You are currently browsing the category archive for the ‘cywilizacja’ category.

 

Zaba+w+blocie1.jpg

 

    Jedzie, jedzie sobie samochód, kierowany sztuczną inteligencją AI. Jedzie sobie, jedzie i w swojej sztucznej duszy pogwizduje, bo pogoda piękna, droga sucha, każdy kierowca lubi muzykę podczas jazdy. W środku siedzi sobie tata z synami, jadą na ryby albo na wycieczkę w góry. Tymczasem chodnikiem idzie mamusia z małym dzieciątkiem.

    Nagle trrrach! Pęka opona! Albo nie, AI się zamyślił. O czym? O elektrycznej owcy się zamyślił AI i go to pochłonęło. Albo nie. AI w środku miał drobny bug. Albo nie, nie miało buga, sytuacja na drodze po prostu była tak wyjątkowa, że AI nie umiała właściwie w tej jednej sytuacji, w tej jednej na miliard, zareagować jak należy. I mamy poślizg. AI gorączkowo sensorami omiata otoczenie, jeszcze 3 milisekundy i albo tata z synami nigdy już nie dojada na ryby albo mamusia z dzieciątkiem zostanie wgnieciona w ścinane. Co robić?

    To co powyżej opisałem, to tak zwany trolley problem, zagadnienie abstrakcyjne z dziedziny etyki, które gwałtownie kilka lat temu uzyskało wpierw z powodów publicystycznych a obecnie z coraz bardziej praktycznych, pewną uwagę. Co prawda sam problem może nie jest bardzo praktyczny – zanim samochód kierowany AI wpadnie w poślizg, musi dojść do całej masy zdarzeń, których wykluczaniem zajmą się inżynierowie w pierwszym rządzie: a więc samochód taki nie będzie łamał przepisów, będzie miał zawsze właściwy bieg wchodząc w zakręt, będzie miał optymalną mieszankę i moc chwilową silnika, będzie zawsze miał dostosowaną prędkość do warunków jazdy, włączone światła, sprawne migacze i tysiąc innych okoliczności będzie w stanie optymalnym zanim dojdzie raz na miliard razy, do zbiegu okoliczności który umożliwi powstanie poślizgu i potencjalnie wypadku drogowego. Inżynierowie w pierwszej kolejności rozwiążą te problemy techniczne związane z optymalnym sposobem kierowania autem, a problemy etyczne z rodzaju nierozwiązywalnych dylematów typu trolley problems będą rzadkimi przypadkami. Jednak…
     W historyjce powyżej końcu AI wybrał którąś z obu złych, alternatyw. Ktoś zginął. Kto?

    Producenci samochodów nie mają tu żadnego wyboru. Już dziś, kiedy samochody AI są dosyć egzotycznym mimo wszystko wynalazkiem, nowinką techniczną, już dziś ich wybór jest określony. Samochód taki będzie zawsze i bezwzględnie chronił pasażerów a nie pieszych czy innych uczestników ruchu drogowego. Nikt i nigdy nie dokona innego wyboru, bo to pasażerowie a nie pieszy sa klientami firm produkujących auta. Nawet bez AI można by sobie wyobrazić całkiem zwykły samochód, Fiat 126P wyposażony w radar z przodu, który, kiedy stwierdzi że przed maską znajduje się człowiek, kieruje samochód 90 stopni w bok, bez względu nam to co tam jest – ściana, słup, czy inne auto. Nikt jednak nigdy takiego rozwiązania nie wprowadził, bo jak to? Kierowca mógłby doznać urazów, a nawet zginąć w takim wypadku, kosztem pieszego? Kto kupiłby taki samochód? Nawet obowiązkowych alkomatów nie udało sie wprowadzić, a Korwin-Mikke symbolicznie spalił się oblewając się benzyną (i to kilka razy!) w proteście przeciwko używaniu pasów podczas jazdy. Tak samo jest w wypadku samochodów kierowanych przez AI. Producenci aut, tak naprawdę nie mają tu żadnego wyboru, tym bardziej że tego typu auta, przynajmniej na początku, będą raczej luksusem, będą dedykowane na rynek premium, rynek bogatych ludzi.

    Co Ci ludzie kupią w pakiecie? Supernowoczesny design, piękny kolor maski, luksusowe wyposażenie i superkomputer pod maska, ale także AI wraz z zapewnieniem że będzie ich ona chronić, oraz odpowiednią licencję zabraniająca deasemblacji kodu AI oraz modyfikowania w sposób nieautoryzowany jej działania. Zupełnie jak właściciel ( są tacy co tak o sobie myślą! )  Windows ;-)
     Czy kierowca może odpowiadać za to że samochód AI go chronił? To nie jest jego decyzja! Jeśli zatem zginęła mama z dzieciątkiem a tata z synami przeżyli wypadek z początku wpisu, to nie sa niczemu winni. „Hola!” – krzyknie tu jednak prokurator Ziober – „mamusia z dzieciątkiem była znajomą mojego sąsiada! ABW – dawać mi tu AI na warsztat.” a na boku dodaje – „Dajcie mi AI a paragraf sam znajdę!” I tu zaczyna sie bardzo zabawna sprawa. Kierowca nie może odpowiadać za poczynania AI zainstalowanej w aucie, bowiem on jest tylko kompletnie nieświadomym użytkownikiem właściwie już nie rzeczy – samochodu, a usługi, usługi wożenia go autem przez oprogramowanie zgodnie z postanowieniami licencji producenta. Czy zatem winny jest producent? Kto to wie? Prokurator Ziobro już, już pochyla sie nad maską samochodu, AI w środku aż zwija się w sobie, uruchamiając garbage collector by zwolnić choć kilka megabajtów. W lewej ręce Ziobra błyszczy klucz dynamometryczny w prawej olejarka – czy będzie wymuszał zeznania za pomocą polewania lodowatym olejem po filtrach ściskanych kluczem? Wtem rozlega się gromkie „Stop!” – do akcji wkracza prawnik koncernu samochodowego: „Ziobrze – nie wolno Ci gmerać pod maską, zaś straszenie AI jest działaniem szkodliwym dla interesów Korporacji” tu prawnik doda – „partia sama przecież popierała CETA, SRETA, PYTA i CIPA – a wszystkie te umowy sygnowane przez rząd USA (USA!) chronią własność intelektualna i każą Ci zdać się na analizy eksperckie do których prawo, z uwagi na tajemnice kodu oprogramowania, ma tylko producent urządzenia i osobisty ojciec AI” – po czym kładąc rękę na masce oszalałej ze strachu AI czule doda szeptem – „ććć, ććć już dobrze moja maleńka, dziadek adwokat jest przy tobie!
      Jak to zatem będzie? Bo mamuśka przeżyła ale dzieciątko ginęło i co teraz? Czy AI ma być skazana na przepięcie na krześle elektrycznym? Kpiny. Pozostaje odszkodowanie. Mamuśce zapłacimy – za dziecko – w zależności od 4.3 $ do kilku milionów dolarów w zależności od przebiegu śledztwa, kraju i warunków ugody prawnej.
     Dokonajmy częściowego podsumowania: kierowca nie odpowiada za błąd AI, błąd trzeba dowieść, AI nie da sie ukarać prawnie np. karą śmierci czy więzienia, czyli jedynym, potencjalnym skutkiem kiedy już ktoś zdoła wygrać z koncernem w sądzie, będzie odszkodowanie czy ugoda prawna. Należy zatem sądzić ze kwoty te będą częścią pakietu który będzie wliczany w koszt auta, lub będzie częścią procedury homologacyjnej i będzie musiał być rezerwowany przez koncerny samochodowe na wypadek ponoszenia odpowiedzialności. Potencjalnej. W której od teoretycznej odpowiedzialności, poprzez sztuczki prawne do wypłat może być daleka droga. I w której kluczowym elementem będą zespoły eksperckie analizujące poprawność kodu, który nie będzie dostępny publicznie. Słabo to wygląda…
     Jeśli zatem dziś kupuje się samochód i jego wyposażenie, w przyszłości będzie się kupowało samochód, jego wyposażenie i ubezpieczenie powodujące de facto zwolnienie z odpowiedzialności prawnej za szkody wyrządzone z użyciem usługi związanej z kierowcą AI. I będzie to coraz powszechniejsza sytuacja, tak jak coraz powszechniejsze będzie użycie AI w życiu codziennym – w pociągach, samochodach, samolotach, w komputerach, w medycynie, w obsłudze masowej. Kto widzi w tym początek idylli niech może dla próby zechce skontaktować się z serwisem Google jak ma problem ;-) Większe szanse będzie miał jak będzie pisał na Berdyczów…

    No i teraz jakiś mądrala powie: „Ale, ale! Przecież AI jest lepsza niż ludzie w tych zadaniach w których udaje się już ja zastosować. Myli się mniej. I nawet jeśli na początku będzie mylić się w 1% przypadków, to w dłuższej perspektywie…” Czy w ubiegłych stuleciach ktoś nie narzekał: parowóz będzie jechał nawet gdy na drodze stanie człowiek, podczas gdy wóz konny, stanie, bo koń nie rozjedzie człowieka nawet jak woźnica pijany… Po pierwsze zwrot „w dłuższej perspektywie”: rozwiązania wprowadza się już dziś, a nie w dłuższej perspektywie. Nalezy o tym pamiętać. Wolałbym by ta perspektywa poprawy działania to było kilka godzin a nie kilka lat. Ale co chyba ważniejsze wołałbym by producent AI ponosił odpowiedzialność, tak jak obecnie producent auta ponosi odpowiedzialność za błędy techniczno/projektowe w jego układzie hamulcowym. Na rynku oprogramowania bynajmniej nie jest to standard! To właściwie nieznane rozwiązanie prawne! A prognozy sa pesymistyczne w tym zakresie – analizy stwierdzają że w przyszłości większość firm będzie zorganizowanych jak firmy produkujące oprogramowanie. I tak będzie tez wyglądała w coraz większym zakresie praca ludzka – będzie tak czy inaczej coraz bardziej podobna do pracy programisty. Czy rozwiązania prawne tez będą coraz bardziej podobne? To wizja prawdziwej dystopii…
     Niedawno okazało się, że to co bierzemy za cud techniki ma całkiem wyraźne ograniczenia, zaś zdumiewająco proste i zdawałoby się niewinne zmiany, potrafią obecnej AI i to tej spod znaku najlepszych, całkowicie popsuć działanie. Na drodze będzie to wyglądać jakby raz na milion godzin jazdy AI popełniała błąd. I nie jest to błąd wynikający z przypadku, a z samej istoty ograniczeń w jej działaniu. Świat jest po prostu zbyt złożony by objąć go istniejącą technologią w pełni. Człowiek także się myli. I ponosi za to odpowiedzialność. Czy producenci będą te informację ujawniać, poprawiać działanie systemów i płacić? Czy też postąpią jak Volgsvagen w sprawie emisji spalin?

    Czy to jest wpis o głupocie AI? O tym że AI to ZŁO? Czy jestem AI Luddystą? Broń boże. Ten wpis jest o tym, że ludzie podejmując swoje decyzje – że nie będzie kasjera tylko AI, że nie będzie kierowcy tylko AI, że nie będzie ochroniarza tylko karabin maszynowy sterowany przez AI, będą w coraz większym stopniu brać pod uwagę nie tylko fakt że AI pracuje 24 na dobę bez praw pracowniczych, szybciej, taniej i często efektywniej. Będą brali pod uwagę, także i to że jej błędy nie będą w prosty i oczywisty sposób prowadzić do bezpośredniej odpowiedzialności karnej czy być może finansowej, osoby korzystającej z działania AI.
     Jakże wygodnym mechanizmem jest zrzucanie winy za wszelkie machloje na „wolny rynek tak chciał”. Za chwilę będziemy słyszeć: „AI popełniła błąd, ale ludzie także je czynią, nic nowego” Tyle że ludzie ponoszą odpowiedzialność, a AI – słusznie – nie. Producenci AI robią wszystko by i im się upiekło. Stąd wróże w tej dystopii czasy kiedy wszystko działa lepiej, prościej, bezpieczniej i piękniej, w 99% wypadków a w pozostałym 1% – nic nie można z tym zrobić, a ten komu urwało rękę, cóż, ma pecha. 1% w czasach supermasowej i kompletnie homogenicznej obsługi to nie jest mało…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

   Lubbock był nie tylko bankierem i entomologiem, ale również między innymi wybitnym archeologiem, członkiem rady nadzorczej British Museum, posłem do parlamentu, wicekanclerzem ( czyli szefem) London Uniwersity i autorem poczytnych książek. Jako archeolog stworzył terminy „paleolityczny”, mezolityczny” i „neolityczny”, oraz jako jeden z pierwszych posługiwał się praktycznym nowym słowem „prehistoryczny”, jako polityk i poseł z ramienia Partii Liberalnej został rzecznikiem człowieka pracy. Złożył projekt ustawy ograniczającej dzień pracy w zakładach przemysłowych do dziesięciu godzin, a w 1871 roku przeforsował – w gruncie rzeczy w pojedynkę – Bank Holiday Act, czyli ustawę, która wprowadzała niezwykle radykalną jak na tamte czasy ideę płatnego, niekościelnego święta. Trudno sobie dzisiaj wyobrazić jakie wywołało to poruszenie. Przed ustawą Lubbocka większość pracowników miała wolne w Wielki Piątek, w pierwszy lub drugi dzień świat Bożego Narodzenia ( ale z reguły nie w oba) i w niedziele. Dodatkowy dzień urlopu – i to latem – był zbyt piękny, aby mógł być prawdziwy. W powszechnej opinii Lubbock był najbardziej lubianym człowiekiem w Anglii, a bank holidays przez długi czas z sentymentem nazywano dniami Lubbocka. W tamtych czasach nikt by nie uwierzył, że jego nazwisko pójdzie kiedyś w zapomnienie.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

    BTW. Łatwo zrozumieć dlaczego w Polsce partie prawicowe, konserwatywne i koterie elit, mają w swoich ideałach słowo liberalny. Jest to taki sam powód, jak ten dla którego każdy produkt na półce ma naklejkę ( zwykle w krzykliwym kolorze) z napisem „Nowość!!!”, a akwizytorzy uśmiechają się zanim człowiek da im do ręki pieniądze. Pomysł ze liberalizm jest poglądem lewicowym jest w Polsce poglądem obrazoburczym. Wbrew pozorom nie jest to powód do zmartwienia – kłamstwo jakim nas raczą media dowodzi tylko tego, że optując za likwidacją zdobyczy cywilizacji w postaci państwa opiekuńczego, w głębi duszy mając poczucie skurwysyństwa, chcą po prostu mieć etykietkę odwołującą się do zgoła przeciwnych ideałów. Nie od dziś elity smród leczą perfumą…

krasiczyn.jpg

 

    „Wydawanie tych pieniędzy stało sie dla niektórych pracą na cały etat. Prawie wszystko, co robili miało w sobie coś prostackiego i nowobogackiego. Goście zaproszeni na pewne […]  przyjęcie zobaczyli na stolach stożki piasku z wbitymi w nie złotymi łopatkami. Na dany przez gospodarza sygnał mieli zacząć kopać w tym piasku w poszukiwaniu brylantów i innych błyskotek. Inny, wyjątkowo niedorzeczny pomysł na bankiet polegał na tym,  że do sali balowej […], wielkiej i eleganckiej restauracji, wprowadzono kilkadziesiąt koni i przywiązano do stołów, żeby dostarczyć gościom niezwykle oryginalnego i zupełnie surrealistycznego doświadczenia, a mianowicie zjedzenia kolacji na końskim grzbiecie w metropolitarnej sali balowej. Wiele bankietów kosztowało dziesiątki tysięcy dolarów. […]

    Wielu nuworyszów jeździło do Europy i kupowało dzieła sztuki, meble i wszystko inne. […] zaczął kolekcjonować pierwsze wydania dzieł Szekspira, z reguły nabywając je od podupadłych arystokratów […]. Inni […] gromadzili wielkie kolekcje sztuki, a niektórzy kupowali co popadnie. […]

    Nowobogaccy zaczęli kolekcjonować nie tylko europejską sztukę i rzemiosło artystyczne, ale również samych Europejczyków. W ostatnim ćwierćwieczu modne stało się wyszukiwanie pozbawionych gotówki arystokratów i wydawanie za nich córek. Aż pięćset bogatych młodych […]anek zgodziło sie na taki układ. Niemal we wszystkich wypadkach było to nie tyle małżeństwo ile transakcja handlowa.

    Pasją […] były konie.  Zlecił  Huntowi zaprojektować 52 pokojową rezydencję […], w której cały parter zajmowały stajnie. […] mógł wjeżdżać powozem do środka przez gigantyczną bramę. Boksy były wyłożone tekową boazerią ze srebrnymi okuciami. Pomieszczenia mieszkalne znajdowały sie na wyższych kondygnacjach.

    […] budowali pełne przepychu domy. Najbardziej okazałe zaprezentowali […], którzy tylko przy […], zbudowali dziesięć pałaców. Jeden z nich miał 137 pokojów, dzięki czemu należał do największych miejskich domów jakie kiedykolwiek powstały. […] W rzeczywistości domy były tak wielkie że nawet służący potrzebowali służących. Kładziono w nich całe hektary marmuru, tapiserie wielkości kortu tenisowego, armaturę ze złota i srebra, wieszano rozmigotane  żyrandole i tym podobne. Szacuje sie że budowa jednej z rezydencji  […] kosztowałaby dziś pół miliarda dolarów – niemało jak na domek letni. Przepych ten budził tak powszechną dezaprobatę, że [,…] przez jakiś czas poważnie rozważał wprowadzenie limitu kwoty którą jedna osoba mogłaby wydać na dom.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

galeryjlka.jpg

    Jak wiadomo Ray Kurzweil prorokował ( a może nawet nadal prorokuje?) że nadchodzi osobliwość technologiczna. Trudno mi dociec jak na to wpadł, ale zapewne studiując wyłącznie twarde dane.  Nie znam szczegółów ale zapewne chodziło mu o niebywałe wprost przyspieszenie rozwoju w niektórych dziedzinach przemysłu i nauki.

    Swego czasu spotkałem się z sarkastyczną opinia że podziw jaki dziwimy dla obecnej globalizacji jest tylko odbiciem naszego cielęctwa, bowiem człowiek belle epoque, jakiś bogatszy obywatel Imperium Brytyjskiego, ktoś jak Sherlock Holmes ;-) miał dostęp do nie mniej globalnego środowiska. Trudno mi oceniać, wszakże faktem jest że nawet w opowiadaniach Artura Conan Doyle słynny detektyw czy tez jego przyjaciel doktor Watson czytają sobie wieczorem w gazecie co się zdarzyło w Londynie w ciągu tego samego dnia, zaś wieści z Indii, za pomocnica telegrafu, docierają do nich zwykle dnia następnego ( rzecz w Polsce do dziś nieznana, nawet wydania internetowe gazet nie sa w stanie opisać czegoś co zdarzyło się w Płocku, zanim kurier konno nie dojedzie do Warszawy. Ponieważ większości redakcji gazet w Polsce nie stać na utrzymanie koni, co się dzieje w Płocku nie wiadomo wcale). 

    Tym którzy chcieliby sobie porozmyślać o tempie rozwoju i jego konsekwencjach polecam poniższe cytaty:

    „W 1889 roku luksus i przepych przekraczały w stanach zjednoczonych wszelkie miary. Mark Twain nazwał te czasy Gilded Age, pozłacaną epoka, i określenie to się przyjęło. W całych dziejach ludzkości nie było czegoś podobnego. W latach 1850-1900 wszystkie wskaźniki zamożności, wydajności pracy i dobrobytu poszybowały w Ameryce do góry. Liczba ludności potroiła sie, podczas gdy PKB wzrósł trzynastokrotnie. Produkcja stali podniosła się z 13 tysięcy do 1,3 miliona ton rocznie, a wartość produkcji wyrobów metalowych – broni palnej, torów, rur, bojlerów, najrozmaitszych maszyn – z 6 do 120 milionów dolarów. W 1850 roku milionerów było w kraju mniej niż dwudziestu, a na koniec stulecia czterdzieści tysięcy”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

Skoro już nas przekonano, że amerykanie mieli swój cud gospodarczy i że tempo wzrostu było na niespotykaną skalę, to warto sobie przemyśleć także taką informację:

„By the beginning of the 20th century almost half of world production was being extracted in Baku. The oil boom contributed to the massive growth of Baku. Between 1856 and 1910 Baku’s population grew at a faster rate than that of London, Paris or New York.”

która z kolei pozwala nam zrozumieć dlaczego Żeromski wysyłał swoich bohaterów w tamte regiony by zdobywali fortunę lub ja tracili. W XIX wieku intelektualiści głosili że Londyn utonie w końskich odchodach, i te przepowiednie były zapewne równie poważnie dyskutowane w kołach elity, co pomysły współczesnych Kurzweillów…

 

 PS. W komentarzu na google+ Piotr Grunt napisał: Jeśli o Baku, ropie i pieniądzach mowa, warto może odświeżyć tę postać: [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Zglenicki ], dziwnie współcześnie zapomnianą przez wszystkich, od prawa do lewa.”

 

 

motylek-pasek.jpg

 

     „Vanbrugh i Carlisle należeli do tajnego stowarzyszenia o nazwie Kit-Cat Club, organizacji o nastawieniu prowigowskim założonej w gruncie rzeczy po to, aby osadzić na tronie brytyjskim dynastię hanowerską. Na skutek tej zmiany wszyscy późniejsi monarchowie Brytyjczycy byli protestantami, chociaż przez jakiś czas nie do końca Brytyjczykami. Przeforsowane tego planu przez Cit-Kat Club było niemałym osiągnięciem, ponieważ ich kandydat, Jerzy I, nie mówił po angielsku, nie mił prawie żadnych ujmujących przymiotów i według obliczeń jednego z historyków zajmował pięćdziesiąta ósmą pozycje na sukcesyjnej liście. Poza tym jedynym manewrem politycznym klub działa w tak dyskretnie, że prawie nic o nim nie wiadomo. Do jego założycieli należał właściciel paszteciarni, Christopher – „Kit” -Cat. Nazwę kit-cat nosiły jego słynne paszteciki z baraniną i w bardzo wąskich kręgach przyczynkarskich od trzystu lat toczy się spór o to, czy klub został nazwany na cześć Christophera czy jego pasztecików.

    Klub istniał tylko od około 1696 do 1720 roku – szczegóły nie są znane – a członków miał zaledwie pięćdziesięciu, w tym dwie trzecie arystokratów.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

PS. : Prakseologia teorii Spiskowych

qn.jpg

    Jakiś czas temu miałem pewną wymianę  – ( nie doszliśmy oczywiście do porozumienia) z panem Tomaszem Herokiem, na jego arcyciekawym blogu Utylitymon. Dyskusja ta dotyczyła patriotyzmu. Autor, filozof, etyk, stoi na stanowisku iż patriotyzm stoi w konflikcie z etyką uniwersalną ( nie wiem co to jest ale dla ustalenia tematu dyskusji, możemy przyjąć ze chodzi o jakąś część wspólną wyznawanych, przez pewne grono ludzi, poglądów moralnych).

    Schemat rozumowania T.Heroka jest taki, że zestawia się dwie konfliktujące ze sobą postawy ( tu uniwersalizm etyczny i patriotyzm rozumiany jako swoisty egoizm grupowy) i z owego konfliktu wyciąga wniosek, że nie jest możliwe czy też celowe ich pogodzenie. Kochasz ludzi co mówią takim samym językiem co ty? To nie miłość, to dyskretna emanacja nienawiści do tych co mówią innymi językami. Bo ich nie kochasz. Kochasz swój kraj? To nie miłość, to ukryta forma nienawiści bo nie kochasz innych krajów. Oczywiście bardzo upraszam, może nawet w prostacki sposób, to co T.Herok na ten temat napisał.  No ale w istocie, sprowadzając rzecz do absurdu – jakoś tak, lub blisko, sprawy sie mają. To że czegos nie kochasz niesie konsekwencje, zgoła inne, niż gdybyś nie kochał niczego, albo jednakowo wszystko było by ci obojętne. W oryginalnej wypowiedzi Heroka padają argumenty o wojnie, przemocy, zabijaniu niewinnych, znane doskonale z historii. Tak, wszystkie te działania bywają motywowane patriotyzmem. Ludzie są gotowi w imię miłości do ojczyzny zabijać, palić i gwałcić. Są gotowi na ludobójstwo i kłamstwa. Nienawiść i poniżanie innych.

    Zatem skoro patriotyzm rodzi przemoc – czyż nie należy uznać ze patriotyzm to przeżytek, źródło nieszczęść i pogląd niemoralny? Z mojego doświadczenia wynika że całkiem spora grupa ludzi w Polsce, zwłaszcza inteligencji z dużych miast – tak właśnie uważa. „Urodziłem sie w Polsce przez przypadek, gdybym urodził sie w Niemczech, byłbym Niemcem. Czy nie jest głupotą uważać że taki przypadek ma jakieś głębsze znaczenie?” Czasami pada deklaracja: „Dla mnie nie jest ważne czy ktoś uważa sie za Polaka czy Holendra, tylko to czy uczciwie płaci podatki”. Czasem sie dodaje: „I to jest prawdziwy patriotyzm”.

    Wszakże taki sposób rozumowania, co do zasady zapewne poprawny, jest rażąco niekompletny. Jest to dokładnie taki pogląd na patriotyzm, jakiego by sobie życzyli ci którzy w jego imieniu wywołują przemoc i konflikty. Czy to jedyna opcja? Człowiek podejmując na co dzień decyzje staje przed wieloma kryteriami wyboru właściwego postępowania, zaś kryteria etyczne są zaledwie jednymi z wielu – być może najważniejsze, ale zarazem często najłatwiejsze. Po pierwsze na co dzień nasze postępowania poddane są rutynie. Wybieramy markę produktu, wybieramy sposób dojazdu do pracy, wybieramy język jakiego będziemy uczyć nasze dzieci i szkołę do której będą chodzić. Wybieramy tysiące rzeczy, i większość z nich jest całkowicie obojętna pod względem kryteriów etycznych, gdyż nie wykracza poza rutynowe czynności poprawne etyczne z założenia. Wybór szamponu do włosów na ogól nie ma wielkiego ciężaru  moralnego. Podobnie wybór miejsca w którym spędzamy wakacje. Nie każdy wybór codzienny ma aspekty egzystencjalny czy aksjologiczny. Cokolwiek jednak wybieramy, nawet jeśli czynimy to nieuważnie i bez większych dla siebie konsekwencji – coś wybrać musimy. Nie każdy z tych wyborów jest patriotycznie obojętny. Choćby wybór języka w jakim będziemy mówić z dziećmi w domu rodzinnym. Kwestia czy będzie to język polski czy angielski jest etycznie obojętna, jednak wyboru czasami należy dokonać. Nie jest także możliwe jego odroczenie do czasu aż dzieci same zadecydują. Wybór ten – trzymajmy sie przykładu z uczeniem języka dzieci – ma daleko idące konsekwencje. Mowa ojczysta jest czymś co potrafi ludziom którzy dawno jej nie słyszeli – wyciskać łzy z oczu. Można nie czuć sie obywatelem kraju, można nie być z narodowości Polakiem, można nawet nienawidzić miejsca z którego sie uciekło w obliczu jakiejś traumy i krzywdy. Z rzadka jednak nienawidzi sie mowy własnego dzieciństwa ( choć oczywiście i takie przypadki zapewne sie zdarzają). Na tym przykładzie ( i na setce innych by wspomnieć tylko kupowanie książek i marchewki) widać, ze wybory podyktowane patriotyzmem mogą być istotne, a etycznie całkowicie neutralne.

    Widać także, że problem nie polega na tym że człowiek wyborów owych nie dokonuje bo uważa że są niewłaściwe ( ten blog jest w j. polskim, czemu nie serbsko-chorwackim? Czyż nie powinno być nam obojętne w jakim języku piszemy i czytamy? Czegóż nie zmieniać go kilka razy tygodniowo? Co za różnica? Można tłumaczyć google translate. Absurd? Dlaczego? Najbardziej skutecznie byłoby pisać po chińsku – trafi sie do największego grona odbiorców. ) ale na tym, że coś wybrać musi, choćby sie dwoił i troił. Ludzie gdzieś mieszkają, a mało kto mieszka „wszędzie”. Ludzie żyją w jakiejś wspólnocie, a jest ona na ogół dosyć zlokalizowana. W którymś ze swoich dzienników Józef Hen opisuje co sądzi na temat pisarzy Polskich którzy wyemigrowali na zachód. Zwykle nie osiągali żadnej popularności za granicą, bo i nic nie mieli do powiedzenia ludziom w krajach w których mieszkali. Nie byli w stanie tworzyć inaczej niż np. dla Paryskiej Kultury gdzie mogli pisać o Polsce i być kolportowani jako bibuła do kraju. Wielu z nich deklarowało sie jako obywatele świata. Właściwie żaden z nich, będąc obywatelem świata z musu lub z wyboru, nie wniósł nic w owego świata kulturę…
     Wybory sa konieczne bo tak wygląda życie. Dokonuje się ich. Czy chcemy przyjąć to do wiadomości czy lepiej ukrywać, jak sądzę, głównie przed sobą, faktu ich istnienia? Nadając im walor incydentalności  – „przypadek sprawił że urodziłem sie Polakiem”. Unika w ten sposób pytań o znaczenie owego zdarzenia i jego konsekwencji do postawy życiowej i postępowania. Mieszkając w Warszawie, to możliwe. Pewnie podobnie w Paryżu. Pewnie podobnie w wielu miejscach świata. To nie jest odosobniona postawa. I każdy ma prawo do takiego oglądu rzeczywistości – kosmopolityzm uprawiany saute jest postawą, wyborem, jak każda inna. Czasami to snobizm, czasami poza. A czasami wybór. Czasami –  są ludzie którym łatwiej wierzyć że większość rzeczy w życiu jest przypadkiem który dla nie ma znaczenia, niż uznać wagę i zdeterminowanie swojego postępowania właśnie owymi przypadkami. Przyjąć ich znaczenie takimi jakim ono jest – skoroś sie urodził tu, to jesteś stąd. Przypadkiem – ale jesteś. Tak samo jak przypadkiem jest się Polakiem, tak samo przypadkiem nie jest się delfinem. Czy to znaczy że cierpimy genetycznie na nienawiść do delfinów?

    Pewne sprawy w życiu, jak przynależność do kultury, wychowanie, język, sposób myślenia są zdeterminowane przez kody kulturowe środowisk w jakich sie przybywa. Zaprzeczanie patriotyzmowi w Polsce jest całkowicie powszechnym snobizmem, jest bardzo smutnym objawem, że całkiem spora cześć Polaków, po przemianach w 89 roku, przestała identyfikować się kultura i kodami kraju z jakiego wyrośli. A kraj ów, jest niebywałym w historii przypadkiem – zmarnowanych szans, wielkich osiągnięć ( wystarczy sobie uświadomić stan intelektualny tego kraju – o którego obywatelach pisał Montaigne że z całej Europy jedynie Polaka mógłby do serca przytulić – a co zmarnowano wraz z upadkiem państwa z winy elit i kontrreformacją z winy kościoła katolickiego). Wszyscy chorujemy – bo chore jest nasze społeczeństwo. A choroba owa ma postać fastfooda z makdonaldyzacją wspólnej świadomości. W ramach owej plastikowej kultury coraz większej liczbie ludzi wydaje się że nowoczesność jest bezkulturowa – podczas gdy jest to ledwie jeden z objawów ich własnego wykluczenia z kultury. Rodzaj bezdomności. I pomyłki, która miesza konsumpcje produktów przygotowanych w globalnym fastfoodzie z twórczym uczestnictwem w kulturze. Pomysłem wg. którego jedzenie pieczonych kurczaków z frytkami jest typowym daniem amerykańskim, a bagietka z hipermarketu jest iskierką Francji w Polsce. Oczywiście marketing tych produktów, całkiem podobnie jak marketing postaw obywatelskich w szalenie konsumpcyjnym społeczeństwie w jakim żyjemy, używa symboli narodowych. Używa ich nie dlatego że to czym kupczy – restaurator i polityk – jest eksportem lokalnych potraw czy sensownych postaw – ale dlatego że taki produkt – wymieszanie z poplątaniem plastikowego jedzenia i plastikowych idei – jest zyskowne dla każdego z nich. Człowiek który odczuwa francuską ekscytację spoczywając croissanta z plastikowej torebki kupionego w Żabce nie jest obieżyświatem kultur tylko ( żałosnym) konsumentem taniego i niezdrowego produktu. A gdzie są te prawdziwe francuskie smaki? Tam gdzie są pielęgnujący je Francuzi. Skoro pierogi ruskie mojej żony są tak odległe od swojej restauracyjnej wersji jak prawdziwe mięso od hamburgera z fastfooda, mam prawo przypuszczać, że podobnie jest z całą resztą produktów w stosunku do prawdziwych wytworów kultury. Fakt że ktoś wpina w stek chorągiewkę z amerykańską flaga, nie oznacza że jem prawdziwy świeży stek z normalnej krowy. Całkiem podobnie jest z patriotyzmem.

    Polska od wieków jest wyzywana pawiem i papugą narodów. Lubujemy sie w importowaniu obcych kulturowo wzorów, i samo w sobie nie stanowi to problemu. Łatwo jednak spostrzec, ze w Polsce najłatwiej wypromować muzykę w obcym języku, a fakt że ludzie nie rozumieją ( często miałkiego) tekstu piosenek które nucą, ma ważne w marketingu znaczenie. Tymczasem polska kultura ludowa może być nie mniej ciekawym, na wpół transowym, obszarem inspiracji jak powiedzmy muzyka irlandzka. Nie znam właściwie żadnego zespołu lansowanego  w mediach głównego nurtu ( czyli  Warszawskich) grającej muzykę inspirowaną polską kulturą ludową ( choć zarazem Harnasie Szymanowskiego były małą światową sensacją muzyczną, a w nurcie popu Grzegorz z Ciechowa, byl małym szokiem dla Warszawskich elit, podany strawnie dotarł na salony),  choć są takie które uparcie naśladują bliskich im Celtów ;-) czyli wymyślone wyobrażenie nikogo…

    Wielu współczesnych intelektualistów w Polsce, bo takich znam z mediów czy z autopsji, zwyczajnie nie wie po co jest patriotyzm. Nie czują go. Starają sie tak głęboko być wszechświatowi, Europejscy, Amerykańscy, jak na pawia i papugę narodów przystało, że nie mają pojęcia już kim są.Często utożsamiają patriotyzm wyłącznie z manipulacją polityczną, rodzajem działań podejmowanych w celu uzyskania wzwodu by wyrządzać przemoc.  Zarazem gdyby wrócili na wieś skąd w 75% pochodzą, zawdzięczając swoje awanse komunie, starowinki wytykałyby ich palcami i szeptały: „a kto to?”„a dy to Józek od Śliwków!”„nie może to być, on”” – „on!”„patrzcie jaki pon sie zrobił”. I to jest koszmar który im sie chyba sni po nocach. U ludzi z miasta, jakoś tak sie porobiło, muzyka ludowa to strasznie obciachowa cepelia. Jak to sie mówi – nie ma większego wieśniactwa. Łatwiej być kosmopolitą niż „Józkiem od Śliwków” którego ojciec orał boso o polu, a dziadek nie miał dworku. W tym dramacie – nie można być stąd – bo to oznacza – Siedlce, Orzechówkę, Świlczę, Świtałówkę, małe wsie, gdzie nic nigdy się nie stało. Trzeba być silnym i niezależnym człowiekiem w Polsce, by móc znieść z podniesionym czołem, że pochodzi sie z zapyziałej biedy w 2-gim pokoleniu, a awans społeczny zawdzięcza sie procesom które dziś są opisywane jako największa zbrodnia w dziejach Polski.

    Tymczasem patriotyzm jak sądzę, nie jest rozumową zgodą na przynależność do pewnej grupy, ale uczuciem. Stąd nie ma wielkiego sensu podejście rozumowe – jeśli nie dysponujesz stosowną ilością złudzeń wpojonych w dzieciństwie czy to na skutek wychowania, czy może ( co bardziej prawdopodobne i znacznie bardziej powszechne) na skutek przemyśleń i przeżyć owe złudzenia utraciłeś ( modne – przepracowałeś) – to obecnie na nic rachunki symboliczne – patriotyzmu nie znajdziesz. Całkiem podobnie jak w wypadku żony – małżeństwo z rozsądku może być bardzo, bardzo szczęśliwe – ja jednak preferuję namiętne katastrofy z miłości. Rzecz gustu. Można kochać i można nie kochać. Ileż to razy – jak nie można zdobyć obiektu westchnień, to sie go po czasie – nienawidzi. Brak zrozumienia tych, chyba prostych, spraw, widzę zwyczajnie – jako rozkład społeczeństwa Polskiego po 89 roku. To tak jakby spora grupa ludzi, ważnych społecznie bo wykształconych, przestała rozumieć co znaczy czuć. Inteligencja w Polsce zwyczajnie nie wie kim i skąd jest – bo i nie jest nikomu do niczego potrzebna, jest wyalienowana. Ani klasa średnia – tą stanowią na ogół prymitywy co sie dorobili – ani biedota, ani elity – bo tu brylują chamscy politycy i prymitywni celebryci. Wykorzeniona i po części wzgardzona, szuka swojego miejsca, a przez krótką chwilę wydawało sie jej że jej miejsce jest w Europie. Tak ogólnie. I faktycznie – niektórym udało sie znaleźć pracę na zmywaku w UK… Owszem – czasami jakaś zagraniczna firma dostrzega że powiedzmy można w Polsce kupić tanio inżynierów na kilogramy ( np. w Dell pracują na taśmie, co jest ewenementem na skalę światowa, zważywszy że za ich wykształcenie płaci reszta obywateli). Ale inżynierowie mają krótki termin przydatności do spożycia. Zastosowań dla humanistów zaś nie ma zbyt wielu. W sumie – nie dziwię sie minister Kudryckiej ( i ona o tym mówi tylko nikt jej nie rozumie! A ona to mówi wprost!) że robi co może by szkoły wyższe przyjęły profil zawodówek…

    W tym miejscu dyskusji pan T.Herok zasadnie zauważył że obok górnolotnych cech które przypisuję patriotyzmowi (uczucie, porównanie do miłości do kobiety) istnieje całkiem dolnolotna praktyka. Praktyka przemocy i niemoralnych poglądów, czasami niemal rasistowskich. Kto zresztą tego nie widział, zwłaszcza w Polsce, gdzie hasła anty-murzyńskie i antysemickie są wszędzie, chociaż ci co je piszą na ogół nie znają żadnego żyda, a z murzynów widzieli jedyne jakichś aktorów lub sportowców. Owszem, tak jest. Czy nie stawia to patriotyzmu dokładnie w tej samej pozycji jak: religii, racjonalizmu, filozofii, nauki, medycyny, polityki, wolnego rynku, handlu, produkcji rolnej, ekologii, walki z globalnym ociepleniem a nawet walki o prawa LGBT? W imię każdej z tych idei można ludzi wzburzyć do walki, i popełniano w historii w imię każdej z nich mordy, przemoc, szykany.

    Są ludzie którzy zarabiają na tym że inni lubią alkohol, na tym że sie modlą i na tym ze kochają ( tzw. walentynki to chyba jedno z najbardziej komercyjnych świąt). Nie oznacza to wszakże że miłość, lubienie wina i modlitwa są źródłem zła w człowieku. I tak samo z patriotyzmem – jeśli ktoś ma jego pozytywną wizję skupia sie nie na nienawiści i izolowaniu sie od innych, ale na wiedzy skąd pochodzi, szukaniu miejsc dokąd zmierza, na pielęgnowaniu rodzimych tradycji i języka ojczystego. Na rozumieniu swojej i swojego narodu historii. Na uznawaniu że inni mają prawo do swoich wyborów i swoich doświadczeń życiowych – jako członkowie innych zbiorowości, o innej kulturze i dziejach. Co roku w Żywcu dobywają się w ramach Tygodnia Kultury Beskidzkiej, Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne. W tym roku były to 51 spotkania, a ja chyba od 20 lat nie opuściłem żadnego z koncertów finałowych. Widziałem tancerzy z Rapa Nui, Turcji, Trynidadu Tobago, Ukrainy, Meksyku, Mongolii, Chin, Korei, Chorwacji, Serbii, Kosowa, Włoch, Hiszpanii, Rosji, Węgier, Finlandii, Francji, Holandii, Kraju Basków, Sycylii i wielu wielu innych regionów, bo zespoły owe prezentują na ogół nie państwa ale regiony. Kulturę w której sie wychowali i którą niosą w świat. Gdyby ci wszyscy którzy wycierają sobie gębę patriotyzmem, byli patriotami, umieliby tak tańczyć i śpiewać. Umieliby nieść to co dobre i wartościowe w kulturze Polski w świat. Bo patriotyzm to uczycie miłości do miejsca w którym żyjesz i do ludzi z którymi tam mieszkasz. A kochać kogoś lub coś, nie znaczy nienawidzić innych miejsc i ludzi.

   Fajnie się pisało, niestety polska Wikipedia stwierdza że: Patriotyzm (łac. patria,-ae = ojczyzna, gr. patriates) – postawa szacunku, umiłowania i oddania własnej ojczyźnie oraz chęć ponoszenia za nią ofiar; pełna gotowość do jej obrony, w każdej chwili. Charakteryzuje się też przedkładaniem celów ważnych dla ojczyzny nad osobiste, a także gotowością do pracy dla jej dobra i w razie potrzeby poświęcenia dla niej własnego zdrowia lub życia. Patriotyzm to również umiłowanie i pielęgnowanie narodowej tradycji, kultury czy języka. Patriotyzm oparty jest na poczuciu więzi społecznej, wspólnoty kulturowej oraz solidarności z własnym narodem i społecznością.” Jak widać dbanie o tradycję, język i kulturę to tylko „również” a nie główna treść definicji tego słowa dla, jeśli by wierzyć że Wikipedię tworzy reprezentatywna grupa, Polaków. Co najśmieszniejsze na tej karcie Wikipedii są u góry dwie ilustracje. Obie bzdurne w kontekście definicji słowa…Jak widać w wielu, wielu wypadkach Tomasz Herok ma rację…

felicjan.jpg

 

    A tak wyglądały nielegalne podsłuchy kelnerów w czasach przed rewolucją we Francji.

    „Na dwa tygodnie przed zamachem Damiensa[*] kupiec prowansalski, przejeżdżając przez małe miasteczko o sześć mil od Lionu i zatrzymawszy się w gospodzie, usłyszał, z rozmowy w sąsiednim pokoju, który od jego pokoju dzieliło tylko przepierzenie, że niejaki Damiens ma zamordować króla. Kupiec przybył do Paryża, udał się do pana Berryer, nie zastał go, doniósł mu piśmiennie o tym, co usłyszał, wrócił jeszcze raz i zostawił swoje nazwisko. Wyjechał z powrotem na prowincję; gdy był w drodze, zamach Damiensa stał się faktem. Berryer, obawiając się, że kupiec rozpowie swoją przygodę i że tym samym wyjdzie na jaw jego niedbalstwo, wysyła żandarmów na gościniec lioński; chwytają kupca, kneblują, sprowadzają do Paryża, wtrącają do Bastylii, gdzie przesiedział osiemnaście lat. Pan de Malesherbes, który oswobodził wielu więźniów w r. 1775, opowiedział tę historię w przystępie oburzenia.”

[*] zamach Damiensa — 5 stycznia 1757 służący Robert Damiens (1715–1757) próbował zabić króla Ludwika XV.

 

Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort Charaktery i anegdoty  tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

 

 

drewno-pasek.jpg

 

    Ludzie patrzą na Ukrainę i nie wierzą własnym oczom i uszom. Rosja eskaluje konflikt, wybuchają demonstracje, protesty i akty separatyzmu, nieledwie cześć wschodnich obwodów deklaruje nie tylko prorosyjskość ale i wręcz separację i przynależność do Rosji. I nic. Ukraińcy oddają Ukrainę bez walki? Dlaczego nikt nie strzela do tłumu – zadaje sobie pytanie przeciętny polski inteligent przyzwyczajony do tego że do tłumu strzelać należy, inaczej władza jest niewarta szacunku ( nie wiem skąd te poglądy w kraju w którym zasadniczo nikt, nawet Jaruzelski do tłumu nie strzelał – przypomnijmy że pomimo zajść w Kopalni Wujek itp. w całej Jaruzelskiej RP zginęło mniej ludzi niż na Ukrainie w ciągu kilku tygodni „budowy demokracji”. Nie wiem skąd ten pęd do gloryfikacji przemocy – oczywiście zawsze w imię „wyższych celów”. Najpewniej dzieci bite biją własne dzieci – może dlatego nie mamy w Polsce szacunku dla życia ludzi?). Jak to wiec jest – że Ukraińcy nic nie robią?

    Ukraińcy zostali poddani działaniu, czy tez ulegli atakowi – nowej broni. Broni przed która nie potrafią sie bronić, bo klasyczne arsenały nie są w stanie odeprzeć takiego ataku, a polityczne i militarne dyletanctwo nie pozwala na rewizję taktyki.

    Nie przeceniając roli Rosji i Putina, trzeba zdać sobie sprawę z jednego – to co obserwujemy to politycznie i militarnie jest bardzo skomplikowaną operacją logistyczną. Z innych tego typu wydarzeń na świecie ( Syria, Egipt, Libia) widać że bardzo trudno jest rozpętać konflikt i go kontrolować – przynajmniej Amerykanom sie to jeszcze nigdy w pełni nie udało, a na Ukrainie Rosjanom jak na razie, udaje sie to perfekcyjnie. Widać że Rosjanie mieli to zaplanowane od dawna, oni w jakiś sposób utrzymują to napięcie a nie powodują eskalacji przemocy. Nawet na Krymie to było widać- jacyś ludzie, coś zajmowali, gdzieś stali, kogoś blokowali, a na koniec była rosyjska flaga. Tego sie nie zrobi  „Gromem” i „Formozą”. Wyobraźcie sobie wyszkolenie żołnierzy ( agentów?) którzy z jednej strony są w stanie brać udział w walkach, ale na co dzień, w trakcie normalnych działań, są w stanie manipulować tłumem, wygłaszać przemówienia, działać jak partyzanci w grupie po 10-15 osób i destabilizować całe miasto czy obwód.
    To jest nowy rodzaj sił zbrojnych. Pewnie że ich zastosowanie nie udałoby sie powiedzmy w Niemczech. Ale jestem pewien że oni mają jednostki tego typu dedykowane do działań w krajach postsowieckich, gdzie sa w stanie zapewnić kulturową bliskość „agentów” i ludności cywilnej.

    To jest coś przy czym armia wyposażona w bomby, pistolety i czołgi wygląda jak młotek naprzeciw smartfona. Oni to przygotowywali w sensie strategicznym przez całe ostatnie 20 lat. Kluczowymi elementami tej strategii są jak przypuszczam:

  1. użycie niewielkich grup 10-15 osobowych, złożonych z ludzi doskonale znających środowisko lokalne, język, kulturę, może nawet posiadających znajomości.
  2. użycie ludności cywilnej jako broni – ludzi wychodzą na ulice i demonstrują. Odpowiednie działania sprawiają że destabilizuje to lokalne struktury władzy.
  3. partyzancka taktyka działań – duża mobilność, samodzielność, poleganie na oddziaływaniu psychologicznym, absolutna wstrzemięźliwość w użyciu broi. Jeśli mamy tam do czynienia z jakąkolwiek formą dowodzenia – ma ono charakter lokalny i wysoce samodzielny.
  4. brak przywódców, nie ma z kim negocjować, nie ma kogo złapać i pokazać przed kamerami.
  5. stosowna oprawa propagandowa skierowana zarówno do świata jak i nawet przede wszystkim do własnego społeczeństwa
  6. wirtuozowska oprawa dyplomatyczna, w której niby nic nie wiadomo, a w istocie wiadomo wszystko, niby deklaruje sie dobrą wolę ale nie wiadomo cóż jest to to gra na czas czy realna deklaracja intencji itp.
  7. głębokie zintegrowanie strategii działań wojennych z działaniami gospodarczymi.

    Wydaje sie że Rosjanie wyciągnęli tu wnioski z analiz konfliktów animowanych na całym świecie przez CIA i opracowali strategię postępowania która jest skuteczniejsza. Widać tu pewnego rodzaju biegłość polityczna i strategiczną która wydaje sie jednak ze przewyższa to co się śni naszym, wychowanym na starodawnych pomysłach i przywiązanym do idei potęgi ciężkiej broni, dowódcom. Dla mnie to ważna konstatacja, bo nie tyle każdy z osobna ale wszystkie razem punkty 1-7, ich głęboka integracja, świadczy o tym że mamy do czynienia najprawdopodobniej z nowoczesną doktryną konfliktu przy zastosowaniu nowoczesnych środków jego prowadzenia.

    Warto zwrócić uwagę na punkt 7. Jak wiadomo nikt Putinowi krzywdy nie zrobi bo wszyscy potrzebują jego ropy i gazu ( oczywiście poza akwizytorami strony przeciwnej którzy będą dowodzić że obędziemy sie bez gazu i ropy Putina jeśli kupimy – całkowicie bezpieczny i nieszkodliwy dla delfinów  – gaz i ropę akwizytora. Trzeba pamiętać że wojna jest doskonała okazją do interesów i np. Wielka Brytania podczas II Wojny Światowej wyprzedała  na rzecz USA całe Imperium). Jeśli ktoś sądzi że Rosja budując swoje rurociągi posługuje sie koncepcją „rura ma iść tak żeby było tanio, niech w przetarg wygra najtańsza oferta”  zwyczajnie wierzy ze cały świat stosuje Polnische Wirtschaft. Nie jest to prawda. Budując skomplikowane przedsięwzięcia gospodarcze, kraje w których nie rządzą idioci, biorą pod uwagę nie tylko ich znaczenie gospodarcze ale i strategiczne, polityczne, społeczne i w tym militarne. Rosja brała je pod uwagę – na pewno. Ukraina jest zakładnikiem Rosyjskiej dobrej woli w zakresie dostaw ropy i gazu. Ktoś w Rosji zadał sobie pytanie – jak będziemy robić interesy z Niemcami kiedy w Polsce powiedzmy – taki fantastyczny scenariusz –  CIA osadzi swojego agenta wpływu w MSZ? I narysowali rurę tak, żebyśmy nie mieli wpływu na jej działanie. Zadajmy sobie pytanie – co mogliśmy/możemy zrobić? Nie ma i jeśli to co piszę jest prawda – nie będzie wojny. Nikt nie przyjdzie nam z pomocą bo nie ma w czym nam pomagać. Rosja z Niemcami sie dogadają, a do ropy do Polski objętej sankcjami nikt nie będzie dopłacał, co oznacza że jeśli Radek nadal będzie podskakiwał ( na szczęście ktoś mu dał po łapach i ostatnio po oszałamiających sukcesach w wyzwalaniu Ukrainy nieco przygasł) to Rosja podniesie nam ceny ropy a zachód im tylko – w imię pokoju –  przyklaśnie widzą okazje do pośrednictwa w jej sprzedaży.

    Co należało zrobić? Aby popsuć strategię w pt. 7. należało uczestniczyć w interesach. Należało być entuzjastą który rozumie własny interes, dołożyć swoje trzy grosze, i mieć swojego człowieka w zarządzie Nord Stream i innych tego typu przedsięwzięciach. Kogoś kto potakuje w sprawach nieważnych, ale mówi veto ( raz na 10 lat ) wtedy kiedy to istotne.  No ale trzeba wiedzieć co jest ważne.. Rozumienie takie zakłada pojęcie patriotyzmu, znajomości interesów własnego kraju, szacunek dla własnego społeczeństwa i własnych korzeni, tego wszystkiego czego w Polsce nie rozumieją elity, którym od wieków bliższy jest Paryż ;-). Można zatykać nos, ba1 to słuszne, jak sie patrzy na Schroedera. Ale chyba nikt nie ma wątpliwości której strony interesy on w tym Nord Stream reprezentuje. Taki styl uprawiania polityki, z jakimś zamysłem, z użyciem rozumu, z koncepcją wykraczająca poza wymachiwanie szabelką w nadziej że jakieś mocarstwo doceni to machanie i nagrodzi – niestety nie jest naszą mocną stroną.I niestety patrząc na naszą scenę polityczną trudno czasem powiedzieć czyje interesy reprezentują nasi politycy…

    Pozostaje nieć  nadzieję ze pozostałe punkty planu – czyli 1-4. nie są możliwe do zastosowania w Polsce. Nie chciałbym by ktoś odniósł mylne wrażenie że chodzi  „kwestię mniejszości rosyjskiej” – nie chodzi i to zupełna bzdura tka myśleć. W Egipcie czy Syrii nie było żadnej „mniejszości amerykańskiej” a udało sie tam wywołać całkiem identyczne zajścia jak na Ukrainie ( tyle że nie udało sie ich kontrolować). Chodzi o wywołanie podziałów, dla której to strategii konieczne jest istnienie wektora wpływu. A nim może być jakikolwiek mocny i trwały podział społeczny poddający sie manipulacji.  ( Czy na pewno Polska jest wolny od konfliktów? ). Stąd przynajmniej pod tym względem możemy spać bezpiecznie…

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

    Podczas pewnej dyskusji udało mi się sformułować ciekawą wypowiedź, którą zamieszczam poniżej, bo wydała mi się warta zapisania i przemyślenia. Sprawa dotyczy tego jak sie zachować podczas wyborów ( do parlamentu, do samorządu). Każdy ma prawo podejmować decyzje jakie uzna za słuszne. Osoby będące zdeklarowanymi zwolennikami którejś z partii politycznych, mają łatwo – idą i głosują na tego kogo popierają. Jak wiemy z poprzednich wyborów – jest ich jakieś 15% elektoratu. Pozostali albo idą i głosują na tzn. „mniejsze zło” albo nie idą nigdzie i zmniejszają frekwencje wyborczą ( lub oddają „nieważny” głos, co w znacznej mierze na jedno wychodzi). Rozumiem taka postawę – abstynencję wyborczą – w sensie emocjonalnym. Ale taka postawa w sensie praktycznym ma dwie konsekwencje:

  1. wybierają inni, a więc sam, świadomie rezygnujesz z wpływu na to co dzieje sie wokół Ciebie. zgoda, jest to rodzaj protestu może nawet, ale jest to protest milczący
  2. działania polityczne wobec niskiej frekwencji zmieniają swój charakter i przez chęć „uruchomienia” milczącego elektoratu, przybierają formę „bardziej skrajnych”. Taki Tusk czy Kaczyński nigdy nie pomyślą że Tobie zależy na racjonalności, umiarkowaniu i użyteczności społecznej. Zamiast tego będą wynajmować spin-doktorów którzy im doradzą że najlepiej by wywoływali spory ideologiczne najlepiej na takiej płaszczyźnie emocjonalnej która budzi kurewskie emocje: „wytruć czy nie wytruć gejów?”, „za usiłowanie samobójstwa kara śmierci czy tylko wysoka grzywna?”, „pozbawiamy praw wyborczych singli czy dajemy 10x więcej głosów dzieciorobom?”. Taka strategia sprawia że w końcu nawet krety wychodzą w zimie spod ziemi i idą głosować, a potem Rostowski mówi że ma legitymizację bo wygrał większością głosów wyborach i może podwyższać wiek emerytalny do 120 lat bez konsultacji społecznych.

    Uważam że jedyna sensowna strategia, to głosować na to co się popiera niezależnie od bzdurnych stwierdzeń że się „marnuje głosy”, bo „wygra komuna, faszyści, transwestyci” itp.  Nie ma zmarnowanych głosów. Zmarnowany głos to głos tego kto nie głosuje.

Sopot.jpg

    W najnowszej Pauzie Akademickiej opublikowano mój artykuł, dotyczący analizy Polska 2050. Z powodu ograniczeń jakie zakłada PAUza dla tekstów tego typu – do 6000 znaków łącznie ze spacjami – opublikowana wersja jest krótsza niż to co oryginalnie napisałem. Poniżej znajduje się pełna wersja tekstu – około 20 000 znaków. Kto ma cierpliwość niech czyta ;-) a każdy i tak niech PAUzę subskrybuje, bo to ciekawy periodyk.

     Proszę wybaczyć mi frywolny wstęp – pozwolę sobie jednak na pewnego rodzaju dykteryjkę. Wczoraj oglądałem w telewizji „Skarb narodów” z Nicolasem Cage. W jednym z dialogów, główny bohater rozważa plan bardzo zuchwałej, choć dokonywanej w zbożnym celu, kradzieży. Rzecz jest niemal niemożliwa do wykonania, na co zwracają mu uwagę jego rozmówcy. Replika brzmi mniej więcej tak ( piszę z pamięci): „Edison kiedy konstruował żarówkę, eksperymentował i kosztowało go to ponad 200 porażek. Wolałbym nazwać je poszukiwaniami”.

    Chciałbym zwrócić uwagę czytelników PAUzy na pewien dokument. Chodzi mianowicie o raport zatytułowany „Polska 2050”, a przygotowany przez zespół autorsko-redakcyjny: Michał Kleiber, Jerzy Kleer, Andrzej P. Wierzbicki, Bogdan Galwas, Leszek Kuźnicki, Zdzisław Sadowski, Zbigniew Strzelecki. Raport ów znajduje sie w wersji elektronicznej pod tym adresem (aby ściągnąć opracowanie w formacie pdf proszę klikać w link pod słowem „Numery” ) Obecnie minął już ponad rok od jego publikacji, i zapewne wielu czytelników tezy raportu zna, warto jednak, jak sądzę, wspomnieć o nim także na łamach PAUzy, mając na uwadze tych którzy nie są świadomi jego istnienia.

     Od razu ostrzegę czytelników że raport jest obszerny. Publikacja, podzielona na kilka części liczy łącznie ponad 120 stron. Nie jest to także lektura łatwa, także z uwagi na używanie pewnej ilości, trzeba przyznać niezbyt wielkiej, żargonu. Jednocześnie jest to publikacja ze wszech miar ambitna i wydaje się unikalna. Na „polskim rynku dyskusji” zdaje się nie ma wielkich tradycji dyskusji o oczekiwanej czy pożądanej przyszłości. Jak wiemy w naszych sporach publicznych przeważają raczej analizy tego co było, często dawno temu, a zwłaszcza tych spraw których znaczenia i wpływu nie sposób już mienić. W przypadku tej publikacji rzeczy mają się zgoła inaczej.

    Znany slogan głosi że przewidywanie jest trudne, zwłaszcza przewidywanie przyszłości. Autorzy raportu który państwu polecam dokonali pewnego rodzaju podsumowania stanu Polski w chwili obecnej i odnosząc się do widocznych współcześnie problemów, zarówno tych specyficznie Polskich jak dotykających większe społeczności, dokonali ekstrapolacji w przyszłość. Analiza ta, moim zdaniem wypadła całkiem ciekawie. Po pierwsze autorom udało sie uniknąć zbytniego roztrząsania tych problemów które dziś ważne, w przyszłości ważne być nie muszą. Dokonano to dzięki sprytnemu uogólnieniu obecnie dostrzeganych problemów. Dla lepszego zrozumienia, posłużę się przykładem miejsca jakie w raporcie zajmuje ekologia. Autorzy oczywiście napominają o globalnym ociepleniu, jednak kwestię ta określają docelowo po prostu zwrotem „kwestie ekologiczne” i zwracają uwagę, że nie odgrywały one niemal żadnej roli w dziedzinie polityki czy w gospodarki jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku. W późniejszym jednak okresie stały się na tyle znaczące, że kwestia problemów ekologicznych zaczęła ogniskować nie tylko uwagę społeczną ale także polityków i przedstawicieli biznesu. Dziś nie sposób znaleźć produktu który by w ten czy inny sposób nie podkreślał swojej pozycji ekologicznej. W konsekwencji „kwestie związane z ekologia” są w raporcie traktowane jako jeden z elementów które będą kształtować rozwój społeczeństwa. Autorzy unikają przy tym określania konkretnych problemów związanych z ekologią – dla treści raportu jest to obojętne. Podobnie potraktowano sprawy rozwoju „gospodarki wirtualnej” ( opartej na spekulacjach wirtualnym pieniądzem – instrumentami pochodnymi itp. ), „nierówności społecznych”, „rosnącego wpływu korporacji na politykę państw” i wielu innych czynników. Po opisywanym uogólnieniu autorzy dokonali podziału czynników na wewnętrzne i zewnętrzne. Następnie zaś określono na które z nich rząd i społeczeństwo kraju będzie miało wpływ a które pozostaną poza naszymi zdolnościami wpływania na nie i kształtowania. Polska jako kraj średniej wielkości zarówno w sensie demograficznym jak i gospodarczym, w odniesieniu do sporej części takich ogólnych czynników jest raczej podmiotem niż aktywnym graczem. Jako kraj mamy bardzo niewielki wpływ na kształt powiedzmy rynków finansowych świata. Jednocześnie istnieją takie czynniki rozwoju na które wpływ mamy – na przykład obejmuje to czynniki związane z demografią, ochroną zdrowia, sprawnością infrastruktury czy przede wszystkim edukacją.

    Dzieląc się z czytelnikami opinią na temat raportu, i zachęcając do jego przeczytania, chciałbym zwrócić uwagę na dwie jego, ważne cechy. Jedna z nich mieści się zapewne w celach jakie sobie postawili autorzy w sposób oczywisty. Opracowane scenariusze rozwoju kraju w niczym nie przypominają wróżb Pytii. Zawierają całkiem konkretne zalecenia, co więcej zalecenia które wydają się mieć wartość zarówno polityczną jak i gospodarczą. Wielką uwagę autorzy zwracają na znaczenie innowacyjności, edukacji i potencjału wzrostu związanym z osiągnięciami jakich udało się dokonać w mijających 20 latach od czasu przemian lat 90-tych. Wszakże raport tego typu byłby nic nie wart, gdyby nie określał tych elementów które stanowią zagrożenie. I tu właśnie mamy do czynienia z owa drugą cechą, która pragnę omówić nieco szerzej.

    Jak wiadomo istotnym elementem każdej dyskusji jest język w jakiej się ja prowadzi. Nie chodzi oczywiście o kwestie czy jest to język Polski czy Angielski. Mam tu na myśli raczej używany zespół pojęć. Ciekawą cechą współczesności jest to, ze język ekspertów rządowych, język prasy, radia i telewizji, język jakim kontaktuje się z nami władza, stał się szalenie ubogi, a przynajmniej homogeniczny. Właściwie stale dyskutujemy o tym samym – o pieniądzach. Właściwie jest to moim zdaniem podstawowa wartość raportu, a polega ona na użyciu słów które na co dzień niemal nie pojawiają się w słowniku przeciętnego obywatela ale i polityka. Dyskusja w Polsce w sposób oczywisty zogniskowana jest na kwestiach rozwoju gospodarczego. Trudno się temu dziwić, bowiem z jednej strony zanotowaliśmy spory wzrost gospodarczy co stanowi o sukcesie przemian transformacyjnych jakie nastąpiły po upadku minionych struktur politycznych. Z drugiej strony skoncentrowanie na kwestiach gospodarczych wymusza optykę krótkiego horyzontu czasowego. Przysłowiowa „daleka przyszłość” dla księgowego to najwyżej kwartał. Osoby pracujące w biznesie wiedzą że większość firm w najśmielszych planach gospodarczych działa w horyzoncie co najwyżej kilkuletnim. Oczywiście istnieją znaczące wyjątki – działalność naukowa, także związana z badaniami R&D w biznesie, niektóre formy inwestycji całkowicie nieznane w Polsce ( np. inwestycje w tereny zalesione podejmowane w Kanadzie czy USA przez podmioty prywatne w celu pozyskania surowca – drewna. Warto nadmienić że są to inwestycje miliardowych wartości), czy cykle związane z przemysłem wydobywczym mają czasowy zasięg dziesięcioleci. Nie jest to jednak standard w przypadku „typowej firmy”, ani w odniesieniu do procesów zarządzania związanych powiedzmy z strukturami politycznymi jak ministerstwa finansów krajów gdzie mamy zwykle planowanie roczne z pewna formą sięgania w przyszłość co najwyżej od wyborów do wyborów co oznacza okres kilku lat.

    W tak krótkiej perspektywie czasowej pewne czynniki nie ulegają zmianie, uznajemy je za stałe. Jak wiadomo droga od wynalazku do jego zastosowania skraca się w eksponencjalnym tempie. Na zastosowanie maszyny parowej przyszło czekać dziesięciolecia, zastosowanie lasera pojawiło się w ciągu kilku lat. W tak krótkim okresie czasu nie ulega zmianie ani struktura demograficzna społeczeństwa, ani jego obyczaje. Ten znany fakt mówi o pojawieniu się zastosowania. Co jednak wiemy o zastosowaniu powszechnym, dostępnym wszędzie i dla każdego? Okazuje się że tu zmiany nie są aż tak szybkie. Powszechne użycie telefonu zajęło ponad 30 lat od jego wynalezienia i taki sam okres czasu obejmuje powszechna dostępność nie tylko telewizji ale i telefonii komórkowej i internetu! W tak długiej skali czasowej ani demografia ani kwestie kulturowe nie pozostają stałe. O ile w przemianach szybkich głównym czynnikiem decydującym o ich powodzeniu jest odpowiednie dobranie grupy docelowej przemian i zapewnienie finansowania dla zajęcia niszy rynkowej, o tyle w przypadku zmian rozciągających się na pokolenia mamy do czynienia z niebanalnym splotem mechanizmów społecznych, kulturowych i demograficznych. Dosyć znanym faktem jest że obecnie odbiorcami telewizji sa głównie osoby dojrzałe i starsze. Ludzie młodzi czerpią raczej z zasobów internetu i co ciekawe, nie tylko oni właśnie kształtują jego rozwój, ale i on kształtuje ich potrzeby – kulturalne, edukacyjne, związane z stylem życia i aspiracjami. Kiedy mówimy o zmianach rozciągających się na pokolenia – chciałoby się krzyknąć „kultura głupcze!”. I to właśnie czynią autorzy raportu ujmując to szerzej i zwracając uwagę na kluczowe w długim czasie kwestie cywilizacyjne. W dłuższym okresie czasu to kwestie cywilizacyjne zadecydują czy kraj będzie się rozwijał. Kwestie te obejmują rzeczy które często w dyskusji na temat wzrostu gospodarczego są pomijane, w Polsce wstydliwym, milczeniem. To właśnie w tym obszarze panuje zdumiewająca pustka językowa. W tym właśnie upatruje szczególną wartości raportu – dyskutując o dalekiej przyszłości odchodzimy od instrumentalnego podejścia ekonomicznego, a dostrzegamy wagę kwestii od ekonomii bardziej fundamentalnych.

    Raport rozpoczyna się od podsumowania czy też diagnozy stanu obecnego Polski. A jest ona taka, że choć mijające od upadku PRL 20 lat przyniosło wzrost PKB, rozwój gospodarki i rynku finansowego w Polsce, za zmianami tymi nie poszły konieczne zmiany cywilizacyjne. Szczególną uwagę autorzy poświęcają tu trzem sprawom. Po pierwsze w wielu raportach i opracowaniach Polska wypada jako kraj o bardzo niskich miarach wolności gospodarczej. W pierwszej chwili jawi sie to jako paradoks, ale uważne zastanowienie nie przynosi zaskoczenia – zmiany związane z Planem Balcerowicza głównym paliwem rozwoju uczyniły zagraniczne inwestycje co spowodowało że zapewniono tym przepływom szczególną łatwość. Dbaniu o rozwój przemysłu rodzimego nadano niski priorytet, skupiając sie raczej na odtwórczym imporcie technologii co w efekcie doprowadziło do sytuacji w której podstawowym mechanizmem rozwoju kraju jest pieniądz i biznes pochodzący z zewnątrz. Wydaje się że konsekwencją jest taki kształt gospodarki gdzie zachodzi ograniczanie mechanizmów konkurencji gospodarczej w odniesieniu do zajętych na rynku pozycji. Typowym przykładem może być tu przemysł stoczniowy który w Polsce upada, zaś rozwija się świetnie na przykład w Niemczech. Polskie stocznie nie mogły wytrzymać konkurencji z stoczniami innych krajów, także i dlatego, ze współcześnie budowa statków i okrętów wymaga stosowania nowoczesnych mechanizmów technicznych jak komputerowy design, nowoczesna elektronika i rozwinięta technologia silników, których kraj w którym nie łożono na rozwój naukowy i techniczny nie mógł sprostać. Niemiecki inwestor, jeśli w ogóle, chętnie zleciłby w Polsce wykonywanie prac niezaawansowanych technicznie. Z pewnością nie rozwinie tu, z ramach jakiejkolwiek kooperacji, samodzielnego centrum R&D. Jeśli rozwinie jakiekolwiek centrum R&D dokona tego w sposób całkowicie zabezpieczający swoją własność intelektualną – co oznacza że miejscowi pracownicy nie będą wręcz pojmować sensu wykonywanej pracy ( wiem jak to wygląda z pierwszej ręki, pracowałem w bodaj największym Polskim centrum R&D firmy Avio – biurze konstrukcyjnym opracowującym projekty silników lotniczych). Tu dochodzimy do kolejnego elementu.

 
    Edukacja we współczesnym świecie urasta do roli fundamentu wzrostu. Zwroty takie jak „gospodarka oparta na wiedzy” i „innowacyjność” odmieniane przez wszystkie formy przez ministrów, opierają się na zapewnieniu stosownego poziomu finansowego badań i edukacji powszechnej. Według autorów raportu upowszechnienie wykształcenia wyższego w świecie postępuje w szybkim tempie i w przyszłości należy oczekiwać nasilenia się tej tendencji. Na globalnym rynku pracy i atrakcyjności inwestycyjnej zasoby wykształconej siły roboczej zajmują i będą zajmować bardzo wysokie miejsce. Strach jaki spogląda w oczy tym którzy w związku z robotyzacją i automatyzacją obawiają się o swoje miejsca pracy, daje się rozwiać tylko dzięki upowszechnieniu wykształcenia i postawieniu na te dziedziny które będą w przyszłości związane z nowoczesnym, skomputeryzowanym i wysoce zautomatyzowanym przemysłem. Z doświadczenia autora wynika, że człowiek niepiśmienny i źle wykształcony nie jest w stanie obsługiwać pracy nowoczesnej, skomputeryzowanej obrabiarki, nawet jeśli jego praca sprowadza się do uruchamiania stosownych trybów pracy urządzenia i dostarczania przepływu materiałów produkcyjnych. W przyszłości pracodawcy będą wymagać wysokiej kultury technicznej nawet od pracowników niskiego szczebla ( 20 lat temu obsługiwać komputery umieli wyłącznie wysoko wykształceni pracownicy. Dziś jest to fundament by zostać przyjętym do niemal jakiejkolwiek pracy. Nadal źle wykształcony pracownik, przy użyciu komputera, może spowodować niezwykle kosztowne straty dla firmy. W istocie jest to znacznie prostsze i szybsze, niż przy użyciu przysłowiowego młotka ). Raport podkreśla że nie tylko upowszechnienie ale i jakość edukacji ma znaczenie. W gospodarce opartej na usługach, jakość wykształcenia ma wtórne znaczenie, jednak gospodarka taka nie jest w stanie zapewnić nie tylko wzrostu, ale i utrzymania kraju o takim potencjale demograficznym jak Polska. By rozwijać się trzeba coś produkować, nawet jeśli ta produkcja ma mieć charakter imitacyjny i wtórny, a to wymaga wykształconej kadry związanej z przemysłem. W krajach doceniających potencjał wzrostu związany z innowacyjnością i kreatywnością, nakłady na naukę i edukację są wielokrotnie wyższe niż w Polce, o czym pisano już aż do całkowitego znudzenia i znieczulenia na ten argument. Raport zwraca uwagę na pewien istotny element, który w dyskusji nie zawsze bywa podnoszony – na finansowanie badań i rozwoju w krajach o dużym potencjale wzrostu składają się nie tylko fundusze publiczne ale i firmy prywatne. W Polsce z powodu formy wynikłej na skutek transformacji ustrojowej – a więc z powodu tego że kapitał prywatny w Polsce to głównie kapitał zagraniczny – jest to niemal nieobecny czynnik rozwoju. Stanowi to zdaniem autorów raportu bardzo duże wyzwanie – wzrost nakładów na naukę i edukację musi nie tylko zostać powiększony ale powinna nastąpić także zmiana jego struktury – i część kosztów muszą ponosić przedsiębiorstwa prywatne. W innym wypadku nie uzyskamy odpowiednich kwot. Z drugiej strony aby firmy prywatne rozpoczęły tego typu działania, konieczne jest by kraj dysponował kluczowym dla opłacalności takiej inwestycji zasobem – wykształconymi ludźmi. Kraj wielkości Polski nie może sobie pozwolić na ograniczanie dostępu do dobrego wykształcenia. Dobrego w sensie Europejskim jeśli nie światowym. Nie musimy „produkować noblistów”, trzeba jednak posiadać kadry wartościowe dla przemysłu – biotechnologów, chemików, inżynierów, designerów, informatyków, matematyków, fizyków – w stosownych proporcjach. Kluczowy jest tu zwrot – posiadających dobre wykształcenie – bowiem nie chodzi o kształcenie w kierunkach które nie są interesujące dla rynku pracy i budowanie kłopotliwej społecznie sytuacji pauperyzacji wykształcenia wyższego i tak zwanego prekariatu. Na rynku edukacji liczy się jakość i doświadczenie. Doświadczenie wymaga gospodarki która umożliwi jego zdobycie.

 
    I tak dochodzimy do trzeciego elementu warunkującego rozwój gospodarczy w skali 40 nadchodzących lat – nierówności społecznych. Kraj wielkości Polski nie może sobie pozwolić na marnotrawienie swoich zasobów, a jak widzieliśmy najważniejszym zasobem, w nadchodzącej przyszłości, będzie wykształcona młodzież. Młodzież która zna języki, jest gotowa uczyć się całe życie, nadążać za zmieniającymi się potrzebami rynku pracy. niestety obecnie kraj nasz ma jedną z największych rozpiętość nierówności społecznych w Europie czy nawet w krajach OECD. Mamy rekordowo wysoki tzw. indeks Giniego. Znaczenie tego faktu jest bardzo istotne – i o tym także piszą autorzy raportu – w dwójnasób. Po pierwsze nie wykorzystujemy całego potencjału rynkowego jaki posiadamy. Wzrost gospodarczy napędzamy jest w sporej mierze konsumpcją powszechną. Konsumpcja elit jest w skali gospodarczej świata niemal nieistotna. Największe firmy giełdowe zarabiają na dostarczaniu usług powszechnych a nie na obsłudze elity. Obszary biedy i wykluczenia oznaczają niewykorzystany potencjał wzrostu gospodarczego. Poszukiwania pracy przez ludzi z takich obszarów są utrudnione nie tylko przez brak aktywności ale także i przez stan infrastruktury wspomagającej społeczną mobilność – sprawny i tani transport publiczny i brak budownictwa komunalnego. Drugą stroną medalu jest groźba destabilizacji politycznej. Bieda, zwłaszcza strukturalna, chroniczna, dziedziczna tworzy ekstremizmy. W skali 40 lat olbrzymia warstwa prekariatu ( młodzieży dysponującej formalnym wykształceniem, jednak bez stałego zatrudnienia) może urosnąć w Polsce do rangi poważnego problemu politycznego, który drogą demokratyczną ( populizm) lub nie ( faszyzm?) będzie domagał się swojego rozwiązania. Zauważmy przy tym, że bieda i wykluczenie nie oznacza we współczesnej Polsce zawsze braku jedzenia i zamieszkania ( choć i tak czasami, na szczęście coraz rzadziej, bywa) ale może oznaczać niemożliwe do spłaty zadłużenie, pracę w nisko płatnych zawodach w rażącym konflikcie do posiadanego wykształcenia, brak dostępu do rozmaitych usług i możliwości, brak zasobów koniecznych do założenia i utrzymania rodziny. Dla subiektywnej oceny dobrostanu znaczenie ma nie tylko obiektywna sytuacja danej osoby ale także relacje względne. Bieda w Polsce to nie to samo co bieda w Etiopii, jednak nadal może być nazwana bieda i wykluczeniem. Istnieje także inny ważny aspekt enklaw biedy. Utrzymując je marnujemy także potencjał tkwiący w ludziach. Michał Faraday miał swoją szanse bo pomimo biedy został zauważony przez mądrego człowieka. Stefan Banach był wychowany jako półsierota w niezbyt zamożnych warunkach. Żadna z przywołanych postaci nie była „synem znanego milionera”. Mimo to społeczności w których funkcjonowali potrafiły zbudować mechanizmy mobilności społecznej i pomocy które zapewniły wykorzystanie niezwykłego potencjału tych osób, a znaczenie tego faktu był dalece większe niż czysto osobisty ich sukces. Czy taka sytuacja może zdarzyć się we współczesnej Polsce z reżimem publish or perish i czysto instrumentalnym i biurokratycznym podejściem do studenta jako źródła zarobku dla uczelni?

    Ostatecznym wynikiem jaki raport przynosi są trzy scenariusze rozwoju kraju – scenariusz pesymistyczny, umiarkowanie optymistyczny – zwany także realistycznym i optymistyczny, który można by określić jako nierealistyczny. Pozostawiam czytelnikowi zapoznanie się z ich kształtem. Warto wszakże nadmienić, że w ramach scenariusza realistycznego czekają nas niemałe zmiany, na przykład związane z wprowadzeniem takich elementów jak nieustanne, w ciągu całego życia, nauczanie, lub wzrost znaczenia na rynku pracy ludzi w wieku dojrzałym i starszym, co zakłada że należy optymalnie wykorzystać ich atuty – doświadczenie i solidność. Czy Polska buduje, stymuluje lub wspiera gałęzie przemysłu w których te atuty są ważne?

    Popularne powiedzenie mówi że Pan Bóg śmieje się z ludzkich planów. Wszakże nie mniej popularny dowcip o szczęściu na loterii kończy się pointą „Najpierw kup los!”. Warto pamiętać, że to co nas czeka w pewnym stopniu podlega naszemu kształtowaniu. Wydaje się że raport „Polska 2050” mógłby stać się zaczątkiem bardzo interesującej dyskusji, w której pojawiłyby się pojęcia całkowicie na co dzień zanikłe: rozwój cywilizacyjny ( a nie tylko ekonomiczny), równość szans, potencjał tkwiący w edukacji, która z natury jest najbardziej opłacalną inwestycją, jednak z bardzo długim okresem zwrotu i wreszcie potencjał rozwoju tkwiący w budowaniu społeczeństwa powszechnego dobrobytu, w którym nie marnuje się czynników wzrostu trudnych do ujęcia w ramy raportów statystycznych. Społeczeństwa które rozumie, że Edison, który próbował bez sukcesu 199 razy, nie popełnił błędu, a znajduje się na dobrej drodze do wynalazku…

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d blogerów lubi to: