Za oknem kompletnie się zamoczyło. Chmury wiszą nisko, pogoda tak zwana barowa, choć w istocie w mojej opinii sprzyja raczej samotnym Przemyśleniom, Zagubieniu w Narastającej w Abstrakcji i Katarom. Wydawało by się że w takie dni nic nie może się wydarzyć, a tymczasem…

    Już jakiś czas temu zwróciłem uwagę na interesujący blog rodziny naukowców który polecam ( interesująca kombinacja – mama – fizyk teoretyczny, tata – pracuje w „scientific publishing”, a dzieci zajmują się eksploracją świata. jakby tego było mało – razem piszą bloga. Cała ta rodzina jest dowodem na upadek cywilizacji zachodu – zwłaszcza Skandynawii. W Polsce po prostu zginęliby z głodu zostawiając więcej miejsca dla Lepiej Przystosowanych – dokładnie tak jak zaplanował Najwyższy Ekonomista i jak wymaga tego Prawo Naturalne).  Subskrybuję wiele strumieni rss, czasem podłączam się z powodu interesującego wpisu a potem nie mam czasu śledzić wszystkiego co się pojawia, wiec Backreation czekał sobie spokojnie kilka tygodni, na to aż wrócę do niego i przeczytam. No i przeczytałem tam ostatnio masę inspirujących rzeczy, a napisze poniżej o dwóch z nich.

    Pierwsza z nich to interesująca notka pod tytułem: „Imitation Nation”  o wystąpieniu niejakiego Marka Pagela które zresztą można oglądnąć w necie. Zaznaczam że wystąpienie to znam tylko z cytowanego tu omówienia na Backreation. Pagel, zajmujący się biologią ewolucyjną, przedstawia w nim idee podobne do memetyki. Wydaje się zajmować stanowisko że idee są rodzajem replikatorów, czy jak piszą autorzy cytowanego bloga – rodzajem systemu adaptującego się do warunków zewnętrznych.  Sprawa generalnie jest dobrze znana tym którzy czytali książki Dawkinsa czy Marusza Biedrzyckiego (Biedronia). Intrygujący w koncepcjach Pengela wydaje się pewien aspekt związany z tym co modne. Jakiś czas temu nastąpił wysyp koncepcji probabilistycznych, częściowo związanych zapewne z rozwojem techniki pozwalającej na budowanie UAV (drony)  i innych do pewnego stopnia inteligentnych robotów, które to koncepcje mają za zadanie opisać w jaki sposób zwierzęta i ludzie myślą lub podejmują decyzje. Koncepcje te operują w takich obszarach jak modele Markowa, ukryte modele Markowa, czy ogólnie analiza Bayesowska. Jak zwykle, skoro zastosowanie tych narzędzi przyniosło sporo sukcesów w technice związanej z zastosowaniem komputerów do sterowania maszynami ( rozpoznawanie mowy, syntezatory mowy, same UAV itp), a wiec niejako w technicznej imitacji istot żywych, znaleźli się tacy którzy ogłosili że owe udane zastosowania oznaczają iż świat ożywiony, wszystkie zwierzęta, w tym  człowiek są rodzajami maszyn Bayesowskich. W myśl tej koncepcji najwięcej mocy obliczeniowej wymaga sam ruch, operowanie w przestrzeni. Układy nerwowe nie mają dostatecznej mocy obliczeniowej by symulować ruch algorytmami całkującymi równania różniczkowe, stąd wniosek że z pewnością polegają na analizie Bayesoweskiej obliczeniowo mniej wymagającej. Oznacza to że  na podstawie dostępnej wiedzy dokonują probabilistycznej predykcji konsekwencji ruchu, po czym aktualizują wiedzę ( np. przez obserwację wizualną) i aktualizują – znów probabilistycznie – predykcję i tak dalej i tak dalej.  O ile koncepcja użycia takich algorytmów w maszynach jest bardzo sprytna, o tyle należy zwrócić uwagę, że teza o „niewystarczającej mocy obliczeniowej układów neuronalnych” jest ledwie opinią i nie ma pokrycia w stosownych modelach neurofizycznych. W istocie nadal nie wiemy jak działa mózg a symulacja nawet relatywnie prostej tkanki nerwowej przekracza zdolność obliczeniową komputerów.  Jest to fascynujący temat do którego może kiedyś powrócę, tu zaś musi wystarczyć uwaga, że to nie układy neuronalne ( które nie wiemy jak działają) mają problemy, ale nasze maszyny, oparte o cyfrowy model obliczeniowy nie są dosyć wydajne. Wydaje się że wielu badaczom mylą się kłopoty maszyn cyfrowych z realnymi możliwościami mózgu ludzkiego ( które sa oczywiście bardzo ograniczone ale w niektórych obszarach o całe rzędy wielkości wyprzedzają wydajnością układy cyfrowe). Jest to pochodna popularnego lecz nieprawdziwego założenia, że mózg i układy cyfrowe mają podobne zasady działania.

    Od jakiegoś już czasu hołduję koncepcji że w danym pokoleniu uczeni, zwłaszcza filozofowie, głoszą wyjaśnienie Aktualnej Zagadki Wszechświata za pomocą koncepcji które odniosły głośny sukces w technice. Zanim, wraz z rozwojem rzemiosła i techniki, narodził się mechanicyzm świat wyjaśniano w kategoriach daimonów, wpływów i uczuć jakie miały łączyć lub dzielić żywioły. Zwracano uwagę ku arystotelejskiej naturze rzeczy – nie mogło być inaczej skoro ekspertami w średniowieczu byli mnisi kształceni w teologii.  U zarania rozwoju techniki skonstruowano pierwsze zegary mechaniczne i nie trzeba było długo czekać by ogłoszono że umysł ludzki a nawet cały Wszechświat działa na podobieństwo zegara. Leibniz w XVIII w obalił wszelkie materialistyczne koncepcje dotyczące świadomości ludzkiej po prostu analizując absurdalność koncepcji inteligencji złożonej z kółek zębatych na wzór zegara. Tak, tak, to właśnie dzięki niemu wiemy że nie jesteśmy zegarami – wcześniej ludzie mieli wątpliwości! W XIX wieku klucze do psychiki ludzkiej oraz damskich fetyszyzmów  – maiły postać kolejowo – architektoniczną –  jak wiadomo były to parowozy wjeżdżające do tunelu. Stefan Grabiński, autor niezwykle sugestywnych opowiadań z dreszczykiem, opisywał walkę ludzkości z opętanymi parowozami dokładnie tak jak Cameron w „Terminatorze” walkę z niezmordowanym i maszynowo upierdliwym Skynetem.  W środku XX wieku najgroźniejszym dla ludzkości były połączone superinteligencje central telefonicznych i tym podobnych urządzeń, które miały przejąć władze nad światem. Skynet – cóż to taka większa centrala telefoniczna. Obecnie oczywiście wiemy że inteligencja jest związana z procesami w zasadzie obliczeniowo-komputerowymi, być może jesteśmy komputerami kwantowymi, więc wcześniejsze koncepcje wychodzą na zabawne, ba śmieszne, wobec tej ostatniej, bardzo poważnej i tym razem już oczywiście, z pewnością, nareszcie prawdziwej teorii. Entuzjastom tej koncepcji polecam lekturę tego bloga, oraz prześledzenie pobocznych wątków i komentarzy. Odrzućmy głosy malkontentów! Jesteśmy obliczeniowymi maszynami probabilistycznymi i kropka, a osoba której wydaje się to śmieszne może dalej tkwić w błędzie i uważać się za zegarek. Niestety niewiele da sie poradzić jeśli ktoś przeczy nauce (ang. science).

    Wracając do omówienia wystąpienia Pagela należy podkreślić, że w myśl jego interpretacji koncepcji memetycznych, ludzie przede wszystkim są imitatorami. Musi być tak, gdyż kopiowanie dobrych idei jest zacznie bardziej efektywne niż samodzielne ich wymyślanie i testowanie. Innowacyjność kosztuje, i to wbrew popularnym w gospodarce i polityce koncepcjom, kosztuje bardzo wiele a na dodatek jest bardzo nieefektywna. Myślę że można się z tym poglądem zgodzić w 100%. Jeśli kiedykolwiek zgubicie się w lesie w Amazonii, wypadniecie z samolotu nad Sahara, albo zabłądzicie w Arktyce, lepiej byście znali podstawowe zasady życia tubylców i umieli je zastosować w praktyce.  Innowacyjność w takiej sytuacji nie na wiele Wam się zda. Co prawda wszystkie produkty Hollywood powiedzą Wam że jeśli jesteście sprytni, to dzięki pomysłowości i wierze w Amerykański Styl Życia – przeżyjecie. Zdradzę Wam tajemnicę – fakty są takie że na przeżycie w takich warunkach postępując jak ludzie z miasta macie najmniejsze szanse. Szanse wzrosną, gdy będziecie zachowywać się jak Indianie Yanomani, Arabowie i Berberowie lub Eskimosi odpowiednio do miejsca. Faktem jest bowiem że choć można mieć głowę pełną pomysłów – jedyną możliwością ich testowania jest posiadanie bezpiecznych warunków do uczenia się. A te zapewniają ludziom – rodzice – kiedy jesteśmy dziećmi. Bez testowania – kiedy jesteście jak saper bez kwalifikacji –  innowacyjność jest niewiele warta. Koncepcja ta wydaje się być bardzo ogólna i może mieć zastosowanie także w gospodarce. Przypomnę tu jako przykład że Microsoft powstał jako 2 osobowa firma w garażu rodziców – i że całkiem spora część młodych ludzi w Polsce nie dysponuje tym garażem ( ani żadnymi oszczędnościami). Odnosząc to do obecnej sytuacji w kraju można by rzecz że nie będzie w Polsce innowacyjnej gospodarki tak długo, jak pomysłowi ludzie ( a często są to ludzie młodzi) nie będą mieli daleko posuniętego bezpieczeństwa socjalnego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ryzykuje całego swojego majątku – a w grę wchodzi tu jedynie majątek rodziców –  by otworzyć małą firemkę o niepewnej przyszłości. Halo? Politycy? Chcecie innowacyjności – zapewnijcie dobrobyt i bezpieczeństwo socjalne, i  to powszechnie. Do kogo ja mówię. Współcześnie politycy zajmują się ułatwianiem życia wielkiemu biznesowi, a małe firmy ich nie interesują. W takich warunkach  – lepiej, efektywniej i bardziej racjonalnie jest podpatrywać i kopiować dobre pomysły niż wynajdywać własne – na to stać tylko bogatych zdolnych ponosić ryzyko porażki. Wygląda na to że tak nas wyposażyła biologia.

    Wracając do głównego tematu – zacytuję tu następujące zdanie: „Pagel says that ideas are probably randomly produced in our brains, like genetic mutations are randomly produced.” Acha! Jest probabilistyka a nawet proces Bayesowski bowiem: „That ideas might be random produced in our brains doesn’t mean though that we try them all. No, luckily our brains are large enough to virtually explore consequences of an idea before actually acting on it. And in that process, we discard most of the nonsensical random ideas, possibly already unconsciously. „

     Jeśli przyjmiemy tą optykę, że umysł podsuwa nam losowe pomysły, znaczna część z nich umiera zanim je zakomunikujemy komuś innemu. Kolejna kiedy ów ktoś nas wyśmieje. Kolejna kiedy poprosimy bank o wsparcie a jesteśmy uczciwym człowiekiem. Każdy z tych etapów wprowadza dodatkowa losowość. Uzyskujemy obraz całkowicie nieprzewidywalnej innowacyjności. Takiej której nie da się inaczej stymulować jak obniżając koszt eksperymentów i powiększając dostęp do wiedzy. Musimy liczyć na sprzyjający zbieg okoliczności!  Co więcej, aby zarobić trzeba dbać o wzrost własnych szans w losowaniu, a innym konkurentom najlepiej podwyższać kosztów eksperymentów ,oraz ograniczać dostęp do wiedzy i możliwości kopiowania. Skoro to wszystko losowanie, dlaczego wiedza gra tu jakąś rolę? Wiedza jest tym  co pozwala zapładniać umysły pomysłami. Wiedza definiuje przestrzeń z jakiej będziemy losować pomysły. Wiedza rozumiana jest tu szeroko – chodzi zarówno o wiedzę naukowo-techniczną ale także i o wiedzę o ludzkich zwyczajach, zachowaniach, o potrzebach potencjalnych klientów. Zwróćmy uwagę z jaką ochotą najwięksi gracze na rynku serwisów społecznościowych wspierają regulacje dotyczące bezpieczeństwa i prywatności. W ich interesie jest wzrost kosztów wprowadzania nowego serwisu na rynek, a obniżenie kosztów istnienia działających. Są to początki budowania regulacji jakie na przykład całkowicie zamykają obecnie rynek farmaceutyczny małym firmom rzekomo podnosząc koszt rejestracji leku. Pamiętajmy jednak że zawsze taniej jest naśladować, a najlepiej to wynajdywać nowe poprawiając stare – a wówczas trzeba stare znać, najlepiej mieć własne „stare” do poprawiania na wyłączność. Aby losować z sukcesem – trzeba mieć w urnie z której sie losuje – los który wygrywa…

     Czy jednak nie jest tak, że do pewnego stopnia wiedza szkodzi. Jak to możliwe? Wiedza – obok użytecznej roli związanej z dostarczaniem bazy dla nowych pomysłów, odgrywa społecznie także rolę hamulcowego. Dlatego w innowacyjności użyteczna jest odrobina ignorancji. Czyli dla wynalazcy dobrze jest być ignorantem? Nie do końca. Wyobraźmy sobie że żyjemy w czasach Leibniza, jest XVIII wiek, wkoło nas trwa burzliwa dyskusja, czy jaźń ludzka jest czy nie jest zegarem. Tymczasem my w najlepsze twierdzimy że chodzi o freudowską fascynację kolejami – jakimś ich XVIII odpowiednikiem – powiedzmy PKP, czy powozami. Oczywiście nas wyśmieją, koncepcja jest ahistoryczna i absurdalna (nie mogłem sobie odmówić podania przykładu PKP ;-) ale takie rzeczy zdarzają się naprawdę. Demokryt zastanawiając się nad pytaniem czy można materię dzielić w nieskończoność wymyślił  istnienie niepodzielnych składników materii ( i nazwał je atomami). Giordano Bruno twierdził że gwiazdy to światy jak nasz w epoce kiedy nie znano lunety, ani nie odkryto jeszcze księżyców Jowisza. Cardano wynalazł liczby zespolone o których zapomniano na kilkaset lat. Kiedy bracia Wright skonstruowali swój samolot mało brakło by w wyniku procesu sądowego w USA zabroniono latania nad czyjąś Świętą Własnością praktycznie likwidując możliwość rozwoju lotnictwa na lata. Wynalazki, pomysły, idee zarówno techniczne jak i polityczne, a nawet artystyczne choć tu swoboda jest znacznie wieksza, by odnieść sukces, muszą być zrozumiałe. Muszą trafiać w swój czas. Victor Hugo powiedział że „Jest jedna rzecz silniejsza od wszystkich armii świata: to idea której czas nadszedł” a choć odnosił to wyraźnie do koncepcji społecznych – zdanie to jest także wydaje się być prawdziwe w ogólnym kontekście. Prawdziwe jest także jego zaprzeczenie – nic tak szybko nie więdnie jak pomysł, dobry czy zły, na który nie ma mody.

    Zatem jest tak: kiedy sie da naśladujemy dobre pomysły – np. plaża na Bali, drink z parasolka, palmy, hamak, piękna kobieta, lenistwo. Ale kiedy to niemożliwe, w skrajnej ostateczności, wobec zagrożenia życia, kiedy czujemy niebezpieczeństwo ( na Bali także mają gazety, a w nich kryzys…) – wynajdujemy. Kiedy znudzą nam się palmy i pławienie się w bogactwie ( no ileż można leżeć na tej plaży, jak zawieje piasek wchodzi w zęby), a nabędziemy ochoty na wydanie jakiejś niewielkiej sumy, ot kilku milionów ledwie, także uruchamiamy myślenie innowacyjne. Jak wiadomo przykładem Genialnie Innowacyjnego Człowieka jest Stefan Robótka. Innowacyjność polegała tu na tym by znaleźć kogoś od roboty, jakiegoś nieznanego tzw. Woza, przejechać się na nim i na tym zarobić. Ba – zrobić to tak by Woz był zadowolony!  Tak powstał fundament współczesnej gospodarki – pomysł na biznes – niech realizacją  pomysłów  zajmie się ktoś inny. My będziemy wrzeszczeć że inni co robią to samo – kradną. I faktycznie – w skali świata – myśl ta była na tyle genialna że stała się podstawą tzw. globalizacji i uległa, hm… wielokrotnemu kopiowaniu w coraz to innych niszach biznesowych. W sensie ogólnym – pomysł jak pomysł – jeden z wielu, prawdę mówiąc kiepski jako metoda biznesowa, co widać na każdym kroku. Wygląda bowiem na to że trudno jest zabraniać ludziom robić tego co umieją najlepiej – naśladować. Stąd problemy tych którzy nadal wierzą w jego działanie i rzekomą niezwykłą efektywność ( którą co tu dużo mówić należy oprzeć na posiadaniu sporej liczby lotniskowców i arsenale jądrowym, gdyby nie on, niewiele by zostało z owej własności intelektualnej jak sie ją nazywa. W istocie niewiele ona znaczy jeśli jako przeciwnika ma się państwo które ma ponad miliard obywateli. Można stąd wysnuć wniosek że innowacyjność to zabawa dla bogatych mocarstw posiadających wielką potęgę polityczną, finansowa i militarną, która umożliwia narzucenie restrykcji związanych z ograniczaniem możliwości do kopiowania każdej możliwej konkurencji. Nie dziwi zatem zupełnie że rząd Polski uznał taką strategię za właściwa dla naszego kraju ).

    W ogólnym przypadku myślenie innowacyjne jest kapryśne, nieprzewidywalne, najpewniej stracimy te miliony, ale co tam, powiemy sobie wracając do hamaka i pięknej kobiety, warto było, bowiem nabyliśmy bezcenne doświadczenia.

    Reasumując wygląda na to że zdaniem Pagela innowacyjność ludzka jest wynikiem skrzyżowania algorytmu Bayesowskiego ( losowania uwzględniającego posiadaną wiedzę) z algorytmem genetycznym eliminującym nieprzydatne pomysły.  Z rozważań powyżej widać wyraźnie delikatne napięcie pomiędzy znaczeniem posiadania wiedzy a pewną dozą ignorancji. Posiadanie wiedzy zapewnia tu by przestrzeń losowania nie była absurdalne wielka lub nie zawierała rozwiązań, które choć być może możliwe do realizacji w sensie ogólnym – w praktyce nie mogą być zrealizowane z powodów np. społecznych, socjologicznych czy ekonomicznych. Ignorancja zapewnia dostatecznie wielkie pole manewru, możliwość rozważania dziwacznych nowatorskich rozwiązań. Wydaje się że gdyby koncepcje takie były głoszone jeszcze parę lat temu i nie mówilibyśmy o automatach Bayessowskich, ale o ludziach, to zamiast ignorancji ( czyli braku wiedzy) mówilibyśmy tu o odwadze intelektualnej,  potencjale twórczym. Niestety w dzisiejszych czasach nauka rozwinęła się tak bardzo że te nienaukowe koncepcje zostały całkowicie obalone. Skoro cały proce polega na losowaniu – z konieczności chodzi o braki w bazie wiedzy automatu losującego, które paradoksalnie mogą w pewnych warunkach poprawić użyteczność uzyskiwanych wyników, a to za sprawą zmniejszenia sztywności więzów. Tak sie sprawy mają. Ot co. Ciekawa idea warta namysłu.

    W kolejnym wpisie na blogu, autorzy poruszają niejako komplementarny problem związany z wiedzą. Mianowicie omawiając pewną książkę autorstwa Susteina ( o którym nic nie wiem) zwracają uwagę czytelnika ku pytaniom w rodzaju: jak grupy ludzi, plemiona, społeczności, społeczeństwa, podejmują decyzje? Jak zwiększyć efektywność takich decyzji? Fascynujące. Z omówionej książki pochodzi w szczególności wniosek, że „Sunstein discusses many studies that have shown that deliberation in groups, under very general circumstances, makes decisions worse and polarizes opinions.”. Według autora jest tak dlatego, że dyskusja zwiększa jedynie polaryzację grupy, zaostrza animozje. W związku z społecznymi i kulturowymi warunkami jej prowadzenia z konieczności prowadzi to do podejmowania decyzji nieoptymalnych. Czyli niejako autor wspiera koncepcje że decyzje powinny być podejmowane w niewielkich gronach a może nawet jednoosobowo. Oczywiście nie wiem czy Sustein tak twierdzi – taki wniosek wydaje się być jednak nieunikniony.

    Jeszcze  nie tak dawno, kiedy zachód całkiem poważnie musiał się wysilać (wbrew temu co twierdzi dzisiejsza propaganda, zwycięstwo wcale nie było łatwe i przesądzone od samego początku ) by pokonać ZSRR, uzyskanie zgody społęcznej było całkiem ważnym zadaniem. Konkurowano z Rosją, powiedzmy w programie kosmicznym i  wymagało to nie tylko rozwoju techniki i zapewnienia finansowania, ale ważnym elementem był na przykład spokój społeczny i polityczna stabilność. W istocie  polityczna i propagandowa rywalizacja z Rosją była jedynym sensem wielu takich programów. Rywalizacja której efekty były skierowane na polityczny rynek wewnętrzny. Niewielu ludzi jest to w stanie przyznać wprost, znacznie wygodniej jest żyć w błogiej i wygodnej iluzji że lądowano na Księżycu dla pomnożenia wiedzy ludzkości. Jeśli sie zastanowić – to pocieszające – chcemy być w obozie postępu, światłości i tak właśnie postrzegamy normalność. Jednak nieco inaczej wypadają podsumowania oparte o dane finansowe – misje naukowe na zachodzie nigdy nie uzyskały dostępu do znaczącego ułamka funduszy jakie wydawano na misje propagandowe o znaczeniu głównie propagandowym. Polecam lekturę podlinkowanego opracowania – wynika z niego że tak zwana „tania eksploracja” kosmosu z użyciem automatów jest szalenie nieefektywna. Eksploracja owa to właśnie misje stricte naukowe bez większego znaczenia politycznego.  Na przykład efekt naukowy misji Pathfinder trwającej kilka lat, jest przypuszczalnie mniejszy niż spodziewany kilkugodzinny efekt pracy ludzkiej w podobnych warunkach. Wszystko z powodu braków w finansowaniu. Dodajmy że ZSRR postępował tak samo. To nie szczytne ideały demokracji czy duch komsomolskiej solidarności z całą ludzkością, ale duch politycznej rywalizacji – moda chwili – nakazywała tak postępować zarówno liderom krajów wolnych jak i totalitarnych. Zapewne z powodu oszczędności i z powodu ogólnie lepszej gospodarności, uboczne, niepolityczne efekty kosmicznych misji naukowych zostały jednak lepiej spożytkowane na zachodzie. Zwyczajnie zwrócono uwagę że można odzyskać część kosztów sprzedając uboczne efekty pracy inżynierów.

    Tak więc mocarstwa rywalizowały. ZSRR było państwem totalitarny, zachód chciał w rywalizacji wygrać. Chciano wykazać, głównie własnym obywatelom, różnice w efektywności społecznego ładu. Rządzenie plemieniem, społecznością czy społeczeństwem w tamtych czasach na zachodzie, było postrzegane jako zadanie polegające na szukaniu możliwego do przyjęcia kompromisu. Zapewne nadal tak jest – zmienny jednak jest układ sił społecznych. W tamtych czasach świat wracał do normalności po wyniszczającej wojnie. Dopatrywano się pozytywnych wartości w realnej i racjonalnej ochronie mniejszości którą podejmowano nie z powodów symbolicznych ale ze względu na wyznawane zasady i praktyczne konsekwencje. Polityka zawsze była nieczysta, jak każda gra interesów bez sztywnych zasad, ale nie zawsze była tak cyniczna jak obecnie. Tymczasem współcześnie okazuje się że działanie które niegdyś było zabieganiem o kompromis, teraz jest działaniem „zwiększającym polaryzację” a dodatkowo oddalającym realizację optymalnych decyzji. Ciekawe co Sustein sądzi o kryteriach owej optymalności. Łatwo bowiem przychodzi opisywać statystycznie, liczbami, to co się widzi na ulicach, niełatwo jednak to zrozumieć. Widać że tak zwani ludzie sa niezadowoleni, a może nawet walczą o swoje. Co w tym dziwnego że pracownicy chcą więcej zarabiać? Oczy świata zapatrzone są w wzrost Chińskiej gospodarki a tam jak wiadomo panuje jednomyślność i powszechne przekonanie o świetlanej przyszłości. Czyż zatem nie należy unikać dyskusji która niepotrzebnie polaryzuje stanowiska – a konkretnie dowodzi że zdecydowana większość (przysłowiowe 99%) ma w dupie pomysły ekonomistów które całkowicie optymalnie powodują wzrost zamożności jedynie śladowej mniejszości ( tak zwany 1%)? Oczywiście że należy takich dyskusji unikać! Dyskusja taka obnaża tylko detale mechanizmów podejmowania decyzji. „Ludzie nie powinni wiedzieć jak się robi kiełbasę i jak się robi politykę.” Zostawmy ustalanie tego co dobre a co złe – filozofom. A fatalne skutki dyskusji nad tymi detalami można nawet podeprzeć badaniami naukowymi (ang. science).

    Doszliśmy zatem do tego że prawdziwym i naukowym ideałem społecznym, jest zarządzanie oparte na realizacji optymalnych strategii tworzonych przez filozofów. Wiadomo przecież że prosty człowiek nie zna sie na filozofii, a właśnie filozofia sprawia że człowiek potrafi rozpoznawać dobro od zła. A prosty człowiek, który nie skończył studiów MBA w gaju gdzie mieściła się Hekademeia, nie widzi prawdy tylko cienie na ścianie jaskini. Na szczęście są tacy co opracowali niezbite i pewne metody patrzenia wprost na słońce, więc należy się na nich zdać w procesie decyzyjnym. Prosty zjadacz chleba nie powinien tego czynić, można bowiem, bez długotrwałego treningu na Hekademeia, całej sprawy nie pojąć powziąć jakieś pochopne wnioski. Na przykład że konflikt społeczny, rzeczona polaryzacja i brak kompromisu, nie jest wynikiem dyskusji samej w sobie, ale sytuacji która do owego konfliktu doprowadza Braku zdolności do wypracowania kompromisu u jednej ze stron dyskusji i jej ideologicznego nastawienia w całej sprawie. Kto chce „dyskutować” jeśli w miejsce dyskusji o celach istnienia społeczeństw, demokracji i roli jednostek w państwie dostaje się darmowy wstęp na imprezę z cyklu „premier zarządza kryzysem, społeczeństwo patrzy”?  A potem sondażyk czy społeczeństwo popiera! Co? Uważa że premier wypadł blado? No tak… a poza tym, jak wiadomo, społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki…

Widzimy jak wielkie zmiany zaszły w naszym oglądzie faktów. Churchill twierdził że nie ma gorszego ustroju od demokracji poza wszystkimi pozostałymi. W słynnym dziele „Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Popper odrzucał zarówno zasady determinizmu historycznego – tkwiącego u podstaw Heglizmu a w dalszej konsekwencji  Marksizmu –  jak i koncepcje pradawnego Prawa Naturalnego. Tego jak rzeczy się miały zanim „komuniści” je popsuli. Koncepcje te stały u podstaw rozmaitych prawicowych nacjonalizmów akcentujących „odwieczne role”, „przeznaczenia narodów” i jedyne optymalne organizacje państw a to w postaci rządów filozofów. Popper widział w nich korzenie nazizmu. Taki był kontekst historyczny. Często cytuje się ta część książki Poppera która dotyczy krytyki Marksizmu. Część dotycząca krytyki prawicowych koncepcji Platona, koncepcji z których czerpią konserwatywne lub prawicowe dyktatury jest znacznie gorzej rozpoznawana. Warto przypomnieć. Popper twierdził że instytucje społeczne istnieją dla dobra ludzi i społeczeństw, że mamy prawo je tak kształtować by spełniały to zadanie, że sensem demokracji jest ta plastyczność i możliwość zmiany naszych decyzji bez rozlewu krwi i ogromu nieszczęść. Nic takiego jak determinizm rozwoju społecznego nie istnieje, zatem Marksizm fałszywie przewiduje że komunizm jest ostatecznym celem rozwoju społeczeństw.  Zarazem nie istnieje także nic co miałoby być „dawnym dobrym ładem kiedy rządzili mądrzy starcy a wszyscy byli szczęśliwi bo wszystko było na swoim miejscu”. Nigdy nie istniał Złoty Wiek w którym szanowano rodziców, Świętą Własność Prywatna i Boga.  Pieśń o Nibelungach to taka sama bajka opowiadana dla zabicia czasu jak bajki o sprytnych szewczykach, którzy wywracając porządek społeczny zostawali królami i dopełniali sprawiedliwości społecznej.  Te rzeczy nas wzruszają bo chlelibyśmy żyć w bezpiecznym i sprawiedliwym świecie, i chcielibyśmy być potomkami herosów. Ale to bajki. Nie ma ładu do którego należy wrócić. Nie ma ostatecznej utopii do której mamy dążyć za wszelką cenę.  Jest tylko przyszłość którą kształtujemy tym co nam dano, czym dysponujemy. Demokracja nie jest po to byśmy oddawali władzę filozofom. Demokracja jest po to by bezkrwawo wybawić nas od błądzenia w jakie filozofowie popadają nader często….

    Przypomniała mi sie tu, nieco odległa pozornie codo tematu anegdota. Na początki XX wieku w roku 1920 przeprowadzono tak zwaną Wielką Debatę.  W jej trakcie znany wówczas astronom Shapley, podówczas szef Harvard College Observatory wdeptał w ziemię za pomocą twardych, logicznych i naukowo potwierdzonych argumentów innego astronoma, podówczas może miej znanego Hebera Curtisa. Shepley odniósł swoje zwycięstwo niezbicie dowodząc, że tak zwane mgławice są obiektami w naszej galaktyce – jedynej jaka istnieje. Koncepcje Curtisa, że są to odległe galaktyki, uznano za czystej wody fantastykę i nienaukową spekulację. Bądźmy sprawiedliwi – zapewne Shapley miał wszelkie podstawy naukowe i logiczne by tak twierdzić. Co więcej, opierając się na podobnie spekulatywnych koncepcjach  jak Curtis, prawidłowo oceniał rozmiar naszej galaktyki. W 1923 roku, zaledwie trzy lata po Wielkiej Debacie  Hubble, za pomocą teleskopu Hookera w obserwatorium Mount Willson, dowiódł że Wielki Obłok w Andromedzie jest Galaktyką. Dzięki obserwacji Cefeid, potrafił ocenić jej odległość i rozmiary. Dzięki temu odkryciu rozmiary naszego wszechświata powiększyły się o kilka rzędów wielkości. Wszechświat zaś wydał się nieskończenie bardziej bogaty – okazało się bowiem że istniejący ówcześnie katalog mgiełek i obłoczków gwiazdowych – to w istocie katalog setek galaktyk podobnych do naszej.

     Z historii tej wynika prosty ale ważny wniosek, można mieć całą logikę, naukę, i autorytety po swojej stronie – a mimo to nie mieć racji.
I warto o tym pamiętać na co dzień…..