Brzeg.jpg

    „Co jest warte świadectwo „naocznych świadków” pokazał przejmujący film dokumentalny, który zrealizował Stanisław Janicki o Eugeniuszu Bodo. Bodo miał paszport szwajcarski, którego wszyscy mu z wybuchem wojny zazdrościli, nazywał się Junod, ojciec pochowany w Warszawie na cmentarzu ewangelicko-reformowanym. W latach 1939-1941 znalazł się po wschodniej stronie, występował w orkiestrze jazzowej Warsa, z którą jeździł ( z ogromnym powodzeniem!) po Związku Radzieckim. Zaczął się starać o zgodę na wyjazd za granicę – i przepadł. Nie wiadomo było co się z nim stało. Film przytacza bodajże pięć wersji jego śmierci – jak go Sowieci rozstrzelali – każda od „naocznego świadka”. W Ogrodzie Jezuickim we Lwowie; w więzieniu na Brygidkach tamże; ktoś inny znowu, że na granicy gruzińskiej. Nikt nie ma wątpliwości, każdy klnie się, że WIDZIAŁ! Na koniec jest relacja muzyka rosyjskiego, który siedział z Bodem w jednej celi na Butrykach w Moskwie. Rozpoznał go, bo był na koncercie zespołu Warsa i mocno to przeżył. I oto ten znakomity Bodo, tu z nim, w celi. „Nazywał się Junod” – mówi muzyk, co czyni jego wersję wiarygodną.

    Był czerwiec 1941, Niemcy najechali Związek Radziecki, wkrótce potem podpisano w Londynie ugodę Sikorski-Majski i Polaków zaczęto zwalniać z radzieckich więzień. Ale to dobrodziejstwo ominęło Boda: dla naczelnika Butyrek był Szwajcarem. I zapewne szpiegiem – bo niby dlaczego on, Szwajcar, przystał do polskiej orkiestry i włóczył się z nią po całym wielkim Kraju Rad? Opowiadał ten muzyk polskiemu dokumentaliście, że pewnego dnia Bodo odwrócił się do ściany i przestał się odzywać. „Pieśniarz Warszawy” (m był taki film) nie chciał już żyć. Zgubił go ten paszport szwajcarski, którego tak mu wszyscy zazdrościli.”

Józef Hen „Nie boję się bezsennych nocy” WAB, , str. 676