drewno-pasek.jpg

Media donoszą: „Rekord na 18. urodziny Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie! Tego można było się spodziewać. 18. edycję Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie (23-26 października) według szacunkowych danych odwiedziło niemal 60 tysięcy osób – to kolejny rekord frekwencji dla jednego z najważniejszych wydarzeń kulturalnych w naszym kraju. […] Edycja, którą na przekór wynikom badań czytelnictwa odwiedziło przez 4 dni niemal 60 tys. osób (w zeszłym roku 40 tys.)! „

    Ostatnio w radio usłyszałem że wprowadzenie darmowego podręcznika do szkoły, czyli w pewnym sensie położenie kresu patologii która polegała na wymianie programów szkolnych raz na rok w celu wymuszenia zakupów podręczników przez rodziców, spowodowało zmniejszenie się rynku książki o 10% . Widać wyraźnie zatem że wydawnictwa postawiły na złego konia – a teraz zjadają własny ogon. A wystarczyło działać na rzecz bibliotek, promować czytelnictwo. Wcale mi nie żal wydawców, choć oczywiście nie skończy się to dobrze dla nas wszystkich…

    Od lat słyszymy o kryzysie czytelnictwa. A tymczasem jest jak w doniesieniu prasowym – ludzie czytają i chcą czytać. Jednocześnie upadają księgarnie, zamyka się biblioteki, brak jest spójnej strategii rozwoju kultury, nie propaguje sie postaw pro-czytelniczych w telewizji czy w radio, lub czyni się to w absurdalny sposób o absurdalnych porach. Traktuje sie rynek książki jak kolejny segment rynku konsumenckiego, jak rynek proszków do prania czy tekstyliów. Bynajmniej nie jest ani konieczność ani właściwa decyzja. To wadliwe konstrukcje ekonomiczno-polityczne prowadzą do takich patologii, ale bynajmniej rzecz nie sprowadza się do wąskiej kwestii spraw związanych z rynkiem wydawniczym.

     Myślę że sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Problem w tym, że dewastacji ulegają centra miast. Państwo, tak właśnie, państwo, pozwala na zawłaszczenie historycznie utworzonych centrów miast. Wiadomo że w miejsce ulic na rozmaitych starówkach, gdzie się chodziło „do miasta”, obecnie powstają ulice „bankowe” i „telefoniczne”. Ulice te powstają nie dlatego że bank w centrum to taki świetny interes, tylko dlatego że witryna 7x5m wynajmowana przez bank jest tańsza niż reklama o tych samych rozmiarach której zresztą w centrum nie da sie umieścić z powodu rozmaitych przepisów, np. o ochronie zabytków. Sprawa jest znana od dawna – bank wynajmuje taką witrynę, w środku umieszcza studentkę na umowie śmieciowej, a właściciel kamienicy jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie bo dostał 30% więcej niż dałby mu sklep monopolowy – a gdzie tam mówić o księgarni… Po wynajęciu lokali przez 3-4 banki ulica umiera – żaden zdrowy na umyśle człowiek nie chodzi w takie przeklęte przez lichwę miejsca – nie dlatego że przesądny – zwyczajnie nie ma po co. W konsekwencji umierają kawiarnie, potem księgarnie/antykwariaty a na koniec małe spożywczaki. Cały ruch konsumencki wynosi się „na przedmieścia” do centrum handlowego – ale tam już właściciel centrum dyktuje warunki. Tam są tyko sklepy które chyba służą praniu brudnych pieniędzy i oszustwom podatkowym ( wiele razy słyszałem jaki to wysoki czynsz muszą zapłacić właściciele sklepów w galeriach handlowych. A potem idę taką galerią i widzę sklepy w których koszule i spodnie, po obniżce 60% kosztują powyżej 350 pln. W sklepach tych zawsze, kiedy bym nie przylazł jest pusto i nie ma klientów, a mimo to zwykle są 2-3 osoby obsługi. Nie wierzę że utrzymują sie z tego co sprzedają. Jednocześnie nawet empik w którym zwykle jest sporo ludzi – ponoć ledwo sie utrzymuje…).

     Śmierć księgarni ( i śmierć czytelnictwa) jest wynikiem dewastacji miast przez chciwość kamieniczników i banksterów. Jest to całkowicie wolnorynkowy proces, nad którym nikt nie sprawuje kontroli bo z powodu panującej ideologii nie jest w stanie wymyślić poglądu jak legalnie ograniczyć taką, szkodliwą działalność. Dewastacja centrów miast przez biznes jest faktem, omawianym w wielu miejscach, analizowanym przez wielu komentatorów. Jedną z jej konsekwencji, najpewniej nie najważniejszą, ale w długofalowej perspektywie istotną, jest upadek małych księgarni. 

    Podobny proces 50 lat temu dotyczył ochroną środowiska – biznes truł, smrodził i nic z tym nie można było zrobić. Tu trzeba jakiegoś ruchu, tak jak Zieloni w latach 70-tych którzy doprowadzili do zmiany która uniemożliwiła kapitalizmowi rabunkowe niszczenie środowiska naturalnego. Obecnie trzeba by jakiegoś Antropologizmu, trzeba walki o centra, pikiet instytucji które niszczą przestrzeń publiczną. Najprostszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie specjalnych podatków, które podniosłyby  czynsz oddziałów banków o 200-300% w postaci podatku od braku użyteczności. Niestety – musimy poczekać aż zrobią coś takiego na zachodzie – nam samym nie wolno tego wymyślić…

     Co jeszcze ważniejsze, kompletnie brak dyskusji publicznej na te tematy – media wolą nagłaśniać trzeciorzędne sprawy defraudacji jakichś, skądinąd niewielkich, pieniędzy – które choć bulwersujące, powinny być kwestią rozwiązań proceduralnych a nie akcji pijarowych polityków. Zwłaszcza że to wczorajsi złodzieje ( winko za 800 PLN do obiadku w knajpie ) dziś są nominowani na niezłomnych moralistów.