„Na sekretarza obrony Kennedy wybrał prezesa kompanii Forda. Robert Strange McNamara wniósł w posagu pedantyczną umysłowość księgowego oraz głębokie przekonanie, że niewiele jest problemów, których nie da się rozwiązać metodą analizy systemowej. Dzięki MacNamarze Departament Obrony staranniej rozliczał poszczególne służby z wydatkowanych środków; z drugiej jednak strony nowy sekretarz obrony hołdował nierealistycznemu dążeniu do wyeliminowania z analiz politycznych i militarnych, a nawet z samej praktyki wojennej wszelkich niejasności i niepewności. Pod jego kierownictwem armia amerykańska miała prowadzić operacje w Wietnamie wyłącznie na podstawie wskaźników statystycznych: liczby zabitych i rannych żołnierzy przeciwnika, liczby dni pozostawania w rejonie walki przez poszczególne bataliony, masy zrzucanych bomb czy przeładowanego w porcie zaopatrzenia. Lista wskaźników była nieograniczona, a wszystkie one dla oceny sytuacji bojowej były właściwie bez znaczenia. Jednak w dłuższej perspektywie McNamara wymusił na wojskowych myślenie w takich właśnie kategoriach, a jego wpływy w Pentagonie zaczęły słabnąc dopiero w latach osiemdziesiątych.

     […]Dowództwo spoczęło na barkach generała Westmorelanda.

    Westmoreland podzielał właściwą większości amerykańskiej generalicji arogancję wobec doświadczeń przeszłości. Na przykład w 1964 roku Francuzi dostrzegając rosnące prawdopodobieństwo zaangażowania amerykańskiego w Wietnamie udostępnili Amerykanom studium własnej porażki w tym kraju. Do dzisiaj leży ono na półce w gromadzącej tajne dokumenty bibliotece Narodowego Uniwersytetu Obrony, ciągle w oryginalnej wersji językowej i niewiele wskazuje na to, by kiedykolwiek zajmował się nim głębiej jakikolwiek znaczniejszy wojskowy czy polityk. Nic dziwnego więc, że wojsko amerykańskie powtarzało wiernie kolejne błędy francuskie […]

    […] Podejście amerykańskie zdominowane było przez ukochane przez McNamarę wskaźniki statystyczne. Liczyły się dni spędzone przez batalion w akcji, czy też niesławne „kwoty zabitych”. Jednym z następstw tego uzależnienia od efektów była dokonana przez żołnierzy amerykańskich masakra w My Lai.[…]

    Poza prowadzeniem akcji poszukiwawczo-eliminacyjnych Amerykanie wyludniali całe obszary kraju w celu odebrania Viet Congowi i północnym Wietnamczykom oparcia w miejscowej ludności wiejskiej, a następnie obarczali wysiedloną rzeszą cywilów rząd nie posiadający ani infrastruktury, ani ośrodków, ani nawet zainteresowania niezbędnego do prowadzenia akcji przesiedleńczej. Gdzie indziej „strefy wolnego ostrzału” umożliwiały artylerii i lotnictwu amerykańskiemu niszczenie nie tylko wroga i ludności cywilnej, ale nawet samego krajobrazu. Tym samym Amerykanie wykazywali się jeszcze mniejszą wyobraźnią od Francuzów, ale straszliwa siła ognia, jaką dysponowali, stwarzała iluzje „zwycięstwa militarnego”.

    […]Johnson zadał sobie niemało trudu aby wojna nie straciła w oczach Amerykanów na popularności. Odmówił powołania zarówno Gwardii Narodowej, jak i rezerwy; rząd pozyskiwał mięso armatnie drogą poboru, jednak takiego, który pozwalał „najlepszym i najbystrzejszym” całkowicie uniknąć służby wojskowej. Ciągle rozszerzano wachlarz zwolnień dla chłopców z wyższych warstw, a ci skwapliwie z nich skorzystawszy dołączali do antywojennych manifestacji. Ciężar wojny musieli dźwigać ich biedniejsi czarnoskórzy i białoskórzy rodacy.

    […] Jednakże wojna to coś więcej niż sumowanie statystyk. Krwawe żniwo Tet [ ofensywa Tet – przypisek mój ] uświadomiło społeczeństwu amerykańskiemu koszty konfliktu, a rząd nie przeciwstawił im żadnych przekonujących argumentów o charakterze strategicznym czy politycznym. […] Westmorderland niczym zacięta płyta nadał domagał się jedynie kolejnych transportów wojska i sprzętu […].”

 

 

    Obecne po 89 roku rządy ( być może z wyjątkiem pierwszego gabinetu Tadeusza Mazowieckiego) nie mają żadnej wizji politycznej ani celów strategicznych które uzasadniałyby obciążenia i ofiary ponoszone przez społeczeństwo. Wydaje się że ich jedyną strategią jest wydawanie, bardziej lub mniej sensowne czy racjonalne, pieniędzy pochodzących z Unii Europejskiej. Strach o niewykorzystanie tych funduszy skutecznie eliminuje wszelką refleksję na temat po co rządzi się państwem, jaki jest cel przemian gospodarczych i czemu mają służyć. Poza mglistym „rozwojem do poziomu podobnego jak biedniejsze państwa zachodu” nie sformułowano żadnych ilościowych czy jakościowych celów. Aż nazbyt widoczne staje sie całkowicie wtórne i bezrefleksyjne naśladowanie strategii które w świecie dyskutowane i krytykowane sa jako nieskuteczne, kosztowne społecznie i nie dające dobrych rezultatów. Rosną katastrofalne różnice społeczne. Całkowicie dołuje kwestia społecznego zaufania, zwłaszcza do państwa i rządzących. Wystarczy wymienić takie dziedziny jak polityka zdrowotna ( dostęp do zabiegów specjalistycznych, rehabilitacji, diagnostyki), edukacja ( upadek poziomu wykształcenia, likwidacja sieci przedszkoli i szkół, bzdurna reforma wprowadzająca gimnazja), ubezpieczenia społeczne ( walące sie z powodu masowej emigracji ludzi młodych, zdolnych do pracy, za chlebem. Rzecz nie ma nic wspólnego z dzietnością czy naturalnymi procesami jakei dostzregamy powiedzmy w Niemczech czy Anglii! ), energetyka ( węgiel skończy sie w 2035 roku. Już podpisaliśmy wstępne umowy z Rosją o dostęp do tego surowca. Zależność energetyczna od Rosji jest więc całkowita, a jednocześnie idzie to w parze z wymachiwaniem szabelką przez smarkaczy w rządzie nastawionych do Rosji konfrontacyjnie, wspierających jakieś awantury na Białorusi itp.). Dla każdej osoby interesującej sie polityka i gosdpoarka oczywista jest siła lobbystów którz de facto rządzą prawodawstwem. Obfitość towarów w sklepach nie jest dowodem siły i rozwoju gospodarki ale dowodem jej słabości, w większości sa to bowiem tanie i często kiepskie produkty zagraniczne – ich obecność na naszych półkach jest dowodem na sukces gospodarki Chin, Korei czy Francji, nie Polski. Rosnące zadłużenie państa ale przede wszystkim  – prywatne – wskazuje na nieracjonalny model konsumpcji. Przypomnijmy że w Polsce dorosły człowiek wchodzący na rynek pracy, zarabiając średnią krajową,  nie jest w stanie do końca swojego życia, spłacić kredytu jaki zaciąga na mieszkanie. Porównywanie wskaźników i tabel statystycznych od 20 lat wskazuje nieodmiennie wyłącznie sukces. Sukces ów kosztuje nas 2-cyfrowe bezrobocie i praktyczną zapaść cywilizacyjną prowincji. Powyższy fragment z książki dotyczącej sztuki wojennej, pokazuje że można mieć w tabeli statystycznej, w sposób nieoszukany i pewny, same sukcesy. A politycznie i strategicznie brnąć ku klęsce. Nie – nie jest to krytyka PO. Nie – nie jest to argument za PiS. Obie partie nie znajdują u mnie żadnych ciepłych emocji. I obie skupiają sie na politycznej – proszę wybaczyć – masturbacji.

    Około 70% obywateli nie tylko że jest niezadowolonych z sytuacji, ale na dodatek nie znajduje swojej reprezentacji politycznej omijając wybory. Najłatwiej jest ich nazwac wieśniakami, głupkami, moherami, homo sovieticus, nastawionymi roszczeniowo i nie zwracać na nich uwagi.

     Cytat w tekście to fragmenty z rozdziału 17 „Świat po wielkiej wojnie 1945-2004.” „Wietnam: wojna trzydziestoletnia – część II” od strony 408. autorzy: Wiliamson A.Murray i Geofrey Parker

    Pochodzi on z ksiązki „Historia sztuki wojennej. Od starożytności do czasów współczesnych” pod redakcją Geoffreya Parkera. Ksiązka i Wiedza 2008 tłumaczenie Andrzej Czarnocki. Oryginał książki nowi tytuł „The Cambridge History of Warefare” i zostałą wynada w 2005 roku.