„Niewiele robiono na rzecz rodzimego przemysłu a i on niewiele wytwarzał. [..]Kraje Ameryki Łacińskiej nie miały żadnego programu, a co za tym idzie żadnej wizji rozwoju gospodarczego. Gdy Aleksander Hamilton wzywał młoda Amerykę do rozwijania przemysłu i konkurowania z Europą, wicehrabia Cairu w Brazylii „zabobonnie wierzył w <<niewidzialną rękę>> i powtarzał: laissez faire, laissez passer, laissez vendere ”
    Niepodległe państwa Ameryki Łacińskiej pozostały więc w zależności gospodarczej od rozwiniętych krajów uprzemysłowionych: najpierw Wielkiej Brytanii, następnie pod koniec XIX wieku, Niemiec, imitując ich osiągnięcia naukowe i techniczne, a od XX wieku Stanów Zjednoczonych. Cudzoziemcy budowali koleje żelazne i urządzenia portowe po to głównie, by ściągać nadwyżki z interioru ( tak jak w Indiach). Cudzoziemcy pożyczali pieniądze na wysoki procent ubogim reżimom i ich oponentom [..]. Budowali arsenały i fabryki i zarządzali nimi. Cudzoziemców, rzecz jasna, obarczano winą za wszystkie niedociągnięcia tych systemów gospodarczych. To kultywowanie resentymentów, częściowo uzasadnionych, lecz w sposób dogmatyczny wyolbrzymionych, pogarszało tylko sytuację. Ideologizowało politykę gospodarczą i kwestie praktyczne zamieniało w kwestie zasad.
    [..] Początki przemysłu w Ameryce Łacińskiej nie oznaczały rewolucji przemysłowej. Nie dokonało tego nawet zbudowanie kolei żelaznych. Pewne rzeczy trzeba było robić na miejscu: maszyny wymagały na przykład konserwacji i napraw. Ale warsztaty, jakie powstały, ograniczały sie do tych funkcji i nigdy nie podjęły własnej produkcji. I znów: nie sprzyjały temu warunki naturalne i społeczne paliwo i surowce były droższe niż w Europie, czy Stanach Zjednoczonych, brakowało tez wykwalifikowanej siły roboczej. Wszystko wyglądało bardzo racjonalnie: dzięki korzyści komparatywnej łatwiej i taniej było kupować za granicą.
    Kłopot z racjonalnością polega na tym, że dzisiejszy zdrowy rozsądek może jutro okazać sie błędem. Rozwój trwa długo, a logika ma krótkie nogi. Proces jest dynamiczny i opera się na ty, by dziś zachować powściągliwość, dzięki czemu jutro przyniesie obfitość. Niektóre rzeczy nigdy sie nie zdarzają, jeśli nie spróbuje się ich wywołać. Gdyby Niemcy posłuchali Johna Bowringa… Ten brytyjski ekonomista i podróżnik szalenie ubolewał, że głupim Niemcom zachciewa się produkować żelazo i stal, podczas gdy powinni poprzestać na uprawie żyta i pszenicy, a wyroby przemysłowe sprowadzać z Wielkiej Brytanii. Gdyby okazali mu należną uwagę, ucieszyliby ekonomistów i zajęli miejsce Portugalii, z jej winem, drzewem korkowym oliwą, jako wzór racjonalnej gospodarki. Byliby tez dziś o wiele ubożsi.
     [..] Pod koniec XIX wieku Argentyna stanowiła najbardziej obiecujący przykład sukcesu gospodarki opartej na podstawowym produkcie, a optymiści przepowiadali jej przyszłość Stanów Zjednoczonych (albo prawie taką samą). Jeszcze i dziś ekonomiści wyznający teorię neoklasyczną rozwodzą sie nad tym studium przypadku, potwierdzającym teorie korzyści komparatywnej.
    Ale czy istotnie był to przykład optymalny? Argentyna miała trochę zamożnych ludzi, ale „z przyczyn, których nigdy do końca nie wyjaśniono [..] zawsze była zależna od kapitału, a tym samym miała zobowiązania wobec państw-kredytodawców, i to w taki sposób, że bardzo upośledzało to zdolność kraju do samodzielnego zarządzania swoimi sprawami”. Brytyjczycy zbudowali w Argentynie koleje żelazne – niespełna 1000 kilometrów w 1871 roku, ponad 12 tysięcy w dwadzieścia lat później – ale służyły one brytyjskim interesom, to jest przewozowi mięsa i pszenicy do portów, nie zaś rynkom wewnętrznym w Argentynie, jak twierdzili jej mieszkańcy. Ale czy można zbudować taka sieć kolejową, nie pobudzając rozwoju lokalnych rynków? A jeśli nie, to po czyjej stronie leży wina? Jakie świadectwo to daje duchowi miejscowej przedsiębiorczości? [..]Zawsze łatwiej zwalić winę na innego. Skutek: ksenofobiczny antyimperializm i poczucie krzywdy, prowadzące donikąd. […]

    „Jedyna prężna instytucja, która mogła wnieść jakieś zmiany, Kościół Katolicki, miała interes w zachowaniu status quo. Posiadał znaczne połacie zmieni, a jej bogactwo stanowiło jabłko niezgody i zawiści. Gdy państwo bywało gotowe do przejęcia tych aktywów, Kościół znajdywał nowych sprzymierzeńców. [..]Znali najciemniejsze sekrety konfesjonału, mieli w rękach klucze do zbawienia. Nie był to przepis na zyskanie popularności. Kościół proponował jednak jedyne poważne (poza alkoholem, seksem i przemocą) antidotum na rozpacz. Problem polegał na tym, że wszelkie intelektualne i polityczne nowinki uważał za dywersję. Garstka liberałów wierzyła w piękne hasła i starała się wprowadzić lud z przeszłości w teraźniejszość. Gros ich politycznej energii marnowało się jednak w walce z duchowieństwem”

 

Davis. S. Landes „Bogactwo i nędza narodów” MUZA SA, 2000