Ludzie lubią czytać. Czytanie wchodzi w krew, jeśli się zacznie, robi się natarczywym nałogiem, pochłania czas i wypełnia przestrzeń stosami książek, nie wystarczy juz coś przeczytać, mozna porządać książki tak jak inni porządaja brylantów, komórek, ipodów.

Umberto Eco napisał w „Imieniu Róży”:

„Wszędzie szukałem spokoju i nigdzie nie znalazłem jak w kąciku z książką”

    Ile w zdaniu tym naiwności: ludzie czytając płaczą, przeżywają strach o losy, fikcyjnych przecież, bohaterów, przeżywają uniesienia, niecierpliwość, podniecenie zwiazane z akcja i to erotyczne także, książki mogą być zachłanne jak nikotyna i zazdrosne jak kobieta kiedy czytający zaczyna mylić siebie samego z własnym wyobrażeniem nabytym przy admiracji ulubionych bohaterów. Oczywiście to prawie patologie: ale przecież miło jest mieć własną, cichutką i niespecjalnie uciążliwą patologię, i książki to także potrafią dać. Miejscem gdzie można tej patologii dać upust jest obecnie dla większości ludzi księgarnia, wielka i bogata w tytuły, zezwalająca czytać książki zanim się je nabędzie. Tak zmuszeni są spędzać czas zwykli śmiertelnicy, popołudniowe lub wieczorne godziny w drodze z pracy do domu, kradzione rodzinie, weekendy spędzone na ślęczeniu w dusznej i gorącej atmosferze bądź co bądź przecież sklepu.
    Są jednak na tym świecie wybrańcy.
    Pracownicy naukowi mają często dostęp do rajów rozkoszy. Niekoniecznie piekne, ale za to ciche i taktowne hurysy pozwalaja im wejść między regały, czasami nawet ułatwią nawigacje w skomplikowanym labiryncie, jak Ariadna Tezeuszowi wskażą droge wyjśćia ale Minotaura trzeba znaleść samemu. I to najprzyjemniejsza część kożystania z biblioteki jest właśnie. Zwykle przychodzi sie z zamiarem znalezienia konkretnej pozycji mającej rozwiać wątpliwości co do słów Kanta, równania Kortvega-DeVreisa, aksjomatyki rachunku prawdopodobieństwa Kołmogorowa, kończy sie zawsze tym samym. Człowiek bezwiednie rozglada się wokoło i sięga po książki których nie zamierzał czytać. Początkowo po te które leżą obok, czasem nawet zwiazane w pierwotnym celem wyprawy do brzucha lewiatana. Po chwili jednak okazuje sie że wabia nas nowe i nowe dzieła, dziełka i broszurki, filuternie przekrzywione na pułkach, nieraz zakurzone, kiedy indziej świerze i pachnące farba drukarską. Można wybierać, oglądać, przebierać, aż w końcu zaczyna brakować czasu, robi się nerwowo i wybiegamy w pośpiechu, bo obiad, bo zakupy, bo umówione spotkanie. I zawsze zostaje niedosyt.
    Mozna nawet dzielić ludzi na dwie kategorie, tych którzy zanureni w bibliotece utoną dla świata i tych których jakaś niezrozumiała siła wyporu z niej wyrzuci po upływie zwykle jak najkrótszego czasu.
    A gdyby się w biblitece utonąć ze szczętem, na dobre? Trafic do księgozbioru wielkiego jak zbiory mistrza Ultana, w którym zapewne istnieją jakies tajemnicze regóły lecz nikt już nie wie jakim systemem rządzone, książki zawierające podobno odpowiedź na każde pytanie jakie zostało zadane, lub jakie ktokolwiek zada? Cóż może lepiej charakteryzować wszechwiedzącego bibliotekarza jak nie ślepota. Trafic do księgozbioru szerokiego i równie absurdalnego jak wszechświat, ale zgoła będącego szyderstwem z nieporządku świata w swojej rególarności geometrii sal, półek, okładek? Książki cytujące książki o książkach, w których opowiada sie po raz setny te same historie, cytując innych czasem bezwiednie.
    W opowiadanu Borgesa kartografowie budują mapę królestwa. Aby zadośćuczynić wygurowanym oczekiwaniom powiekszają jej dokładność i szczegółowość, aż jej rozległość zaczyna być wielka jak miejsc które przedstawia. Zamiast w rzeczywistości, zaczynasz żyć w mapie. W „Bibliotece babel” życie zaklęte zostaje w słowo. Krystalicznie uporządkowane pokoje, zawierające rególarnie zapełnione regały z książkami, identycznymi z wyglądu egzemplażami czystej myśli, zawierającej każdą treść, i samo opowiadanie Borgesa, i ten blog. Są jak dwa komplementarne idee: mapa wielka jak świat i zbiór wszelkiej wiedzy którego nie da się opuscić, zgłębić lub poznać.
Obaz tych bibliotek porusza. Maja w sobie siłę, która kieruje myśli ku abstrakcji, zdają się byc głębokie, wskazują na coś poza sobą, choć same w sobie także są interesujące.
    Idee czy przedmioty, jak opisane mapa, biblioteka Babel i Biblioteka Mistrza Ultana mają dla każdego mola książkowego archetypiczny urok. Skąś bierze się siła takich pomysłów, być może z zwielokrotnienia oczekiwan aby wreszcie znaleźć tą książkę, tą właściwą, zawierającą właśnie te kilka najważniejszch zdań? A może właśnie nie, taka idea przecież byłaby dosyć trywialna. Może chodzi o fascynację metajęzykiem, metateorią, tutaj mająca namacalne przedstawienie: mapa wielka jak świat jest przecież sposobem na zapętlenie sensu jej istnienia i samego istnienia w jednym. Biblioteka z której nie mozna wyjść i jak więzien skazany sie jest na wieczne poszukiwanie drogi do wyjścia, szukanie odpowiedzi które przecież nie moga zostać znalezione, wieczne znajdywanie w ich miejsce tylko komentarzy. Samozwrotność właściwa metateoriom, metajęzykowi i cheć spojżenia w całosci na to co zawsze widzimy tylko cząstkowo: mapa zawsze ma krawądź, biblioteka skończona liczbę woluminów, pytania w końcu pozostaja nieodpowiedziane, a czasem nawet niezadane.
    Jakas siła tkwi w wielkich umysłach ludzi jak Borges czy Wolfe, że potrafią znaleźć niby proste rzeczy, i zapisać je w tak głęboki sposób. A może odwrotnie?;-)
    Jaka szkoda że Prawdziwe Biblioteki w Polsce są dostępne tylko dla niesmiertelnych…

    Jorge Luis Borges„Opowiadania” – „Biblioteka Babel”
    Umberto Eco„O Bibliotece”
    Gene Wolfe„Księga Nowego słońca”