You are currently browsing the category archive for the ‘czytanie’ category.

 
 

kawalek-szczescia-pasek

 
 
 
 
Topolog Szachrajka
 
 
     

Chcecie bajki? oto bajka!
Był raz topolog szachrajka,
co budował bardzo śliczne
stacje kosmiczne.

Finitysta czy platonik,
tyra w kieracie jak konik:
takoż i topologowie.
A nad nimi są szefowie.

A nad szefem – są księgowi
co hołdują morfizmowi:
(zawsze wyjdzie taki bzdet )
budżet w kategorię FinSet

Szef raz zleca zespołowi
„Kosmodrom zbudować nowy!
„macie blachy sto arkuszy,
na więcej brakło funduszy”

Smutne miny, żałość wszędzie:
„Z tyla blachy? ciasno będzie”.
Logik ścisnął ręce w kieszni:
„mało będzie tam powierzchni”

Wtem Topolog nasz szachrajka
wpadł na pomysł: „to jest bajka!”
Klasnął, skoczył, wyginał wręgi
na kształt mobiusowej wstęgi!

Wraz robota jest skończona!
Stacja w kosmos wystrzelona.
Szef jest kontent że aż miło:
„tak przestronnie się zrobiło!”

„Teraz dla przecięcia wstęgi
przyjedzie marszałek tęgi.
Nieźleśmy to zbudowali!”
I wyszedł z uśmiechem z sali.

Kosmiczna orkiestra, przyleciał marszałek
Patrzy: jest korytarz, cały szereg gałek.
Panu marszałkowi siusiu się chce.
Pyta: „a gdzie tu jest wu-ce?”

Szef jest przerażony, woła Topologa.
„Topolog, no gdzie wu-ce?, jesuuu, o laboga!”
A topolog rzuca: „nie ma żadnej sprawy”
„niech idzie przed siebie i szuka po prawej…”

 
Zadanie dla zdolnych dzieci: stacja kosmiczna wykonana z blachy ma podłogę w kształcie wstęgi Mobiusa ( otoczoną stosownie ścianami, tak że można przejść ją całą w kółko ;-) Pan marszałek nie do końca pamięta, która ręka jest prawa, więc Szef zaproponował by topolog skoro taka mądrala, narysowała na podłodze panu Marszałkowi strzałki, zawsze w prawą stronę. Jak wiadomo wstęga Mobiusa – a wiec podłoga stacji, jest powierzchnią jednostronną, więc w końcu, rysując strzałki, topolog wróci do miejsca skąd zaczęła.
Pytanie: jak będą w tym miejscu wyglądały strzałki?

Wskazówka: A może warto sobie skleić wstęgę z papieru?

Słowniczek przydatnych terminów:
Morfizm – gdzie byś nie obracał, i tak wyjdzie na to samo
FinSET – kategoria zbiorów niestety skończonych
Wstęga Mobiusa – nieźle zakręcony kawałek przestrzeni

 
 
Reklamy

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

   Lubbock był nie tylko bankierem i entomologiem, ale również między innymi wybitnym archeologiem, członkiem rady nadzorczej British Museum, posłem do parlamentu, wicekanclerzem ( czyli szefem) London Uniwersity i autorem poczytnych książek. Jako archeolog stworzył terminy „paleolityczny”, mezolityczny” i „neolityczny”, oraz jako jeden z pierwszych posługiwał się praktycznym nowym słowem „prehistoryczny”, jako polityk i poseł z ramienia Partii Liberalnej został rzecznikiem człowieka pracy. Złożył projekt ustawy ograniczającej dzień pracy w zakładach przemysłowych do dziesięciu godzin, a w 1871 roku przeforsował – w gruncie rzeczy w pojedynkę – Bank Holiday Act, czyli ustawę, która wprowadzała niezwykle radykalną jak na tamte czasy ideę płatnego, niekościelnego święta. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jakie wywołało to poruszenie. Przed ustawą Lubbocka większość pracowników miała wolne w Wielki Piątek, w pierwszy lub drugi dzień świat Bożego Narodzenia ( ale z reguły nie w oba) i w niedziele. Dodatkowy dzień urlopu – i to latem – był zbyt piękny, aby mógł być prawdziwy. W powszechnej opinii Lubbock był najbardziej lubianym człowiekiem w Anglii, a bank holidays przez długi czas z sentymentem nazywano dniami Lubbocka. W tamtych czasach nikt by nie uwierzył, że jego nazwisko pójdzie kiedyś w zapomnienie.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

    BTW. Łatwo zrozumieć dlaczego w Polsce partie prawicowe, konserwatywne i koterie elit, mają w swoich ideałach słowo liberalny. Jest to taki sam powód, jak ten dla którego każdy produkt na półce ma naklejkę ( zwykle w krzykliwym kolorze) z napisem „Nowość!!!”, a akwizytorzy uśmiechają się zanim człowiek da im do ręki pieniądze. Pomysł ze liberalizm jest poglądem lewicowym jest w Polsce poglądem obrazoburczym. Wbrew pozorom nie jest to powód do zmartwienia – kłamstwo jakim nas raczą media dowodzi tylko tego, że optując za likwidacją zdobyczy cywilizacji w postaci państwa opiekuńczego, w głębi duszy mając poczucie skurwysyństwa, chcą po prostu mieć etykietkę odwołującą się do zgoła przeciwnych ideałów. Nie od dziś elity smród leczą perfumą…

drewno-pasek.jpg

Media donoszą: „Rekord na 18. urodziny Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie! Tego można było się spodziewać. 18. edycję Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie (23-26 października) według szacunkowych danych odwiedziło niemal 60 tysięcy osób – to kolejny rekord frekwencji dla jednego z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w naszym kraju. […] Edycja, którą na przekór wynikom badań czytelnictwa odwiedziło przez 4 dni niemal 60 tys. osób (w zeszłym roku 40 tys.)! „

    Ostatnio w radio usłyszałem że wprowadzenie darmowego podręcznika do szkoły, czyli w pewnym sensie położenie kresu patologii która polegała na wymianie programów szkolnych raz na rok w celu wymuszenia zakupów podręczników przez rodziców, spowodowało zmniejszenie się rynku książki o 10% . Widać wyraźnie zatem że wydawnictwa postawiły na złego konia – a teraz zjadają własny ogon. A wystarczyło działać na rzecz bibliotek, promować czytelnictwo. Wcale mi nie żal wydawców, choć oczywiście nie skończy się to dobrze dla nas wszystkich…

    Od lat słyszymy o kryzysie czytelnictwa. A tymczasem jest jak w doniesieniu prasowym – ludzie czytają i chcą czytać. Jednocześnie upadają księgarnie, zamyka się biblioteki, brak jest spójnej strategii rozwoju kultury, nie propaguje sie postaw pro-czytelniczych w telewizji czy w radio, lub czyni się to w absurdalny sposób o absurdalnych porach. Traktuje sie rynek książki jak kolejny segment rynku konsumenckiego, jak rynek proszków do prania czy tekstyliów. Bynajmniej nie jest ani konieczność ani właściwa decyzja. To wadliwe konstrukcje ekonomiczno-polityczne prowadzą do takich patologii, ale bynajmniej rzecz nie sprowadza się do wąskiej kwestii spraw związanych z rynkiem wydawniczym.

     Myślę że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Problem w tym, że dewastacji ulegają centra miast. Państwo, tak właśnie, państwo, pozwala na zawłaszczenie historycznie utworzonych centrów miast. Wiadomo że w miejsce ulic na rozmaitych starówkach, gdzie się chodziło „do miasta”, obecnie powstają ulice „bankowe” i „telefoniczne”. Ulice te powstają nie dlatego że bank w centrum to taki świetny interes, tylko dlatego że witryna 7x5m wynajmowana przez bank jest tańsza niż reklama o tych samych rozmiarach której zresztą w centrum nie da sie umieścić z powodu rozmaitych przepisów, np. o ochronie zabytków. Sprawa jest znana od dawna – bank wynajmuje taką witrynę, w środku umieszcza studentkę na umowie śmieciowej, a właściciel kamienicy jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie bo dostał 30% więcej niż dałby mu sklep monopolowy – a gdzie tam mówić o księgarni… Po wynajęciu lokali przez 3-4 banki ulica umiera – żaden zdrowy na umyśle człowiek nie chodzi w takie przeklęte przez lichwę miejsca – nie dlatego że przesądny – zwyczajnie nie ma po co. W konsekwencji umierają kawiarnie, potem księgarnie/antykwariaty a na koniec małe spożywczaki. Cały ruch konsumencki wynosi się „na przedmieścia” do centrum handlowego – ale tam już właściciel centrum dyktuje warunki. Tam są tyko sklepy które chyba służą praniu brudnych pieniędzy i oszustwom podatkowym ( wiele razy słyszałem jaki to wysoki czynsz muszą zapłacić właściciele sklepów w galeriach handlowych. A potem idę taką galerią i widzę sklepy w których koszule i spodnie, po obniżce 60% kosztują powyżej 350 pln. W sklepach tych zawsze, kiedy bym nie przylazł jest pusto i nie ma klientów, a mimo to zwykle są 2-3 osoby obsługi. Nie wierzę że utrzymują sie z tego co sprzedają. Jednocześnie nawet empik w którym zwykle jest sporo ludzi – ponoć ledwo sie utrzymuje…).

     Śmierć księgarni ( i śmierć czytelnictwa) jest wynikiem dewastacji miast przez chciwość kamieniczników i banksterów. Jest to całkowicie wolnorynkowy proces, nad którym nikt nie sprawuje kontroli bo z powodu panującej ideologii nie jest w stanie wymyślić poglądu jak legalnie ograniczyć taką, szkodliwą działalność. Dewastacja centrów miast przez biznes jest faktem, omawianym w wielu miejscach, analizowanym przez wielu komentatorów. Jedną z jej konsekwencji, najpewniej nie najważniejszą, ale w długofalowej perspektywie istotną, jest upadek małych księgarni. 

    Podobny proces 50 lat temu dotyczył ochroną środowiska – biznes truł, smrodził i nic z tym nie można było zrobić. Tu trzeba jakiegoś ruchu, tak jak Zieloni w latach 70-tych którzy doprowadzili do zmiany która uniemożliwiła kapitalizmowi rabunkowe niszczenie środowiska naturalnego. Obecnie trzeba by jakiegoś Antropologizmu, trzeba walki o centra, pikiet instytucji które niszczą przestrzeń publiczną. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie specjalnych podatków, które podniosłyby  czynsz oddziałów banków o 200-300% w postaci podatku od braku użyteczności. Niestety – musimy poczekać aż zrobią coś takiego na zachodzie – nam samym nie wolno tego wymyślić…

     Co jeszcze ważniejsze, kompletnie brak dyskusji publicznej na te tematy – media wolą nagłaśniać trzeciorzędne sprawy defraudacji jakichś, skądinąd niewielkich, pieniędzy – które choć bulwersujące, powinny być kwestią rozwiązań proceduralnych a nie akcji pijarowych polityków. Zwłaszcza że to wczorajsi złodzieje ( winko za 800 PLN do obiadku w knajpie ) dziś są nominowani na niezłomnych moralistów.

galeryjlka.jpg

 

Okazuje sie że ludzi odczuwają zażenowanie kiedy spotykają się z amatorską sztuką. Sztuką niekoniecznie głęboką, opartą na latach kształcenia i gruntownej wiedzy. Właściwie można by wzruszyć ramionami i powiedzieć – tak bywa. Osoby które nie lubią takiej sztuki – po prostu niech jej nie szukają. Ci którzy ją znaleźli i ich ta sztuka bulwersuje podobni są trochę do ludzi podglądających przez dziurkę od klucza bezeceństwa, którzy zgorszeni i zdegustowani nie mogą oderwać wzroku, rozpowiadają całą rzecz w koło a ja tym wpisem włączam sie do dyskusji. Scena godna niemal komedii Goldoniego.

Generalnie sądzę że decydują tu zwyczajnie tzw. horyzonty, obycie i przyzwoitość. Są ludzie pozbawieni samokrytycyzmu, ignoranci bez potrzeby zdobywania wiedzy ale za to z parciem do ludzi ( czasy Wolności sprawiły że wszyscy oni wyszli z domów i zdominowali całe życie społeczne w Polsce – wystarczy otworzyć telewizor – tzw. celebryci to głównie oni). Sa wszakże także ludzie niedouczeni, z małych miasteczek, wiosek, jak ja, którym sie wydaje że jak przetłumaczyli Carmina Burana to sięgnęli szczytów intelektualnej perwersji a na więcej ich zwyczajnie nie stać ( w szczególności nie chcą lub nie mogą poświęcić tygodni czy miesięcy na naukę języka i pogłębienie wiedzy). Z poezją nie mam wiele wspólnego wszakże trochę więcej mam wspólnego z rysunkiem i malunkiem, są dla mnie zdecydowanie łatwiejszą formą wyrazu i rozrywki ( zarówno jako konsument jak i jako hm… twórca?) i w tym obszarze wyrażę swoje zdanie.
Po pierwsze jestem zdecydowanie przeciwko elitaryzmowi. Każdy ma prawo do reki wziąć pędzel albo ołówek i zrobić kopie Giocondy. Dzieło owo będzie jego własnym wytworem, zaś nieunikniona niezgodność z oryginałem ( nie mówimy o fałszerzach!) będzie objawem bądź braku techniki, bądź wynikiem indywidualnego procesu twórczego. Taka działalność jest wartościowa. Wielcy mistrzowie rysunku, artyści, nie wyskakują z głowy Atenie, tworzą sie w pracy i bólach. Pogardzany dziś i powszechnie potępiany plagiat, rozumiany nie tyle jako przypisanie sobie czyjegoś dzieła, ale zaczerpnięcie czyjejś idei, pomysłu, historycznie jest podstawową metodą nauki a na dodatek wręcz standardową metoda twórczą w malarstwie. Standardową metodą nauki malarstwa jest kopiowanie obrazów mistrzów. Przy tym malarze zawsze powielali swoje dzieła zarówno własne co nazywamy autoplagiatem ( niektórzy potrafili malować ten sam obraz w dziesiątkach kopi czy wersji, z rozmaitych powodów, od czysto zarobkowych do realizacji czysto wewnętrznych i artystycznych potrzeb) jak cudze. Należy także pamiętać że całe wieki historii malarstwa przebiegały pod znakiem miej lub bardziej formalistycznym – pewne postacie np. postać Chrystusa, przedstawiono zgodnie z pewnym kanonem, często powstałym w oparciu o szczególnie udaną pracę „dawnego” mistrza. Całą tak wielka dziedzina sztuki, czy rzemiosła, jak kto woli, jak pisanie ikon, w pewnym sensie polega na kopiowaniu tych samych idei wizerunku, co gwarantuje na przykład rozpoznawalność świętych. Na wielu działach widać także nawiązania, zapożyczenia, często złośliwe komentarze do dzieł innych malarzy. Smaczki takie są dziś poszukiwanym i interesującym trivium dla amatorów malarstwa. Nie przypadkiem Picasso powiedział że „Dobrzy artyści kopiują, wielcy kradną”..

Po drugie mury miejskie w Krakowie pełne są landszaftów wytworzonych przez całkowicie profesjonalnych artystów z dyplomami. Gdyby przez pryzmat tej twórczości oceniać ich poziom artystyczny, należałoby zamknąć Krakowską ASP – ze wstydu. Gdyby przyjąć że ta twórczość jest wynikiem wyłącznie tanich gustów tzw. prymitywnego odbiorcy – wszystkie obrazy musiałyby iść jak świeże bułeczki. Nie idą. Prawda bowiem jest taka, że na 100 namalowanych obrazów, dobrych jest kilka. Na te kilka – realną wartość artystyczną ma jeden? Wartość rewolucjonizująca sztukę – jedne na dziesięciolecia. Dostępność materiałów malarskich, upowszechnienie możliwości twórczych – niejako upowszechnienie sztuki zarówno w odbiorze jak i w produkcji – bo przecież z produkcją mamy do czynienia – słowem – zwiększenie podaży – w istocie poprawiło poziom sztuki w koło. Tyle że dzieje sie to w drugim obiegu, internetowym samizdacie. Otaczamy sie przecież coraz ładniejszymi przedmiotami, jeśli ktoś chce może sobie stylowo urządzić mieszkanie, poprawił sie znacząco poziom ilustracji książkowych dla dzieci ( co wynika z zaniku disnejowskiej estetyki w obszarach ilustracji książkowej). Z wolna wyrasta nam rynek na grafikę koncepcyjną ( dla wytwórców gier, filmów tzw concept art ), na dobre logo, na ciekawe wzornictwo. Tylko że publikatory, media, nie rozpoznają jeszcze tego zjawiska, szukają go nie tam gdzie należy, nie pokazują zdolnych, młodych, nie nawiązują współpracy z amatorami którzy mogliby tym sposobem pokonać drogę od domowego mazania do profesjonalnych zleceń. Zjawiska którego bodaj najgłośniejszym wyrazem był sukces Tomasza Bagińskiego.  Żyjemy w kraju w którym rewolucja polega na skopiowaniu tego co wymyślili inni, bo to nie pociąga za sobą krytyki, jest bezmyślnym i bezpiecznym obszarem naśladownictwa. Nie niepokoi. Tak właśnie funkcjonują elity w Polsce. Tymczasem to właśnie utrata pozycji przez elity, a nie ich wyalienowanie – jest przyczyną tego ze rzeczy idą w lepszym kierunku, to właśnie anty-elitaryzm stał sie powodem rozkwitu zachodu, to egalitaryzm jest podstawową konstrukcją nowoczesnych społeczeństw, i to właśnie odwrót od egalitaryzmu, w postaci związku pieniędzy z polityką i romansem celebrytów z biznesem powinniśmy być najbardziej zaniepokojeni. W końcu wychwalana zewsząd klasa średnia ot mieszczanie, kupcy, ludzie pogardzani przez elity, jest podstawą liberalnej demokracji. I w końcu nie ma takiej dyktatury która by nie flirtowała z elitami, starając sie zwykle legitymizować przemoc toastami ze sławnymi reżyserami, aktorami, muzykami. Elitaryzm to zło, łatwe do zmanipulowania.
Inną zasadniczą sprawą jest nasz narodowy charakter ( rany! wiem, znowu o charakterze narodowym), skazujący każdego kto coś zrobi na krytykę. Skutkiem tego większość nic nie robi, a Polska wygląda jak wygląda. Cierpimy na nadmiar krytyków, a na niedomiar ludzi twórczych. Przypomina mi sie tu, na marginesie,  ponoć autentyczna sytuacja, jaka miała miejsce podobno w porcie Gdyńskim. Wnuczek z babcią zwiedzali okręty zakotwiczone na nadbrzeżu i gówniarz wpadł do wody. Na szczęście pełniący wachtę marynarz, skoczył za nim natychmiast, uratował dziecko i przy pomocy gapiów wydostał sie na brzeg razem z małym. Babcia która oczywiście odchodziła od zmysłów, wyściskała wnuczka po czym zwróciła sie do marynarza: „A gdzie berecik?”.

Świat docenia działalność twórczą, choćby niepełną, nieoryginalną, nie profesjonalną. Osobiście bardzo cenię np. klimat jaki panuje na portalu deviantart, bodaj największym tego typu portalu społecznościowym poświęconym sztuce. Zaskakująco dużo dobrych i profesjonalnych artystów publikuje swoje prace właśnie tam. Na bardzo poczytnym blogu linesandcolors.com prezentującym dzieła profesjonalnych artystów, co chwila pojawia sie odwołanie do deviantarta. Nie jest to wiec portal amatorski. Jednocześnie 90% prac tam prezentowanych to prace nieporadne, ułomne, z brakami. Tym niemniej krytyka typu „twój obrazek jest kiepski, lepiej zajmij sie robieniem butów” jakiej pełno na Polskich portalach o sztuce ( a sporo z nich odwiedziłem swego czasu) właściwie nie występuje. Osoba która by tak napisała, zostałaby oceniona jako „zakompleksiony burak”. Pełno natomiast słów otuchy, skierowanych do ludzi którzy sie uczą. Nawet namalowanie postaci z ulubionej kreskówki ( tzw. fanart) jest traktowane tam jako okazja do nauki, kompozycji, koloru, kreski. Ludzie którzy sie uczą potrzebują zachęty, pochwały. Potrzebują także krytyki. I o nią proszą!

Wydaje mi się że niesłusznie odsądzamy od czci i wiary grafomanów, nieudaczników, amatorów którzy nie wnoszą do historii sztuki przełomu i rewolucji, ale wnoszą ciekawość, chęć naśladownictwa, miłość i entuzjazm. Wyśmiewamy ich łatwo za ich potknięcia, nieznajomość rzeczy. Marsjasze wchodzą na appolińską dziedzinę nie od dziś i nie od dziś wiadomo że bez litości, kiedy wytknie się im już braki i gdy wszyscy już nie mają wątpliwości że nie zasługują na laur, obdziera sie ich ze skóry. Tymczasem to jest prawdziwa elita tego kraju – ludzie którzy czytają Rimbaud i to w oryginale, farbkami ze sklepu z artykułami szkolnymi kopiują Giocondę.  Ilu takich ludzi spotkasz w tramwaju? Wolałbyś czytelniku żeby w internecie były tylko blogi kibiców piłkarskich?

 

Esej jest odpowiedzią sprowokowaną tym wpisem Drakainy, na skądinąd fajnym jej blogu.

krasiczyn.jpg

 

    „Wydawanie tych pieniędzy stało sie dla niektórych pracą na cały etat. Prawie wszystko, co robili miało w sobie coś prostackiego i nowobogackiego. Goście zaproszeni na pewne […]  przyjęcie zobaczyli na stolach stożki piasku z wbitymi w nie złotymi łopatkami. Na dany przez gospodarza sygnał mieli zacząć kopać w tym piasku w poszukiwaniu brylantów i innych błyskotek. Inny, wyjątkowo niedorzeczny pomysł na bankiet polegał na tym,  że do sali balowej […], wielkiej i eleganckiej restauracji, wprowadzono kilkadziesiąt koni i przywiązano do stołów, żeby dostarczyć gościom niezwykle oryginalnego i zupełnie surrealistycznego doświadczenia, a mianowicie zjedzenia kolacji na końskim grzbiecie w metropolitarnej sali balowej. Wiele bankietów kosztowało dziesiątki tysięcy dolarów. […]

    Wielu nuworyszów jeździło do Europy i kupowało dzieła sztuki, meble i wszystko inne. […] zaczął kolekcjonować pierwsze wydania dzieł Szekspira, z reguły nabywając je od podupadłych arystokratów […]. Inni […] gromadzili wielkie kolekcje sztuki, a niektórzy kupowali co popadnie. […]

    Nowobogaccy zaczęli kolekcjonować nie tylko europejską sztukę i rzemiosło artystyczne, ale również samych Europejczyków. W ostatnim ćwierćwieczu modne stało się wyszukiwanie pozbawionych gotówki arystokratów i wydawanie za nich córek. Aż pięćset bogatych młodych […]anek zgodziło sie na taki układ. Niemal we wszystkich wypadkach było to nie tyle małżeństwo ile transakcja handlowa.

    Pasją […] były konie.  Zlecił  Huntowi zaprojektować 52 pokojową rezydencję […], w której cały parter zajmowały stajnie. […] mógł wjeżdżać powozem do środka przez gigantyczną bramę. Boksy były wyłożone tekową boazerią ze srebrnymi okuciami. Pomieszczenia mieszkalne znajdowały sie na wyższych kondygnacjach.

    […] budowali pełne przepychu domy. Najbardziej okazałe zaprezentowali […], którzy tylko przy […], zbudowali dziesięć pałaców. Jeden z nich miał 137 pokojów, dzięki czemu należał do największych miejskich domów jakie kiedykolwiek powstały. […] W rzeczywistości domy były tak wielkie że nawet służący potrzebowali służących. Kładziono w nich całe hektary marmuru, tapiserie wielkości kortu tenisowego, armaturę ze złota i srebra, wieszano rozmigotane  żyrandole i tym podobne. Szacuje sie że budowa jednej z rezydencji  […] kosztowałaby dziś pół miliarda dolarów – niemało jak na domek letni. Przepych ten budził tak powszechną dezaprobatę, że [,…] przez jakiś czas poważnie rozważał wprowadzenie limitu kwoty którą jedna osoba mogłaby wydać na dom.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

galeryjlka.jpg

    Jak wiadomo Ray Kurzweil prorokował ( a może nawet nadal prorokuje?) że nadchodzi osobliwość technologiczna. Trudno mi dociec jak na to wpadł, ale zapewne studiując wyłącznie twarde dane.  Nie znam szczegółów ale zapewne chodziło mu o niebywałe wprost przyspieszenie rozwoju w niektórych dziedzinach przemysłu i nauki.

    Swego czasu spotkałem się z sarkastyczną opinia że podziw jaki dziwimy dla obecnej globalizacji jest tylko odbiciem naszego cielęctwa, bowiem człowiek belle epoque, jakiś bogatszy obywatel Imperium Brytyjskiego, ktoś jak Sherlock Holmes ;-) miał dostęp do nie mniej globalnego środowiska. Trudno mi oceniać, wszakże faktem jest że nawet w opowiadaniach Artura Conan Doyle słynny detektyw czy tez jego przyjaciel doktor Watson czytają sobie wieczorem w gazecie co się zdarzyło w Londynie w ciągu tego samego dnia, zaś wieści z Indii, za pomocnica telegrafu, docierają do nich zwykle dnia następnego ( rzecz w Polsce do dziś nieznana, nawet wydania internetowe gazet nie sa w stanie opisać czegoś co zdarzyło się w Płocku, zanim kurier konno nie dojedzie do Warszawy. Ponieważ większości redakcji gazet w Polsce nie stać na utrzymanie koni, co się dzieje w Płocku nie wiadomo wcale). 

    Tym którzy chcieliby sobie porozmyślać o tempie rozwoju i jego konsekwencjach polecam poniższe cytaty:

    „W 1889 roku luksus i przepych przekraczały w stanach zjednoczonych wszelkie miary. Mark Twain nazwał te czasy Gilded Age, pozłacaną epoka, i określenie to się przyjęło. W całych dziejach ludzkości nie było czegoś podobnego. W latach 1850-1900 wszystkie wskaźniki zamożności, wydajności pracy i dobrobytu poszybowały w Ameryce do góry. Liczba ludności potroiła sie, podczas gdy PKB wzrósł trzynastokrotnie. Produkcja stali podniosła się z 13 tysięcy do 1,3 miliona ton rocznie, a wartość produkcji wyrobów metalowych – broni palnej, torów, rur, bojlerów, najrozmaitszych maszyn – z 6 do 120 milionów dolarów. W 1850 roku milionerów było w kraju mniej niż dwudziestu, a na koniec stulecia czterdzieści tysięcy”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

Skoro już nas przekonano, że amerykanie mieli swój cud gospodarczy i że tempo wzrostu było na niespotykaną skalę, to warto sobie przemyśleć także taką informację:

„By the beginning of the 20th century almost half of world production was being extracted in Baku. The oil boom contributed to the massive growth of Baku. Between 1856 and 1910 Baku’s population grew at a faster rate than that of London, Paris or New York.”

która z kolei pozwala nam zrozumieć dlaczego Żeromski wysyłał swoich bohaterów w tamte regiony by zdobywali fortunę lub ja tracili. W XIX wieku intelektualiści głosili że Londyn utonie w końskich odchodach, i te przepowiednie były zapewne równie poważnie dyskutowane w kołach elity, co pomysły współczesnych Kurzweillów…

 

 PS. W komentarzu na google+ Piotr Grunt napisał: Jeśli o Baku, ropie i pieniądzach mowa, warto może odświeżyć tę postać: [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Zglenicki ], dziwnie współcześnie zapomnianą przez wszystkich, od prawa do lewa.”

 

 

motylek-pasek.jpg

 

     „Vanbrugh i Carlisle należeli do tajnego stowarzyszenia o nazwie Kit-Cat Club, organizacji o nastawieniu prowigowskim założonej w gruncie rzeczy po to, aby osadzić na tronie brytyjskim dynastię hanowerską. Na skutek tej zmiany wszyscy późniejsi monarchowie Brytyjczycy byli protestantami, chociaż przez jakiś czas nie do końca Brytyjczykami. Przeforsowane tego planu przez Cit-Kat Club było niemałym osiągnięciem, ponieważ ich kandydat, Jerzy I, nie mówił po angielsku, nie mił prawie żadnych ujmujących przymiotów i według obliczeń jednego z historyków zajmował pięćdziesiąta ósmą pozycje na sukcesyjnej liście. Poza tym jedynym manewrem politycznym klub działa w tak dyskretnie, że prawie nic o nim nie wiadomo. Do jego założycieli należał właściciel paszteciarni, Christopher – „Kit” -Cat. Nazwę kit-cat nosiły jego słynne paszteciki z baraniną i w bardzo wąskich kręgach przyczynkarskich od trzystu lat toczy się spór o to, czy klub został nazwany na cześć Christophera czy jego pasztecików.

    Klub istniał tylko od około 1696 do 1720 roku – szczegóły nie są znane – a członków miał zaledwie pięćdziesięciu, w tym dwie trzecie arystokratów.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

PS. : Prakseologia teorii Spiskowych

qn.jpg

 

Jest taki portal, The MIT Technology Review. Organ prasowy MIT wydawany w internecie, a w nim dużo ciekawych rzeczy, a zwłaszcza omówienia artykułów z portalu preprintów arxiv.  Dwa lata temu, w Polsce w czasie dyskusji o ACTA i niezdrowym rozwoju korporacji ( oligopole, monopole itp) trafiło sie tam omówienie bardzo na czasie. Jeśli ktoś nie ma czasu na czytanie oryginalnej pracy powinien je przeczytać. Jeśli to co tam piszą jest prawda – sytuacja jest bardzo ciekawa i skomplikowana.  Tytuł oryginalnej pracy to „No Need For Conspiracy: Self-Organized Cartel Formation In A Modified Trust Game” zaś autorami są Tiago P. Peixoto, Stefan Bornholdt, z Uniwersytetu Fizyki teoretycznej w Bremen, Niemcy.

Kartel uznajemy za zły gdyż jego działanie prowadzi do utraty przez rynek efektywności. Tym samy pojawienie sie na rynku kartelu niszczy dobrą ekonomię i uniemożliwia osiągnięcie stanów optymalnych. Tak można by skrócić mantrę neo-klasycznej ekonomii (Friedman, Hayek itp).

Tymczasem podlinkowana praca pokazuje – coś co dla osób zajmujących się zjawiskami nieliniowymi jest dosyć oczywiste – że rynek nie jest żadnym automatem optymalizacyjnym. W określonych i bardzo ogólnych, a nawet można by dowodzić ze realistycznych warunkach, Wolny Rynek powoduje powstanie struktur identycznych jak te które powstają podczas istnienia kartelu. Tyle że bez niego.  Chodzi jak kaczka, kwacze jak kaczka – kaczka? Czy Wolny Rynek z natury osiąga równowagę w oligopolach? Dobrym pytaniem jest czy to co widzimy w koło, od wielu już lat, jest wystarczającym dowodem by zachwiać naiwną wiarą neoliberałów, czy jeszcze trzeba większych nieszczęść? Warto także pamiętać, poruszając kwestie ekonomii jako dziedziny naukowej, że ekonomiści zwykle kłamią ( lub są niekompetentni) co do swojej wiedzy. W zasadzie nie posiadamy narzędzi pozwalających analizować tak skomplikowane układy – więc wszelkie wypowiedzi w atmosferze dogmatu i pewności ( Balcerowicz, Friedman itp.) na temat ekonomii wolnego rynku – to ledwie mniemania, pół biedy jeśli oparte na doświadczeniu powiedzmy pokoleń.

Zjawisko emergentne jakie opisują w pracy o której moa to kartelizacja rynku przy zachowaniu wszelkich zasad friedmanizmu (wolny rynek, wiele podmiotów, nieprzymuszeni racjonalni konsumenci, brak interwencjonizmu) Jeśli ta praca zostanie rozwinięta, a moce komputerów wystarczą – możemy za naszego życia doczekać się *dowodów że neoliberalizm to czcza utopia* i że połowę wieku organizowano ekonomie państw satelickich USA ( a później samego USA ) w myśl dyrdymałów podtrzymywanych wyłącznie z powodu silnych związków biznesu z politykami w USA.

Nie jestem wierzącym neoliberałem – uważam friedmanizm za niewiele warte machanie rękami ( w istocie mniej niż marksizm, który jako ekonomia jest bzdurny ale ma swoja wartość socjologiczną i historyczną – jeśli chodzi o poglądy – na tyle na ile je znam i rozumiem – akurat znacznie bliżej mi do weberyzmu ).

Co więcej – ci którzy sie interesują – znają spór między Hayekiem a Oskarem Langem ( polskim wybitnym ekonomistą)  „[..]simulation of the market mechanism, which Lange thought would be capable of effectively managing supply and demand. Proponents of this idea argue that it combines the advantages of a market economy with those of socialist economics” na temat optymalizacji w gospodarce – być może Lange nie miał racji ( komputery nie mogą optymalizować procesów gospodarczych bo to problem NP-zupełny – czekamy na dowód…) ale być może Hayek także jej nie miał – bo chyba z wolna mamy dowody że tzw. wolny rynek niczego nie optymalizuje. Całkiem podobnie jak inny system „przeszukiwania” osiągający „stany optymalne” – ewolucja – co jest poglądem równie nieprawdziwym. Ewolucja wcale nie optymalizuje niczego – a przykładów na to jest bardzo wiele na przykład patrz nieoptymalna budowa oka ludzkiego – czy ssaków w ogóle. Ewolucja co prawda promuje pewne cechy które zwiększają szanse na wydanie potomstwa – ale czyni to zaledwie spośród cech dostępnych i istniejących, oraz działa w sposób przypadkowy i nieefektywny. Spytajcie dowolnego wybranego biologa.

Wygląda na to że zyskujemy dowody że wolnorynkowe systemy ekonomiczne działają całkowicie podobnie i że ledwie znajduje stan stacjonarny w ramach pewnej ograniczonej dostępnością przestrzeni stanów.

Zdecydowałem sie opublikować ten tekst na blogu, jest to odgrzewana wersja wpisu z Google+, na marginesie dyskusji na blogu Tomasza Heroka ( polecam)

Żyjemy w ciekawych czasach…

 

PS. cóż alzheimer się zbliża?

qn.jpg

    Jakiś czas temu miałem pewną wymianę  – ( nie doszliśmy oczywiście do porozumienia) z panem Tomaszem Herokiem, na jego arcyciekawym blogu Utylitymon. Dyskusja ta dotyczyła patriotyzmu. Autor, filozof, etyk, stoi na stanowisku iż patriotyzm stoi w konflikcie z etyką uniwersalną ( nie wiem co to jest ale dla ustalenia tematu dyskusji, możemy przyjąć ze chodzi o jakąś część wspólną wyznawanych, przez pewne grono ludzi, poglądów moralnych).

    Schemat rozumowania T.Heroka jest taki, że zestawia się dwie konfliktujące ze sobą postawy ( tu uniwersalizm etyczny i patriotyzm rozumiany jako swoisty egoizm grupowy) i z owego konfliktu wyciąga wniosek, że nie jest możliwe czy też celowe ich pogodzenie. Kochasz ludzi co mówią takim samym językiem co ty? To nie miłość, to dyskretna emanacja nienawiści do tych co mówią innymi językami. Bo ich nie kochasz. Kochasz swój kraj? To nie miłość, to ukryta forma nienawiści bo nie kochasz innych krajów. Oczywiście bardzo upraszam, może nawet w prostacki sposób, to co T.Herok na ten temat napisał.  No ale w istocie, sprowadzając rzecz do absurdu – jakoś tak, lub blisko, sprawy sie mają. To że czegos nie kochasz niesie konsekwencje, zgoła inne, niż gdybyś nie kochał niczego, albo jednakowo wszystko było by ci obojętne. W oryginalnej wypowiedzi Heroka padają argumenty o wojnie, przemocy, zabijaniu niewinnych, znane doskonale z historii. Tak, wszystkie te działania bywają motywowane patriotyzmem. Ludzie są gotowi w imię miłości do ojczyzny zabijać, palić i gwałcić. Są gotowi na ludobójstwo i kłamstwa. Nienawiść i poniżanie innych.

    Zatem skoro patriotyzm rodzi przemoc – czyż nie należy uznać ze patriotyzm to przeżytek, źródło nieszczęść i pogląd niemoralny? Z mojego doświadczenia wynika że całkiem spora grupa ludzi w Polsce, zwłaszcza inteligencji z dużych miast – tak właśnie uważa. „Urodziłem sie w Polsce przez przypadek, gdybym urodził sie w Niemczech, byłbym Niemcem. Czy nie jest głupotą uważać że taki przypadek ma jakieś głębsze znaczenie?” Czasami pada deklaracja: „Dla mnie nie jest ważne czy ktoś uważa sie za Polaka czy Holendra, tylko to czy uczciwie płaci podatki”. Czasem sie dodaje: „I to jest prawdziwy patriotyzm”.

    Wszakże taki sposób rozumowania, co do zasady zapewne poprawny, jest rażąco niekompletny. Jest to dokładnie taki pogląd na patriotyzm, jakiego by sobie życzyli ci którzy w jego imieniu wywołują przemoc i konflikty. Czy to jedyna opcja? Człowiek podejmując na co dzień decyzje staje przed wieloma kryteriami wyboru właściwego postępowania, zaś kryteria etyczne są zaledwie jednymi z wielu – być może najważniejsze, ale zarazem często najłatwiejsze. Po pierwsze na co dzień nasze postępowania poddane są rutynie. Wybieramy markę produktu, wybieramy sposób dojazdu do pracy, wybieramy język jakiego będziemy uczyć nasze dzieci i szkołę do której będą chodzić. Wybieramy tysiące rzeczy, i większość z nich jest całkowicie obojętna pod względem kryteriów etycznych, gdyż nie wykracza poza rutynowe czynności poprawne etyczne z założenia. Wybór szamponu do włosów na ogól nie ma wielkiego ciężaru  moralnego. Podobnie wybór miejsca w którym spędzamy wakacje. Nie każdy wybór codzienny ma aspekty egzystencjalny czy aksjologiczny. Cokolwiek jednak wybieramy, nawet jeśli czynimy to nieuważnie i bez większych dla siebie konsekwencji – coś wybrać musimy. Nie każdy z tych wyborów jest patriotycznie obojętny. Choćby wybór języka w jakim będziemy mówić z dziećmi w domu rodzinnym. Kwestia czy będzie to język polski czy angielski jest etycznie obojętna, jednak wyboru czasami należy dokonać. Nie jest także możliwe jego odroczenie do czasu aż dzieci same zadecydują. Wybór ten – trzymajmy sie przykładu z uczeniem języka dzieci – ma daleko idące konsekwencje. Mowa ojczysta jest czymś co potrafi ludziom którzy dawno jej nie słyszeli – wyciskać łzy z oczu. Można nie czuć sie obywatelem kraju, można nie być z narodowości Polakiem, można nawet nienawidzić miejsca z którego sie uciekło w obliczu jakiejś traumy i krzywdy. Z rzadka jednak nienawidzi sie mowy własnego dzieciństwa ( choć oczywiście i takie przypadki zapewne sie zdarzają). Na tym przykładzie ( i na setce innych by wspomnieć tylko kupowanie książek i marchewki) widać, ze wybory podyktowane patriotyzmem mogą być istotne, a etycznie całkowicie neutralne.

    Widać także, że problem nie polega na tym że człowiek wyborów owych nie dokonuje bo uważa że są niewłaściwe ( ten blog jest w j. polskim, czemu nie serbsko-chorwackim? Czyż nie powinno być nam obojętne w jakim języku piszemy i czytamy? Czegóż nie zmieniać go kilka razy tygodniowo? Co za różnica? Można tłumaczyć google translate. Absurd? Dlaczego? Najbardziej skutecznie byłoby pisać po chińsku – trafi sie do największego grona odbiorców. ) ale na tym, że coś wybrać musi, choćby sie dwoił i troił. Ludzie gdzieś mieszkają, a mało kto mieszka „wszędzie”. Ludzie żyją w jakiejś wspólnocie, a jest ona na ogół dosyć zlokalizowana. W którymś ze swoich dzienników Józef Hen opisuje co sądzi na temat pisarzy Polskich którzy wyemigrowali na zachód. Zwykle nie osiągali żadnej popularności za granicą, bo i nic nie mieli do powiedzenia ludziom w krajach w których mieszkali. Nie byli w stanie tworzyć inaczej niż np. dla Paryskiej Kultury gdzie mogli pisać o Polsce i być kolportowani jako bibuła do kraju. Wielu z nich deklarowało sie jako obywatele świata. Właściwie żaden z nich, będąc obywatelem świata z musu lub z wyboru, nie wniósł nic w owego świata kulturę…
     Wybory sa konieczne bo tak wygląda życie. Dokonuje się ich. Czy chcemy przyjąć to do wiadomości czy lepiej ukrywać, jak sądzę, głównie przed sobą, faktu ich istnienia? Nadając im walor incydentalności  – „przypadek sprawił że urodziłem sie Polakiem”. Unika w ten sposób pytań o znaczenie owego zdarzenia i jego konsekwencji do postawy życiowej i postępowania. Mieszkając w Warszawie, to możliwe. Pewnie podobnie w Paryżu. Pewnie podobnie w wielu miejscach świata. To nie jest odosobniona postawa. I każdy ma prawo do takiego oglądu rzeczywistości – kosmopolityzm uprawiany saute jest postawą, wyborem, jak każda inna. Czasami to snobizm, czasami poza. A czasami wybór. Czasami –  są ludzie którym łatwiej wierzyć że większość rzeczy w życiu jest przypadkiem który dla nie ma znaczenia, niż uznać wagę i zdeterminowanie swojego postępowania właśnie owymi przypadkami. Przyjąć ich znaczenie takimi jakim ono jest – skoroś sie urodził tu, to jesteś stąd. Przypadkiem – ale jesteś. Tak samo jak przypadkiem jest się Polakiem, tak samo przypadkiem nie jest się delfinem. Czy to znaczy że cierpimy genetycznie na nienawiść do delfinów?

    Pewne sprawy w życiu, jak przynależność do kultury, wychowanie, język, sposób myślenia są zdeterminowane przez kody kulturowe środowisk w jakich sie przybywa. Zaprzeczanie patriotyzmowi w Polsce jest całkowicie powszechnym snobizmem, jest bardzo smutnym objawem, że całkiem spora cześć Polaków, po przemianach w 89 roku, przestała identyfikować się kultura i kodami kraju z jakiego wyrośli. A kraj ów, jest niebywałym w historii przypadkiem – zmarnowanych szans, wielkich osiągnięć ( wystarczy sobie uświadomić stan intelektualny tego kraju – o którego obywatelach pisał Montaigne że z całej Europy jedynie Polaka mógłby do serca przytulić – a co zmarnowano wraz z upadkiem państwa z winy elit i kontrreformacją z winy kościoła katolickiego). Wszyscy chorujemy – bo chore jest nasze społeczeństwo. A choroba owa ma postać fastfooda z makdonaldyzacją wspólnej świadomości. W ramach owej plastikowej kultury coraz większej liczbie ludzi wydaje się że nowoczesność jest bezkulturowa – podczas gdy jest to ledwie jeden z objawów ich własnego wykluczenia z kultury. Rodzaj bezdomności. I pomyłki, która miesza konsumpcje produktów przygotowanych w globalnym fastfoodzie z twórczym uczestnictwem w kulturze. Pomysłem wg. którego jedzenie pieczonych kurczaków z frytkami jest typowym daniem amerykańskim, a bagietka z hipermarketu jest iskierką Francji w Polsce. Oczywiście marketing tych produktów, całkiem podobnie jak marketing postaw obywatelskich w szalenie konsumpcyjnym społeczeństwie w jakim żyjemy, używa symboli narodowych. Używa ich nie dlatego że to czym kupczy – restaurator i polityk – jest eksportem lokalnych potraw czy sensownych postaw – ale dlatego że taki produkt – wymieszanie z poplątaniem plastikowego jedzenia i plastikowych idei – jest zyskowne dla każdego z nich. Człowiek który odczuwa francuską ekscytację spoczywając croissanta z plastikowej torebki kupionego w Żabce nie jest obieżyświatem kultur tylko ( żałosnym) konsumentem taniego i niezdrowego produktu. A gdzie są te prawdziwe francuskie smaki? Tam gdzie są pielęgnujący je Francuzi. Skoro pierogi ruskie mojej żony są tak odległe od swojej restauracyjnej wersji jak prawdziwe mięso od hamburgera z fastfooda, mam prawo przypuszczać, że podobnie jest z całą resztą produktów w stosunku do prawdziwych wytworów kultury. Fakt że ktoś wpina w stek chorągiewkę z amerykańską flaga, nie oznacza że jem prawdziwy świeży stek z normalnej krowy. Całkiem podobnie jest z patriotyzmem.

    Polska od wieków jest wyzywana pawiem i papugą narodów. Lubujemy sie w importowaniu obcych kulturowo wzorów, i samo w sobie nie stanowi to problemu. Łatwo jednak spostrzec, ze w Polsce najłatwiej wypromować muzykę w obcym języku, a fakt że ludzie nie rozumieją ( często miałkiego) tekstu piosenek które nucą, ma ważne w marketingu znaczenie. Tymczasem polska kultura ludowa może być nie mniej ciekawym, na wpół transowym, obszarem inspiracji jak powiedzmy muzyka irlandzka. Nie znam właściwie żadnego zespołu lansowanego  w mediach głównego nurtu ( czyli  Warszawskich) grającej muzykę inspirowaną polską kulturą ludową ( choć zarazem Harnasie Szymanowskiego były małą światową sensacją muzyczną, a w nurcie popu Grzegorz z Ciechowa, byl małym szokiem dla Warszawskich elit, podany strawnie dotarł na salony),  choć są takie które uparcie naśladują bliskich im Celtów ;-) czyli wymyślone wyobrażenie nikogo…

    Wielu współczesnych intelektualistów w Polsce, bo takich znam z mediów czy z autopsji, zwyczajnie nie wie po co jest patriotyzm. Nie czują go. Starają sie tak głęboko być wszechświatowi, Europejscy, Amerykańscy, jak na pawia i papugę narodów przystało, że nie mają pojęcia już kim są.Często utożsamiają patriotyzm wyłącznie z manipulacją polityczną, rodzajem działań podejmowanych w celu uzyskania wzwodu by wyrządzać przemoc.  Zarazem gdyby wrócili na wieś skąd w 75% pochodzą, zawdzięczając swoje awanse komunie, starowinki wytykałyby ich palcami i szeptały: „a kto to?”„a dy to Józek od Śliwków!”„nie może to być, on”” – „on!”„patrzcie jaki pon sie zrobił”. I to jest koszmar który im sie chyba sni po nocach. U ludzi z miasta, jakoś tak sie porobiło, muzyka ludowa to strasznie obciachowa cepelia. Jak to sie mówi – nie ma większego wieśniactwa. Łatwiej być kosmopolitą niż „Józkiem od Śliwków” którego ojciec orał boso o polu, a dziadek nie miał dworku. W tym dramacie – nie można być stąd – bo to oznacza – Siedlce, Orzechówkę, Świlczę, Świtałówkę, małe wsie, gdzie nic nigdy się nie stało. Trzeba być silnym i niezależnym człowiekiem w Polsce, by móc znieść z podniesionym czołem, że pochodzi sie z zapyziałej biedy w 2-gim pokoleniu, a awans społeczny zawdzięcza sie procesom które dziś są opisywane jako największa zbrodnia w dziejach Polski.

    Tymczasem patriotyzm jak sądzę, nie jest rozumową zgodą na przynależność do pewnej grupy, ale uczuciem. Stąd nie ma wielkiego sensu podejście rozumowe – jeśli nie dysponujesz stosowną ilością złudzeń wpojonych w dzieciństwie czy to na skutek wychowania, czy może ( co bardziej prawdopodobne i znacznie bardziej powszechne) na skutek przemyśleń i przeżyć owe złudzenia utraciłeś ( modne – przepracowałeś) – to obecnie na nic rachunki symboliczne – patriotyzmu nie znajdziesz. Całkiem podobnie jak w wypadku żony – małżeństwo z rozsądku może być bardzo, bardzo szczęśliwe – ja jednak preferuję namiętne katastrofy z miłości. Rzecz gustu. Można kochać i można nie kochać. Ileż to razy – jak nie można zdobyć obiektu westchnień, to sie go po czasie – nienawidzi. Brak zrozumienia tych, chyba prostych, spraw, widzę zwyczajnie – jako rozkład społeczeństwa Polskiego po 89 roku. To tak jakby spora grupa ludzi, ważnych społecznie bo wykształconych, przestała rozumieć co znaczy czuć. Inteligencja w Polsce zwyczajnie nie wie kim i skąd jest – bo i nie jest nikomu do niczego potrzebna, jest wyalienowana. Ani klasa średnia – tą stanowią na ogół prymitywy co sie dorobili – ani biedota, ani elity – bo tu brylują chamscy politycy i prymitywni celebryci. Wykorzeniona i po części wzgardzona, szuka swojego miejsca, a przez krótką chwilę wydawało sie jej że jej miejsce jest w Europie. Tak ogólnie. I faktycznie – niektórym udało sie znaleźć pracę na zmywaku w UK… Owszem – czasami jakaś zagraniczna firma dostrzega że powiedzmy można w Polsce kupić tanio inżynierów na kilogramy ( np. w Dell pracują na taśmie, co jest ewenementem na skalę światowa, zważywszy że za ich wykształcenie płaci reszta obywateli). Ale inżynierowie mają krótki termin przydatności do spożycia. Zastosowań dla humanistów zaś nie ma zbyt wielu. W sumie – nie dziwię sie minister Kudryckiej ( i ona o tym mówi tylko nikt jej nie rozumie! A ona to mówi wprost!) że robi co może by szkoły wyższe przyjęły profil zawodówek…

    W tym miejscu dyskusji pan T.Herok zasadnie zauważył że obok górnolotnych cech które przypisuję patriotyzmowi (uczucie, porównanie do miłości do kobiety) istnieje całkiem dolnolotna praktyka. Praktyka przemocy i niemoralnych poglądów, czasami niemal rasistowskich. Kto zresztą tego nie widział, zwłaszcza w Polsce, gdzie hasła anty-murzyńskie i antysemickie są wszędzie, chociaż ci co je piszą na ogół nie znają żadnego żyda, a z murzynów widzieli jedyne jakichś aktorów lub sportowców. Owszem, tak jest. Czy nie stawia to patriotyzmu dokładnie w tej samej pozycji jak: religii, racjonalizmu, filozofii, nauki, medycyny, polityki, wolnego rynku, handlu, produkcji rolnej, ekologii, walki z globalnym ociepleniem a nawet walki o prawa LGBT? W imię każdej z tych idei można ludzi wzburzyć do walki, i popełniano w historii w imię każdej z nich mordy, przemoc, szykany.

    Są ludzie którzy zarabiają na tym że inni lubią alkohol, na tym że sie modlą i na tym ze kochają ( tzw. walentynki to chyba jedno z najbardziej komercyjnych świąt). Nie oznacza to wszakże że miłość, lubienie wina i modlitwa są źródłem zła w człowieku. I tak samo z patriotyzmem – jeśli ktoś ma jego pozytywną wizję skupia sie nie na nienawiści i izolowaniu sie od innych, ale na wiedzy skąd pochodzi, szukaniu miejsc dokąd zmierza, na pielęgnowaniu rodzimych tradycji i języka ojczystego. Na rozumieniu swojej i swojego narodu historii. Na uznawaniu że inni mają prawo do swoich wyborów i swoich doświadczeń życiowych – jako członkowie innych zbiorowości, o innej kulturze i dziejach. Co roku w Żywcu dobywają się w ramach Tygodnia Kultury Beskidzkiej, Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne. W tym roku były to 51 spotkania, a ja chyba od 20 lat nie opuściłem żadnego z koncertów finałowych. Widziałem tancerzy z Rapa Nui, Turcji, Trynidadu Tobago, Ukrainy, Meksyku, Mongolii, Chin, Korei, Chorwacji, Serbii, Kosowa, Włoch, Hiszpanii, Rosji, Węgier, Finlandii, Francji, Holandii, Kraju Basków, Sycylii i wielu wielu innych regionów, bo zespoły owe prezentują na ogół nie państwa ale regiony. Kulturę w której sie wychowali i którą niosą w świat. Gdyby ci wszyscy którzy wycierają sobie gębę patriotyzmem, byli patriotami, umieliby tak tańczyć i śpiewać. Umieliby nieść to co dobre i wartościowe w kulturze Polski w świat. Bo patriotyzm to uczycie miłości do miejsca w którym żyjesz i do ludzi z którymi tam mieszkasz. A kochać kogoś lub coś, nie znaczy nienawidzić innych miejsc i ludzi.

   Fajnie się pisało, niestety polska Wikipedia stwierdza że: Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriates) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.” Jak widać dbanie o tradycję, język i kulturę to tylko „również” a nie główna treść definicji tego słowa dla, jeśli by wierzyć że Wikipedię tworzy reprezentatywna grupa, Polaków. Co najśmieszniejsze na tej karcie Wikipedii są u góry dwie ilustracje. Obie bzdurne w kontekście definicji słowa…Jak widać w wielu, wielu wypadkach Tomasz Herok ma rację…

felicjan.jpg

 

    A tak wyglądały nielegalne podsłuchy kelnerów w czasach przed rewolucją we Francji.

    „Na dwa tygodnie przed zamachem Damiensa[*] kupiec prowansalski, przejeżdżając przez małe miasteczko o sześć mil od Lionu i zatrzymawszy się w gospodzie, usłyszał, z rozmowy w sąsiednim pokoju, który od jego pokoju dzieliło tylko przepierzenie, że niejaki Damiens ma zamordować króla. Kupiec przybył do Paryża, udał się do pana Berryer, nie zastał go, doniósł mu piśmiennie o tym, co usłyszał, wrócił jeszcze raz i zostawił swoje nazwisko. Wyjechał z powrotem na prowincję; gdy był w drodze, zamach Damiensa stał się faktem. Berryer, obawiając się, że kupiec rozpowie swoją przygodę i że tym samym wyjdzie na jaw jego niedbalstwo, wysyła żandarmów na gościniec lioński; chwytają kupca, kneblują, sprowadzają do Paryża, wtrącają do Bastylii, gdzie przesiedział osiemnaście lat. Pan de Malesherbes, który oswobodził wielu więźniów w r. 1775, opowiedział tę historię w przystępie oburzenia.”

[*] zamach Damiensa — 5 stycznia 1757 służący Robert Damiens (1715–1757) próbował zabić króla Ludwika XV.

 

Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort Charaktery i anegdoty  tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

 

 

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

Reklamy
%d blogerów lubi to: