W dyskusjach o prawach autorskich, zwłaszcza tych które ograniczają się ( całkowicie niesłusznie zresztą) do tematyki związanej z internetem padają często takie stwierdzenia: „Nie ma czegoś takiego jak darmowa treść w Internecie. Nie ma zarówno darmowych artykułów, jak i darmowych podręczników czy innych książek elektronicznych. To mit.” Zwykle następuje po nich argumentacja która opiera się na argumencie: „autor musi z czegoś żyć, a jak nie autor, to redaktor, korektor i drukarz”. I koszt życia autora koniecznie według owego mitu, muszą koniecznie być pokryte przez koszty jakie poniosą powiedzmy czytelnicy uzyskując dostęp do utworu jego autorstwa.
Zapiszmy cały ów argument w bardziej czytelnej i nadającej się do analizy formie implikacji „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Proponuję aby każda osoba która zechce czytać dalej, zanim to zrobi, w nowym oknie przeglądarki otwarła wyszukiwarkę na przykład google, i wyszukała tam następująca frazę: „e-book free download”. W moim przypadku fraza ta zwróciła  915,000,000 wyników. Prawie miliard wyników. Sporo. To jak to jest są darmowe treści czy nie? Chyba każdy wie że oczywiście są. Darmowy jest dostęp do Wikipedii, wielkiej ilości serwisów pocztowych i społecznościowych, pozwalających dzielić się zdjęciami i przechowywać pliki online. Polityki google pozwalają użytkownikowi na przechowywanie 2 Gb zdjęć, ale do rachunku zajętości wliczane sa jedynie pliki większe niż 2 Mb. Czy to kosztuje? Nie.

     Mamy zatem sprzeczność – mamy pewne zdanie „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” i dwieście milionów serwisów z darmowymi ebookami. Jak to możliwe. Mamy do czynienia z mitem. mitem darmowej treści. Mit ten nie służy dowodzeniu żę darmowej treści nie ma – bo ona istnieje równie realnie jak serwisy facebooka i google, jak wspaniały Project Guttenberg i Wikipedia. Mit ten służy dowodzeniu ze nie jest to sytuacja normalna i że pewna grupa biznesów, pośrednicy w dostępie do treści, tkwiąca w epoce przedcyfrowej, ma prawo domagać się finansowania by zachować swój biznes w kształcie w jakim istnieje od od XVII wieku. Tymczasem we współczesnym świecie miliony ludzi mają dostęp do wszystkich narzędzi – olbrzymich bibliotek informacji, narzędzi składu komputerowego i służących do obróbki grafiki, tanich i wydajnych serwisów hostingowych by mieć własne strony www, a nawet serwisów umożliwiających obsługę płatności – pozwalających na całkowite wyeliminowanie pośredników. I ma to swoje konsekwencje zarówno dla autorów jak i dawnych pośredników. Zwiększa się podaż treści. Dostęp do nich jest ułatwiony. Każdy może być i jest autorem, i każdy może publikować. Treści „leżą na cyfrowej ulicy” – wystarczy sięgnąć.

     Implikacja: „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” jest nieprawdziwa. Jest niepełna. Pomiędzy przesłankami a wnioskiem nie ma żadnego logicznego wynikania. Przesłanki mówią o kosztach życia i jest to zdanie ogólnie prawdziwe jak „słonce świeci”. Jego znaczenie nie ogranicza się wcale do określonej grupy zawodowej jaką sa autorzy. „Z czegoś żyć” muszą wszyscy, piosenkarze i śmieciarze, pisarze i dozorcy, studenci i budowlańcy. To prawda. Wniosek w implikacji zawiera stwierdzenie na na temat treści w Internecie. Nie ma żadnego logicznie uprawnionego rozumowania które pozwalałoby uznać implikację tak skonstruowaną za prawdziwa. Gdzie Rzym gdzie Krym. Przejście logiczne pomiędzy „dola autorów” a „darmowymi treściami w internecie” wymaga uzupełnienia o dodatkowe założenia, wypełnienia tej dziury logicznej szczegółami. Jak płatność za internet ma przenieść się na autorów? czy tylko na autorów? Jaka ma być cena? kto i jak będzie gromadził pieniądze? Kto będzie nimi zarządzał? Kto będzie je otrzymywał – wszyscy? Kto będzie płacił i jakie podatki z tytułu zysku? Co za swoje wydane pieniądze dostanie konsument? Jakie będą jego prawa?

     Nie idzie już nawet o prawdziwość lub nie implikacji „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Idzie o królika z kapelusza jakiego się usiłuje tu wyciągnąć i pokazać jako oczywistość. „To co udostępnia się w internecie nie jest darmowe” Rzecz w tym, że czasem jest a czasem nie. Czasem oczekiwanie opłat jest zasadne, czasem jest naciągactwem. Czasem ktoś ma dobry towar, a czasem wciska kit. W nadciągającej w Polsce dyskusji o prawie autorskim – implikacja „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” – jest kitem. W podanej implikacji nic nie jest określone – rzeczywiście jest to mit. Mit pod tytułem „Mit o darmowej treści” szerzony po to by przy stole negocjacji wylewać krokodyle łzy nad losem biednego autora. Mit o tym, że nie istnieją modele biznesowe dające darmowy dostęp do treści, wymyślony przez tych, którzy nie potrafią w nowej rzeczywistości zarobić….