Taka historyjka- zdaję sobie sprawę że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana ale chcąc powiedzieć coś dosadnie – trzeba czasem nieco przesadzić. Pozwolę sobie zatem na przesadę nie do końca posiadając wiedzę co do niuansów tego co opisuję. Można przyjąć że tak to sobie wyobrażam. Spodziewam sie także że Joanna Rutkowski w żaden sposób nie została „oszukana” oraz wcale nie potrzebuje „mojej i niczyjej pomocy”. Chodzi jednak o pewien pedagogiczny przykład który ma dowodzić że świat nie działa tak jak nam klakierzy globalizacji – w tym taki Balcerowicz który ostatnio stał się ekspertem od kształcenia dzieci – winszują. Jeśli wyobrażam sobie w jakimś procencie dobrze – jakie wnioski z tego wynikają?

    Kamyczek do ogródka tych co twierdzą że naukę należy uprawiać w języku nauki czyli chińskim* angielskim. Zainteresowanym tematem pani Joanny Rutkowski nie trzeba przedstawiać – jest to badaczka z zakresu computer security która rozpracowywała bezpieczeństwo systemów komputerowych w kontekście zaufania do systemów operacyjnych i sprzętu. Zdaje się że jej prace od początku były prowadzone w języku angielskim, a link prowadzi do jej bloga – po angielsku. Jej działania doprowadziły do założenia firmy Invisible Things oraz do stworzenia nowatorskiego systemu operacyjnego Qubes który co do podstaw korzysta z opracowanej przez Rutkowską koncepcji „disposable virtual machines” czyli maszyn wirtualnych na żądanie – co pozwala  wyeliminować możliwość infekcji „jednego procesu komputerowego przez inny proces” gdyż działają one w różnych maszynach wirtualnych i komunikują się kontrolowanym potokiem danych. Nie jestem pewien czy Rutkowska jest twórcą takiej idei, z pewnością jednak jest jedną z kilku osób prowadzących w tym obszarze najbardziej zaawansowane prace na świecie. Całość podejścia przypomina rozgłoszone w świecie jako znakomite rozwiązanie Google w przeglądarce Chrome – gdzie każda karta jest izolowanym procesem.  W podejściu Rutkowskiej – nie mamy procesów ale „chwilowe maszyny wirtualne”.  Byłbym wdzięczny gdyby ktoś potrafił mi powiedzieć na ile Google mogło się inspirować pracami Rutkowskiej, która o podobnych rzeczach pewnie myślała od 2006 roku co najmniej ( jej pierwsze wpisy na blogu zajmują się tematyką detekcji wirtualizacji – jak proces w wirtualnej maszynie -ma się zorientować że w niej jest – anie w prawdziwym komputerze. Skuteczny wirus, by ominąć kontrolę hypervisora musi dokonać takiej detekcji. O ile rozumiem wg. Rutkowskiej – jest ona co do zasady – niemożliwa do obrony ale może mieć znacznie praktyczne. To znaczy – da  napisać taki hypervisor  uczyni taką detekcję trudną dla wirusa:  „In other words – we believe that it will always be possible to detect virtualization mode using various tricks and hacks, but: 1) those hacks could be forced to be very complex and 2) in case virtualization is being used on the target computer for some legitimate purposes all those methods fail anyway”  )

   Simon Crosby to founder and CTO of XenSource prior to the acquisition of XenSource by Citrix.  czyli osoba powszechnie znana, obecnie twórca rozwiązań w firmie Amazon. Ów Pan właśnie wpadł na podobny pomysł co Pani Rutkowska wiele lat temu – i ogłosił w Wired w artykule pod tytułem „Simon Crosby ‘Inverts Your Brain’ With Tiny Virtual Machine” że jego „supervisor” Bromium rozwiązuje wszystkie  problemy związane z bezpieczeństwem (tak tak, aż taki głupi to on nie jest, wiem. To człowiek o olbrzymiej wiedzy i uznany specjalista w dziedzinie wirtualizacji. Marketing ma jednak swoje prawa … ). Co charakterystyczne Wired określa te koncepcję jako niezwykle nowatorskie i odkrywcze.  Rzeczy które Rutkowska głosiła od lat – okazały się całkowicie nieistotne – bowiem świat angielskojęzyczny jako „ojca mikrowirtualizacji” na zawsze zapamięta Simona Crosby – wraz z jego Bromium. Jedyne co Rutkowska uzyskała to możliwość komentarza w Wired – a i ten zapewne z zrozumianych powodów jest znacznie bardziej mdły niż jej, jak odczytuję, cierpki wpis na własnym blogu. Bromium nie jest podejściem porównywalnym z Qubes Rutkowskiej, jednak ma ważną zaletę – działa po prostu na istniejących systemach operacyjnych – jako coś co się instaluje . „With Bromium micro-virtualization, we now have an answer: A desktop that is utterly secure and a joy to use. Micro-virtualization uses hardware isolation to securely allow untrustworthy desktop tasks to safely coexist with trusted enterprise applications and data – without risk, with an unchanged user experience. Inspired by the isolation principles of traditional virtualization, the Bromium Microvisor uses hardware virtualization to automatically, instantly and invisibly isolate each untrustworthy task within a tiny micro-VM that has no access to enterprise data or networks, and which cannot modify the desktop.”

    W zasadzie  to samo o swoim Qubes pewnie napisałby Rutkowska tyle że zamiast użyć istniejącego wsparcia sprzętowego dla wirtualizacji i pisać pod istniejące systemy operacyjne – napisała wraz z współpracownikami – własny system Qubes. Można by rzec – kupa dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty. Osobiście wcale tak nie uważam. Sądzę jednak że praca ta zostanie zmarnowana i zapomniana.

    Wyciągam  z tego wniosek jaki zawsze wyciągam: prace naukowe/techniczne są cytowane nie dlatego że są pisane po chińsku* angielsku ( choć to warunek konieczny), a nawet nie dlatego że sa interesujące i ważne ( choć to zapewnia sukces powiedzmy w 30%)  ale przede wszystkim ( 70% przypadków sukcesu) dlatego że autor piszą prace we właściwym języku i na należytym poziomie – jednocześnie – należy do stosownej koterii, pisze na modny temat, trafia we właściwe ucho. Ludzie w Polsce *nigdy* nie zyskają stosownego statusu i nie ma to żadnego związku z językiem w jakim swoje prace piszą ani z ich poziomem naukowym. Nie należymy do tych co należy kół dyskusyjnych. Nie uczestniczymy w tych co należy dyskusjach przy obiedzie. Najlepszym przykładem jest Wolszczan, którego Wyborcza ogłosiła „odkrywcą planet pozasłonecznych” ( i co zresztą odnotowano w wikipedii) , a o którym nie wspomina żaden z wykładowców w  kilku oglądniętych przeze mnie na ten temat wykładów z astronomii z neta. Nazwiska angielskie pojawiają się zawsze.  Zatem zamiast gonić za uznaniem w świecie – należy skupić się na budowaniu własnych koterii i mód i i z pożytkiem dla lokalnego przemysłu i społeczności – starać się mądrze rozwijać naukę. Nauka współczesna jest globalna – ale zyski sa jak najbardziej zlokalizowane i nie widzę powodu dla którego z owoców pracy pani Rutkowski mieliby korzystać amerykanie – jest winą polskiego rządu ( służb zajmujących się bezpieczeństwem informatycznym państwa) że badania takiej osoby nie spotykają się z należytym finansowaniem i wsparciem w Polsce. Co w żadnej mierzenie oznacza np.ich utajnienia,  a – wręcz przeciwnie – należytego docenienia, analizy i użycia zanim zrobią to inni a nie po tym fakcie – jak to zwykli nam zalecać „eksperci od edukacji np. Balcerowicz”

            *Jak wiadomo należy się spodziewać że język Chiński będzie językiem nauki XXI wieku. Za szczególnie śmieszny uważam fakt, że wprawia to w konsternację i dysonans pojęciowy apologetów języka angielskiego w edukacji. Nie chodzi bowiem o to w jakim języku się pisze, ale o to czy umie się się „grac w tą grę” co ze znajomością języka bywa w Polsce mylone.