Na marginesie dyskusji o wypowiedzi Larry’ego Page, którą odbyliśmy, oraz dalszych dyskusji o edukacji w Polsce i niezbyt świetlanej przyszłości która nas tu czeka, chciałem napisać o pewnym ważnym aspekcie współczesności. Wyszło trochę jak jakaś odezwa. Trochę obciach, ale chyba tylko to zostało. Zrobiono nam przez ostatnie 20 lat takie pranie mózgu, że elementarne i oczywiste rzeczy wydają się odkryciami dekady. Powiedzieć w Polsce że lepiej być młodym i zdrowym niż starym i chorym, oznacza natychmiastowe wystawienie sie na atak „a kto za to zapłaci”? Tak jakby z faktu że coś kosztuje wynikało że nie jest warte starań. Tak jakby kwestia kosztów, a kwestia celów stanowiły jedno. Tak jakby warto było marzyć tylko o tym co da zysk po tygodniu nisko kosztowych, mdłych starań. To przez takie niszczenie sensu, marzeń, celów, upupianie wszystkiego co wartościowe, większe niż cwaniacka codzienność byłego handlarza walutą, w kulturze, w mediach, w telewizji, jesteśmy tu gdzie jesteśmy. W państwie które zamienia sie cywilizacyjnie w hipermarket pełen chińskiej tandety bez szans na wartościowy rozwój.

    Świat się zmienia. Elementami tych zmian sa oznaki nowoczesności: komputeryzacja, wielkie, jak nigdy dotąd znaczenie nauki, zwłaszcza tej ścisłej. Nieustanna gonitwa i konieczność podążania za wymogami techniki, rynku pracy, zmieniającym sie światem. To wszystko znaki przemian. W tradycyjnych metodach zarządzania, ukochanych przez rodzimych przedsiębiorców, aby kierować grupą marketingoidów wystarczy pokazać im marchewkę i bezwzględnie walić kijem po głowie. Motywowanie za pomocą systemu zwłaszcza kar, a z rzadka nagród ma w Polsce głęboko zakorzenione i systemowe tradycje. Wysoka stopa bezrobocia nie jest przypadkiem, a raczej wynikiem socjotechniki stosowanej rękami kolejnych rządów, przez Lewiatana czy BCC. Mogę postawić tu hipotezę, że „reforma Rostowskiego” systemu emerytalnego nie przyniesie nic dobrego. Bo chociaż hipotetycznie była obliczona na rozwiązanie problemu „całkowitego braku rąk do pracy w 2050 roku”, jaki z powodu starzenia sie społeczeństwa ma nas dotykać już za 10-20 lat, to jestem dziwnie spokojny, że kiedy tylko bezrobocie spadnie do poziomu 10%, związki zawodowe pracodawców staną na głowie by otworzyć granice dla tanich pracowników ze wschodu. Wszystko by utrzymać najważniejszy mechanizm generacji zysków – tanią siłę roboczą, której warunkiem istnienia jest wysokie bezrobocie i bieda

    Wiele razy w różnych miejscach czytałem, że powodem dla którego Rzym nigdy nie wytworzył prawdziwie rozwiniętej technologii była tania praca niewolnicza. Wspaniałe rzymskie drogi budowano rękami legionistów. Zamiast użyć wiedzy Archimedesa i dźwigać kamienie maszynami, taniej było zmusić do pracy kilkaset osób. Mówiące narzędzia były ekonomicznie znacznie bardziej efektywne. Wiadomo że chyba jedynym powodem eksportu miejsc pracy do Chin są niskie koszty osobowe. Jak mawia prezes wielkiej Polskiej firmy informatycznej – jest to przykład „Polskiego hitech”  – „nie ma takiego eksperta którego nie dałoby sie zastąpić skończoną ilością studentów”.  Nic dziwnego, że wiele sie po tej firmie spodziewać nie należy. Co się dziwić że mamy taki *rodzimy*  hi-tech jak mamy…  ( na szczęście sa jeszcze firmy zza granicy które potrzebują czegoś więcej, i cenią ludzi którzy coś umieją).  Kiedy ktoś zada sobie trud i prześledzi rozwój przemysłu w Stanach Zjednoczonych – natrafi na kompletnie inne ścieżki rozwoju. Stany bardzo wiele zyskały na handicapie wynikającym z rabunkowej eksploatacji olbrzymiego terytorium, ale też rozwój techniki amerykańskiej ma podstawowe źródło w braku rąk do pracy!  Eksploatacja olbrzymiego obszaru nie byłaby możliwa bez rozwoju kolei. Nie dałoby się budować przemysłu bez automatyzacji, racjonalizacji. Pomimo wielkiej populacji – rynek był zbyt wielki by wystarczyła do dynamicznego rozwoju i zaspokojenia potrzeb praca taniej siły roboczej zamiast maszyn.

    Współcześnie mamy do czynienia z nieco podobnymi siłami. Startupy stały sie flagowym produktem nowego podejścia do biznesu. Wiadomo że bat i marchewa nie wystarczą by uzyskać w nowych czasach, w nowych technologiach, dobry efekt. Poganiani zmęczeni ludzie nie sa kreatywni, chyba że w oszustwach i cwaniactwie. Kiedy jakość produktu zależy od wiedzy eksperta, zdobywanej latami, od jego inteligencji i pomysłowości, jego pozycja w biznesie nie jest pozycją najemnego robola. Sporo firm w nowych technologiach wyrasta z pasji i ciekawości, z wiedzy i kreatywności.  Poradniki dla programistów zalecają by zdobywać wiedzę, stawać się profesjonalistą, ale w pierwszej kolejności szukać tego co cię interesuje i mieć z roboty radość. W świecie króluje w takich firmach podejście partnerskie, zachęcające do aktywności. Kreatywność oznacza nie tylko wypełnianie obowiązków w pracy, ona głównie oznacza kształtowanie sposobu i organizacji pracy tak by spełnianie obowiązków było nie tylko efektywne ale i fascynujące, stawało się pasją. W Polsce dla większości młodzieży i dorosłych brzmi to jak dyrdymały dla pięknoduchów…

    Polska szkoła, kierowana pod dyktando związków zawodowych pracodawców trafia kula w płot. Fetyszem jest natychmiastowa ( i chwilowa)  użyteczność na rynku pracy. Użyteczność rozumiana jako przydatność dla prymitywa-pracodawcy. Ideałem byłaby hybryda – człowiek- wózek widłowy. I żeby nie jadł za wiele. I najlepiej niech nie myśli – wszystko już wymyślono za granicą. Niszczy sie naturalną ciekawości świata, zabija radości z poznawania wiedzy, wszystko opanował system testowy. Naśladując najgorsze wzorce jakie da sie znaleźć doprowadzono do bezsensownego z punktu widzenia celów edukacji, stosując wyłącznie kryteria ekonomiczne, podziału szkół na nonsensowne podstawówki, gimnazja i licea. Kompletnie pomijając kwestie rozwoju społecznego dziecka. Atomizacja i alienacja. Wrogość i przemoc. Może wręcz fala. I testy. Naśladujemy najgorsze wzorce edukacyjne świata.

    Tymczasem edukacja ma zupełnie inne cele. I ma służyć zupełnie czemu innemu. Ma dawać  podstawy do rozumienia świata. Nie tylko w wąsko rozumianym sensie praktycznym ale ogólnym. Ma pozwalać się efektywnie uczyć zdobywać informację, oceniać wiarygodność źródeł, gromadzić ją,  ale i uczyć dokonywać syntezy wiedzy. Uczyć myśleć. Kwestionować i testować wiedzę. Nie da sie tego osiągnąć w szkołach ograniczanych do roli „kosztów w budżecie” i traktowanych jako luksusowa pozostałość państwa opiekuńczego, które nota bene ma być wcielonym złem, choć nikt nie potrafi podać sensownych powodów – dlaczego. I najważniejsze – cele. Jakie są cele tej edukacji?  *Co mówimy pomiędzy wierszami w szkole Polskiemu dziecku?* Czy ma zostać kolejnym Larry Page? Czy może od najmłodszych lat wpoimy mu że jest ciężarem dla gminy? że nieistotne sa jego aspirację i zainteresowania jeśli rodziców nie stać na opłacenie drogich i prywatnych zajęć pozaszkolnych? Przecież istnienie tych około edukacyjnych biznesów nie jest rozumiane jako patologa ( skoro stać na nie tylko dobrze uposażonych a  nie tych którzy się danym tematem interesują i mogliby coś w nim uzyskać ciekawego), albo dodatek, ale jako kolejna metoda wzrostu PKB – im więcej rzeczy tak sie sprywatyzuje trym „lepsze państwo”. Czy takie postępowanie jest skuteczne w budowaniu sensownej przyszłości wiedzy i umiejętności społecznych, *nawet nikt nie pyta* Przecież dostęp do nadobowiązkowych zajęć z matematyki, fizyki,  programowania, literatury czy nawet języków powinien być *standardem* a nie luksusem dla bogatej młodzieży.  Jeśli chcemy rozwiązać problem alkoholizmy, deprawacji, narkotyków – dajmy coś młodzieży co ją porwie. Nic takiego nie istnieje w żadnej telewizji prywatnej i w żadnym prywatnym biznesie, i w Polsce nigdy nic takiego prywatnie nie powstanie  – bo nie temu służą działania firm prywatnych w Polsce.

    Czy edukacja zachęca do nauki? Do rozwijania pasji? Do budowania wiedzy dzieciaków, z której w przyszłości powstanie Polski Google? Kto te Polskie gągle stworzy – zapijaczeni i niedouczeni 20-to latkowie którym z powodu cięć budżetowych odebrano okazję zafascynowania w młodości matematyką, fizyką czy komputerami, a potem został im już tylko odwyk i marskość wątroby?  Polskie Google – jak to naiwnie brzmi….

     Czy dzieci chodzą do szkoły tylko po to by być użytecznym materiałem na taniego pracownika? Czy jedynym elementem edukacji ma być wyuczenie poprawnych odpowiedzi w testach, tak jak jedyna cechą pracownika na umowie śmieciowej w Polsce jest bezszmerowe wykonywanie poleceń? Elementem edukacji,  musi być świadomość uczniów skąd przychodzą, kim sa i dokąd idą. Odpowiedz – „z niechcianej ciąży do pracy w Biedronce” jest zapewne bardzo nowoczesna, od niej jakiś biskup wzrasta w duchu dobrze spełnionego obowiązku w pierwszej jej części, a Rostowskiemu PKB od tego wzrasta w drugiej, ale ta odpowiedź jest bezdennie głupia, choć tak mniej więcej wyobrażają sobie państwo Polskie elity władzy….