You are currently browsing the category archive for the ‘cytat’ category.

krasiczyn.jpg

    „Symbolicznym aktem ponownego połączenia dwóch zwasnionych brzegów Sano było przerzucenie nad jego nurtem sześciu linowych kładek. Stalo się to pomiędzy Sanokiem a Przetnyślem w latach 60. i 70. XX w. Na tym odcinku rzeki, prócz mostów w obu tych miastach, był jeszcze tylko jeden — w Iskani. Symbolika ta była o tyle mocniejsza, że nie dokonały tego władze, a sami mieszkańcy nadsańskich wsi z pomocą inżyniera Kazimierza Gałajdy pochodzącego z Siedlisk kolo Dynowa. Jako chłopiec chodził do szkoły w Nozdrzcu za Sanem. Gdy na rzece nie było lodu dzieci przewożono łódką — o ile nie było powodzi. Jednak przez 5-6 miesięcy San jest zamarznięty lub plynie po nim kra, albo jest wiosenna powódź i przeprawa łodzią jest niemożliwa. Oczywiście chodzono po lodzie, ale to było niebezpieczne i rokrocznie dochodziło do utonięć. Pomiędzy Sanokiem a Przemyślem nad Sanem leży ponad 50 wsi i niemal wszystkie miały ten sam problem jeśli nie leżały blisko jednego z trzech mostów w tym rejonie.
    Kazimierz Gałajda ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie i trafił do pracy w Zakładzie Budowy Kopalń Miedzi w Lubiniu. Dość szybko zajął jedno z kierowniczych stanowisk. Pamiętał o niedoli swoich ziomków, szczególne że odwiedzał rodzinne Siedliska. Postanowił zbudować nad Sanem kładkę linową. Materiał będzie pochodził z kopalnianego złomu, prace ziemne wykonają mieszkańcy wsi, a prace przy konstrukcji kładki młodzi górnicy podczas urlopów nad Sanem. Wieś karmiła górników, organizowała im noclegi a oni pracowali za darmo. I tak powstała pierwsza kładka wsi Wara, leżącej po sąsiedzku z Siedliskami i Nozdrzcem. Mieszkańcy nadsańskich wsi dowiedziawszy się o inicjatywie inżyniera Gałajdy prosili o następne kładki, deklarując pomoc w ich powstaniu. Lokalne władze były zadowolone bo nie musiały finansować tych przedsięwzięć.  Inżynier Gałajda uległ namowom i w kolejnych latach powstały kładki w Mrzygłodzie, Dobrej Szlacheckiej, Witryłowie, Słonnem, Ruskiej Wsi (zwanej obecnie Wybrzeże). Były one przeznaczone wyłącznie do ruchu pieszego i ich konstrukcja składała się lin przewieszonych przez podpory znajdujące siç na brzegach. W efekcie czego miała formę luźno zwisającej wstęgi, której część środkowa znajdowała się najniżej nurtu rzeki. Wszystkie one miały powyżej sto metrów długości, a kładka w Witryłowie nawet 220. Były i są wielką atrakcją turystyczną, bo nie tylko łączą brzegi Sanu umożliwiając wędrówkę raz jednym raz drugim brzegiem, ale dają radość oglądania przepięknej doliny Sanu znad nurtu tej rzeki. Nie wspomnę już o dreszczyku emocji, jaki daje przejście po bujającej się kładce o szerokości półtora metra i świadomość, że pod trzeszczącymi deskami, po których stąpamy jest tylko powietrze i nurt Sanu.
    Kładki budowane później dzięki pomocy inż. Kazimierza Gałajdy, w latach 80, XX w. były bardziej zaawansowane technologicznie. Wymagały także wkładu finansowego miejscowych władz. Tak zbudowano kładki pieszo-jezdne w Bachowie, Krasicach i Krasiczynie. Ich pomost o szerokości około pięciu metrów został usztywniony za pomocą wieszaków i lin nośnych, przerzuconych przez podpory. Pieszym turystom nie dają już takiej frajdy jak bujające się kładki wstęgowe, ale umożliwiają przejazd samochodów co jest ważne dla mieszkańców. Kładka, a właściwie już most w Krasiczynie powstał w 1986 r. i byl ostatnim dziełem inżyniera Gałajdy na Pogórzu Przemyskim. Dzięki jego inicjatywie kładki na Sanie stały się charakterystycznym elementem tego regionu i sporą atrakcją turystczną, Z czasem kładki w Mrzygłodzie i Dobrej Szlacheckiej zastąpiono mostami, a w Witryłowie zbudowano zupełnie nową kładkę podwieszoną na linach nośnych. Oddano ją do użytku latem 2011 r.”

Stanisław Kryciński

„Bieszczady. Tam gdzie diabły, hucuły, Ukraińce”

Wydawnictwo Libra PL, www.libra.pl, Rzeszów 2014

    Wpis jest adresowany do ludzi młodych, wychowanych na odkłamanej historii przywracającej wreszcie proporcje dotyczące Prawdy, Honoru i Męstwa. Pokazuje on jak PRL wykorzystywał naiwna ludność wiejską, by kosztem darmowej ich pracy, realizować swoje cele propagandowe, lub wręcz wyręczać się od wykonywania obowiązków jakie piastowanie władzy nakłada na rządzących. Wierchuszce PZPR mogło się wydawać że władza to niekończące sie darmowe obiadki z owoców morza i drogie wina jako aperitify. Nawet kelnerzy, zwykle jadący na jednym wózku z obsługiwanymi elitami komunistycznej władzy, mieli tego dosyć. Jeśli komuna upadła to przede wszystkim dlatego, ze w dziadostwie jakie tolerowała, a czasami nawet wymuszała, nie było miejsca na systemowe rozwiązanie najprostszych problemów ludzi, jak brak sznurka do snopowiązałek czy budowa nowej szkoły.

    Wpis ma charakter incydentalny, bowiem jest reakcją na działanie naszych władz które całkowicie zerwały z tą niechlubną praktyką przeszłości, jaką były czyny społeczne, i przywrócił normalny kierunek stanu rzeczy – mianowicie że 2+2 =4 zać osoba która nie posiadając stosownej koncesji starałaby sie skonstruować haczyki do wędki zamiast kupować oryginalne, chronione prawem autorskim, podlega karze grzywny lub więzienia do lat trzech.

Mieszkańcy wsi Kije (Lubuskie) własnymi rękami i z własnej inicjatywy wyremontowali niewielki most, bez którego byliby odcięci od świata. Problem logistyczny mają z głowy, ale zamiast niego pojawił się problem z prawem. Zarząd dróg twierdzi, że to samowola budowlana. Sprawą już zajmuje się prokuratura.

„Sami zbudowali most, odpowiedzą za samowolę? Prokurator: uwzględnimy wartość czynu społecznego”

za: tvn24.pl

   

galeryjlka.jpg

    „Z perspektywy elit każdy z tych graczy był poważnym zagrożeniem, proponował bowiem nowa definicję dotychczasowych politycznych podziałów — i groził zmianą istniejącego status quo. Nic więc dziwnego, że na każdego kolejnego „populistę” przypuszczano bezpardonowy atak. Zamiast potraktować ataki Walesy jako okazję, aby stworzyć alternatywna wizję transformacji, zarzucano mu dyktatorskie ciągoty i wypominano brak Ogłady (który kiedyś był „autentyzmem”). Na podobnej zasadzie elity postsolidarnościowe nie miały najmniejszej ochoty tłumaczyć sie ze swoich reform przed prącymi do władzy postkomunistami Millera. Wolały rozdzierać szaty, przekonując, że lider SLD obiecuje gruszki na wierzbie, Z zarzutami Kaczyńskiego do dziś wielu nawet nie dyskutuje, przecież można powiedzieć, że to chory z nienawiści populista, antydemokrata i zamordysta. A Lepper? Opinię barbarzyńcy miał od zawsze. Zwłaszcza w oczach wielkomiejskich elit (i tworzonych przez nie mediów), dla których problemy wsi nigdy nie były (i nie będą) pierwszoplanowe. Kłopot polega na czymś innym. Przecież nawet jeśli Lepper był prymitywnym wieśniakiem, to w niczym nie umniejsza to trafność jego zarzutów wobec polityki ekonomicznej czasów transformacji, która dla szerokich kręgów jego wyborców była po prostu zabójcza. Ciekawe jest również to, że żaden z polskich populistów zderzenia z oporem elit przeżyć nie zdołał. Wałęsa przegrał drugą kadencję prezydencką i rozmienił na drobne cały swój autorytet. […]

    Co te losy rodzimych „populistów” mówią o naszej demokracji? Według dominującej medialnej narracji są one rzekomym dowodem na dojrzałości rodzimej debaty publicznej. A jeśli zmienimy nieco perspektywę? Może wiele kłopotów polskiego życia publicznego bierze się właśnie stad, że system populistów odrzucił (Tymiński, Lepper, Kaczyński) albo przeciągnął ich na swoja stronę (Miller, Walesa)? Nigdy nie potrafił wsłuchać sie w to, co mieli do powiedzenia, i wyjść tym lękom i nadziejom wielu milionów wyborców naprzeciw? Zastanówmy się przez chwilę, czy głoszone przez nich poglądy naprawdę były aż tak irracjonalne. Choćby krytyka polskiej transformacji ekonomicznej — wtedy uważana za populistyczny zamach na świętość, a dziś coraz częściej pokazywana nie tylko w kontekście niezaprzeczalnych sukcesów, lecz również jej ewidentnych patologii, świetnie opisanych w takich książkach jak Polskatransformacja.pl Tadeusza Kowalika, Patologie transformacji Witolda Kieżuna czy Z deszczu pod rynnę Jacka Tittenbruna. Czy krytycy reformy emerytalnej z roku 1999 od razu musieli być nieodpowiedzialnymi populistami? Może jednak trochę racji mieli? Dziś wskazuje na to cały szereg autorów — od Roberta Gwiazdoskiego, autora książki Emerytalna katastrofa, po Leokadię Oręziak (OFE Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce).

    A pamiętny konflikt Leppera Balcerowiczem roli Narodowego Banku Polskiego? Pomińmy kuriozalną otoczkę (Lepper kończył wtedy każde wystawienie hasłem „Balcerowicz musi odejść” ). Czy naprawdę ten spór był aż tak absurdalny? W gruncie chodziło przecież o to, czy bank centralny ma dbać jedynie o stabilność cen czy również o wzrost gospodarczy i bezrobocie. Dotyczył zatem dokradnie tego samego, o co spierają się od czasu ostatniego kryzysu czołowi amerykańscy politycy i ekonomiści.

    W każdym z tych przypadków trudno oprzeć się wrażeniu, że postulaty polityczne „populistów” były odrzucane łatwo. Zbyt łatwo. Przeważnie tylko dlatego, że zgłosili je „populiści”, z którymi (z tych czy innych powodów) większości lub dominującym w dyskusji elitom nie jest szczególnie po drodze. Dokąd to mote prowadzić? Właśnie tą kwestię od lat drąży dwoje renomowanych politologów. Ernesto Laclau i Chantal Mouffe. Argentyńczyk i Belgijka napisali do spółki kilka książek (przetłumaczonych również na polski), w których pokazują cały mechanizm. Według nich w ostatnich 30 latach w większości zachodnich społeczeństw interesy dużej części populacji nie były brane pod uwagę. Politykę prowadzono raczej, uwzględniając interes tych nieznajdujących się na górze społecznej drabinki. Efekty widzimy dziś. Owszem. szerokie rzesze obywateli skorzystały na zjawiskach takich jak globalizacja, liberalizacja gospodarek czy integracja europejska. Równocześnie jednak pojawiło się wielu przegranych – ofiary deindustrializacji, outsourcingu miejsc pracy czy cięć wydatków socjalnych. Ponieważ jednak w głównym nurcie opinii publicznej dominował określony przez zwycięzców obraz neoliberalnych reform jako wielkiego sukcesu, na którym korzystają wszyscy, przegrani poczuli, te ich interesy nie są dostatecznie reprezentowane. Powstała próżnia, która wyplenili populiści pierwszego pokolenia. Tu zadziałała jednak reakcja obronna istniejących elit, które odstrzeliły konkurencję, wskazując na prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy „populistów”, takich jak Austriak Jorg Haider, Francuz Jean-Marie Le Pen ety Niemiec Oskar Lafontaine. Czasem zaś wystarczyło samo dopuszczenie ich do władzy. I w jednym, i w drugim przypadku przyczyny kryzysu nie zostały jednak usunięte, W miejsce uciętych głów populistycznej hydry wyrastały nowe. Ta zabawa nie przynosiła jednak żadnej jakościowej zmiany. Populistom. (nawet gdy zostawali dopuszczeni do władzy) nie udawało się przeforsować żadnego ze swoich pomysłów. Albo się więc wykrwawiali i z hukiem opuszczali układy rządowe, albo pokornieli i tracili kontakt ze swoim elektoratem. W obu przypadkach nie było zasadniczej zmiany sytuacji. Demokracja działała więc tylko na papierze, a w praktyce cale grupy wyborców pozostawały bezdomne i wydziedziczone z przysługujących im praw. Czy da sie temu jakoś zaradzić? „Owszem!’ – twierdzi Chantal Motlffe. W swojej książce Polityczność (2005) opisuje ona bardzo interesujący projekt ożywienia demokracji dzięki powrotowi do polityki jako wielkiego sporu radykalnie odmiennych koncepcji, a me pozornej dyskusji w gronie technokratów na temat tego, jak zmniejszyć wydatki rządowe o 0.5 czy może 0.75 punktu procentowego, Jest to możliwe tylko poprzez otwarcie się na to, co kilkudziesięciu lat neoliberalne centrum i media nazywają nieodpowiedzialnym populizmem ekonomicznym.
[…]
„Odważmy się na więcej demokracji” — powiedział niemiecki kanclerz Willy Brandt podczas swojego parlamentarnego exposé w roku 1969. Chodziło mu o przełamanie skostnienia, które stało się utrapieniem zachodnioniemieckiej polityki po 20 latach rządów chadeckich, Niemcy starszego pokolenia do dziś przypominają, że był to moment, w którym na powrót uwierzyli w politykę i sens angażowania sie w sprawy publiczne. Faktycznie nadeszły wtedy złote czasy niemieckiej demokracji. Coś podobnego jest dziś potrzebne w Polsce. Nie wiem, kto mote w sposób wiarygodny zgłosić taki postulat, być może jest to polityk lub siła polityczna, których na razie nie widać. Wiem tylko, że w naszym wypadku do zawołania „Odważmy sie na więcej demokracji” należy dodać: „i populizmu” – przecież politykę robi sie waśnie dla ludzi. Po łacinie lud to populus.”

Zwłaszcza że elity w Polsce to intelektualny bankrut, a politycy nie mają obecnie nic do zaproponowania, poza głosowaniem projektu zmian w konstytucji po kryjomu, o 00:44 w nocy.

Dziecięca Choroba liberalizmu

Rafał Woś

Wydawnictwo Studio EMKA Warszawa 2014

krasiczyn.jpg

 

    „Wydawanie tych pieniędzy stało sie dla niektórych pracą na cały etat. Prawie wszystko, co robili miało w sobie coś prostackiego i nowobogackiego. Goście zaproszeni na pewne […]  przyjęcie zobaczyli na stolach stożki piasku z wbitymi w nie złotymi łopatkami. Na dany przez gospodarza sygnał mieli zacząć kopać w tym piasku w poszukiwaniu brylantów i innych błyskotek. Inny, wyjątkowo niedorzeczny pomysł na bankiet polegał na tym,  że do sali balowej […], wielkiej i eleganckiej restauracji, wprowadzono kilkadziesiąt koni i przywiązano do stołów, żeby dostarczyć gościom niezwykle oryginalnego i zupełnie surrealistycznego doświadczenia, a mianowicie zjedzenia kolacji na końskim grzbiecie w metropolitarnej sali balowej. Wiele bankietów kosztowało dziesiątki tysięcy dolarów. […]

    Wielu nuworyszów jeździło do Europy i kupowało dzieła sztuki, meble i wszystko inne. […] zaczął kolekcjonować pierwsze wydania dzieł Szekspira, z reguły nabywając je od podupadłych arystokratów […]. Inni […] gromadzili wielkie kolekcje sztuki, a niektórzy kupowali co popadnie. […]

    Nowobogaccy zaczęli kolekcjonować nie tylko europejską sztukę i rzemiosło artystyczne, ale również samych Europejczyków. W ostatnim ćwierćwieczu modne stało się wyszukiwanie pozbawionych gotówki arystokratów i wydawanie za nich córek. Aż pięćset bogatych młodych […]anek zgodziło sie na taki układ. Niemal we wszystkich wypadkach było to nie tyle małżeństwo ile transakcja handlowa.

    Pasją […] były konie.  Zlecił  Huntowi zaprojektować 52 pokojową rezydencję […], w której cały parter zajmowały stajnie. […] mógł wjeżdżać powozem do środka przez gigantyczną bramę. Boksy były wyłożone tekową boazerią ze srebrnymi okuciami. Pomieszczenia mieszkalne znajdowały sie na wyższych kondygnacjach.

    […] budowali pełne przepychu domy. Najbardziej okazałe zaprezentowali […], którzy tylko przy […], zbudowali dziesięć pałaców. Jeden z nich miał 137 pokojów, dzięki czemu należał do największych miejskich domów jakie kiedykolwiek powstały. […] W rzeczywistości domy były tak wielkie że nawet służący potrzebowali służących. Kładziono w nich całe hektary marmuru, tapiserie wielkości kortu tenisowego, armaturę ze złota i srebra, wieszano rozmigotane  żyrandole i tym podobne. Szacuje sie że budowa jednej z rezydencji  […] kosztowałaby dziś pół miliarda dolarów – niemało jak na domek letni. Przepych ten budził tak powszechną dezaprobatę, że [,…] przez jakiś czas poważnie rozważał wprowadzenie limitu kwoty którą jedna osoba mogłaby wydać na dom.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

galeryjlka.jpg

    Jak wiadomo Ray Kurzweil prorokował ( a może nawet nadal prorokuje?) że nadchodzi osobliwość technologiczna. Trudno mi dociec jak na to wpadł, ale zapewne studiując wyłącznie twarde dane.  Nie znam szczegółów ale zapewne chodziło mu o niebywałe wprost przyspieszenie rozwoju w niektórych dziedzinach przemysłu i nauki.

    Swego czasu spotkałem się z sarkastyczną opinia że podziw jaki dziwimy dla obecnej globalizacji jest tylko odbiciem naszego cielęctwa, bowiem człowiek belle epoque, jakiś bogatszy obywatel Imperium Brytyjskiego, ktoś jak Sherlock Holmes ;-) miał dostęp do nie mniej globalnego środowiska. Trudno mi oceniać, wszakże faktem jest że nawet w opowiadaniach Artura Conan Doyle słynny detektyw czy tez jego przyjaciel doktor Watson czytają sobie wieczorem w gazecie co się zdarzyło w Londynie w ciągu tego samego dnia, zaś wieści z Indii, za pomocnica telegrafu, docierają do nich zwykle dnia następnego ( rzecz w Polsce do dziś nieznana, nawet wydania internetowe gazet nie sa w stanie opisać czegoś co zdarzyło się w Płocku, zanim kurier konno nie dojedzie do Warszawy. Ponieważ większości redakcji gazet w Polsce nie stać na utrzymanie koni, co się dzieje w Płocku nie wiadomo wcale). 

    Tym którzy chcieliby sobie porozmyślać o tempie rozwoju i jego konsekwencjach polecam poniższe cytaty:

    „W 1889 roku luksus i przepych przekraczały w stanach zjednoczonych wszelkie miary. Mark Twain nazwał te czasy Gilded Age, pozłacaną epoka, i określenie to się przyjęło. W całych dziejach ludzkości nie było czegoś podobnego. W latach 1850-1900 wszystkie wskaźniki zamożności, wydajności pracy i dobrobytu poszybowały w Ameryce do góry. Liczba ludności potroiła sie, podczas gdy PKB wzrósł trzynastokrotnie. Produkcja stali podniosła się z 13 tysięcy do 1,3 miliona ton rocznie, a wartość produkcji wyrobów metalowych – broni palnej, torów, rur, bojlerów, najrozmaitszych maszyn – z 6 do 120 milionów dolarów. W 1850 roku milionerów było w kraju mniej niż dwudziestu, a na koniec stulecia czterdzieści tysięcy”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

 

Skoro już nas przekonano, że amerykanie mieli swój cud gospodarczy i że tempo wzrostu było na niespotykaną skalę, to warto sobie przemyśleć także taką informację:

„By the beginning of the 20th century almost half of world production was being extracted in Baku. The oil boom contributed to the massive growth of Baku. Between 1856 and 1910 Baku’s population grew at a faster rate than that of London, Paris or New York.”

która z kolei pozwala nam zrozumieć dlaczego Żeromski wysyłał swoich bohaterów w tamte regiony by zdobywali fortunę lub ja tracili. W XIX wieku intelektualiści głosili że Londyn utonie w końskich odchodach, i te przepowiednie były zapewne równie poważnie dyskutowane w kołach elity, co pomysły współczesnych Kurzweillów…

 

 PS. W komentarzu na google+ Piotr Grunt napisał: Jeśli o Baku, ropie i pieniądzach mowa, warto może odświeżyć tę postać: [ http://pl.wikipedia.org/wiki/Witold_Zglenicki ], dziwnie współcześnie zapomnianą przez wszystkich, od prawa do lewa.”

 

 

motylek-pasek.jpg

 

     „Vanbrugh i Carlisle należeli do tajnego stowarzyszenia o nazwie Kit-Cat Club, organizacji o nastawieniu prowigowskim założonej w gruncie rzeczy po to, aby osadzić na tronie brytyjskim dynastię hanowerską. Na skutek tej zmiany wszyscy późniejsi monarchowie Brytyjczycy byli protestantami, chociaż przez jakiś czas nie do końca Brytyjczykami. Przeforsowane tego planu przez Cit-Kat Club było niemałym osiągnięciem, ponieważ ich kandydat, Jerzy I, nie mówił po angielsku, nie mił prawie żadnych ujmujących przymiotów i według obliczeń jednego z historyków zajmował pięćdziesiąta ósmą pozycje na sukcesyjnej liście. Poza tym jedynym manewrem politycznym klub działa w tak dyskretnie, że prawie nic o nim nie wiadomo. Do jego założycieli należał właściciel paszteciarni, Christopher – „Kit” -Cat. Nazwę kit-cat nosiły jego słynne paszteciki z baraniną i w bardzo wąskich kręgach przyczynkarskich od trzystu lat toczy się spór o to, czy klub został nazwany na cześć Christophera czy jego pasztecików.

    Klub istniał tylko od około 1696 do 1720 roku – szczegóły nie są znane – a członków miał zaledwie pięćdziesięciu, w tym dwie trzecie arystokratów.”

Bill Bryson „W domu”

Przełożył Tomasz Bieroń

Wydawnictwo Zysk i S-Ka, 2013, Poznań

PS. : Prakseologia teorii Spiskowych

felicjan.jpg

 

    A tak wyglądały nielegalne podsłuchy kelnerów w czasach przed rewolucją we Francji.

    „Na dwa tygodnie przed zamachem Damiensa[*] kupiec prowansalski, przejeżdżając przez małe miasteczko o sześć mil od Lionu i zatrzymawszy się w gospodzie, usłyszał, z rozmowy w sąsiednim pokoju, który od jego pokoju dzieliło tylko przepierzenie, że niejaki Damiens ma zamordować króla. Kupiec przybył do Paryża, udał się do pana Berryer, nie zastał go, doniósł mu piśmiennie o tym, co usłyszał, wrócił jeszcze raz i zostawił swoje nazwisko. Wyjechał z powrotem na prowincję; gdy był w drodze, zamach Damiensa stał się faktem. Berryer, obawiając się, że kupiec rozpowie swoją przygodę i że tym samym wyjdzie na jaw jego niedbalstwo, wysyła żandarmów na gościniec lioński; chwytają kupca, kneblują, sprowadzają do Paryża, wtrącają do Bastylii, gdzie przesiedział osiemnaście lat. Pan de Malesherbes, który oswobodził wielu więźniów w r. 1775, opowiedział tę historię w przystępie oburzenia.”

[*] zamach Damiensa — 5 stycznia 1757 służący Robert Damiens (1715–1757) próbował zabić króla Ludwika XV.

 

Sébastien-Roch Nicolas de Chamfort Charaktery i anegdoty  tłum. Tadeusz Boy-Żeleński

 

 

AutomatyLicza-Kluska

    „Dnia 1 maja 2010 roku, po 34 latach trzyzmianowej pracy ciągłej na stacji rozrządowej dla ruchu towarowego PKP w Lublinie, dyrekcja placówki podejmuje decyzję o wyłączeniu ostatnie funkcjonującej w kraju – i wciąż prawidłowo wykonującej swoje obowiązki – maszyny cyfrowej Odra. Tam gdzie ją wyprodukowano, teraz rośnie trawa” – te słowa kończą książkę którą chciałbym polecić wszystkim czytelnikom. Zarówno tym którzy zawodowo związani z nauką z zaciekawieniem będą chcieli odnaleźć znane sobie nazwiska, oraz poznać historię projektowania i budowy maszyn cyfrowych w Polsce, jak i laikom którzy oczekują pasjonującej opowieści o wynalazkach i wynalazcach, i o tym „jak to w PRL bywało”. Książka o którą chodzi nosi tytuł „Automaty liczą. Komputery PRL” i została napisana przez Bartłomieja Kluskę – historyka i archiwistę, jak głosi notka o nim na okładce. Autor, urodzony w 1980 roku, zadał sobie trud odszukania i syntezy całkiem sporej bibliografii, zaś w wyniku powstała ciekawie napisana opowieść o pionierskim, a dalej, wczesno-przemysłowym okresie Polskiej Informatyki. Pisałem już o niej niedawno na tym blogu, była to jednak krótka wzmianka, a właściwie, cytat, tym razem pomyślałem że napiszę, krótką, recenzję.

    Książka jest w pewien sposób unikatowa na polskim rynku książki, gdzie z łatwością znajdziemy rozmaite popularnonaukowe publikacje traktujące o światowych luminarzach nauki i techniki, począwszy od Newtona a skończywszy na Steve Jobbsie. Wypełnia ona pewien widoczny brak publikacji na temat polskiej nauki i techniki, która przecież obfituje w ciekawe osiągnięcia i niebanalne postacie, może dziś często zapomniane, lub przyćmione historią skoncentrowaną na wielkiej polityce i historii idei. Dowiadujemy się więc o powstaniu w 1948 roku, przy poparciu Michała Rola-Żymierskiego Grupy Aparatów Cyfrowych, i działaniu tej instytucji w sytuacji kiedy nie posiadała nawet lokalu. Śledzimy etap pionierski w którym konstruowano maszyny cyfrowe zdolne pracować tylko na binarnych liczbach 2-cyfrowych ( a więc na liczbach od 1 do 3) i wykonywać na nich operacje dodawania z prędkością jednej na sekundę. Poznajemy kulisy powstania Elwro i konstrukcji pierwszych maszyn Odra na początku lat 60-tych. Przez karty książki przewija się plejada luminarzy nauki i techniki, w tym miejscu wymieńmy może Jacka Karpińskiego – genialnego konstruktora komputerów, w tym pierwszego chyba na świecie mikrokomputera wielkości walizki K-202, którego ostatecznie wyprodukowano zaledwie 30 egzemplarzy. Książka nie ma bardzo technicznego charakteru, nie dowiadujemy się z niej jakie były szczegóły techniczne konstrukcji o których mówi, ale zarazem daje całkiem niezły, na ile potrafię to ocenić, obraz techniki w PRL i tego z jakimi przeciwnościami musiał borykać się w tamtych latach inżynier poważnie traktujący swój zawód. Czytając tą książkę zadumałem się głęboko nad historią traconych okazji, życiem ludzi napędzanych pasją która nie mogła się zrealizować z powodu bałaganu, niekompetencji władz, braku wsparcia czy wręcz przeciwdziałaniu decydentów zatroskanych o swoje stołki. Właściwie uważam właśnie ten aspekt książki za najbardziej ciekawy. Autor nie pozwala sobie właściwie na jawną krytykę PRL, ale tym głośniej przemawiają fakty.

    Książka ukazała się w 2013 roku, nakładem Novaeres, liczy zaś 207 stron. Autor udostępnił także na swojej stronie bibliografię, która zapewne zainteresuje czytelnika (a co poniektórych i wzruszy). Notatkę tę pozwolę sobie zakończyć również cytatem, tym razem pochodzącym z środkowego okresu historii Polskiej informatyki. „Jeszcze na początku lat 70. reporter Wiesław Górnicki przy opisie swojej wizyty w Stanach Zjednoczonych przytoczył rozmowę nowojorskich biznesmenów, z których jeden wypowiadał się w samych superlatywach o inżynierach z Elwro: „Są to ludzie dystansujący o wiele długości swą wiedzą i oryginalnością rozwiązań większość naszych rutynowych konstruktorów” – miał mówić Amerykanin, nie obawiał się jednak konkurencji ze strony Polaków bowiem […] „Kiedy zamawiają partię oporników po sto omów, połowa partii ma 90 omów, a druga połowa – 110. Kiedy potrzebują kawałka kabla pięciożyłowego, muszą pisać podanie do ministra. Kiedy wielkim nakładem czasu i pracy skonstruują jakiś piekielnie pomysłowy podzespół, okazuje się że nie ma dostatecznie cienkich wierteł albo śruby o wymaganym gwincie”.

    A dziś? Czy to co potrzebne – jest już dostępne? Czy może okazuje się że za „problemy obiektywne” odpowiada, cóż, tym razem to jaki mamy, niestety, no, hmm, klimat…

„Automaty Liczą. Komputery PRL” Bartłomiej Kluska wyd. NovaeRes 2013

    felicjan.jpg

    Wpadła mi w ręce książka Johna.D.Barrowa „Jak wygrać na loterii. Czyli z matematyką na co dzień” wydana przez Wydawnictwo Literackie, o której napisano na okładce że „Trudno sobie wyobrazić łatwiejszy, bardziej przyjazny i zabawny wstęp do matematyki…”. I faktycznie książka sprawiła mi sporo radości zarówno z powodu treści ( o czym za chwilę), jak i z powodu tłumaczenia o którym, z litości, więcej nic nie wspomnę.
Książka zawiera 100 2-3 stronicowych esejów o matematyce i życiu, takie „rozmaitości” czy „pot pouri” na rozmaite tematy. Dowiadujemy sie zatem że słupy wysokiego napięcia mają kształt jaki mają z powodu niebanalnych własności wielościanów wypukłych. Okazuje sie że 9 punktów na kartce narysowanych w wierzchołkach sieci kwadratowej, tak by zajmowały pozycje w kwadracie 3×3 można połączyć 4-rema liniami w bardzo sprytny sposób, którego większość z ludzi nie zgadnie za cholerę. Zostaniemy pouczeni ze relacja „jest lepszy niż” nie jest przechodnia i że może mieć to niebanalne konsekwencje dla demokracji na całym świecie, a także w jednym z rozdziałów poznamy w jaki sposób tak zaprojektować „referendum” by bez żadnego oszustwa i w całkowicie jawny sposób wygrał nasz kandydat – wszakże pod warunkiem że jest choć jeden od niego mniej lubiany. I tak dalej, i tak dalej. lekkie, łatwe i przyjemne. I zachęcające do myślenia.
No i znalazłem tam taki, miły memu sercu, problem: „był to dzień obrony mojej pracy doktorskiej. […] Jeden z profesorów znalazł w mojej pracy trzydzieści dwa błędy ortograficzne, drugi – dwadzieścia trzy[..] Pytanie brzmiało: „Ile niezauważonych przez żadnego z egzaminatorów błędów mogło tam jeszcze pozostać?”” Problem ten od dawna mnie trapi, bowiem kiedy sam przeglądam swoje teksty znajduję za każdym razem inną liczbę błędów. Co więcej, wygląda na to jakby błędy nigdy się nie kończyły… No ale czytajmy dalej: „Obaj profesorowie przez chwilę porównywali swoje wydruki i okazało się że znaleźli szesnaście takich samych błędów”. Dalej niech przemówi matematyka ( powtarzam tu rozumowanie autora książki, J.D.Barrowa).

    Załóżmy że w pracy było N błędów. Profesor A znalazł A błędów. Niech prawdopodobieństwo znajdywania błędów przez A wynosi p, wówczas:

A = pN

    Podobnie dla profesora B, znajdującego błędy z prawdopodobieństwem q, mamy:

B = qN

    Wspólnie znaleźli C identycznych błędów:

C = pqN

    ponieważ pracowali niezależnie ( a więc mnożymy prawdopodobieństwa). Z tych trzech równań, możemy wyliczyć, ze całkowita liczba błędów w pracy, N, jest równa:

N = \frac{AB}{C}
i nie zależy od prawdopodobieństw p i q.

    No i tu brew mi sie uniosła. Czyli jeśli będziemy mieli 2 szanownych luminarzy nauki, jeden z nich znajdzie 2 błędy, drugi też 2, zaś wspólny na ich listach będzie jeden wyraz, to całkowita liczba błędów będzie wynosiła 4? Hm. I to niezależnie jak będą starannie szukać? Byle oczywiście szukali ( p, q muszą być różne od zera).

    Jak już kilka razy pisałem jestem wierzącym ( ale słabo praktykującym ) entuzjasta Sage. Stąd postanowiłem rzecz rozwiązać jak na aspirującego hackera przystało, czyli za pomocą Programowania w Pythonie ( od razu uprzedzam, proszę się nie śmiać, ja litościwie spuściłem zasłonę milczenia na pracę tłumaczki tej książki, Wy możecie ścierpieć, że nie umiem programować).
Zacząłem zatem, tak: wygenerowałem losowy tekst składający sie z 10000 znaków 0 i 1, przy czym 0 występował w nim z prawdopodobieństwem 0.9 zaś 1 z prawdopodobieństwem 0.1 ( i inaczej niż się złośliwe spodziewacie, właśnie to 1 jest błędem, choć dla osoby jak ja przyznam mogłoby być odwrotnie). Operacja taka może zostać zrealizowana za pomocą poniższego kodu w Sage ( Python w notebooku w przeglądarce):

P = [0.9, 0.1]
  X = GeneralDiscreteDistribution(P)
  Text=[X.get_random_element() for _ in range(10000)]

    W wyniku dostajemy listę zer i jedynek pod zmienną Text, o długości 10000 znaków zawierająca losową liczbę jedynek. W dalszej części użyłem tylko jednej takiej listy ( generacja była jednorazowa) zawierającej 988 1-dynek czyli błędów, na losowych pozycjach. Następnie napisałem taką funkcję:

def EEstimation(TexT,NIter=100,p=0.5,q=0.5):
  RT=len(TexT)
  NE = sum(TexT);NE
  ERR=[]
  PA = [p,1-p]
  PB = [q,1-q]
  A = GeneralDiscreteDistribution(PA)
  B = GeneralDiscreteDistribution(PB)
  for _ in range(NIter):
      NA = []
      NB = []
      for i in range(RT):
          if TexT[i] == 1:
             if A.get_random_element() > 0:
                NA=NA+[i]
          if B.get_random_element() > 0:
                NB=NB+[i];
  NC=list(Set(NA).intersection(Set(NB)))
  if len(NC) <> 0:
      ERR=ERR+[(NE-(len(NA)*len(NB))/len(NC))^2]
  return(sqrt(sum(ERR)))

    Idea jest taka, że dla danego tekstu z błędami TexT dokonujemy NIter=100 krotnego przeglądnięcia tekstu i jeśli napotkamy na błąd ( TexT[i] = 1) wówczas profesor A losuje czy go znalazł z prawdopodobieństwem 1-p, zaś profesor B losuje z prawdopodobieństwem 1-q. Jeśli znalazł, w liście NA ( odpowiednio NB) zapisywany jest numer pozycji z błędem. Następnie wyliczamy jak liczna jest cześć wspólna tego co znaleźli i jeśli jej długość jest różna od zera, wyliczamy kwadrat różnicy między prawdziwą liczbą błędów ( NE) a jej estymacją ze wzoru wyprowadzonego wyżej i zapamiętujemy w liście ERR. na końcu funkcja oblicza pierwiastek kwadratowy z sumy takich kwadratów różnic, co pokazuje oczywiście jak dobrze swoją pracę wykonali profesorowie. Tego typu eksperyment, nawet dla ustalonego tekstu TexT za każdym razem daje inne wyniki, bo i inne są wyniki losowań dla panów A i B. Stąd konieczność powtarzania ich pracy – w tym wypadku 100 razy.

    Chcąc zyskać setki odsłon i tysiące czytelników postanowiłem wykonać także wykres, pokazujący jak wyniki pracy pary recenzentów, zależą od prawdopodobieństwa znalezienia błędu. Ponieważ sytuacja jest symetryczna, każdy z recenzentów pełnie identyczną rolę, załóżmy że profesor B ma określoną skuteczność, zaś skuteczność profesora A zmienia się co 0.1. Realizujemy to następującym kodem:

for i in range(111):
    PL=PL+[(float(i/110),float(EEstimation(Text,100,float(i/110),0.2)))]

    W tym wypadku założona skuteczność profesora B wynosiła 0.8. Oto wyniki dla skuteczności wynoszącej 0.7, 0.8, 0.5 i 0.1 Coś tu nie gra ( po kliknięciu otworzy się większa wersja obrazka).

JMol2d

    Oczywiście są to pewnego rodzaju przekroje przez ogólną „powierzchnię stanu” recenzentów, parametryzowaną liczbami p i q, gdzie n osi pionowej znajduje się pierwiastek z sumy kwadratów odchyleń. Oczywiście jeśli rację miałby J.D.Barrow, dostalibyśmy całkowicie płaską powierzchnię. Postanowiłem sobie taką powierzchnię narysować i w tym celu posłużyłem sie następująca iteracją ( a trwało to około godziny!):

PL = []
  for i in range(111):
      for j in range(111):
         PL=PL+[(float(i/110),float(j/110),float(EEstimation(Text,100,float(i/110),float(j/110))))]

    No i oto co wyszło ( walczyłem chwilkę z ideą że może uda mi się na wordpress umieścić cały aplet jmoll, który pozwala na interakcję z rysunkiem. niestety nic z tego. Niestety nie udało sie też uruchomić appletu przez Gdrive, pozostaje mi więc jedynie pokazać statyczne obrazki… Proszę kliknąć dla większej wersji obrazka ):

JMol

    Jak widać z niezależności od p i q – nici! Nie dosyć że zależność jest widoczna to jeszcze ma fajny regularny kształt. O czym to świadczy? Ano o tym, że kwadrat odchylenia, czyli błąd przewidywania prawdziwej liczby N, niebanalnie zależy od p i q. Widać wyraźnie że dla pewnych p i q, mamy maksimum. No i teraz sam nie wiem. Estymatory sa obciążone? Powinienem ten pierwiastek z kwadratu dzielić przez jakieś wielkości zależne od ilości znalezionych błędów?

    A może jest zupełnie inaczej – dla kiepskiej skuteczności profesorów poszukujących błędów w pracy, prawdopodobieństwo że znajdą te same błędy jest bardzo niskie. W takim wypadku, nawet dla 988 błędów w pracy, szanse że zbiór C zawiera dużą liczbę elementów jest niewielkie, co sprawia że odchylenie od prawdziwej liczby błędów rośnie. Czyli dla małych iloczynów pq przeszacowujemy ilość błędów?

Czyli nadal nie wiem ile tych błędów było…

„Jak wygrać na loterii? Czyli z matematyka na co dzień” John.D.Barrow,

Wydawnictwo literackie , 2011

wykres.png

Różnie pisze się obecnie o PRL. Moje wspomnienia dotyczą głównie końca lat 70-tych i 80-tych, czyli końca czasów dmuchanej prosperity i początków siermiężnej bidy. Młodość i dzieciństwo wspomina się zawsze w różowych barwach, zaniecham więc uprawiania tu publicystyki bajecznej na temat piękna własnej młodości. W to miejsce, chciałbym zwrócić Państwa uwagę na kapitalna książkę Bartłomieja Kluski „Automaty Liczą. Komputery PRL”. Cytat poniżej jest jednym z wielu jakie zapewne pojawią się na tym blogu – zachęcam do kupna i przeczytania. Historia ‚Polskich komputerów” jest fascynująca, zaś książka napisana bardzo przystępnie i mądrze. Autor zasługuje na uznanie, a i pewnie na jakąś nagrodę państwową za przypomnienie ważnych spraw.

Książka może Państwu powiedzieć więcej o PRL ( mam tu na myśli zwłaszcza młodych ludzi, którzy PRL-u nie pamiętają) niż jakiekolwiek ideologicznie słuszne produkcje dziennikarzy wyborczej. I bynajmniej nie jest to książka PRL chwaląca… Właściwie jak ją przeczytałem, to pomyślałem sobie – „bardzo niewiele się zmieniło”. Ale cytat poniżej jest o tym co zmieniło się całkowicie.

    „Kupą, Mości telewidzowie” – nawoływała drugiej połowie lat 50. wrocławska prasa. Chodziło o to, by zapewnić mieszkańcom Dolnego Śląska dostęp do telewizji. Od 1953 roku polski ( póki co jedyny) program odbierano w stolicy, wkrótce sygnał dotarł do Łodzi i Poznania, w budowie był również ośrodek TV w Katowicach. Tymczasem o Wrocławiu o okolicach zapomniano. Powołany do życia w 1957 roku Społeczny Komitet Budowy Wrocławskiego Ośrodka Telewizyjnego pod kierownictwem Bronisława Ostapczuka i Stefana Rylskiego zamierzał to zmienić i dokonał rzeczy dotychczas w PRL-u niespotykanej. Całkowicie oddolnie, środkami uzyskanymi od lokalnych zakładów i instytucji – bez wsparcia stolicy – w ciągu zaledwie kilku miesięcy doprowadził do wybudowania na górze Ślęży telestacji zapewniającej odbiór programu ( retransmitowanego z Katowic) na obszarze ponad 100 km! Miliony mieszkańców Dolnego Śląska mogły wreszcie myśleć o zakupie telewizora.
     Kłopot w tym, ze telewizorów produkowanych przez jedyną w kraju stołeczną fabrykę nie było w sklepach. Stołeczny Komitet wystąpił zatem z kolejną ambitną inicjatywą – uruchomienia fabryki telewizorów we Wrocławiu! […] Polska miała poznać dokonania wrocławian już pod szyldem Elwro. […] ambicje dyrektora Elwro, Mariana Tarnkowskiego sięgały znacznie dalej. Podjął on działania mające na celu uczynienie z Wrocławia ośrodka seryjnej produkcji elektronicznych maszyn cyfrowych. […] W grudniu 1960 roku, dzieło zespołu Jacka Markowskeigo, Odra 1001, nazwana tak „na cześć rzeki Odry i Tysiąclecia Państwa Polskiego”, została ukończona.”

„Automaty Liczą. Komputery PRL” Bartłomiej Kluska wyd. NovaeRes 2013

    Brzeg.jpg

    „Co jest warte świadectwo „naocznych świadków” pokazał przejmujący film dokumentalny, który zrealizował Stanisław Janicki o Eugeniuszu Bodo. Bodo miał paszport szwajcarski, którego wszyscy mu z wybuchem wojny zazdrościli, nazywał się Junod, ojciec pochowany w Warszawie na cmentarzu ewangelicko-reformowanym. W latach 1939-1941 znalazł się po wschodniej stronie, występował w orkiestrze jazzowej Warsa, z którą jeździł ( z ogromnym powodzeniem!) po Związku Radzieckim. Zaczął się starać o zgodę na wyjazd za granicę – i przepadł. Nie wiadomo było co się z nim stało. Film przytacza bodajże pięć wersji jego śmierci – jak go Sowieci rozstrzelali – każda od „naocznego świadka”. W Ogrodzie Jezuickim we Lwowie; w więzieniu na Brygidkach tamże; ktoś inny znowu, że na granicy gruzińskiej. Nikt nie ma wątpliwości, każdy klnie się, że WIDZIAŁ! Na koniec jest relacja muzyka rosyjskiego, który siedział z Bodem w jednej celi na Butrykach w Moskwie. Rozpoznał go, bo był na koncercie zespołu Warsa i mocno to przeżył. I oto ten znakomity Bodo, tu z nim, w celi. „Nazywał się Junod” – mówi muzyk, co czyni jego wersję wiarygodną.

    Był czerwiec 1941, Niemcy najechali Związek Radziecki, wkrótce potem podpisano w Londynie ugodę Sikorski-Majski i Polaków zaczęto zwalniać z radzieckich więzień. Ale to dobrodziejstwo ominęło Boda: dla naczelnika Butyrek był Szwajcarem. I zapewne szpiegiem – bo niby dlaczego on, Szwajcar, przystał do polskiej orkiestry i włóczył się z nią po całym wielkim Kraju Rad? Opowiadał ten muzyk polskiemu dokumentaliście, że pewnego dnia Bodo odwrócił się do ściany i przestał się odzywać. „Pieśniarz Warszawy” (m był taki film) nie chciał już żyć. Zgubił go ten paszport szwajcarski, którego tak mu wszyscy zazdrościli.”

Józef Hen „Nie boję się bezsennych nocy” WAB, , str. 676

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 256 obserwujących.

%d bloggers like this: