moj-ksiaze.jpg
    
    
Piosenka o spokojnym śnie
    
    
Cóż, mówią życie, nie teatr,
westchnął i wyjął spomiędzy
resztek chusteczki do nosa,
ostatni zwitek pieniędzy.

Robota była skończona,
ręce z łopaty omdlałe,
a anielica za barem,
piweczko lała wspaniałe.

I drugie po pierwszym było,
i trzecie, dalej nie liczmy,
Koledzy plecy klepali,
nastrój się stawał prześliczny.

Aż się pieniądze skończyły,
słońce mu grzało z wysoka,
do domu droga daleka,
rozgrzało piwo od środka.

Ciężko tak szło się w upale,
spieszyć się nie miał do kogo.
Przeszedł kroków z czterysta,
zrobiło się słodko, błogo.

Sweter zarzucił na głowę,
usiadł by odpocząć chwilę,
pod płotem, brudy i siny,
zapadł w sen w kurzu i pyle.

A drogą ludzie przechodzą,
dzieci ze szkoły, rodzice.
Nie bardzo jest co z nim zrobić,
spory to kłopot, widzicie.

Bo przecież pijak, to widać,
nie wart zachodu cudzego.
No ale grzeczny, robotny,
trudno powiedzieć co złego.

Śmierdzi od niego aż nos urywa! Poczwara taka obrzydliwa!
Rodzina czeka, i dzieci płaczą? A może nie?
Kto go tam wie!

A jemu koszmar się przyśnił:
kopać tak do śmierci musi,
I płacą coraz oszczędniej,
piwo zdrożało, a kusi.
A dalej sen wesolutki,
prawie jak w telewizorze:
w końcu się kiedyś nie zbudzi,
lub zbudzi się w niebie może?

A w niebie słodkie anieli,
z cud niebieskiego kranika,
naleją kufel wspaniały,
zagra góralska muzyka,
i wszyscy wkoło weseli,
i będą na głosy śpiewać!
I mimo że to za darmo,
nie będzie trzeba dolewać!

Miedzy snem jednym a drugim,
Pan Bóg się z nieba wychylił,
swoją prawicą łagodnie,
w krąg ptaki wszystkie uciszył,
i słońce z wolna usunął,
za krawędź świata naszego,
i z dala mu deszcze trzymał,
i sam go chronił od złego.

Bo z rana, na kacu czy bez,
grabarz do pracy wstać musi.
I nie ciekawi nikogo,
co w jego duszy go dusi.

Niech chociaż tyle uczynię,
dla niego, pomyślał Pan Bóg,
bo przecież dla mnie zrobiłby
wszystko, on, gdyby tylko mógł…

    
    
    
    

Mojemu sąsiadowi, o którym wątpię czy ma dostęp do internetu…