You are currently browsing the monthly archive for Luty 2012.

 

   

    […] opinię Andrzeja Lubienieckiego o nastrojach panujących w Polsce nieco wcześniej (czyli przed pierwsza elekcją królewską w Polsce): „Kilka lat przed śmiercią królewską gdzie się jeno zjechało kilka ludzi duchownych, świeckich, bądź to senatorów, bądź szlachty, nawet kupców, nigdy nie chybiło aby byli nie mieli o przyszłym interregnum mówić, a to z wielką bojaźnią i struchleniem” […]
Chwila zmiany warty u władzy zawsze jest kryzysem. Lecz tak wielkie przesilenie wcale nie musiało w Polsce nastąpić. Społeczeństwo widziało, że dynastia dogorywa i pragnęło się w porę zabezpieczyć. Aby uniknąć wstrząsu należało się dogadać […] Poprzednicy […] pozostawili im wyrobioną tradycję współpracy tronu z szeregową szlachtą […] Świetną tradycje jagiellońską dwaj ostatni Jagiellonowie odrzucili. Zagadnienie nie da się wyjaśnić bez zwrócenia uwagi na ich własne koncepcje polityczne. To był świadomy wybór arystokratycznej doktryny rządzenia. Sojusz z tymi co reprezentowali same szczyty, pogarda dla tych co w izbie obrad zasiadali „opozad” czyli w pobliżu drzwi. żaden determinizm ( dziejów – uwaga moja) nie działał […] Obaj Zygmuntowie mieli swobodę decydowania, zwłaszcza ten drugi, młodszy. Reformatorzy czekali na niego z wyciągniętymi dłońmi.
[…]
    Na sejmie w 1605 roku po raz ostatni w życiu przemówił Jan Zamoyski, daremnie podając królowi rękę w imieniu całej opozycji: „Miłuję dalibóg Wasza Królewską Mość i służę wiernie i po wtóre mówię, wiernie służę; racz tylko Wasza Królewska Mość miłować też nas, poddane swe: łacnoć będzie o pieniądze, łacno o pomnożenie państw, snadnoć przyjdzie wszystko, gdy miłość poddanych będzie. Uczynisz tu Wasza Królewska Mość z Polaka Aleksandra, z Litwina Herkulesa; miłości tylko trzeba, bez tej trudno co począć”.
Nie bierzmy za pustą retorykę słów kanclerza i hetmana, który mowę swą „z płaczem wielkim stojąc kończył”. O wzajemne zaufanie, o dowody życzliwości monarchy ku poddanym wołał ten sam człowiek który w 1587 roku wprowadził Zygmunta na Wawel, pokonał pod Byczyną jego wroga arcyksięcia Maksymiliana a w pięć lat później musiał grać główną rolę na „sejmie inkwizycyjnym”. Rozpatrywano wtedy mściwe doniesienie tegoż Maksymiliana, oskarżające Zygmunta III o chęć odstąpienia cichcem korony polskiej arcyksięciu Ernestowi. Król nie zdołał się całkowicie oczyścić z zarzutów. Potajemne knowania były faktem. Dotyczą innych spraw, trwały i później. Po całej Rzeczypospolitej krążyły o nich „rumory”. Staje się jasne co w tych okolicznościach znaczyły słowa kanclerza „racz tylko Wasza Królewska Mość miłować i nas, poddane swe”.
[…]
    August II to dno naszej historii. Bo za jego syna i następcy Augusta III zaczęła się poprawa, bez najmniejszej oczywiście pomocy i zasługi ze stroh króla. Ale przyznajmy że już grubo wcześniej, w epoce popiastowskiej w ogóle wielu władców Rzeczypospolitej nie chciało „narodem naszym się kontentować”. W ich politycznych rachubach Polska stanowiła niekiedy tylko czynnik ( w zabiegach dynastycznych i majątkowych o trony i tereny w Europie – przypis mój) zamiast być podmiotem i celem. Taki stan rzeczy wytwarzał klimat moralny nie sprzyjający reformie. Zaufanie do rządzących jest budulcem niematerialnym lecz niezastąpionym.
[…]
    Anarchia przemogła ongi w Rzeczypospolitej ponieważ rząd królewski szedł poprzednio przeciwko społeczeństwu, zmarnował jego dorobek umysłowy i dobrą wolę. Istota owej anarchii polegała na rozpasaniu wielkich. To było jej koło napędowe. Tłum szlachecki nie wynalazł sobiepaństwa. Zawiedziony i zbałamucony poszedł w ślady tych co […] uważali że wolno w Polsce – a raczej w Rzeczypospolitej – jak kto chce…
     Taką maksymę wyznawali w całej Europie rozmaici panowie de i von. Ale tam z biegiem czasu hamulce potężniały. U nas beznadziejnie słabły bo sama władza centralna nie pofatygowała się wzmocnić się w porę. I robiła rzeczy które musiały demoralizować poddanych. […]

    Najwięcej poczucia karności było u nas zawsze tam, gdzie najbardziej tłoczno. Wśród ludu, drobiazgu szlacheckiego i małych ziemian. Bo znaczniejsi łątwiej zarażali się od magnatów. Ci ostatni zachowywali się normalnie – jak na ich sytuację społeczną. Dokładnie według wzorów znanych z postępowania arystokracji w innych, znacznie szczęśliwszych krajach. jedno tylko – być może – wyróżniało nasze królewięta. Magnateria Rzeczypospolitej zdawała sobie sprawę że źle się dzieje w państwie. Znała słabość jego struktury. Struchlała kiedy podczas wojny kozackiej rozpalił się na nowo odwieczny front moskiewskiej, a w perspektywie zarysowała się groźba szwedzkiej. […] Wielcy panowie trafnie widzieli schorzenia systemu. Magnat pisał satyry, piętnował bezrząd, anarchię, prywatę, rwał włosy z głowy oraz sejmy, sejmiki, warcholił, mącił, kopał grób państwu, zdradzał je w chwili grozy.
     Wynika stąd wniosek, który śmiało można podnieść do godności prawa historii. Człowiek jest bezbronny wobec własnego przywileju. Samo istnienie przywileju jest złem. Lecz brak kontroli nad uprzywilejowanymi, kontroli niezależnej od nich, musi doprowadzić do anarchii i katastrofy.
     Władza państwowa Rzeczypospolitej za długo brała stronę wielkich przeciwko małym. I zbyt często dbała bardziej o własne doktryny i ambicje niż kraj.

Paweł Jasienica „Polska anarchia”  stony 54 – 77. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989

Reklamy

 

 

     W dyskusjach o prawach autorskich, zwłaszcza tych które ograniczają się ( całkowicie niesłusznie zresztą) do tematyki związanej z internetem padają często takie stwierdzenia: „Nie ma czegoś takiego jak darmowa treść w Internecie. Nie ma zarówno darmowych artykułów, jak i darmowych podręczników czy innych książek elektronicznych. To mit.” Zwykle następuje po nich argumentacja która opiera się na argumencie: „autor musi z czegoś żyć, a jak nie autor, to redaktor, korektor i drukarz”. I koszt życia autora koniecznie według owego mitu, muszą koniecznie być pokryte przez koszty jakie poniosą powiedzmy czytelnicy uzyskując dostęp do utworu jego autorstwa.
Zapiszmy cały ów argument w bardziej czytelnej i nadającej się do analizy formie implikacji „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Proponuję aby każda osoba która zechce czytać dalej, zanim to zrobi, w nowym oknie przeglądarki otwarła wyszukiwarkę na przykład google, i wyszukała tam następująca frazę: „e-book free download”. W moim przypadku fraza ta zwróciła  915,000,000 wyników. Prawie miliard wyników. Sporo. To jak to jest są darmowe treści czy nie? Chyba każdy wie że oczywiście są. Darmowy jest dostęp do Wikipedii, wielkiej ilości serwisów pocztowych i społecznościowych, pozwalających dzielić się zdjęciami i przechowywać pliki online. Polityki google pozwalają użytkownikowi na przechowywanie 2 Gb zdjęć, ale do rachunku zajętości wliczane sa jedynie pliki większe niż 2 Mb. Czy to kosztuje? Nie.

     Mamy zatem sprzeczność – mamy pewne zdanie „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” i dwieście milionów serwisów z darmowymi ebookami. Jak to możliwe. Mamy do czynienia z mitem. mitem darmowej treści. Mit ten nie służy dowodzeniu żę darmowej treści nie ma – bo ona istnieje równie realnie jak serwisy facebooka i google, jak wspaniały Project Guttenberg i Wikipedia. Mit ten służy dowodzeniu ze nie jest to sytuacja normalna i że pewna grupa biznesów, pośrednicy w dostępie do treści, tkwiąca w epoce przedcyfrowej, ma prawo domagać się finansowania by zachować swój biznes w kształcie w jakim istnieje od od XVII wieku. Tymczasem we współczesnym świecie miliony ludzi mają dostęp do wszystkich narzędzi – olbrzymich bibliotek informacji, narzędzi składu komputerowego i służących do obróbki grafiki, tanich i wydajnych serwisów hostingowych by mieć własne strony www, a nawet serwisów umożliwiających obsługę płatności – pozwalających na całkowite wyeliminowanie pośredników. I ma to swoje konsekwencje zarówno dla autorów jak i dawnych pośredników. Zwiększa się podaż treści. Dostęp do nich jest ułatwiony. Każdy może być i jest autorem, i każdy może publikować. Treści „leżą na cyfrowej ulicy” – wystarczy sięgnąć.

     Implikacja: „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” jest nieprawdziwa. Jest niepełna. Pomiędzy przesłankami a wnioskiem nie ma żadnego logicznego wynikania. Przesłanki mówią o kosztach życia i jest to zdanie ogólnie prawdziwe jak „słonce świeci”. Jego znaczenie nie ogranicza się wcale do określonej grupy zawodowej jaką sa autorzy. „Z czegoś żyć” muszą wszyscy, piosenkarze i śmieciarze, pisarze i dozorcy, studenci i budowlańcy. To prawda. Wniosek w implikacji zawiera stwierdzenie na na temat treści w Internecie. Nie ma żadnego logicznie uprawnionego rozumowania które pozwalałoby uznać implikację tak skonstruowaną za prawdziwa. Gdzie Rzym gdzie Krym. Przejście logiczne pomiędzy „dola autorów” a „darmowymi treściami w internecie” wymaga uzupełnienia o dodatkowe założenia, wypełnienia tej dziury logicznej szczegółami. Jak płatność za internet ma przenieść się na autorów? czy tylko na autorów? Jaka ma być cena? kto i jak będzie gromadził pieniądze? Kto będzie nimi zarządzał? Kto będzie je otrzymywał – wszyscy? Kto będzie płacił i jakie podatki z tytułu zysku? Co za swoje wydane pieniądze dostanie konsument? Jakie będą jego prawa?

     Nie idzie już nawet o prawdziwość lub nie implikacji „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Idzie o królika z kapelusza jakiego się usiłuje tu wyciągnąć i pokazać jako oczywistość. „To co udostępnia się w internecie nie jest darmowe” Rzecz w tym, że czasem jest a czasem nie. Czasem oczekiwanie opłat jest zasadne, czasem jest naciągactwem. Czasem ktoś ma dobry towar, a czasem wciska kit. W nadciągającej w Polsce dyskusji o prawie autorskim – implikacja „autor musi z czegoś żyć” więc „to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” – jest kitem. W podanej implikacji nic nie jest określone – rzeczywiście jest to mit. Mit pod tytułem „Mit o darmowej treści” szerzony po to by przy stole negocjacji wylewać krokodyle łzy nad losem biednego autora. Mit o tym, że nie istnieją modele biznesowe dające darmowy dostęp do treści, wymyślony przez tych, którzy nie potrafią w nowej rzeczywistości zarobić….

 

 

     „Przyjrzyjmy się na przykład smutnej historii Michela Morina. W 1553 roku, w wieku siedemdziesięciu pięciu lat, handlarz win z Bauge w Anjou zostaje oskarżony przez swą młodą żonę, Katarzynę, kobietę stanowczą, a do tego lekkich obyczajów, o zakup owieczki w celu „cielesnego z nią obcowania” oraz trzykrotnego wprowadzenia tego zamiaru w czyn, a to 13 listopada, 25 listopada (w dzień świętej Katarzyny!) oraz 1 grudnia. Usłużny sąsiad, kochanek młodej kobiety, z zawodu aptekarz, oświadcza, że Morin wyznał mu, że „woli swoją owieczkę od żony”. Służący Morinów, również amator wdzięków Katarzyny, wszystko potwierdza. Sędzia, proboszcz z Bauge, każe zatrzymać Michela Morina 13 grudnia. Oskarżony odpiera zarzuty, utrzymując, że jego żona, służący i aptekarz zawiązali spisek, żeby przejąć jego majątek. Sędzia skazuje go na tortury. Na widok narzędzi męki, Morin załamuje się i wyznaje, że „faktycznie zakupił owieczkę w wyżej wymienionym celu, ale stosunek cielesny odbył z nią tylko raz”. 15 stycznia 1554 roku zostaje skazany na śmierć przez powieszenie i spalenie wraz z owca w worku. Jego majątek po konfiskacie zostaje przyznany zonie. dwa lata po śmierci męża Katarzyna wychodzi za aptekarza.”

     „Średniowieczna gra symboli” Michel Pastoureau „Horyzonty Cywilizacji”, strona 46. Oficyna Naukowa, Warszawa 2006.

      Przełożyła Hanna Igalson-Tygielska

Enter your email address to follow this blog and receive notifications of new posts by email.

Dołącz do 255 obserwujących.

Reklamy
%d blogerów lubi to: