Niedawno pisałem o moim poglądzie na kwestie języka w jakim uprawia się naukę i rozmaitych problemów jakie wynikają z zaściankowego modelu jej rozwoju jaki funkcjonuje w naszym kraju. W książce „Filozofia logiki i matematyki w Polsce niemiędzywojennej” Romana Murawskiego wydanej jako monografia Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej znalazłem cytat z pracy Zygmunta Janiszewskiego, o którym także wzmiankowałem w poprzednim wpisie.

     „W myśl powyższego projektu należałoby założyć u nas czasopismo ściśle naukowe, poświęcone wyłącznie jednej z tych gałęzi matematyki, w których mamy pracowników wybitnych, prawdziwie twórczych i licznych. Czasopismo to […] przyjmowałoby artykuły każdym z czterech języków uznanych w matematyce za międzynarodowe […]. Pismo to zawierałoby, obok artykułów oryginalnych, bibliografie tej gałęzi, streszczenia, a nawet przedruki ważniejszych artykułów, drukowanych gdzie indziej, szczególnie zaś tłumaczenia artykułów wartościowych, drukowanych w językach nie „międzynarodowych”, a więc przede wszystkim prac polskich, które marnują się nieznane; wreszcie korespondencje: odpowiedzi na zapytania […].
     […] powróćmy do sprawy twórczości matematycznej. Tu atmosferę odpowiednią może wytworzyć dopiero zajmowanie sie wspólnymi tematami. Konieczni prawie dla badacza sa współpracownicy. Odosobniony najczęściej zamiera. Przyczyny tego są nie tylko psychiczne, brak pobudki: odosobniony wie o wiele mniej od tych, co pracują wspólnie. Do niego dochodzą tylko wyniki badań, idee już dojrzałe, wykończone, często w kilka lat po swoim powstaniu, gdy ukażą się w druku. Odosobniony nie widział, jak i z czego one powstawały, nie przeżywał tego procesu razem z ich twórcami. „Jesteśmy z daleka od tych kuźni czy kotłów, w których wytwarza się matematyka, przychodzimy spóźnieni i, nie ma rady, musimy pozostawać w tyle” mówił mi w Getyndze o swoich rodakach pewien uczony matematyk rosyjski. O ileż bardziej stosuje się to do nas!
     Otóż, jeśli nie chcemy zawsze „pozostawać w tyle”, musimy chwycić się środków radykalnych, sięgnąć do podstaw złego. Musimy stworzyć taką „kuźnię” u siebie! Osiągnąć zaś to możemy tylko przez skupienie większości naszych matematyków w pracy nad jedną gałęzią matematyki. Dokonywa się to obecnie samo przez się, trzeba tylko temu prądowi dopomóc. Otóż niewątpliwie utworzenie u nas specjalnego pisma dla jednej gałęzi matematyki pociągnie wielu do pracy w tej gałęzi.
Lecz jeszcze w inny sposób pismo dopomogłoby do wytworzenia się u nas tej „kuźni”: bylibyśmy wtedy ośrodkiem technicznym publikacji matematycznych w tej gałęzi. Do nas przysyłano by rękopisy nowych prac i utrzymywano by z nami stosunki”

    Zygmunt Janiszewski „O potrzebach nauki w Polsce” (1917) W: Nauka polska, jej potrzeby, organizacja i rozwój 1, 11-18. Przedruk: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Seria II: Wiadomości Matematyczne 7 (1963), 3-8 ( skróty sa autorsta R.Murawskeigo, błedy ortograficzne i inerpunkcyjne – mojego)

    Nie mogę powstrzymać się tu od komentarza, wynikającego z rozlicznych dyskusji i sporów jakie miałem z aktywnie uprawiającymi naukę dysputantami na rozmaitych grupach i forach internetowych ( osoba prywatna w Polsce, mieszkająca na prowincji, w zasadzie pozbawiona jest innych możliwości dyskusji na tematy naukowe i około-naukowe ). Otóż wydaje się że słowa Janiszewskiego są dzisiaj tyleż aktualne co niezrozumiane a nawet nieznane w środowisku naukowym. Powszechne jest przekonanie że łatwość publikowania w czasopismach światowych naukowych lub w internecie całkowicie rozwiązuje problem posiadania owej „kuźni” i w zasadzie nie ma o co się starać, bo przecież każdy może pojechać na postdoca do Princetown lub Genewy i pstryk – zrobione – mamy uczonego światowego formatu. Dziwnym trafem umyka koryfeuszom nauki w Polsce że wszyscy koledzy Janiszewskiego studiowali w Getyndze, Paryzu, w Moskwie, byli doktorantami Poincare, Hilberta czy Lebesque. Czyżby Janiszewski o tym nie wiedział? A może w latach międzywojennych, kiedy ludzie mieli za sobą językowe doświadczenie zaborów, kwestia językowa, a nwet kwestia publikacji gotowej twórczości wcale nie była w żadnej mierze paląca. Może chodziło Janiszewskiemu bardziej o owe „kotły” w których wysmaża się matematyczne potrawy?
     Jeśli by porównać naukę polską do jakiejś restauracji w której serwują zainteresowanym – przemysłowi, studentom, ciekawskim przechodniom – jakieś potrawy to rychło by się okazało, że naukę polską przyrównać trzeba do takiego baru w którym brak kuchni, owych kotłów czy nawet miejsca gdzie trzymają garnki do gotowania. Po prostu dają tam na miejscu lub na wynos, potrawy wg. przepisów nie tylko przez kogo innego wymyślonych, ale nawet najczęściej – potrawy przez kogo innego gotowane. Ot – knajpa działająca dzięki kateringowi. Jednym to smakuje, inni wola świeższe rzeczy kupowane bezpośrednio u producenta. Rzecz jednak w tym, ze w restauracji opartej na kateringu – nikt rewolucji kulinarnej czy ledwie rozwoju potraw prowadzić nie może. W kuchni takiej nie spotka sie ani mistrza patelni, ani potraw ulotnych, smacznych jedynie prosto z patelni. Myślę także że w Polskiej nauce jest cała masa takich którym taki – kateringowy rodzaj uprawianej nauki – nie dosyć że wystarcza to jeszcze go afirmują, bo w istocie cała ich praca polega nieledwie na wzięciu czystej ścierki ( a i o to czasem trudno) i z ukłonem gładkim – podawaniu odgrzanych kateringowych kotletów. Z faktu że kelner zmusza klienta by ten zamówił pommes de terre rôties nie wynika że poda mu coś innego niż smażone pyry, rozprawianie jednak o różnicy w smaku wynikającej z różnicy w nazwie ma długie Polskie tradycje. Owszem – zwykle w restauracjach operujących taką terminologia pyry sa droższe, a jeśli nie ma tam kuchni, dania sie odgrzewa – zwykle też i mniej smakowite niż w jakiej zwykłej budzie przy drodze, w której ktoś lubi jeść i lubi gotować.
     Nie mam zamiaru tu stwierdzać że wszystko jest do niczego, że nauka polska nic nie jest warta, zwłaszcza zaś nie chciałbym by ktoś zrozumiał że nie ma zdolnych ludzi, młodych, starych, bogatych w osiągnięcia, lub możliwości rozwoju. Nie chodzi także o jakiekolwiek mechaniczne kopiowanie idei Janiszewskiego. Chciałbym jednak by przyjąć raz na zawsze pewną – kulinarna optykę – uczony to kucharz, a nie kelner, choć czasem potrawy serwuje własnoręcznie. W restauracji gdzie stawia się na nazwę potrawy która ma przyciągnąć klienta, a nie doskonałość jej smaku – żadnej sztuki kulinarnej się nie rozwinie…