący w cieniu.  Najśmieszniejszym elementem sprawy jest w to że ci w świetle reflektorów zdają sie sądzić ze to prawda…

    Dyskusja o tym, ze w naszym kraju nie mamy zwyczaju zapisywać i szanować informacji o prostych sprawach spycha nasza kulturę w pozycję wiecznego naśladowcy. Każda informacja, zwłaszcza jeśli ma być ceniona, musi być cytowana, najlepiej z francuskiego, albo angielskiego czasopisma. Każdy ogląd musi być na tyle uniwersalny by spodobał sie francuzowi czy anglikowi. Broń boże żeby był Polski, żeby przedstawiał stanowisko ludzi żyjących w tym miejscu, tu lokujących swoje pomysły i życie. To nie przystoi, intelektualiście, to wstydliwe, to sa poglądy jakie wydobywa z siebie plebs – i faktycznie we Francji byłoby to nie do pomyślenia…. Pisałem już kiedyś o czymś podobnym…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

    Problem z rzeczywistością jest taki, że poznajemy ją za pomocą bardzo ułomnych narzędzi jakie wcale nie zostały do tego celu pomyślane. Nasze zakończenia nerwowe + moce umysłu nie sa wystarczające aby poznać wszystko i uwzględnić wszystko. Są wystarczające ledwie do tego aby złowić rybę i spłodzić potomstwo. Łowienie ryb wymaga czasem by zaglądać pod krzak, albo pod kamień, myśliwi którzy tak robią mają zwykle większe połowy. Stąd ciekawość bywa pożyteczna, a spora część zwierząt którym przyznalibyśmy miano „wyższych” czy inteligentnych, czyli głownie ptaków i ssaków, posiada ową cechę. Nauka dała nam wyobrażenie jak wielkie połacie rzeczywistości rozciągają sie poza granicami naszego postrzegania zarówno fizycznego jak i mentalnego.

    Dwoje ludzi dyskutując o nieco bardziej skomplikowanych kwestiach musi chcąc nie chcąc powołać do bycia masę zjawisk językowych: stół, krzesło, rozumiane jako powszechniki przecież nie istnieją. Podobnie elektron, foton czy przestrzeń fazowa . Pierwsze są idealizacją pewnych poznawalnych naocznie konkretnych obiektów, drogie sa rafinacją współwystępujących zjawisk które przyjemnie jest nam objaśniać powołując byty których innymi metodami, bezpośrednio, poznać nie sposób. Można sobie wyobrazić język w którym nie da sie wypowiadać sensownych zdań o obiektach ogólnych. Wtedy każda wypowiedź musiałaby się odnosić do konkretnej rzeczy. Właściwie to nie trzeba tego sobie wyobrażać, języki takie istnieją – większość praktycznych języków programowania ma tą cechę. Widać wyraźnie jak bardzo sztuczne te języki jawią się dla człowieka i jak wielkiej pracy trzeba dokonać by stworzyć w nich narzędzia pozwalające na nieco bardziej ogólne modelowanie. Z tego powodu nawet dziś, pomimo eksponencjalnego wzrostu ilości oprogramowania, łatwiej znaleźć takei które wyliczy własności podanego trójkąta, niż pomoże w dowodzie twierdzenia dotyczącego wszystkich trójkątów.

    W naszej naturze, gdzieś głęboko, wydaje się tkwić skłonność czy potrzeba operowania ogólnikami w sposób całkowicie różny od tego jaki wbudowujemy w języki sztuczne. Efektywność tego systemu, przynajmniej dla nas, dla ludzi, nie ulega wątpliwości. Cenimy tych którzy potrafią zgrabna ( i krótką! ) wypowiedzią ująć rzecz celnie. Wiele z poglądów na świat czy właściwe postępowanie zawdzięcza swoją popularności i uznanie w co najmniej  równym stopniu celności co atrakcyjnej formie językowej, operującej zrozumiała dozą ogólności. Płacimy jednak za to cenę. Dokładnie taką jaką zapłaciła Cantorowska Teoria Mnogości czy Logika Fregego. Pojawiają się antynomie, giętki umysł a jeszcze bardziej giętki język płodzi paradoksy. Jednak czy wszelkie poznanie nie wyrasta po części z dyskusji, z sofistyki, z rozrywki w mielenie ozorem? Jak łatwo znaleźć argumenty za czymkolwiek! Jak prosto przychodzi zwodzić innych, samemu nie będąc bynajmniej przekonanym. Wystarczy odrobina charyzmy, i odpowiednia doza cynizmu. Ludziom z największym trudem przychodzi budowanie ogólnej wiedzy o świecie. Spójność wiedzy i jej zgodność z pozostałymi dostępnymi teoriami poznania ma bardzo wielką wartość. Problem w tym, że także i te kryteria nie wystarczają aby rozstrzygać o prawdzie. Ani falsyfikowalność, ani spójność, ani użyteczność ani wszystkie te cechy razem nie sa wystarczające. Sprawia to, że:

Każdy system poznawczy wytworzony przez człowieka jest z natury systemem otwartym

    Obserwacja ta oczywiście ( jak każdy system otwarty;-) szereg wyjątków, a to w postaci na przykład rozmaitych hermetycznych poglądów wykluczających adaptację do zmieniającej się rzeczywistości. Postawy takie mają jednak to do siebie że zwykle sa rażąco nieskuteczne w objaśnianiu zmieniającej się rzeczywistości.

    Religia jest jednym z systemów poznawczych stworzonych przez człowieka. Innym, wielkim systemem jest nauka. Każdy z tych systemów odpowiada i odpowiadał na wielorakie potrzeby ludzkie: ciekawość, użyteczność ( religia także), żądza władzy, siła w czasie konfliktu, zdolność przeżycia. W zależności od aktualnego układu zdarzeń różnie rozkłada się akcenty, jednak w wypadku tych naprawdę wielkich systemów, w istocie zapewniane potrzeby są zawsze wielorakie. Religia i nauka w przeszłości wielekroć sobie przeczyły. Konflikt tych dwu systemów wynika z faktu, że oba sa systemami totalnymi. Oba w swoim rozmachu chcą wyjaśniać lub opisać całość a przynajmniej wpłynąć na tak wiele sfer działalności człowieka, że nie sposób aby nie pojawiły się pola sporne. W kulturze Europejskiej konflikt taki jest widoczny od tysiącleci. W przeszłości zawsze jednak udawało się uniknąć jawnej sprzeczności, co zwykle wymagało takiej czy innej zmiany metodologii, na ogół w religii, ale i w nauce ( np. rezygnacje z prób uzasadniania etyki genetyką – eugenika, darwinizm społeczny itp. – jest faktem że usiłowano takie „naukowe etyki” budować).

    Fakty jednak są takie, że czy się ktoś do tego przyznaje czy nie, nauka i religia sa w konflikcie. Konflikt ten jest zjawiskiem który ma miejsce zarówno w wymiarze społecznym ( konflikt ekonomii- konsumpcjonizmu wobec naukowej organizacji naszego życia handlowo-wytwórczego – a konflikt wartości którym sprzyja chrześcijaństwo jak prostota, ubóstwo, dobro bliźniego a nie zysk finansowy itp.) jak i w wymiarze jednostkowym (np. wybory do jakich zmuszone sa bezpłodne pary wobec stanowiska kościoła w sprawie in vitro). Tak więc uważam że konflikt taki jest faktem.

    Możliwe są różnorakie mechanizmy jego niwelacji, ominięcia, zlikwidowania, zwykle lokalnie i osadzone w danym problemie. Z faktu że nauka i religia sa konflikcie nie wynika, jakoby któraś z nich miała „absolutna rację” albo aby musiały być sprzeczne. Nie wynika z tego także aby koniecznym stało się wyeliminowanie drugiej. Nie wynika także jakoby któraś była lepsza ( praktyczniejsza, pewniejsza). Jak napisałem, każdy ludzki opis rzeczywistości zawiera w sobie 80% dowolności i 20% pewnej wiedzy. Te 80% dowolności sprawia, że możliwe jest posiadanie poglądów które są w pozornej sprzeczności, w sprzeczności metodologicznej, a nawet w jawnej sprzeczności jeśli potraktuje się je formalnie. Sprzeczność nie jest tym co eliminuje poglądy ludzkie z palety rozważań, podobnie jak w anegdocie o rozsądzaniu przez rabina 2 przeczących sobie stron sporu.

    Tak więc pisząc że nauka i religia są w pozycji konfliktu nie chcę zaznaczyć że którakolwiek jest gorsza od tej drugiej. By taki pogląd uznać, należałoby określić kryteria oceny. Lepsze w jakiej sytuacji? Lepsze dla kogo? Relatywizacja takiej oceny, nie znaczy że podanie takich kryteriów jest niemożliwe!  Pierwsze co przychodzi na myśl to na przykład kwestia społeczna jak w pytaniu: „Co jest lepsze – prawo stanowione czy prawo religijne?” Większość nowoczesnych społeczeństw odpowiada na to pytanie całkiem jednoznacznie. Oznacza to że bynajmniej nie jest tak, że konieczna, niemożliwa do uniknięcia i dobrze rozumiana relatywizacja uniemożliwia udzielenie odpowiedzi na pytanie! Wiemy że wybieramy tu tylko jedno z możliwych kryteriów, jednak uznajemy że właśnie tak należy postąpić. I próżno szukać sensownie urządzonego kraju w którym prawa religijne miałyby pierwszeństwo przed zasadami prawa świeckiego. Popatrzmy jak długo i zajadle ludzie o poglądach racjonalnych, kojarzonych zwykle z naukowym poglądem na rzeczywistość walczyli o taki stan rzeczy. Walczyli z kim? Z ludźmi reprezentującymi religię. Z ludźmi którzy w argumentacji nieodmiennie albo powoływali sie na argument z księgi („w biblii napisano… i to powinno być wzorem dla prawa”) albo wręcz an bezpośrednią wolę stwórcy ( „Takie jest prawo naturalne pochodzące od boga”). Sa kraje gdzie argumentuje sie tak do dziś…

   Owszem jestem niewierzący, nie neguję jednak siły i sensu religii. Po prostu nie potrafię jej sobie uzasadnić. Taki rodzaj sceptycznego agnostycyzmu. Proszę więc nie imputować mi bycia „nieprzyjacielem religii”. Ja akceptuję jej istnienie i dostrzegam ograniczoność poznania rozumowego a i naukowego w szczególności. Ograniczoność ta jednak nie oznacza, tak jak ją rozumiem, ograniczoności w sensie tabu. Nie ma niczego takiego czego by nie można było starać sie wyjaśniać rozumem. Nigdy nie jest to zbrodnia, zwykle jest to postęp. Konstrukcja człowieka jest jednak taka, że antropomorfizuje wszystko: los, miłość, życie, świat i niewiedzę. Jeśli w nocy w lesie czujemy się otoczeni cieniami innych ludzi? Kimże miałyby być te postacie? Tym bardziej w sprawach znacznie mniej jasnych widzimy rękę boga.

    Powtórzę: każdy opis rzeczywistości musi uciekać się do postulowania bytów których nie da się w taki czy inny sposób rozpoznać bezpośrednio w doświadczeniu. Tak więc wytwory religii z pewnego punktu widzenia nie sa w niczym gorsze niż wytwory nauki. Ale nie widzę sensu w ukrywaniu konfliktu tam gdzie on istnieje. Postępowanie takie jest albo wyrazem taktyki retorycznej ( i tak jest stosowane, czysto instrumentalnie w rozmaitych dyskusjach) albo przejawem samooszukiwania się. Religia przynajmniej do tej pory, posiada jako główny prerogatyw aspekt społeczny. Religia niespołeczna, prywatna, właściwie nie istnieje. Religia jest zjawiskiem publicznym. Słusznie kościół broni sie jak może przed zepchnięciem religii w kąt prywatnego pojmowania świata. Religia to przede wszystkim wspólnota. A w związku z tym, najłatwiej widać konflikty społeczne…Są tez najbardziej dramatyczne. Konflikty prywatne maja bowiem kształt utraty wiary przez wierzącego i jako takie nie sa społecznie interesując o ile same w sobie nie stanowią zjawiska społecznego. Konflikt religia – nauka oznacza nie tylko żarliwe spory filozofów. Oznacza tez np. wypieranie pewnych zwyczajów, norm, zjawisk z krajobrazu społecznego*.

    Oczywiście, że sa to bardzo złożone problemy i konflikt ten ma bardzo wile aspektów. Ma i taki, że nauka powoduje rozwój technologii, a to powoduje powstanie możliwości, które prowokują sytuacje z jakimi tradycyjne społeczeństwa nie maiły styczności. Samo pojawienie się możliwości wpływa na sytuacje religii w świecie. Nie znam jednak z historii przypadku w którym religia by upadła z powodu dokonania jakiegoś odkrycia naukowego. Każda religia potrafi się przystosować – nie ma nic bardzie elastycznego niż „święte księgi”- sa one tak pomyślane aby były wieloznaczne. Religie jednak są częścią kultury i upadają wraz z upadkiem kultur i społeczeństw które je wyznają a nie wraz z odkryciami naukowymi. Dlatego sytuacja konfliktową dla religii nie sa nigdy „odkrycia naukowe” ( jak powiedzmy odkrycie że przestrzeń ma 25 wymiarów) a jedynie zjawiska społeczne które te odkrycia prowokują – konsumpcjonizm, możliwość ingerowania w podstawowe funkcje organizmu, możliwość modelowania rzeczywistości np. ekonomicznej, środowiska naturalnego itp. Stąd prawdziwy konflikt nauki i religii odbywa się nie na froncie światopoglądowym ale społecznym. Konflikt światopoglądowy jak rozmowa ateisty z wierzącym to tylko przekomarzanki.

    Na przykład konflikt wartości między konsumpcjonizmem a „kulturą życia”. Uważam że nie jest to oderwany przykład zmian społecznych ale właśnie przykład na konsekwencje stosowania naukowych metod organizacji produkcji ( a przez to życia społecznego). Oto „naukowa ekonomia” kapitalizmu wkracza w modelowanie stosunków społecznych. Analizy oparte na zysku i stracie generują takie stosunki pracy, aby jak najefektywniej wykorzystać dostępne zasoby i wygenerować jak największy zysk. Proszę pamiętać że zaprzęgnięto tu wykwalifikowanych ekonomistów do systemowego stworzenia mechanizmów optymalnego sterowania procesami biznesowymi. Czyli klasyczny przykład zastosowania naukowej metody. Dostępność narzędzi i technologii umożliwia zastosowanie tego w praktyce ( np. sterowana numerycznie obrabiarka może być obsługiwana przez mniej wykwalifikowanego robotnika, niż gdyby miał wykonywać tę samą prace jako tokarz – o ile w ogóle byłby w stanie). Znowu technologia. Miękkie umiejętności jak marketing i reklama odwołują się do naukowej wiedzy socjologicznej. Standaryzacja produktów itp. Wszystkie te elementy składają sie na współczesną ekonomię kapitalizmu. I na naszych oczach kultura konsumpcji zabija np. „magię świąt”, niszczy więzy rodzinne ( oczekuje się od pracowników coraz większej mobilności), rozkłada państwo socjalne ( zawsze można przenieść produkcję do Chin, lub innego kraju który nie chroni swojej siły roboczej – moim zdaniem nie przypadkiem to są kraje niechrześcijańskie).

    Innym przykładem jest rozwój medycyny. Jeszcze w średniowieczu mieliśmy w Europie do czynienia z silnym tabu ciała. Zakazywano ingerencji w ludzkie ciało „z ciekawości” było ono bowiem świątynią Boga, siedzibą duszy, formą dla osoby której pochodzenie wywodzono od boga a nie z czysto naturalnych źródeł. Co charakterystyczne nie było mowy o tym by zakazywać krwawych jatek w postaci wojny, pojedynków czy tortur i choć z pewnością uznawano je za straszną czy złą, to jednak uzasadniona – czasami religijnie – konieczność. Sekcje zwłok uważano jednak za niestosowne do tego stopnia że groziła za nie kara śmierci. Przełamanie tego tabu, o czysto religijnych uzasadnieniach, okazało się być wstępem do rozkwitu medycyny i z pewnością przyczyniło się do polepszenia ludzkiego bytu w znacznie większym stopniu niż wcześniejsze, a oparte o rozmaite koncepcje „świętości ciała” religijne zakazy.

    Jeszcze innym przykładem jest genetyka/transplantologia/neurofizjologia – nauki te w nieodległej przyszłości mogą nam zafundować po pierwsze terapie genetyczne, po drugie hodowlę tkanek i terapię przeszczepianiem tkanek ( a nie narządów), po trzecie badania mózgu i badania układów krzem-tkanka fizjologiczna mogą doprowadzić do upowszechnienia rozmaitych implantów. To może w przyszłości skutkować powstaniem nowych rynków i wprowadzania zmian na niespotykaną skalę od nowych terapii po manipulacje neurofizjologiczne za pomocą układów elektronicznych. I znowu otworzy to pole konfliktu.

    Zwrócę uwagę, że nie mówię tu o  „religii fizyków teoretyków” czyli wysoce abstrakcyjnej mieszaninie platonizmu z teorią węzłów. Ledwie jestem w stanie mieć jakiś pogląd na wyniki fizyczne Einsteina, a są to rzeczy które starał się on wyłożyć najjaśniej jak tylko umiał. Nie mam najmniejszych kwalifikacji by twierdzić że wiem w co wierzył Einstein ( jak jednak wynika z wspomnień jego przyjaciół był zdeklarowanym ateistą), jakiekolwiek przytacza się jego opinie o bogu, można być całkowicie pewnym że nie jest to to samo pojęcie jakiego używa ksiądz Oko. Tutaj jednak piszę o religii jako zjawisku masowym, powszechnym, kulturowym i realnym obudowanym w instytucje i urzędy. Czasami twierdzi się że dla wierzących ludzi nauki, konflikt nauki i religii nie istnieje. Jest to zastanawiająca postawa gdyż jedynym sposobem na osiągnięcie takiego stanu w moim mniemaniu jest aby religia nigdy nie wypowiadała wartościowych ontologicznie i epistemologicznie twierdzeń. Religia taka, w moim prostackim oglądzie, produkuje jedynie tautologie. Nawet treść etyczna tych twierdzeń musiałaby być neutralna. Gdyby nie była, używałaby pojęcia odnoszącego się do bytu istniejącego realnie lub do jakichś jego aspektów dających się realnie zbadać. Z powodu różnego pochodzenia wiedzy mogą wejść w konflikt. Byłoby wysoce nieprawdopodobne aby dwa systemy oparte na rożnych metodologiach zawsze dawały zawsze zgodne odpowiedzi. Chciałoby się tu mieć jakiś „dowód zgodności” co oczywiście bardzo trudne. Jednak łatwo można dowieść twierdzenia przeciwnego – że konfliktują ze sobą. Wystarczy wskazać przykład konfliktu.

    Dajmy więc przykład konfliktu: przekonanie że ludzie wyznają wiele religii i że w pewnym sensie sa one równoważne ontologicznie jest tezą racjonalizmu. Konflikt np. chrześcijanin vs „czciciel kamienia z Wawelu” i vice versa (święty kamień jest konkretnym obiektem a nie transcendentalnym Bogiem). Racjonalizm w tym kontekście konfliktuje z religią nie dlatego, że zaprzecza religii, ale dlatego, że metodologia racjonalizmu wskazuje na istnienie wielu możliwych ludzkich opinii na temat boga z których wiele się wyklucza wzajemnie a więc nie mogą być wszystkie prawdziwe ale mogą być wszystkie fałszywe. Religia zaś takiego stanowiska nigdy nie może przyjąć – musi istnieć realnie właśnie jej prawda. Oczywiście można nazwać tą niezgodność racjonalizmu i religii nazwać „neutralnością” religijną racjonalizmu – nie wyróżnia on żadnej religii. Ale właśnie będąc neutralnym, wyklucza on „dowody prawdziwości” czy tez obiektywność prawdziwości każdej konkretnej religii. Widzę tu analogie do relacji logiki do teorii budowanych w oparciu o nią.

    Logika jest co prawda jest neutralna wobec treści/wartości zdań na których się rachuje, ale wyklucza jednocześnie „prawdę” niezależną od założeń pozalogicznych. Nie masz założeń pozalogicznych – nie wyjdziesz poza tautologie. Masz założenia pozalogiczne – twoja teoria chociaż logicznie spójna może być fałszywa. W rozumowaniu tym za logikę podstawmy racjonalizm, za teorię z założeniami pozalogicznymi – religię. Mamy teraz teorię która używa rozumu a więc niejako racjonalizuje swoje tezy ale jednocześnie stwierdza, że posiada aksjomaty pozalogiczne które są obiektywnie prawdziwe, nie podlegają dyskusji itp. co dla samej metodologii racjonalizmu jest nie do przyjęcia. W konsekwencji mamy teorie która w tej mojej analogii używa utylitarnie logiki ale ignoruje ważne jej wnioski, a tym samym konfliktuje z logiką pomimo, że używa jej jako narzędzia i to „lokalnie” w sposób prawidłowy. Podobnie religia stara się pracować w zgodzie z racjonalizmem, ale co do swojej zasady odsuwa istotny aspekt racjonalizmu jakim jest krytyczność wobec każdej hipotezy jaką się przyjmuje. Tym samym pozostając racjonalną co do zasad operacyjnych jest de facto systemem konfliktującym z racjonalizmem z powodów fundamentalnych.

    Nigdzie nie twierdzę że wszystko da się wyjaśnić rozumowo – to sa poglądy często przedstawiane jako racjonalne ale takimi wcale nie są. Dyskutuje z innym poglądem: pogląd ten jest następujący: „potrafimy wskazać zdania które sa obiektywnie prawdziwe”. Takim zdaniem wg. osób wierzących jest teza „istnieje Bóg”. Zdanie takie może być co najwyżej hipotezą. Wtedy zgoda – jest to dobra i sensowna hipoteza. Hipoteza ta traktowana literalnie jest bezwartościowa ontologicznie i epistemologicznie ( zakładając jakąś sensowną definicję boga na jaką moglibyśmy się tu zgodzić obaj). Aby z tego zdania wniknęła teza o „miłości bliźniego” albo o tym żeśmy „na wzór i podobieństwo” musisz drogi czytelniku do swoich przekonań coś dodać, prawda? W pewnym momencie chcąc wypowiedzieć tezę o realnie istniejącym obiekcie (świat, człowiek, życie, in vitro – jako przykład użyję go dalej) musisz jakoś „istnienie boga” jakoś odnieść do realnego, poznawalnego rozumowo i fizykalnie bytu. W tym momencie wkroczysz na pole konfliktu: chyba że nadal twoja wiara będzie tylko hipotezą – jak u Pascala. Jeśli będziesz trzymał się tego sposobu: zgoda- jeśli ktoś egzorcyzmy, zbawienie duszy, grzechy i 10-dem przykazań nazywa „użytecznymi hipotezami” które odrzucimy kiedy nam się skonfliktują z innymi hipotezami – wówczas zgoda –  na taka religię zgoda. Tak traktowana religia nie jest w konflikcie z nauka. Jeśli jednak tak, to musisz dopuścić do dyskusji pogląd że człowiek jest jeno zwierzęciem, a komórki w in vitro to taka galaretka która nic nie znaczy – i to na równych prawach. Cała argumentacja religijna sprowadzi się wówczas do wyboru hipotez które dają mniejsze zło np. mniej szkodzą, mają bardziej akceptowalne konsekwencje społeczne i powinieneś te argumentacje akceptować – w końcu dokonujemy tylko wyboru między równoprawnymi hipotezami. Argumentacja za ich „większą lub mniejszą” przydatnością, prawdziwością, sensownością, musiałaby mieć już pozareligijny, racjonalny właśnie charakter. Jeszcze nie spotkałem człowieka wierzącego ( a i sam chociaż niewierzący też tak nie uważam) który by zaakceptował taką postawę, nie mówiąc o oficjalnych religiach i ich głosie w dyskusji.

    W pewnej dyskusji na podstawie której „posklejałem” ten esej, mój adwersarz w następujący sposób podsumował swój stosunek do owego konfliktu o którym tu piszę:
„wyobraź sobie, że dwoje ludzi postanowiło pójść do restauracji. Jedno zamówiło paellę z owocami morza, drugie kotleta schabowego. No i mamy kłopot,[..] Czy to oznacza, że istnieje fundamentalna, nieusuwalna i sięgająca samej istoty bytu sprzeczność pomiędzy owocami morza a wieprzowiną? „ -Wówczas odpowiedziałem: między wieprzowiną a owocami morza nie, to są rzeczy, a nie postawy. Ale konflikt może mieć miejsce miedzy konsumentami owoców morza a wieprzowiny. Jeśli konsekwencją w wymiarze społecznym tego konfliktu będzie zakaz serwowania wieprzowiny wprowadzony administracyjnie, to jak najbardziej będziemy mieli do czynienia z realnym konfliktem tych ostaw. Nie ma najmniejszego znaczenia poczucie sztuczności sprzeczności między tymi stanowiskami, skoro bylibyśmy przez zwycięzców zmuszony do niekonsumowania wieprzowiny. Co więcej – zwolennicy owoców morza będą dowodzili, że jedzenie wieprzowiny jest przejawem cywilizacji śmierci, oraz objawem braku rozumienia oczywistości logicznej, czyli pewnego rodzaju ułomnością umysłową! Poglądy te nie są już racjonalną hipotezą, są wbrew zasadom rozumu, w szczególności zakład pascalianski jest przeciw temu kto chce dokonać wyboru ( jak jesz wieprzowinę Bogowie mogą cie skarać, jak jej nie jesz na pewno tego nie zrobią – ergo – racjonalnie nie jeść kiełbasy). My widzimy jego absurdalność, jednak dla wierzących amatorów owoców morza – wybór jest określony przez zasady transcendencji kulinarnej. czytelniku – czy nie zacząłbyś podejrzewać że ich stanowisko jest sprzeczne także logicznie? Jak bowiem z własnego wstrętu do wieprzowiny wyprowadzili brak zdolności poznawczych u Ciebie? Religia prywatna to opinia, religia traktowana jako zjawisko społeczne to obiektywnie istniejący element kultury roszczący sobie prawo do kreowania rzeczywistości prawnej, kulturowej. W tej grze religia nie bierze się jeńców…

drewno-pasek.jpg

 

    Ludzie patrzą na Ukrainę i nie wierzą własnym oczom i uszom. Rosja eskaluje konflikt, wybuchają demonstracje, protesty i akty separatyzmu, nieledwie cześć wschodnich obwodów deklaruje nie tylko prorosyjskość ale i wręcz separację i przynależność do Rosji. I nic. Ukraińcy oddają Ukrainę bez walki? Dlaczego nikt nie strzela do tłumu – zadaje sobie pytanie przeciętny polski inteligent przyzwyczajony do tego że do tłumu strzelać należy, inaczej władza jest niewarta szacunku ( nie wiem skąd te poglądy w kraju w którym zasadniczo nikt, nawet Jaruzelski do tłumu nie strzelał – przypomnijmy że pomimo zajść w Kopalni Wujek itp. w całej Jaruzelskiej RP zginęło mniej ludzi niż na Ukrainie w ciągu kilku tygodni „budowy demokracji”. Nie wiem skąd ten pęd do gloryfikacji przemocy – oczywiście zawsze w imię „wyższych celów”. Najpewniej dzieci bite biją własne dzieci – może dlatego nie mamy w Polsce szacunku dla życia ludzi?). Jak to wiec jest – że Ukraińcy nic nie robią?

    Ukraińcy zostali poddani działaniu, czy tez ulegli atakowi – nowej broni. Broni przed która nie potrafią sie bronić, bo klasyczne arsenały nie są w stanie odeprzeć takiego ataku, a polityczne i militarne dyletanctwo nie pozwala na rewizję taktyki.

    Nie przeceniając roli Rosji i Putina, trzeba zdać sobie sprawę z jednego – to co obserwujemy to politycznie i militarnie jest bardzo skomplikowaną operacją logistyczną. Z innych tego typu wydarzeń na świecie ( Syria, Egipt, Libia) widać że bardzo trudno jest rozpętać konflikt i go kontrolować – przynajmniej Amerykanom sie to jeszcze nigdy w pełni nie udało, a na Ukrainie Rosjanom jak na razie, udaje sie to perfekcyjnie. Widać że Rosjanie mieli to zaplanowane od dawna, oni w jakiś sposób utrzymują to napięcie a nie powodują eskalacji przemocy. Nawet na Krymie to było widać- jacyś ludzie, coś zajmowali, gdzieś stali, kogoś blokowali, a na koniec była rosyjska flaga. Tego sie nie zrobi  „Gromem” i „Formozą”. Wyobraźcie sobie wyszkolenie żołnierzy ( agentów?) którzy z jednej strony są w stanie brać udział w walkach, ale na co dzień, w trakcie normalnych działań, są w stanie manipulować tłumem, wygłaszać przemówienia, działać jak partyzanci w grupie po 10-15 osób i destabilizować całe miasto czy obwód.
    To jest nowy rodzaj sił zbrojnych. Pewnie że ich zastosowanie nie udałoby sie powiedzmy w Niemczech. Ale jestem pewien że oni mają jednostki tego typu dedykowane do działań w krajach postsowieckich, gdzie sa w stanie zapewnić kulturową bliskość „agentów” i ludności cywilnej.

    To jest coś przy czym armia wyposażona w bomby, pistolety i czołgi wygląda jak młotek naprzeciw smartfona. Oni to przygotowywali w sensie strategicznym przez całe ostatnie 20 lat. Kluczowymi elementami tej strategii są jak przypuszczam:

  1. użycie niewielkich grup 10-15 osobowych, złożonych z ludzi doskonale znających środowisko lokalne, język, kulturę, może nawet posiadających znajomości.
  2. użycie ludności cywilnej jako broni – ludzi wychodzą na ulice i demonstrują. Odpowiednie działania sprawiają że destabilizuje to lokalne struktury władzy.
  3. partyzancka taktyka działań – duża mobilność, samodzielność, poleganie na oddziaływaniu psychologicznym, absolutna wstrzemięźliwość w użyciu broi. Jeśli mamy tam do czynienia z jakąkolwiek formą dowodzenia – ma ono charakter lokalny i wysoce samodzielny.
  4. brak przywódców, nie ma z kim negocjować, nie ma kogo złapać i pokazać przed kamerami.
  5. stosowna oprawa propagandowa skierowana zarówno do świata jak i nawet przede wszystkim do własnego społeczeństwa
  6. wirtuozowska oprawa dyplomatyczna, w której niby nic nie wiadomo, a w istocie wiadomo wszystko, niby deklaruje sie dobrą wolę ale nie wiadomo cóż jest to to gra na czas czy realna deklaracja intencji itp.
  7. głębokie zintegrowanie strategii działań wojennych z działaniami gospodarczymi.

    Wydaje sie że Rosjanie wyciągnęli tu wnioski z analiz konfliktów animowanych na całym świecie przez CIA i opracowali strategię postępowania która jest skuteczniejsza. Widać tu pewnego rodzaju biegłość polityczna i strategiczną która wydaje sie jednak ze przewyższa to co się śni naszym, wychowanym na starodawnych pomysłach i przywiązanym do idei potęgi ciężkiej broni, dowódcom. Dla mnie to ważna konstatacja, bo nie tyle każdy z osobna ale wszystkie razem punkty 1-7, ich głęboka integracja, świadczy o tym że mamy do czynienia najprawdopodobniej z nowoczesną doktryną konfliktu przy zastosowaniu nowoczesnych środków jego prowadzenia.

    Warto zwrócić uwagę na punkt 7. Jak wiadomo nikt Putinowi krzywdy nie zrobi bo wszyscy potrzebują jego ropy i gazu ( oczywiście poza akwizytorami strony przeciwnej którzy będą dowodzić że obędziemy sie bez gazu i ropy Putina jeśli kupimy – całkowicie bezpieczny i nieszkodliwy dla delfinów  – gaz i ropę akwizytora. Trzeba pamiętać że wojna jest doskonała okazją do interesów i np. Wielka Brytania podczas II Wojny Światowej wyprzedała  na rzecz USA całe Imperium). Jeśli ktoś sądzi że Rosja budując swoje rurociągi posługuje sie koncepcją „rura ma iść tak żeby było tanio, niech w przetarg wygra najtańsza oferta”  zwyczajnie wierzy ze cały świat stosuje Polnische Wirtschaft. Nie jest to prawda. Budując skomplikowane przedsięwzięcia gospodarcze, kraje w których nie rządzą idioci, biorą pod uwagę nie tylko ich znaczenie gospodarcze ale i strategiczne, polityczne, społeczne i w tym militarne. Rosja brała je pod uwagę – na pewno. Ukraina jest zakładnikiem Rosyjskiej dobrej woli w zakresie dostaw ropy i gazu. Ktoś w Rosji zadał sobie pytanie – jak będziemy robić interesy z Niemcami kiedy w Polsce powiedzmy – taki fantastyczny scenariusz –  CIA osadzi swojego agenta wpływu w MSZ? I narysowali rurę tak, żebyśmy nie mieli wpływu na jej działanie. Zadajmy sobie pytanie – co mogliśmy/możemy zrobić? Nie ma i jeśli to co piszę jest prawda – nie będzie wojny. Nikt nie przyjdzie nam z pomocą bo nie ma w czym nam pomagać. Rosja z Niemcami sie dogadają, a do ropy do Polski objętej sankcjami nikt nie będzie dopłacał, co oznacza że jeśli Radek nadal będzie podskakiwał ( na szczęście ktoś mu dał po łapach i ostatnio po oszałamiających sukcesach w wyzwalaniu Ukrainy nieco przygasł) to Rosja podniesie nam ceny ropy a zachód im tylko – w imię pokoju –  przyklaśnie widzą okazje do pośrednictwa w jej sprzedaży.

    Co należało zrobić? Aby popsuć strategię w pt. 7. należało uczestniczyć w interesach. Należało być entuzjastą który rozumie własny interes, dołożyć swoje trzy grosze, i mieć swojego człowieka w zarządzie Nord Stream i innych tego typu przedsięwzięciach. Kogoś kto potakuje w sprawach nieważnych, ale mówi veto ( raz na 10 lat ) wtedy kiedy to istotne.  No ale trzeba wiedzieć co jest ważne.. Rozumienie takie zakłada pojęcie patriotyzmu, znajomości interesów własnego kraju, szacunek dla własnego społeczeństwa i własnych korzeni, tego wszystkiego czego w Polsce nie rozumieją elity, którym od wieków bliższy jest Paryż ;-). Można zatykać nos, ba1 to słuszne, jak sie patrzy na Schroedera. Ale chyba nikt nie ma wątpliwości której strony interesy on w tym Nord Stream reprezentuje. Taki styl uprawiania polityki, z jakimś zamysłem, z użyciem rozumu, z koncepcją wykraczająca poza wymachiwanie szabelką w nadziej że jakieś mocarstwo doceni to machanie i nagrodzi – niestety nie jest naszą mocną stroną.I niestety patrząc na naszą scenę polityczną trudno czasem powiedzieć czyje interesy reprezentują nasi politycy…

    Pozostaje nieć  nadzieję ze pozostałe punkty planu – czyli 1-4. nie są możliwe do zastosowania w Polsce. Nie chciałbym by ktoś odniósł mylne wrażenie że chodzi  „kwestię mniejszości rosyjskiej” – nie chodzi i to zupełna bzdura tka myśleć. W Egipcie czy Syrii nie było żadnej „mniejszości amerykańskiej” a udało sie tam wywołać całkiem identyczne zajścia jak na Ukrainie ( tyle że nie udało sie ich kontrolować). Chodzi o wywołanie podziałów, dla której to strategii konieczne jest istnienie wektora wpływu. A nim może być jakikolwiek mocny i trwały podział społeczny poddający sie manipulacji.  ( Czy na pewno Polska jest wolny od konfliktów? ). Stąd przynajmniej pod tym względem możemy spać bezpiecznie…

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d blogerów lubi to: