You are currently browsing the category archive for the ‘globalizacja’ category.

W niedawnym, kolejnym odcinku Zapisków z Wakacji opublikowanych pod tytułem “Pomniki”, Stary Zgred, którego niezmiennie lubię i szanuję, napisał następujące słowa: “Tak na prawdę to raczej powinniśmy się wystrzegać pomników na których pisze „Patriota”. Różne są oblicza patriotyzmu, a niektóre powodują, że później trzeba stawiać pomniki ofiarom wojny. I żeby nie było — nawet nie zastanawiam się nad dokonaniami tej konkretnej osoby…” Wpis dotyczył tematu pomników wojennych które Zgred oglądnął we Włoszech w małym miasteczku Angera. Zapoczątkowało to pewien ruch w moim umyśle czego efektem był następujący komentarz z mojej strony – którego rozwiniętą wersją jest ten wpis.
Temat patriotyzmu i jego relacji do przemocy nie jest banalny, a choć komentarz jaki napisałem nadal mi się podoba, chciałbym jednak napisać trochę więcej. Jedyne co z wpisu starego Zgreda tu istotne to zdjęcie które podlinkowuje niżej, za co mu dziękuję, bo inaczej nie znalazłbym takiej fajnej ilustracji. W internecie, w mediach i w życiu prywatnym wielokrotnie spotykałem postawy dalece bardziej jednoznaczne. Kwestia patriotyzmu, w wpisie Wojciecha wyrażona nad grobami dawnych ofiar ludzkiego szaleństwa ma wyraźny rys refleksyjny, Wojciech pisze o “niektórych obliczach patriotyzmu”. Tymczasem wielokrotnie w kontekście współczesnym bez najmniejszej skłonności do refleksji i zniuansowania, patriotyzm osacza sie ze wszech stron jako przeżytek XIX wieku, wynalazek Fryderyka Wielkiego i Bismarcka. Wszyscy jesteśmy Ciastkami z Berlina – zdają się krzyczeć europejczycy z Polski. Co prawda Adam Małysz nadal jest Polakiem, ale w sumie jakie znaczenie ma narodowość jeśli mowa o Steve Jobbsie? W historii, z rozmaitych powodów, modne stało się podkreślać że naród to wynalazek, znienawidzonej przez Polskich historyków XXI wieku, Rewolucji Francuskiej. Spotkałem sie onegdaj ( w konflikcie edycyjnym w Wikipedii) z rozumowaniem “że pojęcie narodowości nie istniało w średniowieczu, a poza tym ojciec Kopernika był Niemcem”. Nie wiem jak było w średniowieczu – ale z sądzę, że takie rewelacje ich autor wyczytał w jakimś bardzo współczesnym, nie starszym niż 10-20 letnie, opracowaniu historycznym. Jakie to szczęście że nareszcie, po tysiącach lat zakłamań, w podręcznikach do historii piszą prawdę i tylko prawdę….
Wielu ludzi gotowych jest twierdzić że patriotyzm to przeżytek z powodów nieporównanie bardziej błahych jak śmierć milionów – który to powód przecież skłania do przemyśleń i z patriotyzmem niejaki związek jest tu dostrzegalny. W życiu codziennym wystarczy ledwie o parę procent niższy podatek, lub nieco wyższe zarobki, by całkiem spora część ludzi poczuła sie gotowa do wywrócenia do góry nogami całej swojej świadomości narodowej. Nie biznesowej. Narodowej. Wystarczy nadzieja poselskiej pensji by wykreować z niczego całe narody. Spotkałem sie także z poglądem że patriotyzm współcześnie ma wymiar czysto utylitarny gospodarczy. “Dobry patriota płaci podatki, i nie ma żadnych powodów by czuł jakikolwiek związek osobisty z pejzanem pod budką z piwem”. “Bliższy mi jest chiński uczony niż miejscowy sklepikarz” – mniej więcej taki pogląd wyczytałem na którymś blogu miłośnika nauki. Taka postawa da sie uzasadnić. Nie przeczę. Ale czy ów chiński uczony myśli podobnie i przejawia skłonność do wzajemności w tej miłości? I czy stać nas na podobna miłość bez wzajemności? Były w Polsce czasy kiedy członkowie elity nade wszystko miłowali włoszczyznę, francuszczyznę, a i obecnie przeciż nieraz lepiej od narodowej kultury znają i miłują amerykanizmy. Z faktu że stajemy sie jako społeczeństwo coraz bardziej ledwie namiętnymi konsumentami plastikowej kultury z macdonalda – wynika że stajemy się nowocześniejsi? Mądrzejsi? Czy może zaledwie podobamy się sobie? Wartości które wyznajemy sa głębsze? Prawdziwsze? Czy może po prostu będąc nikim, wydajemy się przynajmniej mieć takie same poglądy jak wszechświatowe mocarswo? Przecież nic mniejszego do nas nie pasuje, co nie? Bycie sobą w Polsce jest takie… niekomfortowe… Czy osoby wyrażające takie poglądy – naprawdę zajmuje kwestia “co o tym myśli chiński uczony”? Czy też pewną tezę, że każdy myślący człowiek na tym świecie myśli podobnie, przyjmują one za daną? I czy ktoś sprawdza tu fakty?
Chyba nie dorosłem do takiego poziomu kosmopolityzmu by nastawać w sensie ogólnym na koncepcję patriotyzmu. Bo choć nie mam wiele wspólnego z jakimiś ideologiami, rozumiem i szanuje patriotyzm, i nie uważam by słusznym było by miał zaniknąć czy okazać się szkodliwy.
Zacznijmy od sprawy postrzegania Wojen na zachodzie i w Polsce. Będzie konkretny przykład. W prasie, radio i telewizji nader często podkreśla się znaczące obniżenie napięć i pewnego rodzaju pojednanie jakie dokonało się w Europie Zachodniej po II Wojnie Światowej. Dyszący nienawiścią Niemcy i Francuzi mieli odstąpić od zadawnionych konfliktów i wspólnie zbudować Wspólnotę Węgla I Stali. Już dawno zniknęły dawne konflikty i granice, a zwyczajni ludzie spotykają się w międzynarodowym gronie czyniąc naszą, Polską, oparta na martyrologii, postawę zgoła śmieszną. Tak przynajmniej piszą w gazetach. Obawiam się że nie jest to dobre źródło informacji. W zasadzie nie jest to nawet źródło informacji…
Czytając rozmaite książki czy opinie w internecie ludzi którzy ( w mojej opinii) mają pojęcie o czym piszą wyrobiłem sobie tu pewien pogląd. Pogląd ów daje się dobrze zilustrować zdjęciem które wykonał i pokazał w swoim wpisie Stary Zgred.
- Widać różnice w liczbie ofiar – z II Wojny Światowej jest ich prawie dwa razy mniej niż z I-wszej. Nic dziwnego że dla krajów zachodu Wielka Wojna Światowa – to I Wojna Światowa. We Francji do dziś obchodzi się uroczystości jej zakończenia – o ostatnich pisała nawet Polska prasa i piała telewizja. Czy w Polsce ktoś tak robi – czy ktoś pamięta I Wojnę Światową? Obchodzimy odzyskanie niepodległości – ale nie koniec Wojny. Liczba ofiar i czas – całkowicie zmienia optykę polityki, bowiem czym innym jest konflikt który miał miejsce 60 lat temu, a czym innym taki który zaszedł lat 80. To rzutuje na oceny, emocje, postępowanie. Oczywiście zachód, egoistyczny i egotyczny jak zawsze, nie chce zrozumieć że nasza Wielka Wojna nadal w nas tkwi dokładnie tak jak w nich tkwiła swego czasu ich Wielka Wojna. Stąd wydajemy się, a pośrednio sobie samym skoro czerpiemy pojęcie o sobie z angielskojęzycznych źródeł, anachroniczni. To nie jest wynik właściwej oceny. To jest wynik pomyłki jaką popełniają na zachodzi – im się po prostu nasza Wielka Wojna myli z Ich Wielką Wojną – stąd zdziwienie że dla nas Wielka Wojna ma takie znaczenie. Stąd książka Dawiesa “Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo” http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2176 mogła mieć na zachodzie pewien posmak debunkingu. Im się po prostu nie mieści w głowie kraj w którym szklana zastawa stołowa czy obraz z 1870 roku jest czymś niezwykłym. Kraj w którym zniknęło 10% ludzi. Kraj w którym nikt nie liczył na litość a kolaboracja nie była wyborem politycznym, rodzajem błędu w wyborze jaki sie wybacza między dżentelmenami, jakaś opcją mającą wydźwięk praktyczny, ale całkowitym ześwinieniem.
- Czytałem w książce Christopher Bartlett (Addison Wesley Longmann Ltd. London) 1994) “Konflikt Globalny. Międzynarodowa rywalizacja wielkich mocarstw w latach 1880-1990″ Ossolineum 1997 obok analiz dotyczących związków między patriotyzmem, wojną i weltpolitik (http://fiksacie.wordpress.com/2012/01/05/konflikt-globalny-miedzynarodowa-rywalizacja-wielkich-mocarstw-w-latach-1880-1990-cytat/ ) nastepujący przykłąd. Oto podczas I Wojny Światowej kiedy do Europy przybyli żołnierze z USA wprawili oni Europejskich żołnierzy w zdumienie objawiając im że walczą o wolność i przeciw złu jakie niesie ze sobą Pruska/Niemiecka zawierucha. Dla nich konflikt miał wyraźny aspekt aksjologiczny, moralny. Tymczasem dla żołnierzy Europejskich było w tym czasie całkowicie jasne że po drugiej stronie znajdują się tacy sami ludzie, walczący o takie same wartości jak oni sami, zaś wszyscy sa ledwie pionkami na szachownicy w partii rozgrywanej przez polityków mocarstw.Podczas I Wojny Światowej żołnierzowi bywało trudno utożsamiać się z wolą rządów walczących imperiów, mimo że to były jego ojczyste imperia. Dla porównania – “Dzieje Dzielnego Wojaka Szwejka podczas Wojny Światowej” sa jakimś dokumentem tego stanu rzeczy, prawda?
Konstatacja z punku 2 wraz z 1 powyżej daje całkowicie inne odniesienie do wagi i roli wysiłku zbrojnego podczas wojny jakie mogły zapisać się świadomości narodów. W Polsce podczas II Wojny Światowej zginęło 10% populacji zaś na Białorusi/Ukrainie – 20-25%. Polak czy Białorusin z natury przeznaczeni byli przez faszystów do eksterminacji podczas gdy Francuz czy Włoch – w każdym wypadku ponosili pewne niedogodności – brak cukru w obozie jenieckim czy przekleństwa strażników. Niemal do końca wojny koncepcja Obozów Zagłady nie mieściła się na zachodzie nikomu w głowie, a i dziś znaczeni wygodniej byłoby stwierdzić że były to obozy faszystowskie, a nie prowadzone przez legalne państwo niemieckie. Podczas I Wojny Światowej żołnierze przeciwnych stron, zmęczeni absurdalną walką zagrali z swoimi wrogami w piłkę nożną na linii frontu i śpiewali razem, na głosy kolędy, wychodząc z okopów i organizują wspólna wigilię co stało się zresztą tematem przeboju Paula McCartneya. Sytuacje takie nie był jednostkowe, zaś trauma po zakończeniu wojny przejawiała się w powszechnym przekonaniu że było to szaleństwo. Tolkien pisał “Władzcę Pierścieni” dedykując postać wiernego Sama swoim plebejskim towarzyszom broni – statystom w teatrze śmierci którego cele pozostają dla nich trudne do ogarnięcia, ale którzy wypełniają swoje zobowiązania przyjaźni z oddanem psa. I to przekonanie na zachodzie zostało ugruntowane. Jesli Wojna Mocarstw, rozpoczęta w wyniku działań dyplomatów ponad głowami ludzi, była szaleństwem, to zwycięstwo miało być ostateczne, klęska Niemiec definitywna a Wielka Wojna – miała być ostatnia. Zwycięzcy zdeptali więc przeciwników zapominając wygodnie o swoim politycznym udziale w hekaombie. I połozono podstawy nastepnego konfliktu.
Wobec wzrostu potęgi faszyzmu, zachód bynajmniej nie zachowywał się jak nieprzejednany przeciwnik. Koncepcje że najlepiej byłoby gdyby Hitler i Stalin załatwili sprawy pomiędzy sobą były przed wojną na zachodzie powszechne. Polskę uznawano za wichrzyciela, skoro racjonalnemu i rzetelnemu politykowi odmawiała ledwie korytarza transportowego do niemieckiego miasta Danzig i Prus. Przez wiele lat po I Wojnie ignorowano dyplomatyczne anonse Rosji bolszewickiej która chciała zyskać uznanie jako legalne państwo Europejskie – spadkobierca prawny i militarny Rosyjskiego Imperium Carów. W sensie cywilizacyjnym była to przecież ledwie zmiana władzy bez jakichkolwiek zmian w koncepcjach geopolitycznych. Rosja bolszewicka nie miałą zamiarów ani środków podbijać Europy jak się nam to zwykle przedstawia. Imperium w wypadku Polski siegało po tereny ktore od czasów zaborów czyli od 200 lat byly pod jego jurysdykcją. Co innego zrobilismy zajmując swego czasu Zaolzie? Kiedy było już bardzo gorąco Stalin, na którego współpracy w sojuszach przeciw Hitlerowi zaczęło gwałtownie Francji zależeć, mówił że nie zgadza się by “zachód rękami Rosji wyciągał kasztany z ognia” ( za “Białe plamy-czarne plamy: sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach 1918-2008″ Autorzy Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych ). Oczywiście dziś w Polsce nie znajdziemy wiele osób które publicznie odważyłby się na taką obiektywną optykę, stąd pogląd taki – wyrażany zresztą także na zachodzie – wydaje nam się zgoła antypolski. Z faktu że tak go odbieramy, nie wynika jednoznacznie że takim jest. II Wojna Światowa dla zachodu to konflikt który nieledwie rozegrał się gdzieś daleko i dotyczył jakichś nieistotnych spraw. W zasadzie tylko jedna z nich obecnie ma jakieś znaczenie – Holocaust, ale to już sprawa Polskiego antysemityzmu. No i rozliczeń na które musi zdobyć się – oczywiście – naród Polski. Fakt że z 6 milionów wymordowanych Żydów, 3 miliony było Polakami – zdaje się nie docierać do zachodniej świadomości.
Optyka kosmopolityzmu, braterstwa, w wypadku ludzi których wysiłek wojenny sprowadzał sie często do braków w zaopatrzeniu jest znacznie łatwiejsza i tańsza iż w wypadku narodów które poniosły milionowe straty… Inna też jest cena życia ludzkiego kiedy giną setki/tysiące rocznie a inna kiedy giną tysiące w ciągu dni a rocznie – miliony. I inna jest pamięć gdy żyją jeszcze ludzie którzy widzieli na własne oczy okropności o jakich zachód ledwie ma pojęcie.
Uważam żę przyjmowanie zachodniej optyki w odniesieniu do Wojny – zwłaszcza II wojny Światowej – jest w wypadku Polaków – wielką głupotą. Usankcjonowaną zwyczajem nowych czasów ( nawet książki tłumaczone z angielskiego zachowują walory wyższego autorytetu) – ale głupota. Łączenie zaś tych spraw z patriotyzmem jest juz jakimś całkowitym nieporozumieniem.
W wielu wypadkach zbrodnie wojenne jakich dopuszczali sie Niemcy podczas II Wojny Światowej zostały dokładnie opisane, i mamy wgląd nie tylko w dokumentacje przestępstwa ale znamy także wspomnienia i opinie zbrodniarzy. Pewien motyw pojawia się w nich w bardzo charakterystyczny i powtarzalny sposób. Jest nim poczucie obowiązku. “Dlaczego Pan nie pomógł?”, “Dlaczego zakatował Pan na śmierć ta kobietę?”, “Dlaczego brak było ludzkich odruchów na widok śmierci dziecka?”. “Z powodu poczucia obowiązku“. “Wydawało mi się że robię to co do mnie należy”. To nie jest tanie wyjaśnienie. Kto mógłby sądzić że do jego obowiązków zawodowych należy głodzenie ludzi? Jakie wartości wyznaje taki człowiek? Wstrząsająca prawda jest taka że absolutne zło – jest absolutnie banalne. Nie przejawia się w tym czego pełne są filmy fabularno-przygodowe – nie jest wynikiem działania zdegenerowanych monstrów dyszących smrodem i szukających sobie ofiary. Ci mordercy nie są narkomanami, zwyrodnialcami ani żadną z postaci jaką chętnie widzielibyśmy w tym miejscu. Sa tacy jak my. Ich zło jest wynikiem działania procedur. Codziennych drobnych czynności – nadawania numerów ofiarom, golenia im włosów, wydzielania głodowych racji żywnościowych, braku pomocy medycznej z powodu organizacji działań wymierzonych na eksterminacje. Czasami ich motywacja to zemsta – na froncie zginął czyjś syn, brat. Ale na froncie w istocie ginie niewielu. A eksterminacja wymaga wielu – urzędników, buchalterów, strażników. I to oni, całkowicie zwykli ludzie, budują nieludzkie zło. Kroczek za kroczkiem. Nawet nieznaczącymi faktami. Sprawna organizacja i zastraszanie działa tak, ze wszyscy wszystkich trzymają w szachu. A oszustwo podczas ważenia racji żywnościowych – urasta do bohaterstwa. Czy można od człowieka wymagać by był bohaterem? To samo możemy powiedzieć o tym co działo się w byłej Jugosławii, Ruandzie, w innych zakątkach świata. Jeśli eksterminacja miała charakter planowany – była banalna. Była jak organizacja przedsiębiorstwa. Jak biznes – ze swoimi rachunkami opłacalności i wyliczaniem oszczędności jakie daje zastosowanie gazu zamiast broni palnej. Poczucie obowiązku.
Czyżbyśmy zatem słyszeli że poczucie obowiązku jest czymś złym? A tego nikt nie twierdzi! Obarczamy winą patriotyzm ( który można rozumieć na bardzo wiele sposobów) ale już nie banalne wypełniane swojej roli społecznej bez doceniania konsekwencji swych działań 9 co także dopuszcza wiele interpretacji i niuansów). Dlaczego? Dlaczego patriotyzm miałby być czymś w oczywisty sposób złym i prowadzić do zbrodni, podczas gdy posłuszeństwo i wypełnianie zobowiązań – miałoby być niewinnym działaniem?
Działania jakich dopuszcza się człowiek, w pracy, na wojnie, w miłości i w pokoju mają bardzo złożone motywacje. Nie przypuszczam by patriotyzm, był bardziej groźny od zwykłej dokładności i obowiązkowości. Jest nam tylko wygodnie tak o tym myśleć. Działa tu mechanizm kozła ofiarnego – nie dosyć że znajdujemy winnego to jeszcze jest to coś co nam się opłaca obwiniać. Bo zrezygnować z patriotyzmu – to niekłopotliwe – wystarczy przywiązanie do społeczności, narodu, miejsca urodzenia i języka matki – zastąpić po prostu miłością własną. “Polska nic mnie nie obchodzi, liczę się tylko ja i moja rodzina”. Zaś powiedzieć “Będę wykonywał obowiązki tylko o tyle o ile jest zgodne to z moimi zasadami moralnymi” jest działaniem bardzo, ale to bardzo złożonym i skomplikowanym. I przede wszystkim trzeba by te zasady mieć….
PAUzaniasz Lacedemończyk
styczeń 2011

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się co łączy następujące zagadnienia:
- pozwolenie na uprawy GMO w Polsce
- ACTA
- Reforma Emerytalna
- Reforma Balcerowicza
i w zasadzie niemal wszystkie pozostałe działania rządów w Polsce po 1989 roku? Są to bardzo różne sprawy, kompletnie odstające od siebie zagadnienia. Rzeczy które dotyczą różnych dziedzin wiedzy, działań i obszarów społecznych. Każdy z tych obszarów można uznać za związany z szczególną wiedzą specjalistyczną, ekspercką, a sa to obszary rozłączne. Na przykład w wypadku roślin GMO i ich uprawy w Polsce to temat z pogranicza ekonomii rolnictwa i przemysłu żywnościowego, zaś ACTA to temat z dziedziny zarządzania innowacyjnością, gospodarką i przemysłem. Reforma emerytalna to zagadnienie z zakresu demografii i gospodarki. Reforma Balcerowicza zaś wydaje się być związana głównie z kwestiami społecznymi i politycznymi.
Przyjrzyjmy sie przykładom, komentując te które sa mniej oczywiste lub znane (niecierpliwi mogą pominąć czytanie przykładów – choć ten o GMO, pod wpisem o ACTA, jest unikalny w Polskim piśmiennictwie ;-) i skoczyć do słowa Konkluzje, na dole wpisu).
Oto w dyskusjach rządowych ACTA okazuje się być porozumieniem dotyczącym kradzieży, a nie ochrony własności gospodarczej która powinna przynosić zyski. Oczywiście o tym kontekście wspomina się – jednak słabo i głównie w rozmowach prywatnych. Oficjalnie – chodzi o zasadę “nie kradnij”. Gdyby jednak odwrócić optykę i zacząć rozmawiać o interesach – a wydaje sie że przyjęcie umowy międzynarodowej powinno taki aspekt uwzględniać – naturalnym jest pytanie czyje mają być te zyski? Czy nam sie ACTA opłaca? Nam czyli komu? Być może dla rządu ważnym aspektem sprawy jest utrzymanie łaski uświęcającej po ostatniej spowiedzi – od czasu jak okazało sie że prezes NBP odmawia w pracy godzinki, żadna niekompetencja mnie już w polityce nie zdziwi. Jednak dla reszty z nas – być może tej upadłej moralnie, pytanie “czy nam sie ACTA opłaci?” wydaje sie być ważne. Jak wiadomo “Narody nie mają uczuć tylko interesy”. Oczywiście dziś już wiemy, że w sprawie ACTA na polski rząd naciskała ambasada USA. Nic dziwnego że rząd jak ognia unikał rzeczowej dyskusji, w jej miejsce apelując do indywidualnego poczucia moralności. Domyślam się że premier i ZAIKS robił co mógł, dwoił się i troił by na spotkaniu pojawili sie “okradzeni” ze swojej własności emerytowani piosenkarze. W pospiechu znaleziono takiego ( zmuszono?) który sam miał problemy z rozpoznaniem własności, tyle że oprogramowania. Oczywiście fakt że doszło do ugody nie ma związku z tematem, a piosenkarz podczas kontaktów z BSA mógł poznać jacy to mili ludzie i to sprawiło że przekonał sie do znaczenia własności intelektualnej. Problem jednak w tym, ze ACTA nie dotyczy piosenkarzy, a raczej nie tylko ich. Dotyczy przemysłu. Uwaga społeczna została skupiona na kwestiach związanych z moralnością i prywatnością, podczas gdy realnym sensem ustawy jest niemal wyłącznie, już nawet nie tyle ochrona zagrożonych interesów amerykańskiego przemysłu, ale wręcz powiększenie jego wpływu na gospodarkę do niebotycznych rozmiarów. W myśl ACTA – korporacje uzyskiwałby de facto możliwości jak służby specjalne ( dostęp do danych obywateli na podstawie domniemanie popełnienia wykroczenia). Możliwości te zapewne zostałyby użyte nie tylko przeciw osobom prywatnym w celu ukrócenia powiedzmy wymiany plików multimedialnych, ale należy przypuszczać głownie do likwidacji konkurencji rynkowej przez długotrwałe i kosztowne procesy w których domniemana konkurencja musiałaby udowadniać żę nie jest wielbłądem ( w powództwie prywatnym a o otwarciu tu takiej drogi mówimy, nie obowiązuje zasada domniemania niewinności). Był to więc nie tyle skok na “piratów” ale skok na cały system gospodarczy której celem było otwarcie efektywnej metody kontroli całych segmentów rynku przez wielkie korporacje. .
Debata nad pozwoleniem dla upraw GMO w Polsce odbywa się w ramach polaryzacji poglądów. “Wierzę w naukę” vs “naukowcy to kłamcy”. Powszechnie animuje sie dyskusję tak jakby chodziło o to czy żywność GMO jest szkodliwa czy nie. Zwolennicy GMO starają się tu wygrywać argument że współcześnie żywność i tak pochodzi z produkcji przemysłowej. W konieczny sposób nie jest to żywność “z prywatnego ogródka hodowana na kupie od krówki” ale żywność przemysłowa, jabłka z wielkich i opryskiwanych upraw, pomidory z hektarów szklarni itp. Tymczasem zezwolenie na uprawy GMO w Polsce nie ma nic wspólnego z tym czy żywność przemysłowa jest zdrowa czy nie. Nie chodzi także o to czy GMO szkodzi czy nie. Od tego sa regulacje i sanepid (cha, cha..). Nawet jeśli ta czy inna odmiana GMO szkodzi, lub stosuje się przy jej uprawie nadmiarowo pestycyd, całkiem podobnie rzeczy mogą się mieć z klasyczną żywnością przemysłową. Nie ma zatem żadnego sensu sprowadzać debaty nad GMO vs. żywność klasyczna do tych tematów skoro praktycznie sie one nie różnią, a konstatacja taka nie jest ani poparciem ani wadą żywności GMO. Co więcej – można mieć pewną nadzieję, ze żywność GMO co do zasady może być zaprojektowana tak by była bezpieczna, a wręcz może bezpieczniejsza niż żywność tradycyjna – z tym że w obecnym modelu biznesowym wydaje się to nie być możliwe od osiągnięcia, zwłaszcza w Polsce ( bo możemy Monsanto nagwizdać, a nie zniszczyć kontrolą sanepidu cha, cha) . Problem zatem nie w tym czy badania naukowe sa wolne czy sponsorowane, czy nauka kłamie cz nie kłamie, ale raczej czy nam się GMO opłaca czy nie i czy potrafimy rynek GMO objąć skuteczną kontrolą państwową. Czy umiemy oszacować koszty społeczne, ekologiczne i gospodarcze wprowadzenia GMO do Polski i jak ten szacunek wypada. Z analiz dostępnych danych wynika że wypada kiepsko. Z opracowania dostępnego tu, wynika, że zysk z upraw GMO w Hiszpanii wynosi od -1.3% do 12% w zależności od regionu, przy czym koszt nasion jest o 40% większy niż w wypadku upraw tradycyjnych. Podnosi sie argumenty że nasiona GMO sa lepszej jakości i bardziej płodne – zwróćmy jednak uwagę na owa różnicę w cenie – 40%. Można zasadnie pytać – czy podnosząc wymagania co do nasion tradycyjnych aż do poziomu wzrostu ceny o 40% – w drodze całkowicie klasycznej selekcji materiału siewnego – nie uzyskamy poprawienia jakości nasion i wzrostu ich płodności? Tymczasem stosując GMO za cenę niewielkich zysków, podnosimy znacząco bo o połowę koszty rozpoczęcia uprawy. Optymistycznie: „The yield advantage of Bt over conventional maize ranges from 12,1% in 2002 to 11,6% in 2004.” zaś pesymistycznie: „The yield advantage of Bt over conventional maize ranged from -1.3% in 2003 to 1.8% in 2002 and 2004.””. 12% hipotetycznego zysku w najlepszym przypadku nie uzasadnia ponoszenia ryzyka ewentualnych problemów, a zwłaszcza otwarcia rynku nasienniczego dla wielkich korporacji międzynarodowych – czyli de facto jego oligopolizacji. Koszty takiej oligopolizacji czy może monopolizacji przekraczają jakikolwiek zyski które możemy na GMO osiągnąć. Co więcej – i tak 2/3 polskiego rynku pasz – a tam głównie jest stosowane GMO – jest związane z importem. Produkujemy tylko 1/3 stosowanych pasz – zatem wprowadzenie GMO najpewniej nie zmieni żadnych relacji cenowych na rynku wewnętrznym. Widać wyraźnie że argumenty ekonomiczne sugerują niewielką zyskowność (-1.3% – 12% – średnia będzie około 10 % ) przy sporym ryzyku utraty kontroli nad rynkiem nasion ( skoro nasiona GMO sa opatentowane i kontrolowane w całości przez podmioty prywatne, a przy tym jałowe). W jednym z opracowań przygotowanych przez polskich lobbystów GMO – producentów kukurydzy – spotkałem się ze stwierdzeniem że stosowanie GMO powoduje nawet ponad 25% wzrost płodności. Czyżby “ekspert od uprawy kukurydzy” nie znał oficjalnego opracowania UE na temat uprawy GMO w Hiszpanii które linkuje powyżej? Zwrócę uwagę że polski lobbysta nie podał źródła z którego zaczerpnął swoje wierzenia, natomiast raport powyższy zawiera tzw. twarde, rzeczywiste dane. I to bardzo przyjemnie i przejrzyście opracowane. Czyżby można stąd wysnuć wniosek, że UE nie jest aż taką skażoną lobbyingiem, niekompetencją i marionetkową organizacją jak nam się wydaje kiedy ekstrapolujemy rodzime Polskie, doświadczenia z PoPiS na grunt Europejski? Co ważniejsze, z być może nieracjonalnych powodów, co jest w sumie bez znaczenia, większość konsumentów żywności GMO sobie nie życzy. Zatem gdyby spojrzeć na kwestie gospodarcze, ekonomiczne i społeczne – GMO nam się może nie opłacić także i z powodów czysto rynkowych. Zgadzam sie tu z ekologami ( choć z zupełnie innych powodów niż wyznawane przez nich poglądy) że dla Polskiej żywności znacznie większa szansa wydaje się byc postawieni na jej wysoka jakość i naturalne pochodzenie – w tej dziedzinie bowiem w Europie nie ma kraju który obecnie mógłby nas prześcignąć. Mamy spory potencjał sadowniczy, jesteśmy jednym z większych producentów jarzyn i owoców. Oczywiście dla rządu – to bez znaczenia – liczy się spór o imponderabilia – czy nauka mówi kłamie i GMO szkodzi czy tez nauka mówi prawdę i nie szkodzi. Tylko taką optykę debaty społecznej sa w stanie przyjąć media, prezydent i ministerstwo rolnictwa. Tak jakbyśmy musieli w kraju dyskutując o tym zagadnieniu przejść fazę dyskusji którą na zachodzie w zasadzie zakończono ze 20 lat temu u zarania genetyki – bowiem rzecz nie tkwi w ogólnych zasadach genetyki i w ocenie ogólnych zasad jej bezpiecznego stosowania jak nam się przedstawia. Rzecz tkwi w istniejących praktykach biznesowych. W technologii przemysłowej. Nie w kwestiach abstrakcyjnego sporu naukowego. Używam zwykle tu przykładu: rynek samochodowy jest szkodliwy bo samochód może zabić. Jak się zapali benzyna. Co to zmienia w temacie biznesu automotive? I czy oznacza to że producenci samochodów – jeśli dowiodą że samochód się nie zapala – mogą już robić cokolwiek im sie podoba? Tak jakby docelowy wniosek brzmiał – “jak nie szkodzi – możemy uwalić całe nasze rolnictwo i zniszczyć markę naturalnej żywności z Polski – w celu” … bez celu. A może za 3 lata okaże się że prawdziwym celem była posadka dla Palaka w jakiejś komisji ONZ do spraw żywności która kupi mu Monsanto? Wprowadzając GMO poprawimy sobie zaledwie 1/3 rynku pasz o 10%. Nie lepiej po prostu zrezygnować całkowicie z produkcji pasz i wszystko importować? Wyjdzie taniej, w miejsce kukurydzy na pasze posadzimy najpiękniejsze i najzdrowsze – przemysłowe – jabłka w Europie. Może to bzdura – ale chciałbym zobaczyć Polski raport ekspertów który to udowodni odwołując sie do danych.
Reforma emerytalna to największy szwindel obecnie panującej ekipy. Ekipy która jak w starożytnym Egipcie opiera swoją legitymację do władzy na budowie piramid, świątyń i Euro 2012. To oczywiście dobrze że rozbabrano budowę pewnej liczby autostrad. Smuci jednak fakt że w państwie tak rzekomo wielkiego sukcesu gospodarczego te budowy trzeba było rozbabrać za cudze pieniądze. Czyżby żaden z silnych i we wzorowej kondycji finansowej banków w Polsce nie zechciał kredytować tak zyskownej inwestycji jak budowa płatnej autostrady? Zadłużenie kraju jest olbrzymie, rząd nie jest w stanie prowadzić elementarnych działań. W pobliskiej do Żywca Łękawicy samorząd zadecydował o likwidacji jedynej państwowej szkoły w miejscowości. Oczywiście powodem jest niż demograficzny a co za tym idzie rosnące koszty. Dzieciom i ich rodzicom zaproponowano dojazdy do odleglejszych placówek. Rodzice podnieśli protest, jedyne co udało się uzyskać to przekazanie szkoły w zarząd prywatnych fundacji – rodzice będą utrzymywali szkoły z własnych pieniędzy. Z gotówki. Tak oto w XXI wieku w małej miejscowości, ludzie którzy płaca podatki nie otrzymają tego za co płacą. Podatki płacić trzeba, a oszustwa podatkowe wg. oficjalnych ekspertyz profesorów od ekonomii sa grzechem (z tym że rodzina ministra finansów ma dyspensę i jej wolno). Ma jednak wrażenie że sens łożenia na państwo tkwi w przezorności takich działań i ich długofalowej zyskowności. I wbrew temu co uczą na polskich uczelniach ekonomicznych – nie mam tu na myśli inwestycji w życie wieczne. Tymczasem państwo obywatelskie, likwidując szkoły, żłobki i biblioteki zanika, rezerwując sobie już niemal wyłącznie tylko rolę machiny represji. No, pozostaje jeszcze kultura wysoka – w telewizorni Tusk i reszta ekipy zaśpiewają nam “Spoko koko”. Bardzo kompetentna władza. Oczywiście związek tego faktu ze zwolnieniem UEFA od płacenia podatków i to na okrągły rok, jest czysto przypadkowy. Rostowski który potrafi w innych okolicznościach pokazać zależność między deficytem finansów państwa a rozrzutnością biblioteki prowadzonej przez jedną osobę we wsi, zarazem jest ślepy nie tylko na fakt że UEFA nie zapłaci ani grosza podatku w Polsce. Rostowski – jako ekonomista – zwalniając UEFA od podatku – oparł się na ponoć na tradycji, zwyczaju. Takiej odwiecznej tradycji naszych czasów – “UEFA nigdy nie płaci podatków”. Super. Nawet komuna tego nie wymyśliła – mieliśmy zaledwie niematerialną tradycyjną przyjaźń Polsko Radziecką. Coś mnie ominęło – czy mogę odmówić zapłacenia podatku PIT bo taki mam zwyczaj? Na dodatek dzielny niezmordowany minister finansów nawet do niedawna nie byl w stanie sprawnie przedstawić jakie są obecnie koszty Euro2012 i czy trzymamy sie wcześniejszych przepowiedni budujących wiarę że wyjdziemy na swoje. W zasadzie można przypuszczać ze żaden taki dokument – harmonogram inwestycji – nie istniał. Fajny specjalista od pieniędzy – wysymulował jak zrobić by zarobić, ale nie kontroluje czy wydajemy kasę według tego planu. Do pewnego stopnia rzutuje to na wiedzę co do wiary Rostowskiego we własne symulacje… A to tylko wierzchołek góry lodowej. Z interpelacji poselskiej z 2009 roku można się było dowiedzieć że 5 największych sieci handlowych w kraju – łącznie – czyli w sumie – zapłaciła podatek o takiej wysokości jaki powinna zapłacić każda z nich z osobna – gdyby podatki wynosiły 19%. Można to ująć inaczej – statystycznie każda z tych sieci zapłaciła podatek w wysokości 1/5 tego co mogłoby wynikać z informacji o obrotach i typowej rentowności na rynku handlu detalicznego. Po prostu – sieci handlowe jak Tesco czy Biedronka są rażąco źle zarządzane i mają bardzo niską rentowność a wysokie koszty. Acha – no i inwestują w drogie, nowoczesne technologie które kupują zapewne od spółki matki… Oczywiście wysokość podatku jest naliczona zgodnie z prawem i bez wzbudzania niepokoju i tak zapracowanego ściganiem drobnych sklepikarzy fiskusa. Co charakterystyczne ministerstwo nie podało informacji o wysokości podatków płaconych przez te spółki w rozbiciu. Z uwagi na tajemnicę podatkowa? A może nie uważa za celowe posiadania tego typu zestawień? Czy nie byłoby fajnie zobaczyć na stronach ministerstwa on line informacji które firmy płaca jaki podatek? I ile to jest w stosunku do zysków, przy założeniu średniej rentowności dla branży? Cóż – wymagałoby to przetargu i miliardów dolarów inwestycji w infrastrukturę serwerów, zaś dałoby niewielkie zyski, słusznie minister zwraca uwagę ku bardziej racjonalnemu wydawaniu pieniędzy. Na przykład na Euro 2012… W ramach racjonalizacji wydatków zatem Polska ma najniższą w Europie dostępność do lekarza na 100 tysięcy pacjentów. Ale NFZ notuje co roku nadwyżki finansowe. Mamy jeden z najwyższych w Europie indeksów Giniego, przy czym zarobki mamy jedne z najniższych co także ma znaczenie bo czym innym sa nierówności w Anglii gdzie nie ma biedy a czym innym w Polsce gdzie bieda dotyka 30% społeczeństwa. Są środowiska w których bieda staje się dziedziczna. Co sami eksperci którzy nie wiedzą ile podatku powinno zapłacić Tesco – nie mają najmniejszych wątpliwości że powodem bezrobocia jest niska aktywność tych którzy nie mają pracy – słowem – za dobrze im na garnuszku. Łatwiej bowiem poznać dokładnie życie 2 milionów ludzi niż skontrolować jedną firmę handlowa.Tymczasem rosną koszty życia – rząd nawet nie ukrywa swojej motywacji – 60% ceny paliw to przecież akcyza – by za pomocą wzrostu podatków i innych obciążeń jak VAT obciążających wszelkie elementy infrastruktury i żywność, finansować rozdęty aparat biurokratyczny. Polscy emigranci którzy żyją obecnie w Wielkiej Brytanii i Irlandii sa tam obecnie najpłodniejszymi mniejszościami narodowymi. Polacy żyjący w Anglii i Irlandii czasami wobec kryzysu w tych krajach, nawet z zasiłków, a już co do zasad wykonując tam raczej proste prace, chcą mieć i mają więcej dzieci niż w Polsce gdzie dzietność jest mniejsza obecnie niż w Chinach. W których nadmiarowe dzieci się zwyczajowo zabija. Tak oto dochodzimy do demografii. W takiej sytuacji pojawia sie koncepcja zrabowania ludziom oszczędności ich życia a to za pomocą odczekania z wypłatą należnej im emerytury aż umrą. Minister na antenie radia bez ogródek wyjaśnia prostaczkom ze tak sie właśnie sprawy mają. W jego opinii – jest to konieczność, jako minister finansów nic innego zrobić bowiem nie potrafi. Oczywiście znamy takie praktyki – tak postępuje większość prywatnych ubezpieczycieli – zasłużenie pracując na opinię oszukańczej branży. Czy Państwo jest jednak przedsiębiorstwem nastawionym na zysk? Jak wyjaśnia znany ekonomista Piotr Kuczyński – dzieje się tak z powodów czysto koniunkturalnych, związanych z chwilowym nastawieniem spekulantów ( radzę odszukać inne opinie Kuczyńskeigo na ten temat, publikowane np. w wyborczej). W skrócie chodzi o to ze dawno temu ktoś pożyczył nam pieniądze, a my w zamian wystawiliśmy weksle ( obligacje), którymi obecnie handluje sie na wolnym rynku. Właścicielem tych weksli jest obecnie ktoś zupełnie bez związku z naszym dawnym wierzycielem, ktoś kto zamierza je sprzedać w ciągu nadchodzących liku tygodni jeśli nie dni. Osoba ta ( oczywiście najpewniej nie jest to konkretny człowiek, raczej niewielki zbiór instytucji finansowych) chce by w momencie kiedy weksle będzie sprzedawać ich cena była dla niej korzystna. Zwraca sie zatem do Rostowskiego, a ten natychmiast ogłasza że ludzie będą pracować do 67 roku życia. Uzasadnienie? Czy można oczekiwać że profesor ekonomii uzasadni swoją decyzję dotyczącą bądź co bądź 39 milionów ludzi? Nie należy tego oczekiwać – bo i jak można uzasadnić postępowanie które wykonuje się zwyczajnie na prośbę czy z powodu nacisków spekulantów? Zwrócimy uwagę na kolejność – w ekspose rząd ogłasza że jeśli instytucje finansowe prowokujące kryzys finansowy na nasz kraj dostatecznie mocno by spowodować problemy finansów wewnętrznych rząd nie cofnie się przed obciążeniem społeczeństwa kosztami takich nacisków. jest to tzw. plan pesymistyczny – jedyny jaki ktokolwiek znający tzw. rynki finansowe bierze pod uwagę. Czego bowiem się spodziewać od socjopatów nastawionych na zyski kiedy ktoś ogłasza że spełni nawet wygórowane ich żądania? Następnie premier wspomina o nadchodzącej reformie systemu emerytalnego. Następnie reforma zostaje ogłoszona zaś parlament zajmuje się jej przegłosowaniem. Minister poszukuje argumentów dlaczego jest ona konieczna. Zamiast tego na razie słyszymy banialuki o “trosce o bezpieczeństwo socjalne emerytów” oraz obawy o to że na rynku pracy braknie pracowników za… 20 lat. Prezydentowi nieostrożnie wyrywa sie uwaga o koncepcji otwarcia granic dla pracowników zza wschodniej granicy – widać lobbyści już pracują – i to przy bezrobociu na poziomie 13%. Obawiam się że pan profesor przygotuje co prawa kilka reklam w telewizji, a może nawet zaśpiewa “Spoko koko”, ale wyliczeń że nam się opłaci pracować do 67 roku życia nie dostaniemy. Podobnie jak lepszej opieki medycznej kiedy już będziemy musieli pracować o lasce.Być moze przystąpienie do Open Government coś by tu mogło zmienić, ale rząd musi się najpierw z otwartości całkowicie wycofać, oczywiśce po to by wziąć lepszy rozbieg…
Na temat planu Balcerowicza nie będę się rozwodził – sprawa jest znana – wykiwano nas z kretesem, a tylko ogólnej ciemnocie, brakom wiedzy ekonomicznej, wiedzy o świecie i manipulacji mediów, należy przypisać że postrzegamy wprowadzenie owego planu jako manichejską walkę o wolność i demokrację. W istocie była ona bowiem wyprzedaż majątku i zniszczeniem rodzimego przemysłu, za co dziś płacimy wysokim bezrobociem i dostępnością tylko prac dla ludzi nisko wykwalifikowanych. Plan Balcerowicza był przede wszystkim działaniem ad hoc, bez wiedzy, umiaru i wnikliwych analiz, działaniem bez jakiejkolwiek kontroli, ładu i składu. Dowodzą tego niedawno opublikowane dokumenty – książki nadal lezą w księgarniach. Dosyć wspomnieć żę “plan Balcerowicza” nie spełnił niemal żadnych zakładanych przez jego frontmanów prognoz, poza bodaj jednie zduszeniem inflacji. To niby niemało, ale do genialności – sporo brak. Nic zatem dziwnego że kiedy brak rzeczowych argumentów i wyników potwierdzających sukces – okazuje sie jedynym celem od początku była walka z siłami ciemności i powrót to pradawnego dziewictwa i niepokalania Wolnego Rynku. Proszę spojrzeć – podnoszony czasem argument że sukces polega na tym iz w sklepach sa telewizory i samochody z zachodu jest dowodem klęski – sukcesem byłoby gdyby były to telewizory samochody Polskie. Na współczesnym etapie rozwoju kapitalizmu problemem jest nie brak dóbr ale ich nadprodukcja, zatem nie dosyć że mnogość dóbr nie świadczy o sukcesie gospodarczym, to wręcz obnaża kompletną nieznajomość ekonomii i świata u tych którzy takiego argumentu używają. Pamiętam całe wieczory spędzone na burzliwych dyskusjach z moim ojcem – który ukończył ledwie podstawówkę i późniejszą naukę zawodu. Broniłem Polskich przemian – ojciec mówił to co teraz wiem. Nawet jeśli Balcerowicz działał w dobrej wierze ( a sposób jego działania, np. unikanie upowszechniania prawdziwych informacji i doktrynerskie nastawienie mogą budzić wątpliwości ) nie zrealizował nic co można by nazwać Polskim interesem. Tak jak dziś to oceniam – być może ledwie udało mu sie nas nie pozabijać.
Konkluzja. Co zatem wspólnego w tych wszystkich przypadkach mamy? Otóż wydaje się iż można dowodzić iż we wszystkich przedstawionych tu przykładach, a także w dziesiątkach innych skandali jakie przetaczały się i nie, przez media, cechą charakterystyczną jest jakikolwiek brak rzeczowego dialogu społecznego, ba, takie manipulowanie tym dialogiem by powstał konflikt światopoglądowy, ukrywający faktyczne znaczenie konfliktu, zwykle ekonomicznego. We wszystkich wypadkach ludzie którzy określają się jako demokraci, przynależni do obozu wolnościowego, akcentujący otwartość i pochwałę nowoczesności – sprawując władzę narzucają ludziom swoje postępowanie i unikają wyjaśnień. Słowem – w Polskiej polityce zamiast rzeczowej dyskusji i decyzji opartych na faktach, mamy dyskusje o dupie Maryny i moralności. Zarządzanie kryzysem za pomocą socjotechniki, zamiast demokracji. Zakłady bliskie upadłości i nie mające istotnych przewag rynkowych – nie podlegają prywatyzowaniu – bo nikt ich nie che kupić. Zakłady które da sie sprzedać – niejednokrotnie – choć oczywiście nie zawsze – można i należy utrzymać jako państwowe. Nie ma żadnego standardu światowego w tej materii. W państwach rozwiniętych występują państwowe zakłady przemysłowe by wspomnieć niedawna jeszcze sytuację Nokii która została sprzedana po tym jak zaczęła tracić przewagę technologiczną, a nie kiedy przynosiła zyski, czy to że w Norwegii 80% rynku wydobywczego kontroluje państwo. Każdy kto chce nam wmówić zę prywatyzacja kopalni, huty, poluzowanie regulacji podatkowych czy ograniczeń chroniących miejscowy przemysł jest działaniem zmierzającym do powrotu do normalności w walce ze złem komunizmu – jest najpewniej oszustem, i to bez związku z jakimikolwiek argumentami ekonomicznymi dotyczącymi tych działań. Bo żadna taka normalność nie istnieje i nigdy nie istniała w nowoczesnym świecie. Podobnie osoba twierdząca że jedynym źródłem poprawy finansów państwa jest kieszeń obywatela, zwłaszcza biednego. Podobnie ktoś kto stara się dowodzić że dzięki bogatym, biedni mają pracę. Pieniądze jednego Kulczyka znaczą dla gospodarki dokładnie tyle samo co pieniądze tysięcy Kowalskich – i jeśli państwo jest dobrze rządzone – siła ekonomiczna bogatych Kowalskich aktywizuje więcej niż nawet kilkunastu Kulczyków. Ford podnosił zarobki robotnikom by kupowali jego samochody. I odniósł sukces w kraju pogrążonym w kryzysie. Nie można nazwać dobrym gospodarzem kogoś kto z jednej strony twierdzi zę mamy braki w finansach publicznych, a z drugiej urządza wystawne imprezy na nasz koszt nie kontrolując wydatków. Ktoś taki jest manipulantem który zamiast przedstawić rachunek ekonomiczny w którym wykaże co zyskamy, przeprowadził ów rachunek po cichu i doskonale wie co chce osiągnąć i ile zysku zostanie podzielone – z wyłączeniem nas. Społeczeństwa kraju który popadł w srogi problem. Publicznie zaś prezentuje swoje decyzje jako “przywracające święty porzadek rzeczy”. Żyjemy bowiem w imitacji demokracji rządzonej w pozakulisowych porozumieniach pomiędzy grupami skorumpowanych polityków a wielkim biznesem. Nawet pewien procent uczciwych ludzi przy władzy nie jest tu w stanie zmienić zasadniczej wymowy faktów. Ba! Część ludzi o których mowa zapewne wręcz wierzy że ich działania są dobre i sensowne – a jest tak dlatego ze zostali tak właśnie ukształtowani przez swoich neoliberalnych mentorów. Wystarczy przypomnieć wzruszenie jakie wywoływało u tych ludzi ledwie zmarszczenie brwi Alana Greenspana – jednego z architektów obecnego kryzysu finasnowego. Mówimy o ekspertach którzy onanizowali się wyobrażając sobie siebie samych jako lokalne wcielenie tego człowieka, najpewniej zupełnie nie rozumiejąc jego roli w systemie finansowym USA i świata. I świadomość tego faktu powinien mieć każdy – bowiem jego prawdziwość nie ma nic wspólnego ani z lewicowością, ani z prawicowością. I nie sprowadza się do prostackiej konstatacji ze “politycy kłamią”. Jest to zwykły fakt, a jego niezrozumienie czy nieznajomość ma katastrofalne konsekwencje.
Ludzie powszechne narzekają na rozrost biurokracji i oczekują zmniejszenia interwencji państwa w gospodarkę a nawet ogólniej w życie ludzkie. Tymczasem takie myślenie skażone jest wadliwa optyka związaną z przedstawianiem problemów w abstrakcyjnej i oderwanej od rzeczywistości formie. Formie w której w miejsce esencji polityki – dbałości o dobro wspólne – osadzono ideologię i pełną moralizatorstwa retorykę bez odniesienia do faktów. Tymczasem każde pole z którego wycofa sie państwo ktoś zapełni. Gdyby świat był idealny jak w powieściach Kalicińskiej, zapełnialiby je filantropi, którzy dorobiwszy się na domowych przetworach ze śliwek z własnego sadu, fundowaliby szkoły biednym dzieciom. Sporo pieniędzy wydano na propagandę by nas przekonać że tak to działa. Czas dorosnąć. Jednego można być pewnym – miejsc w których nie ma zysku – nie zapełni żaden biznes. Zapełni je bieda i beznadzieja. Miejscowość Łękawica koło Żywca, i setki innych niewielkich miejscowości nie staną sie rajem na ziemi kiedy państwo przestanie się wtrącać. Wszyscy potrzebujemy państwa które jest obecne i spełnia swoje zadania – zamiast zajmować się wchodzeniem do dupy panom z UEFA na nasz koszt. Wśród działań państwa nie ma organizacji turniejów piłkarskich by pomnożyć dochody prywatnych organizacji przeżartych korupcją od szczytu do dna. Są za to takie zadania jak racjonalne inwestycje w infrastrukturę, walka z bezrobociem, zapewnienie powszechnej i dobrej edukacji i służby zdrowia, redystrybucja podatków i dbanie o wyrównywanie różnic majątkowych w społeczeństwie, realizacja podstawowych postanowień konstytucji w zakresie wolności wyznania, słowa i bezpieczeństwa socjalnego. To nie jest manifest socjalistyczny – to jest domaganie się realizacji europejskiego standardu cywilizacyjnego państwa demokratycznego który obowiązuje w świecie. Opartego na gospodarce rynkowej. Wiele wiele poważnych i niełatwych zadań o realizacji których rządzący obecnie nie mają zielonego pojęcia.
Dlatego nie mniej państwa jest potrzebne ale więcej. Z tym ze państwo to musi być demokratycznym państwem prawa działającym w interesie społeczeństwa, a nie oligarchii i elity finansowej świata. A doświadczenia pokazują że można to osiągnąć. Koszty zmian które sa tu konieczne nie są wcale wielkie. Uszczelnienie prawa podatkowego i cofnięcie przywilejów finansowych które rozdano nie przyniesie żadnej katastrofy ekonomicznej. Nie ma alternatywy – być tanim niewolnikiem albo zginąć z głodu. To jest optyka która sprzyja obecnie sprawującym władzę technokratom. Jeśli można robić interesy dzięki korupcji i układom – robi się je bo tak jest taniej. Korumpuje się tylko ludzi skłonnych do korupcji. I bez problemu odszukuje się ekspertów którzy nazwą takie działanie “ekonomią wolnorynkową” czy “koniecznością wynikającą z mechanizmów rynkowych”. Stan normalności – nie absolutnej – ale stan poprawy – można osiągnąć tylko dzięki dobrej i silnej władzy. Władzy dostatecznie silnej by nie ulegała już nie tyle szantażowi, co zaledwie sugestii spekulantów.
Kluczem jest demokracja, dyskusja na rzeczowe tematy i wiedza o faktach. Inaczej skończymy w kraju który będzie na świecie pierwszym odpowiednikiem tego co w technologii nazywa się Walled Garden.

Za oknem kompletnie się zamoczyło. Chmury wiszą nisko, pogoda tak zwana barowa, choć w istocie w mojej opinii sprzyja raczej samotnym Przemyśleniom, Zagubieniu w Narastającej w Abstrakcji i Katarom. Wydawało by się że w takie dni nic nie może się wydarzyć, a tymczasem…
Już jakiś czas temu zwróciłem uwagę na interesujący blog rodziny naukowców który polecam ( interesująca kombinacja – mama – fizyk teoretyczny, tata – pracuje w “scientific publishing”, a dzieci zajmują się eksploracją świata. jakby tego było mało – razem piszą bloga. Cała ta rodzina jest dowodem na upadek cywilizacji zachodu – zwłaszcza Skandynawii. W Polsce po prostu zginęliby z głodu zostawiając więcej miejsca dla Lepiej Przystosowanych – dokładnie tak jak zaplanował Najwyższy Ekonomista i jak wymaga tego Prawo Naturalne). Subskrybuję wiele strumieni rss, czasem podłączam się z powodu interesującego wpisu a potem nie mam czasu śledzić wszystkiego co się pojawia, wiec Backreation czekał sobie spokojnie kilka tygodni, na to aż wrócę do niego i przeczytam. No i przeczytałem tam ostatnio masę inspirujących rzeczy, a napisze poniżej o dwóch z nich.
Pierwsza z nich to interesująca notka pod tytułem: “Imitation Nation” o wystąpieniu niejakiego Marka Pagela które zresztą można oglądnąć w necie. Zaznaczam że wystąpienie to znam tylko z cytowanego tu omówienia na Backreation. Pagel, zajmujący się biologią ewolucyjną, przedstawia w nim idee podobne do memetyki. Wydaje się zajmować stanowisko że idee są rodzajem replikatorów, czy jak piszą autorzy cytowanego bloga – rodzajem systemu adaptującego się do warunków zewnętrznych. Sprawa generalnie jest dobrze znana tym którzy czytali książki Dawkinsa czy Marusza Biedrzyckiego (Biedronia). Intrygujący w koncepcjach Pengela wydaje się pewien aspekt związany z tym co modne. Jakiś czas temu nastąpił wysyp koncepcji probabilistycznych, częściowo związanych zapewne z rozwojem techniki pozwalającej na budowanie UAV (drony) i innych do pewnego stopnia inteligentnych robotów, które to koncepcje mają za zadanie opisać w jaki sposób zwierzęta i ludzie myślą lub podejmują decyzje. Koncepcje te operują w takich obszarach jak modele Markowa, ukryte modele Markowa, czy ogólnie analiza Bayesowska. Jak zwykle, skoro zastosowanie tych narzędzi przyniosło sporo sukcesów w technice związanej z zastosowaniem komputerów do sterowania maszynami ( rozpoznawanie mowy, syntezatory mowy, same UAV itp), a wiec niejako w technicznej imitacji istot żywych, znaleźli się tacy którzy ogłosili że owe udane zastosowania oznaczają iż świat ożywiony, wszystkie zwierzęta, w tym człowiek są rodzajami maszyn Bayesowskich. W myśl tej koncepcji najwięcej mocy obliczeniowej wymaga sam ruch, operowanie w przestrzeni. Układy nerwowe nie mają dostatecznej mocy obliczeniowej by symulować ruch algorytmami całkującymi równania różniczkowe, stąd wniosek że z pewnością polegają na analizie Bayesoweskiej obliczeniowo mniej wymagającej. Oznacza to że na podstawie dostępnej wiedzy dokonują probabilistycznej predykcji konsekwencji ruchu, po czym aktualizują wiedzę ( np. przez obserwację wizualną) i aktualizują – znów probabilistycznie – predykcję i tak dalej i tak dalej. O ile koncepcja użycia takich algorytmów w maszynach jest bardzo sprytna, o tyle należy zwrócić uwagę, że teza o “niewystarczającej mocy obliczeniowej układów neuronalnych” jest ledwie opinią i nie ma pokrycia w stosownych modelach neurofizycznych. W istocie nadal nie wiemy jak działa mózg a symulacja nawet relatywnie prostej tkanki nerwowej przekracza zdolność obliczeniową komputerów. Jest to fascynujący temat do którego może kiedyś powrócę, tu zaś musi wystarczyć uwaga, że to nie układy neuronalne ( które nie wiemy jak działają) mają problemy, ale nasze maszyny, oparte o cyfrowy model obliczeniowy nie są dosyć wydajne. Wydaje się że wielu badaczom mylą się kłopoty maszyn cyfrowych z realnymi możliwościami mózgu ludzkiego ( które sa oczywiście bardzo ograniczone ale w niektórych obszarach o całe rzędy wielkości wyprzedzają wydajnością układy cyfrowe). Jest to pochodna popularnego lecz nieprawdziwego założenia, że mózg i układy cyfrowe mają podobne zasady działania.
Od jakiegoś już czasu hołduję koncepcji że w danym pokoleniu uczeni, zwłaszcza filozofowie, głoszą wyjaśnienie Aktualnej Zagadki Wszechświata za pomocą koncepcji które odniosły głośny sukces w technice. Zanim, wraz z rozwojem rzemiosła i techniki, narodził się mechanicyzm świat wyjaśniano w kategoriach daimonów, wpływów i uczuć jakie miały łączyć lub dzielić żywioły. Zwracano uwagę ku arystotelejskiej naturze rzeczy – nie mogło być inaczej skoro ekspertami w średniowieczu byli mnisi kształceni w teologii. U zarania rozwoju techniki skonstruowano pierwsze zegary mechaniczne i nie trzeba było długo czekać by ogłoszono że umysł ludzki a nawet cały Wszechświat działa na podobieństwo zegara. Leibniz w XVIII w obalił wszelkie materialistyczne koncepcje dotyczące świadomości ludzkiej po prostu analizując absurdalność koncepcji inteligencji złożonej z kółek zębatych na wzór zegara. Tak, tak, to właśnie dzięki niemu wiemy że nie jesteśmy zegarami – wcześniej ludzie mieli wątpliwości! W XIX wieku klucze do psychiki ludzkiej oraz damskich fetyszyzmów – maiły postać kolejowo – architektoniczną - jak wiadomo były to parowozy wjeżdżające do tunelu. Stefan Grabiński, autor niezwykle sugestywnych opowiadań z dreszczykiem, opisywał walkę ludzkości z opętanymi parowozami dokładnie tak jak Cameron w “Terminatorze” walkę z niezmordowanym i maszynowo upierdliwym Skynetem. W środku XX wieku najgroźniejszym dla ludzkości były połączone superinteligencje central telefonicznych i tym podobnych urządzeń, które miały przejąć władze nad światem. Skynet – cóż to taka większa centrala telefoniczna. Obecnie oczywiście wiemy że inteligencja jest związana z procesami w zasadzie obliczeniowo-komputerowymi, być może jesteśmy komputerami kwantowymi, więc wcześniejsze koncepcje wychodzą na zabawne, ba śmieszne, wobec tej ostatniej, bardzo poważnej i tym razem już oczywiście, z pewnością, nareszcie prawdziwej teorii. Entuzjastom tej koncepcji polecam lekturę tego bloga, oraz prześledzenie pobocznych wątków i komentarzy. Odrzućmy głosy malkontentów! Jesteśmy obliczeniowymi maszynami probabilistycznymi i kropka, a osoba której wydaje się to śmieszne może dalej tkwić w błędzie i uważać się za zegarek. Niestety niewiele da sie poradzić jeśli ktoś przeczy nauce (ang. science).
Wracając do omówienia wystąpienia Pagela należy podkreślić, że w myśl jego interpretacji koncepcji memetycznych, ludzie przede wszystkim są imitatorami. Musi być tak, gdyż kopiowanie dobrych idei jest zacznie bardziej efektywne niż samodzielne ich wymyślanie i testowanie. Innowacyjność kosztuje, i to wbrew popularnym w gospodarce i polityce koncepcjom, kosztuje bardzo wiele a na dodatek jest bardzo nieefektywna. Myślę że można się z tym poglądem zgodzić w 100%. Jeśli kiedykolwiek zgubicie się w lesie w Amazonii, wypadniecie z samolotu nad Sahara, albo zabłądzicie w Arktyce, lepiej byście znali podstawowe zasady życia tubylców i umieli je zastosować w praktyce. Innowacyjność w takiej sytuacji nie na wiele Wam się zda. Co prawda wszystkie produkty Hollywood powiedzą Wam że jeśli jesteście sprytni, to dzięki pomysłowości i wierze w Amerykański Styl Życia – przeżyjecie. Zdradzę Wam tajemnicę – fakty są takie że na przeżycie w takich warunkach postępując jak ludzie z miasta macie najmniejsze szanse. Szanse wzrosną, gdy będziecie zachowywać się jak Indianie Yanomani, Arabowie i Berberowie lub Eskimosi odpowiednio do miejsca. Faktem jest bowiem że choć można mieć głowę pełną pomysłów – jedyną możliwością ich testowania jest posiadanie bezpiecznych warunków do uczenia się. A te zapewniają ludziom – rodzice – kiedy jesteśmy dziećmi. Bez testowania – kiedy jesteście jak saper bez kwalifikacji - innowacyjność jest niewiele warta. Koncepcja ta wydaje się być bardzo ogólna i może mieć zastosowanie także w gospodarce. Przypomnę tu jako przykład że Microsoft powstał jako 2 osobowa firma w garażu rodziców – i że całkiem spora część młodych ludzi w Polsce nie dysponuje tym garażem ( ani żadnymi oszczędnościami). Odnosząc to do obecnej sytuacji w kraju można by rzecz że nie będzie w Polsce innowacyjnej gospodarki tak długo, jak pomysłowi ludzie ( a często są to ludzie młodzi) nie będą mieli daleko posuniętego bezpieczeństwa socjalnego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ryzykuje całego swojego majątku – a w grę wchodzi tu jedynie majątek rodziców - by otworzyć małą firemkę o niepewnej przyszłości. Halo? Politycy? Chcecie innowacyjności – zapewnijcie dobrobyt i bezpieczeństwo socjalne, i to powszechnie. Do kogo ja mówię. Współcześnie politycy zajmują się ułatwianiem życia wielkiemu biznesowi, a małe firmy ich nie interesują. W takich warunkach – lepiej, efektywniej i bardziej racjonalnie jest podpatrywać i kopiować dobre pomysły niż wynajdywać własne – na to stać tylko bogatych zdolnych ponosić ryzyko porażki. Wygląda na to że tak nas wyposażyła biologia.
Wracając do głównego tematu – zacytuję tu następujące zdanie: “Pagel says that ideas are probably randomly produced in our brains, like genetic mutations are randomly produced.” Acha! Jest probabilistyka a nawet proces Bayesowski bowiem: “That ideas might be random produced in our brains doesn’t mean though that we try them all. No, luckily our brains are large enough to virtually explore consequences of an idea before actually acting on it. And in that process, we discard most of the nonsensical random ideas, possibly already unconsciously. “
Jeśli przyjmiemy tą optykę, że umysł podsuwa nam losowe pomysły, znaczna część z nich umiera zanim je zakomunikujemy komuś innemu. Kolejna kiedy ów ktoś nas wyśmieje. Kolejna kiedy poprosimy bank o wsparcie a jesteśmy uczciwym człowiekiem. Każdy z tych etapów wprowadza dodatkowa losowość. Uzyskujemy obraz całkowicie nieprzewidywalnej innowacyjności. Takiej której nie da się inaczej stymulować jak obniżając koszt eksperymentów i powiększając dostęp do wiedzy. Musimy liczyć na sprzyjający zbieg okoliczności! Co więcej, aby zarobić trzeba dbać o wzrost własnych szans w losowaniu, a innym konkurentom najlepiej podwyższać kosztów eksperymentów ,oraz ograniczać dostęp do wiedzy i możliwości kopiowania. Skoro to wszystko losowanie, dlaczego wiedza gra tu jakąś rolę? Wiedza jest tym co pozwala zapładniać umysły pomysłami. Wiedza definiuje przestrzeń z jakiej będziemy losować pomysły. Wiedza rozumiana jest tu szeroko – chodzi zarówno o wiedzę naukowo-techniczną ale także i o wiedzę o ludzkich zwyczajach, zachowaniach, o potrzebach potencjalnych klientów. Zwróćmy uwagę z jaką ochotą najwięksi gracze na rynku serwisów społecznościowych wspierają regulacje dotyczące bezpieczeństwa i prywatności. W ich interesie jest wzrost kosztów wprowadzania nowego serwisu na rynek, a obniżenie kosztów istnienia działających. Są to początki budowania regulacji jakie na przykład całkowicie zamykają obecnie rynek farmaceutyczny małym firmom rzekomo podnosząc koszt rejestracji leku. Pamiętajmy jednak że zawsze taniej jest naśladować, a najlepiej to wynajdywać nowe poprawiając stare – a wówczas trzeba stare znać, najlepiej mieć własne “stare” do poprawiania na wyłączność. Aby losować z sukcesem – trzeba mieć w urnie z której sie losuje – los który wygrywa…
Czy jednak nie jest tak, że do pewnego stopnia wiedza szkodzi. Jak to możliwe? Wiedza – obok użytecznej roli związanej z dostarczaniem bazy dla nowych pomysłów, odgrywa społecznie także rolę hamulcowego. Dlatego w innowacyjności użyteczna jest odrobina ignorancji. Czyli dla wynalazcy dobrze jest być ignorantem? Nie do końca. Wyobraźmy sobie że żyjemy w czasach Leibniza, jest XVIII wiek, wkoło nas trwa burzliwa dyskusja, czy jaźń ludzka jest czy nie jest zegarem. Tymczasem my w najlepsze twierdzimy że chodzi o freudowską fascynację kolejami – jakimś ich XVIII odpowiednikiem – powiedzmy PKP, czy powozami. Oczywiście nas wyśmieją, koncepcja jest ahistoryczna i absurdalna (nie mogłem sobie odmówić podania przykładu PKP ;-) ale takie rzeczy zdarzają się naprawdę. Demokryt zastanawiając się nad pytaniem czy można materię dzielić w nieskończoność wymyślił istnienie niepodzielnych składników materii ( i nazwał je atomami). Giordano Bruno twierdził że gwiazdy to światy jak nasz w epoce kiedy nie znano lunety, ani nie odkryto jeszcze księżyców Jowisza. Cardano wynalazł liczby zespolone o których zapomniano na kilkaset lat. Kiedy bracia Wright skonstruowali swój samolot mało brakło by w wyniku procesu sądowego w USA zabroniono latania nad czyjąś Świętą Własnością praktycznie likwidując możliwość rozwoju lotnictwa na lata. Wynalazki, pomysły, idee zarówno techniczne jak i polityczne, a nawet artystyczne choć tu swoboda jest znacznie wieksza, by odnieść sukces, muszą być zrozumiałe. Muszą trafiać w swój czas. Victor Hugo powiedział że “Jest jedna rzecz silniejsza od wszystkich armii świata: to idea której czas nadszedł” a choć odnosił to wyraźnie do koncepcji społecznych – zdanie to jest także wydaje się być prawdziwe w ogólnym kontekście. Prawdziwe jest także jego zaprzeczenie – nic tak szybko nie więdnie jak pomysł, dobry czy zły, na który nie ma mody.
Zatem jest tak: kiedy sie da naśladujemy dobre pomysły – np. plaża na Bali, drink z parasolka, palmy, hamak, piękna kobieta, lenistwo. Ale kiedy to niemożliwe, w skrajnej ostateczności, wobec zagrożenia życia, kiedy czujemy niebezpieczeństwo ( na Bali także mają gazety, a w nich kryzys…) – wynajdujemy. Kiedy znudzą nam się palmy i pławienie się w bogactwie ( no ileż można leżeć na tej plaży, jak zawieje piasek wchodzi w zęby), a nabędziemy ochoty na wydanie jakiejś niewielkiej sumy, ot kilku milionów ledwie, także uruchamiamy myślenie innowacyjne. Jak wiadomo przykładem Genialnie Innowacyjnego Człowieka jest Stefan Robótka. Innowacyjność polegała tu na tym by znaleźć kogoś od roboty, jakiegoś nieznanego tzw. Woza, przejechać się na nim i na tym zarobić. Ba – zrobić to tak by Woz był zadowolony! Tak powstał fundament współczesnej gospodarki – pomysł na biznes – niech realizacją pomysłów zajmie się ktoś inny. My będziemy wrzeszczeć że inni co robią to samo – kradną. I faktycznie – w skali świata – myśl ta była na tyle genialna że stała się podstawą tzw. globalizacji i uległa, hm… wielokrotnemu kopiowaniu w coraz to innych niszach biznesowych. W sensie ogólnym – pomysł jak pomysł – jeden z wielu, prawdę mówiąc kiepski jako metoda biznesowa, co widać na każdym kroku. Wygląda bowiem na to że trudno jest zabraniać ludziom robić tego co umieją najlepiej – naśladować. Stąd problemy tych którzy nadal wierzą w jego działanie i rzekomą niezwykłą efektywność ( którą co tu dużo mówić należy oprzeć na posiadaniu sporej liczby lotniskowców i arsenale jądrowym, gdyby nie on, niewiele by zostało z owej własności intelektualnej jak sie ją nazywa. W istocie niewiele ona znaczy jeśli jako przeciwnika ma się państwo które ma ponad miliard obywateli. Można stąd wysnuć wniosek że innowacyjność to zabawa dla bogatych mocarstw posiadających wielką potęgę polityczną, finansowa i militarną, która umożliwia narzucenie restrykcji związanych z ograniczaniem możliwości do kopiowania każdej możliwej konkurencji. Nie dziwi zatem zupełnie że rząd Polski uznał taką strategię za właściwa dla naszego kraju ).
W ogólnym przypadku myślenie innowacyjne jest kapryśne, nieprzewidywalne, najpewniej stracimy te miliony, ale co tam, powiemy sobie wracając do hamaka i pięknej kobiety, warto było, bowiem nabyliśmy bezcenne doświadczenia.
Reasumując wygląda na to że zdaniem Pagela innowacyjność ludzka jest wynikiem skrzyżowania algorytmu Bayesowskiego ( losowania uwzględniającego posiadaną wiedzę) z algorytmem genetycznym eliminującym nieprzydatne pomysły. Z rozważań powyżej widać wyraźnie delikatne napięcie pomiędzy znaczeniem posiadania wiedzy a pewną dozą ignorancji. Posiadanie wiedzy zapewnia tu by przestrzeń losowania nie była absurdalne wielka lub nie zawierała rozwiązań, które choć być może możliwe do realizacji w sensie ogólnym – w praktyce nie mogą być zrealizowane z powodów np. społecznych, socjologicznych czy ekonomicznych. Ignorancja zapewnia dostatecznie wielkie pole manewru, możliwość rozważania dziwacznych nowatorskich rozwiązań. Wydaje się że gdyby koncepcje takie były głoszone jeszcze parę lat temu i nie mówilibyśmy o automatach Bayessowskich, ale o ludziach, to zamiast ignorancji ( czyli braku wiedzy) mówilibyśmy tu o odwadze intelektualnej, potencjale twórczym. Niestety w dzisiejszych czasach nauka rozwinęła się tak bardzo że te nienaukowe koncepcje zostały całkowicie obalone. Skoro cały proce polega na losowaniu – z konieczności chodzi o braki w bazie wiedzy automatu losującego, które paradoksalnie mogą w pewnych warunkach poprawić użyteczność uzyskiwanych wyników, a to za sprawą zmniejszenia sztywności więzów. Tak sie sprawy mają. Ot co. Ciekawa idea warta namysłu.
W kolejnym wpisie na blogu, autorzy poruszają niejako komplementarny problem związany z wiedzą. Mianowicie omawiając pewną książkę autorstwa Susteina ( o którym nic nie wiem) zwracają uwagę czytelnika ku pytaniom w rodzaju: jak grupy ludzi, plemiona, społeczności, społeczeństwa, podejmują decyzje? Jak zwiększyć efektywność takich decyzji? Fascynujące. Z omówionej książki pochodzi w szczególności wniosek, że “Sunstein discusses many studies that have shown that deliberation in groups, under very general circumstances, makes decisions worse and polarizes opinions.”. Według autora jest tak dlatego, że dyskusja zwiększa jedynie polaryzację grupy, zaostrza animozje. W związku z społecznymi i kulturowymi warunkami jej prowadzenia z konieczności prowadzi to do podejmowania decyzji nieoptymalnych. Czyli niejako autor wspiera koncepcje że decyzje powinny być podejmowane w niewielkich gronach a może nawet jednoosobowo. Oczywiście nie wiem czy Sustein tak twierdzi – taki wniosek wydaje się być jednak nieunikniony.
Jeszcze nie tak dawno, kiedy zachód całkiem poważnie musiał się wysilać (wbrew temu co twierdzi dzisiejsza propaganda, zwycięstwo wcale nie było łatwe i przesądzone od samego początku ) by pokonać ZSRR, uzyskanie zgody społęcznej było całkiem ważnym zadaniem. Konkurowano z Rosją, powiedzmy w programie kosmicznym i wymagało to nie tylko rozwoju techniki i zapewnienia finansowania, ale ważnym elementem był na przykład spokój społeczny i polityczna stabilność. W istocie polityczna i propagandowa rywalizacja z Rosją była jedynym sensem wielu takich programów. Rywalizacja której efekty były skierowane na polityczny rynek wewnętrzny. Niewielu ludzi jest to w stanie przyznać wprost, znacznie wygodniej jest żyć w błogiej i wygodnej iluzji że lądowano na Księżycu dla pomnożenia wiedzy ludzkości. Jeśli sie zastanowić – to pocieszające – chcemy być w obozie postępu, światłości i tak właśnie postrzegamy normalność. Jednak nieco inaczej wypadają podsumowania oparte o dane finansowe – misje naukowe na zachodzie nigdy nie uzyskały dostępu do znaczącego ułamka funduszy jakie wydawano na misje propagandowe o znaczeniu głównie propagandowym. Polecam lekturę podlinkowanego opracowania – wynika z niego że tak zwana “tania eksploracja” kosmosu z użyciem automatów jest szalenie nieefektywna. Eksploracja owa to właśnie misje stricte naukowe bez większego znaczenia politycznego. Na przykład efekt naukowy misji Pathfinder trwającej kilka lat, jest przypuszczalnie mniejszy niż spodziewany kilkugodzinny efekt pracy ludzkiej w podobnych warunkach. Wszystko z powodu braków w finansowaniu. Dodajmy że ZSRR postępował tak samo. To nie szczytne ideały demokracji czy duch komsomolskiej solidarności z całą ludzkością, ale duch politycznej rywalizacji – moda chwili – nakazywała tak postępować zarówno liderom krajów wolnych jak i totalitarnych. Zapewne z powodu oszczędności i z powodu ogólnie lepszej gospodarności, uboczne, niepolityczne efekty kosmicznych misji naukowych zostały jednak lepiej spożytkowane na zachodzie. Zwyczajnie zwrócono uwagę że można odzyskać część kosztów sprzedając uboczne efekty pracy inżynierów.
Tak więc mocarstwa rywalizowały. ZSRR było państwem totalitarny, zachód chciał w rywalizacji wygrać. Chciano wykazać, głównie własnym obywatelom, różnice w efektywności społecznego ładu. Rządzenie plemieniem, społecznością czy społeczeństwem w tamtych czasach na zachodzie, było postrzegane jako zadanie polegające na szukaniu możliwego do przyjęcia kompromisu. Zapewne nadal tak jest – zmienny jednak jest układ sił społecznych. W tamtych czasach świat wracał do normalności po wyniszczającej wojnie. Dopatrywano się pozytywnych wartości w realnej i racjonalnej ochronie mniejszości którą podejmowano nie z powodów symbolicznych ale ze względu na wyznawane zasady i praktyczne konsekwencje. Polityka zawsze była nieczysta, jak każda gra interesów bez sztywnych zasad, ale nie zawsze była tak cyniczna jak obecnie. Tymczasem współcześnie okazuje się że działanie które niegdyś było zabieganiem o kompromis, teraz jest działaniem “zwiększającym polaryzację” a dodatkowo oddalającym realizację optymalnych decyzji. Ciekawe co Sustein sądzi o kryteriach owej optymalności. Łatwo bowiem przychodzi opisywać statystycznie, liczbami, to co się widzi na ulicach, niełatwo jednak to zrozumieć. Widać że tak zwani ludzie sa niezadowoleni, a może nawet walczą o swoje. Co w tym dziwnego że pracownicy chcą więcej zarabiać? Oczy świata zapatrzone są w wzrost Chińskiej gospodarki a tam jak wiadomo panuje jednomyślność i powszechne przekonanie o świetlanej przyszłości. Czyż zatem nie należy unikać dyskusji która niepotrzebnie polaryzuje stanowiska – a konkretnie dowodzi że zdecydowana większość (przysłowiowe 99%) ma w dupie pomysły ekonomistów które całkowicie optymalnie powodują wzrost zamożności jedynie śladowej mniejszości ( tak zwany 1%)? Oczywiście że należy takich dyskusji unikać! Dyskusja taka obnaża tylko detale mechanizmów podejmowania decyzji. “Ludzie nie powinni wiedzieć jak się robi kiełbasę i jak się robi politykę.” Zostawmy ustalanie tego co dobre a co złe – filozofom. A fatalne skutki dyskusji nad tymi detalami można nawet podeprzeć badaniami naukowymi (ang. science).
Doszliśmy zatem do tego że prawdziwym i naukowym ideałem społecznym, jest zarządzanie oparte na realizacji optymalnych strategii tworzonych przez filozofów. Wiadomo przecież że prosty człowiek nie zna sie na filozofii, a właśnie filozofia sprawia że człowiek potrafi rozpoznawać dobro od zła. A prosty człowiek, który nie skończył studiów MBA w gaju gdzie mieściła się Hekademeia, nie widzi prawdy tylko cienie na ścianie jaskini. Na szczęście są tacy co opracowali niezbite i pewne metody patrzenia wprost na słońce, więc należy się na nich zdać w procesie decyzyjnym. Prosty zjadacz chleba nie powinien tego czynić, można bowiem, bez długotrwałego treningu na Hekademeia, całej sprawy nie pojąć powziąć jakieś pochopne wnioski. Na przykład że konflikt społeczny, rzeczona polaryzacja i brak kompromisu, nie jest wynikiem dyskusji samej w sobie, ale sytuacji która do owego konfliktu doprowadza Braku zdolności do wypracowania kompromisu u jednej ze stron dyskusji i jej ideologicznego nastawienia w całej sprawie. Kto chce “dyskutować” jeśli w miejsce dyskusji o celach istnienia społeczeństw, demokracji i roli jednostek w państwie dostaje się darmowy wstęp na imprezę z cyklu “premier zarządza kryzysem, społeczeństwo patrzy”? A potem sondażyk czy społeczeństwo popiera! Co? Uważa że premier wypadł blado? No tak… a poza tym, jak wiadomo, społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki…
Widzimy jak wielkie zmiany zaszły w naszym oglądzie faktów. Churchill twierdził że nie ma gorszego ustroju od demokracji poza wszystkimi pozostałymi. W słynnym dziele “Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Popper odrzucał zarówno zasady determinizmu historycznego – tkwiącego u podstaw Heglizmu a w dalszej konsekwencji Marksizmu - jak i koncepcje pradawnego Prawa Naturalnego. Tego jak rzeczy się miały zanim “komuniści” je popsuli. Koncepcje te stały u podstaw rozmaitych prawicowych nacjonalizmów akcentujących “odwieczne role”, “przeznaczenia narodów” i jedyne optymalne organizacje państw a to w postaci rządów filozofów. Popper widział w nich korzenie nazizmu. Taki był kontekst historyczny. Często cytuje się ta część książki Poppera która dotyczy krytyki Marksizmu. Część dotycząca krytyki prawicowych koncepcji Platona, koncepcji z których czerpią konserwatywne lub prawicowe dyktatury jest znacznie gorzej rozpoznawana. Warto przypomnieć. Popper twierdził że instytucje społeczne istnieją dla dobra ludzi i społeczeństw, że mamy prawo je tak kształtować by spełniały to zadanie, że sensem demokracji jest ta plastyczność i możliwość zmiany naszych decyzji bez rozlewu krwi i ogromu nieszczęść. Nic takiego jak determinizm rozwoju społecznego nie istnieje, zatem Marksizm fałszywie przewiduje że komunizm jest ostatecznym celem rozwoju społeczeństw. Zarazem nie istnieje także nic co miałoby być “dawnym dobrym ładem kiedy rządzili mądrzy starcy a wszyscy byli szczęśliwi bo wszystko było na swoim miejscu”. Nigdy nie istniał Złoty Wiek w którym szanowano rodziców, Świętą Własność Prywatna i Boga. Pieśń o Nibelungach to taka sama bajka opowiadana dla zabicia czasu jak bajki o sprytnych szewczykach, którzy wywracając porządek społeczny zostawali królami i dopełniali sprawiedliwości społecznej. Te rzeczy nas wzruszają bo chlelibyśmy żyć w bezpiecznym i sprawiedliwym świecie, i chcielibyśmy być potomkami herosów. Ale to bajki. Nie ma ładu do którego należy wrócić. Nie ma ostatecznej utopii do której mamy dążyć za wszelką cenę. Jest tylko przyszłość którą kształtujemy tym co nam dano, czym dysponujemy. Demokracja nie jest po to byśmy oddawali władzę filozofom. Demokracja jest po to by bezkrwawo wybawić nas od błądzenia w jakie filozofowie popadają nader często….
Przypomniała mi sie tu, nieco odległa pozornie codo tematu anegdota. Na początki XX wieku w roku 1920 przeprowadzono tak zwaną Wielką Debatę. W jej trakcie znany wówczas astronom Shapley, podówczas szef Harvard College Observatory wdeptał w ziemię za pomocą twardych, logicznych i naukowo potwierdzonych argumentów innego astronoma, podówczas może miej znanego Hebera Curtisa. Shepley odniósł swoje zwycięstwo niezbicie dowodząc, że tak zwane mgławice są obiektami w naszej galaktyce – jedynej jaka istnieje. Koncepcje Curtisa, że są to odległe galaktyki, uznano za czystej wody fantastykę i nienaukową spekulację. Bądźmy sprawiedliwi – zapewne Shapley miał wszelkie podstawy naukowe i logiczne by tak twierdzić. Co więcej, opierając się na podobnie spekulatywnych koncepcjach jak Curtis, prawidłowo oceniał rozmiar naszej galaktyki. W 1923 roku, zaledwie trzy lata po Wielkiej Debacie Hubble, za pomocą teleskopu Hookera w obserwatorium Mount Willson, dowiódł że Wielki Obłok w Andromedzie jest Galaktyką. Dzięki obserwacji Cefeid, potrafił ocenić jej odległość i rozmiary. Dzięki temu odkryciu rozmiary naszego wszechświata powiększyły się o kilka rzędów wielkości. Wszechświat zaś wydał się nieskończenie bardziej bogaty – okazało się bowiem że istniejący ówcześnie katalog mgiełek i obłoczków gwiazdowych – to w istocie katalog setek galaktyk podobnych do naszej.
Z historii tej wynika prosty ale ważny wniosek, można mieć całą logikę, naukę, i autorytety po swojej stronie – a mimo to nie mieć racji.
I warto o tym pamiętać na co dzień…..

[...] opinię Andrzeja Lubienieckiego o nastrojach panujących w Polsce nieco wcześniej (czyli przed pierwsza elekcją królewską w Polsce): “Kilka lat przed śmiercią królewską gdzie się jeno zjechało kilka ludzi duchownych, świeckich, bądź to senatorów, bądź szlachty, nawet kupców, nigdy nie chybiło aby byli nie mieli o przyszłym interregnum mówić, a to z wielką bojaźnią i struchleniem” [...]
Chwila zmiany warty u władzy zawsze jest kryzysem. Lecz tak wielkie przesilenie wcale nie musiało w Polsce nastąpić. Społeczeństwo widziało, że dynastia dogorywa i pragnęło się w porę zabezpieczyć. Aby uniknąć wstrząsu należało się dogadać [...] Poprzednicy [...] pozostawili im wyrobioną tradycję współpracy tronu z szeregową szlachtą [...] Świetną tradycje jagiellońską dwaj ostatni Jagiellonowie odrzucili. Zagadnienie nie da się wyjaśnić bez zwrócenia uwagi na ich własne koncepcje polityczne. To był świadomy wybór arystokratycznej doktryny rządzenia. Sojusz z tymi co reprezentowali same szczyty, pogarda dla tych co w izbie obrad zasiadali “opozad” czyli w pobliżu drzwi. żaden determinizm ( dziejów – uwaga moja) nie działał [...] Obaj Zygmuntowie mieli swobodę decydowania, zwłaszcza ten drugi, młodszy. Reformatorzy czekali na niego z wyciągniętymi dłońmi.
[...]
Na sejmie w 1605 roku po raz ostatni w życiu przemówił Jan Zamoyski, daremnie podając królowi rękę w imieniu całej opozycji: “Miłuję dalibóg Wasza Królewską Mość i służę wiernie i po wtóre mówię, wiernie służę; racz tylko Wasza Królewska Mość miłować też nas, poddane swe: łacnoć będzie o pieniądze, łacno o pomnożenie państw, snadnoć przyjdzie wszystko, gdy miłość poddanych będzie. Uczynisz tu Wasza Królewska Mość z Polaka Aleksandra, z Litwina Herkulesa; miłości tylko trzeba, bez tej trudno co począć”.
Nie bierzmy za pustą retorykę słów kanclerza i hetmana, który mowę swą “z płaczem wielkim stojąc kończył”. O wzajemne zaufanie, o dowody życzliwości monarchy ku poddanym wołał ten sam człowiek który w 1587 roku wprowadził Zygmunta na Wawel, pokonał pod Byczyną jego wroga arcyksięcia Maksymiliana a w pięć lat później musiał grać główną rolę na “sejmie inkwizycyjnym”. Rozpatrywano wtedy mściwe doniesienie tegoż Maksymiliana, oskarżające Zygmunta III o chęć odstąpienia cichcem korony polskiej arcyksięciu Ernestowi. Król nie zdołał się całkowicie oczyścić z zarzutów. Potajemne knowania były faktem. Dotyczą innych spraw, trwały i później. Po całej Rzeczypospolitej krążyły o nich “rumory”. Staje się jasne co w tych okolicznościach znaczyły słowa kanclerza “racz tylko Wasza Królewska Mość miłować i nas, poddane swe”.
[...]
August II to dno naszej historii. Bo za jego syna i następcy Augusta III zaczęła się poprawa, bez najmniejszej oczywiście pomocy i zasługi ze stroh króla. Ale przyznajmy że już grubo wcześniej, w epoce popiastowskiej w ogóle wielu władców Rzeczypospolitej nie chciało “narodem naszym się kontentować”. W ich politycznych rachubach Polska stanowiła niekiedy tylko czynnik ( w zabiegach dynastycznych i majątkowych o trony i tereny w Europie – przypis mój) zamiast być podmiotem i celem. Taki stan rzeczy wytwarzał klimat moralny nie sprzyjający reformie. Zaufanie do rządzących jest budulcem niematerialnym lecz niezastąpionym.
[...]
Anarchia przemogła ongi w Rzeczypospolitej ponieważ rząd królewski szedł poprzednio przeciwko społeczeństwu, zmarnował jego dorobek umysłowy i dobrą wolę. Istota owej anarchii polegała na rozpasaniu wielkich. To było jej koło napędowe. Tłum szlachecki nie wynalazł sobiepaństwa. Zawiedziony i zbałamucony poszedł w ślady tych co [...] uważali że wolno w Polsce – a raczej w Rzeczypospolitej – jak kto chce…
Taką maksymę wyznawali w całej Europie rozmaici panowie de i von. Ale tam z biegiem czasu hamulce potężniały. U nas beznadziejnie słabły bo sama władza centralna nie pofatygowała się wzmocnić się w porę. I robiła rzeczy które musiały demoralizować poddanych. [...]
Najwięcej poczucia karności było u nas zawsze tam, gdzie najbardziej tłoczno. Wśród ludu, drobiazgu szlacheckiego i małych ziemian. Bo znaczniejsi łątwiej zarażali się od magnatów. Ci ostatni zachowywali się normalnie – jak na ich sytuację społeczną. Dokładnie według wzorów znanych z postępowania arystokracji w innych, znacznie szczęśliwszych krajach. jedno tylko – być może – wyróżniało nasze królewięta. Magnateria Rzeczypospolitej zdawała sobie sprawę że źle się dzieje w państwie. Znała słabość jego struktury. Struchlała kiedy podczas wojny kozackiej rozpalił się na nowo odwieczny front moskiewskiej, a w perspektywie zarysowała się groźba szwedzkiej. [...] Wielcy panowie trafnie widzieli schorzenia systemu. Magnat pisał satyry, piętnował bezrząd, anarchię, prywatę, rwał włosy z głowy oraz sejmy, sejmiki, warcholił, mącił, kopał grób państwu, zdradzał je w chwili grozy.
Wynika stąd wniosek, który śmiało można podnieść do godności prawa historii. Człowiek jest bezbronny wobec własnego przywileju. Samo istnienie przywileju jest złem. Lecz brak kontroli nad uprzywilejowanymi, kontroli niezależnej od nich, musi doprowadzić do anarchii i katastrofy.
Władza państwowa Rzeczypospolitej za długo brała stronę wielkich przeciwko małym. I zbyt często dbała bardziej o własne doktryny i ambicje niż kraj.
Paweł Jasienica “Polska anarchia” stony 54 – 77. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989
W dyskusjach o prawach autorskich, zwłaszcza tych które ograniczają się ( całkowicie niesłusznie zresztą) do tematyki związanej z internetem padają często takie stwierdzenia: “Nie ma czegoś takiego jak darmowa treść w Internecie. Nie ma zarówno darmowych artykułów, jak i darmowych podręczników czy innych książek elektronicznych. To mit.” Zwykle następuje po nich argumentacja która opiera się na argumencie: “autor musi z czegoś żyć, a jak nie autor, to redaktor, korektor i drukarz”. I koszt życia autora koniecznie według owego mitu, muszą koniecznie być pokryte przez koszty jakie poniosą powiedzmy czytelnicy uzyskując dostęp do utworu jego autorstwa.
Zapiszmy cały ów argument w bardziej czytelnej i nadającej się do analizy formie implikacji “autor musi z czegoś żyć” więc “to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Proponuję aby każda osoba która zechce czytać dalej, zanim to zrobi, w nowym oknie przeglądarki otwarła wyszukiwarkę na przykład google, i wyszukała tam następująca frazę: “e-book free download”. W moim przypadku fraza ta zwróciła 915,000,000 wyników. Prawie miliard wyników. Sporo. To jak to jest są darmowe treści czy nie? Chyba każdy wie że oczywiście są. Darmowy jest dostęp do Wikipedii, wielkiej ilości serwisów pocztowych i społecznościowych, pozwalających dzielić się zdjęciami i przechowywać pliki online. Polityki google pozwalają użytkownikowi na przechowywanie 2 Gb zdjęć, ale do rachunku zajętości wliczane sa jedynie pliki większe niż 2 Mb. Czy to kosztuje? Nie.
Mamy zatem sprzeczność – mamy pewne zdanie “autor musi z czegoś żyć” więc “to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” i dwieście milionów serwisów z darmowymi ebookami. Jak to możliwe. Mamy do czynienia z mitem. mitem darmowej treści. Mit ten nie służy dowodzeniu żę darmowej treści nie ma – bo ona istnieje równie realnie jak serwisy facebooka i google, jak wspaniały Project Guttenberg i Wikipedia. Mit ten służy dowodzeniu ze nie jest to sytuacja normalna i że pewna grupa biznesów, pośrednicy w dostępie do treści, tkwiąca w epoce przedcyfrowej, ma prawo domagać się finansowania by zachować swój biznes w kształcie w jakim istnieje od od XVII wieku. Tymczasem we współczesnym świecie miliony ludzi mają dostęp do wszystkich narzędzi – olbrzymich bibliotek informacji, narzędzi składu komputerowego i służących do obróbki grafiki, tanich i wydajnych serwisów hostingowych by mieć własne strony www, a nawet serwisów umożliwiających obsługę płatności – pozwalających na całkowite wyeliminowanie pośredników. I ma to swoje konsekwencje zarówno dla autorów jak i dawnych pośredników. Zwiększa się podaż treści. Dostęp do nich jest ułatwiony. Każdy może być i jest autorem, i każdy może publikować. Treści “leżą na cyfrowej ulicy” – wystarczy sięgnąć.
Implikacja: “autor musi z czegoś żyć” więc “to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” jest nieprawdziwa. Jest niepełna. Pomiędzy przesłankami a wnioskiem nie ma żadnego logicznego wynikania. Przesłanki mówią o kosztach życia i jest to zdanie ogólnie prawdziwe jak “słonce świeci”. Jego znaczenie nie ogranicza się wcale do określonej grupy zawodowej jaką sa autorzy. “Z czegoś żyć” muszą wszyscy, piosenkarze i śmieciarze, pisarze i dozorcy, studenci i budowlańcy. To prawda. Wniosek w implikacji zawiera stwierdzenie na na temat treści w Internecie. Nie ma żadnego logicznie uprawnionego rozumowania które pozwalałoby uznać implikację tak skonstruowaną za prawdziwa. Gdzie Rzym gdzie Krym. Przejście logiczne pomiędzy “dola autorów” a “darmowymi treściami w internecie” wymaga uzupełnienia o dodatkowe założenia, wypełnienia tej dziury logicznej szczegółami. Jak płatność za internet ma przenieść się na autorów? czy tylko na autorów? Jaka ma być cena? kto i jak będzie gromadził pieniądze? Kto będzie nimi zarządzał? Kto będzie je otrzymywał – wszyscy? Kto będzie płacił i jakie podatki z tytułu zysku? Co za swoje wydane pieniądze dostanie konsument? Jakie będą jego prawa?
Nie idzie już nawet o prawdziwość lub nie implikacji “autor musi z czegoś żyć” więc “to co udostępnia w internecie nie jest darmowe”. Idzie o królika z kapelusza jakiego się usiłuje tu wyciągnąć i pokazać jako oczywistość. “To co udostępnia się w internecie nie jest darmowe” Rzecz w tym, że czasem jest a czasem nie. Czasem oczekiwanie opłat jest zasadne, czasem jest naciągactwem. Czasem ktoś ma dobry towar, a czasem wciska kit. W nadciągającej w Polsce dyskusji o prawie autorskim – implikacja “autor musi z czegoś żyć” więc “to co udostępnia w internecie nie jest darmowe” – jest kitem. W podanej implikacji nic nie jest określone – rzeczywiście jest to mit. Mit pod tytułem “Mit o darmowej treści” szerzony po to by przy stole negocjacji wylewać krokodyle łzy nad losem biednego autora. Mit o tym, że nie istnieją modele biznesowe dające darmowy dostęp do treści, wymyślony przez tych, którzy nie potrafią w nowej rzeczywistości zarobić….
Wałęsa to postać niezwykła. Im dłużej o nim myślę, tym bardziej widzę jak wyrasta ponad swoich adwersarzy ( choć nie jest ani postacią pomnikową, ani sztampową osobowością, ma swoje dziwacwa, a sposób wyrażania się i pochodzenie społeczne zniechęca do niego wielu ludzi). Kiedyś Wałęsa wystąpił z kuriozalnym pomysłem 300 milionów dla każdego, co zostało wyśmiane przez większość ekspertów ekonomicznych w tym Balcerowicza. Pomysły te zastosowano skutecznie w Brazyli (Lulla i jego zespół) wzmacniając podstawy wzrostu gospodarczego na mikrokredycie udzielanym przez panstwo pod warunkeim partycypacji w programach pomocowych jak elektryfikacja, szczepienia, edukacja dzieci itp. Pieniądze tak rozdawane biedakom ( za pomoca rzadowej karty kredytowej) wracją do gosdpoarki dzięki ich konsumpcji ( biedacy płaca za prąd, kupują telefony, lodówki, jedzenie do lodówek, szukają pracy dzięki posiadaniu kontaktu ze światem, PKB rośnie, dzieci są szczepione i ucza się czytać i pisać)
Poniżej cytat za PAUza Akademicka Nr 41/42, 4-11 czerwca 2009 – Lech Wałęsa wygłosił wówczas przemówienie z okazji 20 rocznicy pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych w Polsce oraz odzyskania wolności i upadku komunizmu w Europie Środkowej na spotkaniu z członkami Akademii Umiejętności w Krakowie. Warto się wczytać – zapewniam – i pamiętać, że 300 milionów dla każdego upadło – nie dlatego że było głupie, ale dlatego że doradcy ekonoiczni Solidarnosci nie byli dostatecznie światłymi i niezależnymi ludźmi by zrozumieć jaki cel chciał osiągnąć prosty elektryk… Teraz, o ile dobrze rozumeim jego słowa – uważa Wałęsa że rozwiazaiem problemów świata nie jest “zamordyzm czy leseferyzm ( neoliberalizm ) ale więcej demokracji i poszukiwanie wspólnych wartości zamiast patologiznej amerykanizacja prawa.
Wszelkie podkreślenia i układ paragrafów w tekscie poniżej pochodzą odemnie ( zachęcam do przeczytania całego numeru PAUzy i do subskrybcji tego ciekawego periodyku).
“Panie i Panowie, Szanowni Państwo. Jest tyle spraw, tyle tematów, które należałoby tu poruszyć, że ja mam problem, co tu wybrać. Oczywiście rocznice zawsze powodują, że wspominamy, ale jak wiecie Państwo, ja jestem ustawiony inaczej. Ja przeszłości prawie nie pamiętam. Dlaczego? Dlatego, że ja w tamtych czasach i teraz musiałem się bardzo mocno koncentrować. Miałem i mam różnego rodzaju braki, koncentracją nadrabiałem. Dopasowując się i szukając rozwiązań, często grałem Waszą mądrością, by wygrywać swoje problemy i swoje tematy. I dlatego też nie za dużo będę wspominał – wybaczcie mi Państwo. A zaczynam od tego, że naprawdę bardzo dziękuję, że zechcieliście zostać i posłuchać mnie trochę, ale dziękuję przede wszystkim, że jednak mimo wszystko w tych trudnych czasach jednak wypełnialiście logiką te czasy i możliwości.
Naszemu pokoleniu naprawdę udała się rzecz nieprawdopodobna. Skończyliśmy jeden z najgorszych systemów, skończyliśmy epokę podziału, granic, bloków, konfrontacji i chwała nam wszystkim za to, ale otworzyliśmy coś jeszcze trudniejszego. Otworzyliśmy epokę intelektu, informacji, globalizacji. Epoka ta, moim zdaniem, wymaga innego oprzyrządowania, wymaga innych struktur, innych programów, a my z uporem maniaka upieramy się przy tamtych rozwiązaniach.
To jest największą tragedią obecnych czasów: brakiem nawet rozwiązań, brakiem zapanowania nad sprawami. Dlatego prosiłbym Państwa: naprawdę, zwróćmy uwagę, że to, co się ułożyło strukturalnie i programowo w epoce bloków, granic, konfrontacji – prawie całkowicie upada. Nasze pokolenie albo weźmie się szybciej do roboty i zaproponuje korekty – bo nie trzeba dużo: korekty, ale korekty w sprawach zasadniczych i podstawowych – albo, jeżeli tych korekt nie naniesiemy wystarczająco szybko, to będziemy wciąż wpadać w kryzysy. Kryzys, ten bankowy… Jest oczywiste, że jest tylko dlatego, bo nie zdążyliśmy z rozwiązaniami. Nie zdążyliśmy z globalnym spojrzeniem na bankowość, nie zdążyliśmy w tej bankowości zauważyć, że najpierw pracę się uruchamia, a potem nieruchomości i wypoczynek. A o tym zapomniano właśnie. Ale to nauczka, z której jakoś wychodzimy. Natomiast, jeżeli nie będziemy w tym kierunku myśleć, to już można przewidywać następne kryzysy. A te kryzysy spowodują, że cofniemy się do nacjonalizmów państwowych – to już można też zauważyć. Dlatego, zróbmy coś.
Wy jesteście tu najmądrzejsi, to Wy jesteście elitą intelektualną tych przemian i Polski – i to Wy musicie skorygować te systemy. Ja dzisiaj zadaje Wam pytania, bo sam nie mam odpowiedzi. Jaki system ekonomiczny pod zjednoczoną Europę i pod globalizację? Bo chyba przecież nie ten, który doprowadził do tego, że mniej niż 10% ludzkości ma majątek 90% ludzkości? A kto się z tym zgodzi? Wy, społeczeństwo, widzicie co się dzieje, a to dopiero początek. Nikt się z tym nie zgodzi i dlatego też, jeśli chcemy ten system, który się sprawdza – wolnorynkowy– kontynuować – to aż się prosi na to stulecie potroić ilość właścicieli. Trzy razy więcej właścicieli i ich rodzin zapewni te socjale i zapewni ochronę tego systemu.Jak to zrobić? Oto jest pytanie. Nie czym, tylko jak to zrobić, żeby prawo, żeby wszystko umożliwiło powstanie trzy razy więcej kapitalistów? To jest w temacie ekonomicznym. A w temacie demokratycznym: nie możemy przyjąć konstytucji [UE]. Teraz mamy problemy z traktatami, ale są jeszcze wyższe problemy.
[...]
Szanowni Państwo, w latach siedemdziesiątych i w początku osiemdziesiątych ja już byłem trochę opozycjonistą i rozmawiałem z różnymi ludźmi; z dziennikarzami ale trafiali się też i politycy, prezydenci, a nawet na króla jednego trafiłem. Zadawałem zawsze te same pytania: „Proszę państwa czy jest jakaś szansa urwać się od komunizmu?” Mówiłem – tysiąc razy to słyszeliście –ze wszystkimi rozmawiałem też pod koniec już lat osiemdziesiątych. Ani jeden nie dawał mi najmniejszych szans na to, że urwiemy się komunizmowi. Długo, długo nie itd. Ale ja i my pytaliśmy wciąż, no i zaczęli, już pod przymusem naszej bezczelności, zaczęli wpisywać to do komputerów. Czym lepszy komputer odpowiadał „nie”. Tylko wojna nuklearna może zmienić realia tego świata, żadnej innej możliwości nie ma.
A ja powiem dalej dzisiaj: A chcecie się pobawić? Gdy wrócicie do domu i macie komputer, wpiszcie te dane: ile czołgów, ile rakiet, jakie interesy, kto z kim walczy. Odpowiedź i dzisiaj dostaniecie „nie ma możliwości zakończyć w tej klasie systemu komunistycznego”. A już dawno go w dużej części nie ma. Teraz zastanawiamy się nad tym, jak to Polska ma wyglądać, jak to Europa, a nawet globalizacja. To są na razie puste pojęcia. Ani dobre ani złe. Jak to ma wyglądać?
Otóż, powinniśmy wrócić do tego momentu, gdzie ta pomyłka nas wszystkich jest. I dopiero, gdy zauważymy tę pomyłkę, możemy się zabrać za budowanie. A pomyłka brzmi: liczyliśmy wszystko czołgi, rakiety, pieniądze, a w ogóle nie braliśmy pod uwagę ducha, wartości, Pana Boga, w ogóle nikt nad tym się nie zastanawiał. A pamiętacie, co się stało w tym stanie niemocy, braku wiary? – Polak został Papieżem! Uruchomił wartości, oczywiście nie zrobił rewolucji, ale uruchomił wartości, pozwolił w tych tłumach policzyć się. Pozwolił popatrzyć ilu nas jest, pozwolił się nam zorganizować, bo zawsze nas rozbijano. Nie pozwolono nam się zorganizować. I to zorganizowanie szczątkowe, opozycyjne grupy przejęły, poprowadziły przez opozycje, strajki i… – Ciąg dalszy znacie.
Wartości okazały się lepsze od czołgów, rakiet, dolarów. I jeśli o tym będziemy pamiętać przy budowaniu tego nowego systemu – jednak przypomnijmy sobie o tym wszystkim – to jestem przekonany, że naprawdę zbudujemy Polskę, Europę i nawet globalizację – nie idealną, ale daleko porządniejszą niż budowy, które wcześniej były tworzone przez nas. Świat dziś proponuje – bo jak wiecie często jeżdżę – świat dziś proponuje nie szukać, ale oprzeć wszystko na wolności, wszyscy ludzie w Europie, a potem globalnie są jednakowo wolni. Ładne. Ludzie jednakowo wolni mogą się organizować jak chcą: poprzecznie i podłużnie, i zakładają organizacje. Wolny rynek, żadnej dotacji, żadnej pomocy, sprawy wartości ducha, Pana Boga – do dowolnego użytku. I to jest ta koncepcja na dzisiaj, która jest pół na pół, ale z przewagą. I ta koncepcja jest piękna i by się nawet podobała, ale jest ostatnią w tamtym układzie podziału, nie nadającą się moim zdaniem na te czasy. Ta koncepcja – do czego doprowadzi? To już widać, ale jeszcze będzie trochę lepiej widać.
Otóż doprowadzi do tego, że będą powstawać bezideowe grupy partyjne i inne i będą oszukiwać, kraść, kombinować, mając gdzieś to wszystko. A co będzie robiła demokracja? To, co zaczęła już robić: komisje powoływać, każdy z Państwa będzie w dziesięciu komisjach. Komisję, by rozliczyć, komisję, by zauważyć, komisję, by poprawić. A te komisje będą jeszcze większe przekręty robić, niż by miały wyjaśnić. Wszystkie podatki, wszystko nam zabiorą, nic dobrego nie zbudujemy – nie wierzę w taką budowę. Jest i druga koncepcja – 50% – która mówi właśnie, że musimy oprzeć sprawy na wartościach, ale tu jest problem. Każde państwo ma trochę inne wartości. W związku z tym, co trzeba zrobić? No, trzeba między tymi państwami w Europie pouzgadniać wartości religijne, niereligijne i inne. I to uznać za fundament. Papież nasz mówił: „człowieka sumienia trzeba wychować”, ale patrzył przez wiarę – to się zgadza. A my musimy sprawdzić przez wiary, ale różne wiary i z tego wyciągnąć wartości.
Dziesięć przykazań wszyscy musimy uznać za niezbędne. Oczywiście wartości są generalnie potrzebne, globalne 5 punktów, kontynentalne 10 punktów, państwowe 15, a potem jeszcze inne może 30, ale wszystkie po kolei – te górne się uznaje, a potem w dół zjeżdża. To są problemy moje i to są problemy, które – moim zdaniem – stoją przed światem. I stąd, jak słyszycie, moje zachowaniei moje oceny. Ostrożnie to róbcie, dlatego że w tym temacie, w którym dzisiaj mam problem, sprawy wyglądają mniej więcej tak. W tamtej epoce, kiedy były podziały, granice, faszyzm, komunizm, jeszcze inne totalitaryzmy, nie było wolno tańczyć z byle kim. Trzeba było patrzeć, z kim się tańczy. Takie zachowanie, które dzisiaj mi proponują, to jest właśnie klasyczne z tamtej epoki.
Dzisiaj, o co innego chodzi. Chodzi o jedność europejską. Chodzi też o to, że pałowanie lub obrzucanie – nie to, nie te czasy. Trzeba rozmawiać. In bardziej przeciwny, tym bardziej go trzeba do stołu, do płotu doprowadzić i zapytać, „a co ty masz? Pokaż światu jak ty widzisz tę Unię czy inne rzeczy. Pokaż!” I niech naród ciebie wybierze, a nie proponować, „schowaj go, zamknij, spałuj, może zastrzel”. To jest dokładnie z tamtej epoki, a to, co ja teraz robię – mimo sprzeciwów – to jest właśnie ta nowa epoka, która mówi „rozmawiać, pokazywać, prezentować swoje zdanie, dążyć do negocjacji, dążyć do tego żeby się nie pałować”. W tamtej epoce, tak: trzeba się było i pałować i kamieniami rzucać.A w tej epoce hańbą jest, jak wychodzimy na ulicę, jak zamiast intelektu, mądrości, logiki – to my pałowanie uruchamiamy, albo – to „Nie!” – Nie oglądaj! Nie wolno z nim gadać!” Nie, proszę Państwa! I stąd – znów skorygujcie mnie – bo ja nie zdradziłem, nie sprzedałem tylko uważam, że inaczej widzę Europę. Inaczej widzę nasze wielkie zwycięstwo.
Naprawdę wielkie zwycięstwo, ale ono wymaga dalszej kontynuacji, bo po zwycięstwie otworzyła się nowa epoka, nowe możliwości i one wymagają nowych rozwiązań, których poszukuję, będę poszukiwał i Państwa zapraszam do takich poszukiwań. Nigdy nie byliście tak bardzo potrzebni jako „mózgi”, jak dzisiaj do budowy tego właśnie nowego. Jeśli nie zdamy egzaminu, będziemy trwać w tamtych rozwiązaniach – cofniemy się do nacjonalizmu. Kiedyś zawrócimy z tej drogi, ale ile to będzie kosztować! I to pokolenie zwycięskie, ono musi, jesteście w stanie intelektualnie i przy tej technice, którą macie, komputery itd… Jesteście w stanie rzeczywiście zaproponować Polskę, Europę i Świat, ale z poprawkami na czasy, które właśnie za naszego życia się zdarzyły.
To tyle, co chciałem Państwu powiedzieć. Dziękuję, życzę przyjemnego dnia.”
LECH WAŁĘSA
PAUza Akademicka Nr 41/42, 4-11 czerwca 2009
Cytat za: http://wyborcza.pl/1,97738,10030963,Grass_KamienieSyzyfa.html?as=1
“Władza tych lobby w znacznie większym stopniu zagraża demokracji niż histerycznie podnoszone niebezpieczeństwa, sianie w stylu Sarrazina lęku i przerażenia. Władza lobby odbiera parlamentarzystom i rządowi wiarygodność. Prowadzi do tego, że rośnie absencja wyborcza.
[...]
Nie mogąc tej władzy zlikwidować – reprezentacja interesów ma przecież swoje uzasadnienie – należy postawić jej wyraźne granice. [...] Dlatego potrzeba – moim zdaniem – ustawowo określonego okresu karencji wynoszącego minimum pięć lat. Chyba że obywatele, a w szczególności dziennikarze, pogodzą się z tym, że polityka z zasady jest przekupna i taką pozostanie.
[...]
Nie muszę i nie chcę powoływać się na Weimar jako na przykład ostrzegawczy. Obecne symptomy zmęczenia i rozpadu konstrukcji naszego państwa są wystarczającym powodem, by mieć poważne wątpliwości, czy nasza konstytucja gwarantuje jeszcze swoje obietnice. Dryf w kierunku społeczeństwa klasowego z coraz biedniejszą większością i odgradzającą się od niej warstwą najbogatszych, góra długów, której szczyt przesłania dzisiaj chmura zer, nieudolność i opisany wcześniej bezwład wybranych w wolnych wyborach parlamentarzystów wobec skoncentrowanej władzy grup interesów i wreszcie dławiący uścisk banków są w moich oczach powodem, dla którego konieczne staje się zrobienie czegoś, co było dotąd tabu, to znaczy postawienie pod znakiem zapytania całego systemu.
[...]
Czy mamy nadal godzić się na niejako przymusowo zaordynowany demokracjom system kapitalistyczny, w którym świat finansów w dużej mierze oddzielił się od gospodarki, ale raz po raz zagraża jej za sprawą zawinionych przez siebie kryzysów? Czy takie artykuły wiary jak rynek, konsumpcja i zysk nadal mają być naszą religią?
Dla mnie w każdym razie jest rzeczą pewną, że system kapitalistyczny wspierany przez neoliberalizm i pozbawiony alternatywy, jak sam się przedstawia, zdegenerował się do roli maszynerii, która niszczy pieniądze, i w oderwaniu od odnoszącej niegdyś sukcesy społecznej gospodarki rynkowej służy już tylko sobie samej: jako nieprzyjazny społeczeństwu moloch, którego skutecznie nie ogranicza żadne prawo.
Dlatego w dalszej kolejności powstaje pytanie: czy wybrana przez nas forma rządów, czyli demokracja parlamentarna, ma jeszcze wolę, a także siłę do tego, by obronić się przed tym grożącym jej rozpadem? Czy też każda próba reform mająca na celu poddanie banków i ich sposobu obchodzenia się z pieniędzmi jakiejś kontroli, to znaczy zmuszenia ich do działania w imię dobra wspólnego, nadal będzie delegowana do sfery niezobowiązujących deklaracji za pomocą rytualnego uzasadnienia, że “coś takiego, jeśli w ogóle, może się udać tylko na poziomie globalnym”?
Jedno wydaje mi się pewne: jeśli demokracje zachodnie okażą się niezdolne do tego, by za pomocą fundamentalnych reform przeciwstawić się grożącym im już obecnie i spodziewanym w przyszłości niebezpieczeństwom, to nie będą w stanie poradzić sobie z tym, co w nadchodzących latach jest nieuniknione: kryzysami rodzącymi następne kryzysy, niepohamowanym wzrostem liczby ludności na świecie, spowodowanymi niedostatkiem wody, głodem i nędzą falami uchodźców oraz wywołanymi działalnością człowieka zmianami klimatycznymi. Rozpad porządku demokratycznego pozostawiłby jednak po sobie, o czym świadczy dostatecznie dużo przykładów, pustkę, a tę mogłyby zagospodarować siły, których opis przekracza możliwości naszej wyobraźni – mimo że sparzyliśmy już sobie palce na faszyzmie i stalinizmie, których skutki nadal odczuwamy.”
Günter Grass
Tekst za “Süddeutsche Zeitung” z 4 lipca 2011 r.
Przepisane z Naomi Klein “Doktryna Szoku” Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza S.A 2009 strona 109 i następne.
“[...]trzy dekady później Chile nadal wskazywane jest przez entuzjastów wolnego rynku jako dowód na to, że friedmanizm sprawdza się w praktyce. Kiedy Pinochet zmarł w grudniu 2006 roku (miesiąc po śmierci Friedmana), dziennik “The New York Times” wychwalał generała za “przekształcenie bankrutującego kraju w najlepiej prosperująca gospodarkę Ameryki Łacińskiej”. Z kolei w komentarzu gazety “Washington Post” można było przeczytać, że Pinochet “wprowadził wolnorynkowe rozwiązania, które przełożyły się na chilijski cud gospodarczy” [45]. Jednakże burzliwa debata na temat “chilijskiego cudu gospodarczego” nadal się toczy.
Pinochet sprawował władzę przez siedemnaście lat. W tym czasie parokrotnie zmieniał kierunek swojej polityki. Okres trwałego wzrostu gospodarczego, który przeważnie przytacza sie jako dowód na “chilijski cud gospodarczy”, zaczął się dopiero w połowie lat osiemdziesiątych, a więc ponad dekadę po tym, jak chłopcy z Chicago [ czyli wyznawcy neoliberalnej ekonomii Miltona Friedmana, neoliberałowie ] przeprowadzili w kraju terapię szokową, i juz na dług po tym, jak Pinochet został zmuszony dokonać radykalnej korekty swojej polityki gospodarczej. Stało się tak ponieważ w 1982 roku, mimo ścisłego przestrzegania doktryny szkoły chicagowskiej [neoliberalizmu] gospodarka chilijska przeżyła załamanie: zadłużenie osiągnęło kolosalne rozmiary, w kraju ponownie pojawiła się hiperinflacja, a bezrobocie wynosiło 30 procent i było dziesięciokrotnie wyższe niz za rządów prezydenta Allende [46]. Głównym powodem zapaści gospodarczej w Chile była działalność wspomnianych już piranhas, *czyli instytucji finansowych* działających w podobny sposób jak amerykański Enron. Chłopcy z Chicago przeprowadzili deregulację rynków finansowych, dzięki czemu piranhas mogły działać bez jakichkolwiek ograniczeń. Instytucje te skupowały za pożyczone pieniądze państwowy majątek, akumulując kolosalny dług: 14 miliardów dolarów.[47]
Sytuacja stała się tak niestabilna, że Pinochet zmuszony był zrobić dokładnie to samo co czynił Allende: znacjonalizował wiele z tych zadłużonych przedsiębiorstw [48]. W obliczu gospodarczej katastrofy generał usunął z rządu prawie wszystkich chłopców z Chicago, z Sergem de Castro na czele. Kilku innych absolwentów programu stypendialnego na Uniwersytecie Chicago, którzy byli zatrudniani przez piranhas jako doradcy, zostało oskarżonych o oszustwa finansowe. W ten oto sposób rozmontowana została ostrożnie pielęgnowana fasada naukowej neutralności, która dla tożsamości chłopców z Chocago stanowiła kluczowy element.
Jedyne co na początku lat osiemdziesiątych uratowało Chile przed całkowitą zapaścią gospodarczą , to fakt, iz reżim generała nigdy nie zdecydował się na prywatyzację Codelco, znacjonalizowanego jeszcze przez prezydenta Allende przedsiębiorstwa, które było odpowiedzialne za eksploatację Chilijskich złóż miedzi. Ta jedyna firma dawała 85 procent wpływów z chilijskiego eksportu, co oznaczało, że w momencie pęknięcia finansowej bański spekulacyjnej państwo nadal mogło liczyć na stałe źródło wpływów do budżetu [49].
Jasne jest że wbrew temu, co często powtarzają zwolennicy neoliberalizmu, Chile nigdy do końca nie stało się laboratorium “czystego” kapitalizmu. W rzeczywistości Chile stało się krajem, w którym dość wąskiej elicie udało się w bardzo krótkim czasie dokonać skoku z poziomu umiarkowanej zamożności do statusu superbogaczy, korzystając z niesłuchanie zyskownej formuły: *finansowych spekulacji finansowanych z zaciągniętych długów, subsydiowanych, a następnie spłacanych ( w postaci bailoutu) z publicznej kasy.* Jeżeli przebijemy się przez głosy propagandzistów sławiących “chilijski cud gospodarczy”, okaże się, że Chile pod rządami Pinocheta i chłopców z Chicago nigdy nie zostało kapitalistycznym państwem, w którym zatriumfował w pełni wolny rynek.”
[...]
Historia “chilijskiego cudu gospodarczego” to w rzeczywistości historia wojny, którą, jak przeważnie postrzegają to sami Chilijczycy, najbogatsze warstwy w społeczeństwie wydały klasie średniej i najbiedniejszym. Do 1988 roku, kiedy to w końcu udało się ustabilizować gospodarkę, a kraj notował znaczny wzrost gospodarzy, 45 procent populacji znalazła się poniżej granicy ubóstwa [50]. Natomiast dochód 10 procent najbogatszych Chilijczyków zwiększył się o 83 procent [51]. Nawet w 2007 roku Chile było jednym z najbardziej nierównych społeczeństw na świecie.”
———————
Referencje:
[45] Jonathan Kandell, _Augusto Pinochet_, 91 “Dictator Who Ruled by Terror in Chile, Dies; A Dictator’s Doubl Standard, “Washington Post”, 12 grudnia 2006
[46] Greg Grandin, _Empirer’s Workshop: Latin America and the Roots of U.S. Imperialism_ , Metropolitan Books, New York 2006 s 171
[47] Ibid.s 171
[48] Pamela Constable, Arthuro Velenzuela, _A Nation Enemies_ , dz. cyt. s 197-198
[49] Jose Pinera, _Wealth Through Ownership: Creating Property Rights in Chilean Meaning_ , “Cato International Jurnal” 24, nr 3, jesień 2004 s 296
[51] Wywiad przeprowadzony 26 marca 2001 roku z Alejandro Foxleyem na potrzeby serialu dokumentalnego _Commanding Heights: The battle for the World Economy_ , http://www.pbs.org
[51] Pamela Constable, Arthuro Velenzuela, _A Nation Enemies_ , dz. cyt. s 219
Dobra książka to taka która jest zrozumiała, dobrze się czyta, przekaz jest nie tylko chwytliwy ale i rzetelnie zaargumentowany, tematyka aktualna ( nie mylić z opisywaniem zdarzeń bierzących), i ważna. W dzisiejszych czasach bywa to rzadkie zwierzę. Trzeba przyznać, a powody zostana wyjawione bliżej poniżej, że książek wydawanych przez polskich autorów o tych cechach jest naprawdę niewiele. jakos wydaje mi się, że jesteśmy skażeni jednak prowincjonalizmem i to zartówno w dziedzinie literatury pieknej ( no…) jak i literatury polemicznej, o naukowej nie będę się wypowiadał bo takowa w Polsce nie istnieje. Tym ciekawsza wydaje sie pozycja o której piszę: Jan Sowa “Ciesz sie późny wnuku. Kolonializm, Globalizacja i Demokracja Radykalna”.
Waga ksiązki niekoniecznie musi dotyczyc racji czy prawdy przedstawianych tez. Uznanie dla dzieła niekoniecznie musi oznaczać podzielanie pogladów autora, lub sprzyjanie proponowanym diagnozom. NIemniej jak mówia z mądrym lepiej stracic nieraz jak z głupim zyskać.
1 Demokratyzacja
Książka jest o demokrartyzacji. Pozostałe elementy tytułu wskazuja na powiązania z pozostałymi wątkami pracy, i w rzeczy samej nie mylą, autor porusza temat kolonializmu i globalizacji. Co jednak ważne, porusza nie tylko z racji pola zainteresowań, czy innych arbitralnych w gruncie rzeczy powodów ( np. panującej mody), lecz z powodu zasadniczego: podstawowa teza książki jak by ja nie odczytać, zawiera jeden dominujący pierwiastek: teorie proponujące opisujące problemy tego świata muszą dawać perspektywę równie szeroka jak zakres owch problemów, a te sa globalne, i muszą ujmować rzecz w kontekście historycznym a w aspekcie jakim jest demokratyzacja społeczeństw, globalna ekonomia, kontrasty biedy i bigactwa, jest on zasadniczo kolonialny.
Demokratyzacja rozumiana jest tu jako idea na wpół utopijna, stawiająca człowieka przed problemem dobrych rządów i dobrego ustroju politycznego i głosząca że rozwiązaniem jest współuczestnictwo we władzy szerokich mas społecznych. Autor rozpoczyna analizę od archetypicznej demokracji ateńskiej. Posiadala ona szereg paradoksalnych dla nas cech: była bynajmniej niepowszechna, obejmowała bowiem tylko nieznaczny odsetek obywateli: wolnych obywateli Aten. MIlcząca większość była owej mniejszości podporządkowana, i w tym sensie archetypiczny ustrój ludowy był w istocie dyktaturą elity. Niemniej w jej ramach ideał rządzenia zasadzał się na absolutnej równości pociągniętej tak dalece, że na urzędy wybierano w drodze losowania.
Podobne koncepcje narażone sa na operacje konsekwencji logicznej: jesli bowiem ideał polityczny greków zakładał, że prawdziwie obywatelem, podmiotem i jednostką danego polis staje się jego obywatel wyłącznie kiedy uczestniczy we władzy i przyjmuje jej brzemię, to tym samym osoba która tego czynić nie mogła, nie uzyskiwała podmiotowości a była jedynie rządzona. A zatem nie w pełni była podmiotem. Podobna operację jak sie okazuje wykonywano w historii wielokroć, i choć nie sposób argumentować z sensem za tezą o liniowym rozwoju społeczeństw ku jakiemuś utopijnemu dobru, faktem jest, że obecne formy rządów i politycznej organizacji także w rozumieniu praktycznym de facto dają przeciętnemu zjadaczowi chleba w społeczeństwach zachodu szerokie uprawnienia współudziału we władzy. przynajmniej w teorii.
Oczywiście w świecie pełno biedy, a akumulacja kapitału w obszarze północnej pułkuli jest przytłaczająca. Są w świecie kraje w których przeżycie grancz z cucem, co wobec dylematów konsumenta z kultury zachodniej w sklepie z artykułami AGD jest dosyć niekonfortową perspektywą.
Wygląda tez na to, że społeczeństwa zyjące w demokracji ( w różnym stopniu zdemokratyzowane, i zliberalizowane co nie jest tym samym) żyja dostatniej. A może ci co zyja dostatniej zyją demokratyczniej? Czy to wynik przypadku czy demokratyzacja zyci aw istony sposób jest związana z efektywnościa ekonomiczną? Czy liberalizm gospodarczy i obyczajowy sa z demokracja związane? A z dobrobyrtem? Odpowiedzi wcale nie muszą być tak oczywiste jak sie przyjmuje w płytkiej polskiej dyskusji politycznej.
Co ciekawe pojawia się także pytanie o możliwość demokratyzacji społeczeństw biednych. Kultura zachodnia zorganizowana jest wokół koncepcji indywidualistycznych, podkreślających wartość aspiracji jednostki i potrzebę jej samorealizacji w warunkach szerokiej wolnosci i realizacji swobód. Na ile jednak jest to związane z demokracją? W wydaniu ateńskim niemal wcale. Stawiamy więc pytanie o relacje miedzy liberalizmem, neoliberalizmem, ekonomią, demokracja i rozwojem krajów zacofanych i biednych wobec wyzwań globalizacji i w kontekście niedawnego i, tak, tak, obecnego kolonializmu.
2 Solidarność
Jednym z najciekawszych, choć zarazem dla mnie najbardziej kontrowersyjnych fragmentów ksiązki jest rozdział poświęcony przemianom w Polsce. O ile wydają mi się trafne tezy autora o tym, że upadek komunizmu była bardziej koniecznością dziejowo-ekonomiczna niz zasługa papierza, oraz, że polityka regana wobec ZSRR była bardziej dowodem słabości USA niż dominacji wolności i demokracji, o tyle obraz Solidarności i jej relacji do opisywanych w dosyc ambwiwalenty sposób elit wydaje mi się nadużyciem. Oczywiście nie będę tu polemizował z tezą, że społeczna baza ruchu Solidarności, a więc przede wszytstkim robotnicy, de facto poniosła największe koszty przemian gospodarczych w Polsce po roku 89. To oczywista prawda. Niemniej z obrazu tych czasów jaki zapamiętałem wiem też jak wyglądały puste pułki, oraz to, że ruch ów nie miał az tak konstruktywnego charakteru jak chciałby tego autor.
Nie chodzi mi tu o stwierdzenie jakoby Solidarność była ruchem destrukcyjnym tylko, bo to nieprawda, ale raczej o to, że mam wrażenie iż Sowa zdecydowanie przecenia celowość działan tego ruchu. Nie jest prawdą, że Solidarność miała jakąs alternatywę dla porzadku społecznego do którego obalenia się przyczyniła. Był to jednak niewątpliwie ruch artykuujący tendencje wolnosciowe i związane z podmiotowoscia obywateli i wtym elemencie zgadzam się z autorem.
Nie zgadzam się natomiast z teza jakoby przedstawiciele inteligencji, owe niesławne elity, zdradziły ruch Solidarności dla władzy. Wchodzą tu w grę bowiem dwa czynniki które autor pomija: odpowiedzialności i ograniczności czy zaściankowości. Jakie byłoby zdanie Sowy o Michniku, Mazowieckim czy Wałesie, gdyby wobec politycznego zwycięstwa nie wzięli na siebie ciężaru władzy? Czy nie byłaby to wielka nieuczciwość: walczyć z aparatem opresji w imie wolnosci i samostanowienia a w momencie gdy walka owa zakonczona zostaje sukcesem nie podjąc ciężaru dobudowy zdewastowanego kraju i odnowy społeczeństwa?
Zdecydowanie odmiennie niz Sowa oceniam tez Okrągły Stól. Zjawisko to jest jednym z najbardziej chlubnych punktów w historii polskiej państwowości, rodzajem narodowej zgody nieznanej na tej ziemi, kompromisu bedącego podwaliną nowych ram egzystencji wolnej ojczyzny. Oczywiście, kompromis pozostawia niedosyt, wolę niedosyt od rzeki krwi. Jeśli w Solidarność urzeczywistniła jakieś wartości, a uważam to za bezsprzeczne, to było wśród nich także i wyrzeczenie się przemocy w działaniach i pewien minimalizm, pewna konkretność rządań ( nie mylic z oczekiwaniami). Niemniej podzielam krytyczna opinie na temat kształtu gospodarki w wolnej Polsce. Zaściankowośc polskich elit, ich ograniczoność ma zaś głębokie historyczne tradycje. Społeczeństwo nasze zamkniete jest w kregu własnego samouwielbienia, zaś inteligencja z jej rola niesienia światła w zdrowa materię lawy pokrytej skorupa pełna jest przekonania o dziejowej roli i misji zbawienia narodu. Postawa taka nie sprzyja ani krytycznemu myśleniu o sobie samym ani tym bardziej uważnemu obserwowaniu innych. Tym samym zarzucanie Kuroniowi czy Geremkowi że bezkrytcznie zaimportowali symbolike i mity zaachodniej wolnosci i liberalizmu nie dostrzegając, zę importuja także konsumpcjonizm i implantuja de facto zamordystyczna gospodarke kaptalistczną jest po prostu nieporozumieniem. Wszytskim nam się wydawało, że los robotnika w RFN jest wart implantacji na warunki Polskie, bo nasz robotnik nie miał nawet tyle co ów jak obecnie sie okazuje również wyzyskiwany ( ale z jakim konsumpcjnym wdziekiem…).
3 Odrobina dziegciu ( Nie taka znowu mała…)
Książka w istocie przedstawia pewną perspektywę rozwoju społeczności i demokracji. Podstawową teza zdaje się byc przkonanie, że największa słabnością neoliberalizmu i współczesnej liberalno-demokratycznej konstrukcji społeczeństwa jest to, iż w istocie odsuwa na daleki plan wszelkie dywagacje o pożądanym kształcie społecznosci. W tym sensie jest to zrealizowana koncepcja końca historii Fukujamy, oto bowiem nic lepszego juz sie nie da osiągnąc, niz konsumpcyjny raj przerywany co pare lat wyborami które we współczesnym wydaniu coraz bardziej zaczynają przypominać, cuż, zakupy. I tu moge się z Sową zgodzić: nie powinniśmy zamykać oczu na możliwości poprawy warunków zycia naszych i innych ludzi także, i poszukiwac należy lepszych rozwiązań. Autor wielokrotnie zwraca uwagę, że dzisiejsze oczywistości w postaci wolnosci, praw człowieka, równosci płci, niedyskryminacji kilkaset czy nawet kilkadziesiąt lat temu bywały określane jako mżonki. Nie ma w ich istnieniu nic oczywistego. Zostały wywalczone i co więcej nieraz krwawo. Na marginesie, bo nie moge się powstrzymać, nadmienie, że jednym z najbardziej zakłamanych pod tym względem obrazów w dziejach kina jest “Forest Gump”. Nie będę jednak tu tematu rozwijał, może innym razem.
Logiczną konsekwencją tych działań, a więc walki o wolność osobistą, standardy międznarodowe, prawa człowieka, inkluzywność instutucji przedstawicielskich jest poszerzenie zakresu demokracji, do skali globalnej, Autor zatem proponuje damokratyzację działan międzynarodowych przy użyciu środków technicznych jakimi dysponujemy, o zmiane tam gdzie to realnie mozliwe, rządów z formy przedstawicielskiej na formę reprezentacji. W tej ostatniej wybierany przez społeczność reprezentant ma w ramach udziału we władzy reprezentować zdanie wyborców, pod zagrożeniem natychmiastowego odwołania, nie jest to więc rodzaj posła-przedstawiciela obdazonego polityczną autonomią, a raczej wynajęty reprezentant o ściśle okreslonych przerogatywach.
Autor wspomina nawet o proppozycji demokratycznej kontroli nad badaniami naukowymi i decydowaniu o przeznaczaniu funduszy w ramach demokratycznych i w pełni uspołecznionych procedur.
Łyżka dziegciu tkwi w okolicach środka książki, gdzie autor wspomina, w jednym z krajów demokratycznych, prawa kobiet do głosowania zostały uznane dopiero w latach 60-tych. Chodzi o Szwajcarię. Jak się okazuje, co Sowa wielekroć podkreśla w pierwszej części pracy, powszechność i konsekwentcja w demokratycznej organizacji społeczności prowadzi czasami do patologicznej petryfikacji zabobonów. Remedium twki w organizacji demokracji w wiekszości istniejących państwach demokratycznych: co prawda procedury wyborcze sa inkluzywne i demokratyczne, rządy jednak sa juz prowadzone rpzez wbraną w ten sposób elitę, która nie musi sprzyjać w dziłaniu populizmom, czy powszechnym w społeczeństwie zabobonom. Praktyka pokazuje, że po latach narody szczyca się nierzadko tym, co zafundowały im ich elity bez niczyjej zgody i konsultacji społecznych. Sowa to wie, bo o tym pisze. Sam wiem to od niego. A jednak widzi w dalszym poszerzeniu demokracji na bardziej bezpośrednie formy rozwiązanie bolączek świata. Czy gdyby byc konsekwentnym, i przyjąć to za dobra monete, ale byc tez realistą, nie dojdzie się do wniosku, ze jedyna mozliwa współcześnie forma takich rządów będzie nader podobna do konkursu audiotele? Dziwne, żę osoba zdolna napisać tak świetna książkę pozwala sobie na taka niekonsekwencje. W końcu zatem czytelnik zostaje pozostawiony wobec niej bezbronny, a autor zdaje się zapomniał co wcześniej napisał. A może nie?
Istotna słabością książki, w istocie krytykującej neoliberalizm i demokrację w jej obecnym, niedorozwiniętym zdaniem autora, wydaniu, jest brak odniesień do Poppera. Nie wiem czy Autor nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia i głębokości jego głosu w temacie o którym mowa? Rzecz to niepodobna jako że Sowa jest doktorantem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Cuż zatem znaczy zdziwienie nad liberalizmem który ogranicza władzę ludu do wybierania rządzących a odsuwa na dalszy plan realizacje bezpośrednich rządów ludu. Autor odkrywa jakby nowa prawdę, która nigdy zakryta nie była, stąd zdaje się wzmiankowane wyżej pęknięcie. Dowodzi to jak sądzę że Sowa celowo pominął pewne niewygodne dla niego publikacje, chciał bowiem uchodzić za odkrywce i demaskatora spraw które stanowią na przkład treść przedmowy Poppera do polskiego wydania z 1999 “Społeczeństwa Otwartego i jego wrogów”. Czy to nie zabawne? Zdemaskować w 2007 roku treści analizowane przez filozofa, bardzo prominentnego, w roku 1943? W dodatku filozofa będącego głównym ideologiem ruchu który się krytykuje – współczesnego liberalizmu.
Nie wiem czy Sowa ma rację czy nie, ale nie podoba mi się że nie przedyskutował tej słabości i w gruncie rzeczy wielu innych. Książka jest warta przeczytania, ale z naukowościa do jakiej zdaje sie pretenduję, przynajmniej w sensie popularnym nie ma wiele wspólnego. To niestety manifest. Może dzięki temu jednak tak dobrze się czyta?
Sowa Jan – “Ciesz się, późny wnuku!: Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna”
Karl R. Popper – “Społeczeństwo Otwarte i jego wrogowie”

