galeryjlka.jpg

    „Z perspektywy elit każdy z tych graczy był poważnym zagrożeniem, proponował bowiem nowa definicję dotychczasowych politycznych podziałów — i groził zmianą istniejącego status quo. Nic więc dziwnego, że na każdego kolejnego „populistę” przypuszczano bezpardonowy atak. Zamiast potraktować ataki Walesy jako okazję, aby stworzyć alternatywna wizję transformacji, zarzucano mu dyktatorskie ciągoty i wypominano brak Ogłady (który kiedyś był „autentyzmem”). Na podobnej zasadzie elity postsolidarnościowe nie miały najmniejszej ochoty tłumaczyć sie ze swoich reform przed prącymi do władzy postkomunistami Millera. Wolały rozdzierać szaty, przekonując, że lider SLD obiecuje gruszki na wierzbie, Z zarzutami Kaczyńskiego do dziś wielu nawet nie dyskutuje, przecież można powiedzieć, że to chory z nienawiści populista, antydemokrata i zamordysta. A Lepper? Opinię barbarzyńcy miał od zawsze. Zwłaszcza w oczach wielkomiejskich elit (i tworzonych przez nie mediów), dla których problemy wsi nigdy nie były (i nie będą) pierwszoplanowe. Kłopot polega na czymś innym. Przecież nawet jeśli Lepper był prymitywnym wieśniakiem, to w niczym nie umniejsza to trafność jego zarzutów wobec polityki ekonomicznej czasów transformacji, która dla szerokich kręgów jego wyborców była po prostu zabójcza. Ciekawe jest również to, że żaden z polskich populistów zderzenia z oporem elit przeżyć nie zdołał. Wałęsa przegrał drugą kadencję prezydencką i rozmienił na drobne cały swój autorytet. […]

    Co te losy rodzimych „populistów” mówią o naszej demokracji? Według dominującej medialnej narracji są one rzekomym dowodem na dojrzałości rodzimej debaty publicznej. A jeśli zmienimy nieco perspektywę? Może wiele kłopotów polskiego życia publicznego bierze się właśnie stad, że system populistów odrzucił (Tymiński, Lepper, Kaczyński) albo przeciągnął ich na swoja stronę (Miller, Walesa)? Nigdy nie potrafił wsłuchać sie w to, co mieli do powiedzenia, i wyjść tym lękom i nadziejom wielu milionów wyborców naprzeciw? Zastanówmy się przez chwilę, czy głoszone przez nich poglądy naprawdę były aż tak irracjonalne. Choćby krytyka polskiej transformacji ekonomicznej — wtedy uważana za populistyczny zamach na świętość, a dziś coraz częściej pokazywana nie tylko w kontekście niezaprzeczalnych sukcesów, lecz również jej ewidentnych patologii, świetnie opisanych w takich książkach jak Polskatransformacja.pl Tadeusza Kowalika, Patologie transformacji Witolda Kieżuna czy Z deszczu pod rynnę Jacka Tittenbruna. Czy krytycy reformy emerytalnej z roku 1999 od razu musieli być nieodpowiedzialnymi populistami? Może jednak trochę racji mieli? Dziś wskazuje na to cały szereg autorów — od Roberta Gwiazdoskiego, autora książki Emerytalna katastrofa, po Leokadię Oręziak (OFE Katastrofa prywatyzacji emerytur w Polsce).

    A pamiętny konflikt Leppera Balcerowiczem roli Narodowego Banku Polskiego? Pomińmy kuriozalną otoczkę (Lepper kończył wtedy każde wystawienie hasłem „Balcerowicz musi odejść” ). Czy naprawdę ten spór był aż tak absurdalny? W gruncie chodziło przecież o to, czy bank centralny ma dbać jedynie o stabilność cen czy również o wzrost gospodarczy i bezrobocie. Dotyczył zatem dokradnie tego samego, o co spierają się od czasu ostatniego kryzysu czołowi amerykańscy politycy i ekonomiści.

    W każdym z tych przypadków trudno oprzeć się wrażeniu, że postulaty polityczne „populistów” były odrzucane łatwo. Zbyt łatwo. Przeważnie tylko dlatego, że zgłosili je „populiści”, z którymi (z tych czy innych powodów) większości lub dominującym w dyskusji elitom nie jest szczególnie po drodze. Dokąd to mote prowadzić? Właśnie tą kwestię od lat drąży dwoje renomowanych politologów. Ernesto Laclau i Chantal Mouffe. Argentyńczyk i Belgijka napisali do spółki kilka książek (przetłumaczonych również na polski), w których pokazują cały mechanizm. Według nich w ostatnich 30 latach w większości zachodnich społeczeństw interesy dużej części populacji nie były brane pod uwagę. Politykę prowadzono raczej, uwzględniając interes tych nieznajdujących się na górze społecznej drabinki. Efekty widzimy dziś. Owszem. szerokie rzesze obywateli skorzystały na zjawiskach takich jak globalizacja, liberalizacja gospodarek czy integracja europejska. Równocześnie jednak pojawiło się wielu przegranych – ofiary deindustrializacji, outsourcingu miejsc pracy czy cięć wydatków socjalnych. Ponieważ jednak w głównym nurcie opinii publicznej dominował określony przez zwycięzców obraz neoliberalnych reform jako wielkiego sukcesu, na którym korzystają wszyscy, przegrani poczuli, te ich interesy nie są dostatecznie reprezentowane. Powstała próżnia, która wyplenili populiści pierwszego pokolenia. Tu zadziałała jednak reakcja obronna istniejących elit, które odstrzeliły konkurencję, wskazując na prawdziwe bądź wyimaginowane grzechy „populistów”, takich jak Austriak Jorg Haider, Francuz Jean-Marie Le Pen ety Niemiec Oskar Lafontaine. Czasem zaś wystarczyło samo dopuszczenie ich do władzy. I w jednym, i w drugim przypadku przyczyny kryzysu nie zostały jednak usunięte, W miejsce uciętych głów populistycznej hydry wyrastały nowe. Ta zabawa nie przynosiła jednak żadnej jakościowej zmiany. Populistom. (nawet gdy zostawali dopuszczeni do władzy) nie udawało się przeforsować żadnego ze swoich pomysłów. Albo się więc wykrwawiali i z hukiem opuszczali układy rządowe, albo pokornieli i tracili kontakt ze swoim elektoratem. W obu przypadkach nie było zasadniczej zmiany sytuacji. Demokracja działała więc tylko na papierze, a w praktyce cale grupy wyborców pozostawały bezdomne i wydziedziczone z przysługujących im praw. Czy da sie temu jakoś zaradzić? „Owszem!’ – twierdzi Chantal Motlffe. W swojej książce Polityczność (2005) opisuje ona bardzo interesujący projekt ożywienia demokracji dzięki powrotowi do polityki jako wielkiego sporu radykalnie odmiennych koncepcji, a me pozornej dyskusji w gronie technokratów na temat tego, jak zmniejszyć wydatki rządowe o 0.5 czy może 0.75 punktu procentowego, Jest to możliwe tylko poprzez otwarcie się na to, co kilkudziesięciu lat neoliberalne centrum i media nazywają nieodpowiedzialnym populizmem ekonomicznym.
[…]
„Odważmy się na więcej demokracji” — powiedział niemiecki kanclerz Willy Brandt podczas swojego parlamentarnego exposé w roku 1969. Chodziło mu o przełamanie skostnienia, które stało się utrapieniem zachodnioniemieckiej polityki po 20 latach rządów chadeckich, Niemcy starszego pokolenia do dziś przypominają, że był to moment, w którym na powrót uwierzyli w politykę i sens angażowania sie w sprawy publiczne. Faktycznie nadeszły wtedy złote czasy niemieckiej demokracji. Coś podobnego jest dziś potrzebne w Polsce. Nie wiem, kto mote w sposób wiarygodny zgłosić taki postulat, być może jest to polityk lub siła polityczna, których na razie nie widać. Wiem tylko, że w naszym wypadku do zawołania „Odważmy sie na więcej demokracji” należy dodać: „i populizmu” – przecież politykę robi sie waśnie dla ludzi. Po łacinie lud to populus.”

Zwłaszcza że elity w Polsce to intelektualny bankrut, a politycy nie mają obecnie nic do zaproponowania, poza głosowaniem projektu zmian w konstytucji po kryjomu, o 00:44 w nocy.

Dziecięca Choroba liberalizmu

Rafał Woś

Wydawnictwo Studio EMKA Warszawa 2014