You are currently browsing the category archive for the ‘demokracja’ category.

 

 

    “The film is about the essence of art and the importance of faith and shows an artist who tries to find the appropriate response to the tragedies of his time. The film is also about artistic freedom and the possibility and necessity of making art for, and in the face of, a repressive authority and its hypocrisy, technology and empiricism, by which knowledge is acquired on one’s own without reliance on authority, and the role of the individual, community, and government in the making of both spiritual and epic art.”

     Za Wikipedia – artykuł o filmie Tarkowskiego “Andriei Rublev”

    [1]“Jednym z istotniejszych zdarzeń kształtujących zbiorową tożsamość napisowców, był sygnalizowany już w raporcie atak przypuszczony na to środowisko przez firmę dystrybucyjną [filmy] [słowo filmy - przypis mój] Gutek Film na przełomie 2005 i 2006 roku. Atak ten pociągnął za sobą nie tylko zawieszenie jednego z dwu największych portali dystrybuujących listy dialogowe (napisy.info), ale też późniejsze (2007) aresztowanie osób prowadzących drugi z portali (napisy.org).”

   [2] “W 2007 r. działania organów ścigania nakierowane teoretycznie na właścicieli serwisu napisy.org, zaczęły zataczać szersze kręgi obejmując również samych *tłumaczy.* Były naloty policji o szóstej rano, rekwirowanie komputerów, zatrzymania. Anna wspomina o strachu, jaki jej wówczas towarzyszył – twierdzi zresztą, że odczuwa go do dziś. W reakcji na informacje o działaniach policji, sformatowała dysk twardy, część płyt z filmami wyrzuciła, a co fajniejsze elementy zbioru wywiozła na działkę i ukryła w piwnicy. „Przycichła” na jakiś czas, podobnie jak większość tłumaczy. Po czym wróciła do tłumaczenia „pirata” i wrzucania napisów do sieci – bo jak twierdzi, nie wyobraża sobie już życia bez tego. Co zrobiłaby, gdyby w obliczu konsekwencji prawnych musiała przestać? Na pewno nie robiłaby tłumaczeń „do szuflady”. “Prędzej bym poszła na takie portale, gdzie  się poezję tłumaczy. Wtedy jest bardziej legalnie, może nikt cię nie będzie ścigał, bo już dawno wszyscy nie żyją.”"

    Za: “TAJNI KULTURALNI. Obiegi kultury z perspektywy twórców sieciowych węzłów wymiany treści.”  Raport na licencji CC, dofinansowany z funduszy Ministerstwa kultury i Dziedzictwa Narodowego, można pobrać TU.  Warta uwagi lektura, rzecz w naszym kraju niezwykła – rząd sfinansował próbę poznania i zrozumienia postaw innych ludzi. Powyższe cytaty pochodzą z tekstów zamieszczonych w tym opracowaniu, autorstwa Marka Krajewskiego (cytat [1])  i autorów raportu – Mirosław Filiciak, Michał Danielewicz, Anna Buchner, Katarzyna Zaniewska ( cytat [2])

    Na obrazku powyżej, otwierającym ten wpis na blogu, jest fragment psałterza, przedstawia on: “Khludov Psalter (detail), 9th century. The image represents the Iconoclast theologian, John the Grammarian, and an iconoclast bishop destroying an image of Christ. (State Historical Museum, Moscow)” Obraz pochodzi z artykułu Wikipedii na temat Ikonoklazmu.

    Ikonoklazm polegał na egzekwowaniu zakazu czczenia ikon – czyli wałczono z Ikonodulią. Aby zakaz uczynić obowiązującym zakazano malowania ikon i niszczono te, które istniały. Historycy nie znają faktycznych powodów dla których wprowadzono Ikonoklazm. Po okresie zakazów, władzę polityczną objęli ludzie, którzy przezwyciężyli zakaz, i wszystko co o nim wiemy, pochodzi z ideologicznie przeciwnych Ikonoklazmowi źródeł. Spekuluje isę że Ikonoklazm mógł mieć związek z próba pomniejszenia ekonomicznych i politycznych wpływów  monastyrskich ( klasztornych), bowiem to monastyry były głównymi wytwórcami czczonych ikon, co często było podstawa ekonomiczną ich funkcjonowania. Podobno znane są przypadki ludzi którzy pomimo zakazu malowali w ukryciu, ryzykując śmierć.

    Nie twierdze że jedno ( Rublov ), drugie ( naloty policji na tłumaczy na wezwanie Gutek Film ) i trzecie ( Ikonoklazm) są tym samym, czy nawet podobnym zjawiskiem. Ale jest coś niepokojąco podobnego w dystrybutorze filmów i biskupie niszczącym wytwory kultury którą starają się chronić czy wręcz budować. I w zawłaszczaniu pola kultury przez władzę, jak u Rublova,  nawet jeśli jest to tylko władza pieniądza i “rynku”…

     W niedawnym, kolejnym odcinku Zapisków z Wakacji opublikowanych pod tytułem “Pomniki”, Stary Zgred, którego niezmiennie lubię i szanuję, napisał następujące słowa: “Tak na prawdę to raczej powinniśmy się wystrzegać pomników na których pisze „Patriota”. Różne są oblicza patriotyzmu, a niektóre powodują, że później trzeba stawiać pomniki ofiarom wojny. I żeby nie było — nawet nie zastanawiam się nad dokonaniami tej konkretnej osoby…” Wpis dotyczył tematu pomników wojennych które Zgred oglądnął we Włoszech w małym miasteczku Angera. Zapoczątkowało to pewien ruch w moim umyśle czego efektem był następujący komentarz z mojej strony – którego rozwiniętą wersją jest ten wpis.

    Temat patriotyzmu i jego relacji do przemocy nie jest banalny, a choć komentarz jaki napisałem nadal mi się podoba, chciałbym jednak napisać trochę więcej. Jedyne co z wpisu starego Zgreda tu istotne to zdjęcie które podlinkowuje niżej, za co mu dziękuję, bo inaczej nie znalazłbym takiej fajnej ilustracji. W internecie, w mediach i w życiu prywatnym wielokrotnie spotykałem postawy dalece bardziej jednoznaczne. Kwestia patriotyzmu, w wpisie Wojciecha wyrażona nad grobami dawnych ofiar ludzkiego szaleństwa ma wyraźny rys refleksyjny, Wojciech pisze o “niektórych obliczach patriotyzmu”. Tymczasem wielokrotnie w kontekście współczesnym bez najmniejszej skłonności do refleksji i zniuansowania, patriotyzm osacza sie ze wszech stron jako przeżytek XIX wieku, wynalazek Fryderyka Wielkiego i Bismarcka. Wszyscy jesteśmy Ciastkami z Berlina – zdają się krzyczeć europejczycy z Polski.  Co prawda Adam Małysz nadal jest Polakiem, ale w sumie  jakie znaczenie ma narodowość jeśli mowa o Steve Jobbsie? W historii, z rozmaitych powodów, modne stało się podkreślać że naród to wynalazek, znienawidzonej przez Polskich historyków XXI wieku, Rewolucji Francuskiej. Spotkałem sie onegdaj ( w konflikcie edycyjnym w Wikipedii) z rozumowaniem “że pojęcie narodowości nie istniało w średniowieczu, a poza tym ojciec Kopernika był Niemcem”. Nie wiem jak było w średniowieczu – ale z sądzę,  że takie rewelacje ich autor wyczytał w jakimś bardzo współczesnym, nie starszym niż 10-20  letnie, opracowaniu historycznym. Jakie to szczęście że nareszcie, po tysiącach lat zakłamań, w podręcznikach do historii piszą prawdę i tylko prawdę….

    Wielu ludzi gotowych jest twierdzić że patriotyzm to przeżytek z powodów nieporównanie bardziej błahych jak śmierć milionów – który to powód przecież skłania do przemyśleń i z patriotyzmem niejaki związek jest tu dostrzegalny. W życiu codziennym wystarczy ledwie o parę procent niższy podatek, lub nieco wyższe zarobki, by całkiem spora część ludzi poczuła sie gotowa do wywrócenia do góry nogami całej swojej świadomości narodowej. Nie biznesowej. Narodowej. Wystarczy nadzieja poselskiej pensji by wykreować z niczego całe narody. Spotkałem sie także z poglądem że patriotyzm współcześnie ma wymiar czysto utylitarny gospodarczy. “Dobry patriota płaci podatki, i nie ma żadnych powodów by czuł jakikolwiek związek osobisty z pejzanem pod budką z piwem”. “Bliższy mi jest chiński uczony niż miejscowy sklepikarz” – mniej więcej taki pogląd wyczytałem na którymś blogu miłośnika nauki. Taka postawa da sie uzasadnić. Nie przeczę. Ale czy ów chiński uczony myśli podobnie i przejawia skłonność do wzajemności w tej miłości? I czy stać nas na podobna miłość bez wzajemności? Były w Polsce czasy kiedy członkowie elity nade wszystko miłowali włoszczyznę, francuszczyznę, a i obecnie przeciż nieraz lepiej od narodowej kultury znają i miłują amerykanizmy. Z faktu że stajemy sie jako społeczeństwo coraz bardziej ledwie namiętnymi konsumentami plastikowej kultury z macdonalda – wynika że stajemy się nowocześniejsi? Mądrzejsi? Czy może zaledwie podobamy się sobie? Wartości które wyznajemy sa głębsze? Prawdziwsze? Czy może po prostu będąc nikim, wydajemy się przynajmniej mieć takie same poglądy jak wszechświatowe mocarswo? Przecież nic mniejszego do nas nie pasuje, co nie? Bycie sobą w Polsce jest takie… niekomfortowe… Czy osoby wyrażające takie poglądy – naprawdę zajmuje kwestia “co o tym myśli chiński uczony”? Czy też pewną tezę, że każdy myślący człowiek na tym świecie myśli podobnie, przyjmują one za daną? I czy ktoś sprawdza tu fakty?

     Chyba nie dorosłem do takiego poziomu kosmopolityzmu by nastawać w sensie ogólnym na koncepcję patriotyzmu. Bo choć nie mam wiele wspólnego z jakimiś ideologiami, rozumiem i szanuje patriotyzm, i nie uważam by słusznym było by miał zaniknąć czy okazać się szkodliwy.

    Zacznijmy od sprawy postrzegania Wojen na zachodzie i w Polsce. Będzie konkretny przykład. W prasie, radio i telewizji nader często podkreśla się znaczące obniżenie napięć i pewnego rodzaju pojednanie jakie dokonało się w Europie Zachodniej po II Wojnie Światowej. Dyszący nienawiścią Niemcy i Francuzi mieli odstąpić od zadawnionych konfliktów i wspólnie zbudować Wspólnotę Węgla I Stali. Już dawno zniknęły dawne konflikty i granice, a zwyczajni ludzie spotykają się w międzynarodowym gronie czyniąc naszą, Polską, oparta na martyrologii, postawę zgoła śmieszną. Tak przynajmniej piszą w gazetach. Obawiam się że nie jest to dobre źródło informacji. W zasadzie nie jest to nawet źródło informacji…

    Czytając rozmaite książki czy opinie w internecie ludzi którzy ( w mojej opinii) mają pojęcie o czym piszą wyrobiłem sobie tu pewien pogląd. Pogląd ów daje się dobrze zilustrować zdjęciem które wykonał i pokazał w swoim wpisie Stary Zgred.

  1. Widać różnice w liczbie ofiar – z II Wojny Światowej jest ich prawie dwa razy mniej niż z I-wszej. Nic dziwnego że dla krajów zachodu Wielka Wojna Światowa – to I Wojna Światowa. We Francji do dziś obchodzi się uroczystości jej zakończenia – o ostatnich pisała nawet Polska prasa i piała telewizja. Czy w Polsce ktoś tak robi – czy ktoś pamięta I Wojnę Światową? Obchodzimy odzyskanie niepodległości – ale nie koniec Wojny. Liczba ofiar i czas – całkowicie zmienia optykę polityki, bowiem czym innym jest konflikt który miał miejsce 60 lat temu, a czym innym taki który zaszedł lat 80. To rzutuje na oceny, emocje, postępowanie. Oczywiście zachód, egoistyczny i egotyczny jak zawsze, nie chce zrozumieć że nasza Wielka Wojna nadal w nas tkwi dokładnie tak jak w nich tkwiła swego czasu ich Wielka Wojna. Stąd wydajemy się, a pośrednio sobie samym skoro czerpiemy pojęcie o sobie z angielskojęzycznych źródeł, anachroniczni. To nie jest wynik właściwej oceny. To jest wynik pomyłki jaką popełniają na zachodzi – im się po prostu nasza Wielka Wojna myli z Ich Wielką Wojną – stąd zdziwienie że dla nas Wielka Wojna ma takie znaczenie. Stąd książka Dawiesa “Europa walczy 1939-1945. Nie takie proste zwycięstwo” http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,2176 mogła mieć na zachodzie pewien posmak debunkingu. Im się po prostu nie mieści w głowie kraj w którym szklana zastawa stołowa czy obraz z 1870 roku jest czymś niezwykłym. Kraj w którym zniknęło 10% ludzi. Kraj w którym nikt nie liczył na litość a kolaboracja nie była wyborem politycznym, rodzajem błędu w wyborze jaki sie wybacza między dżentelmenami, jakaś opcją mającą wydźwięk praktyczny, ale całkowitym ześwinieniem.
  2. Czytałem w książce Christopher Bartlett (Addison Wesley Longmann Ltd. London) 1994) “Konflikt Globalny. Międzynarodowa rywalizacja wielkich mocarstw w latach 1880-1990″ Ossolineum 1997 obok analiz dotyczących związków między patriotyzmem, wojną i weltpolitik (http://fiksacie.wordpress.com/2012/01/05/konflikt-globalny-miedzynarodowa-rywalizacja-wielkich-mocarstw-w-latach-1880-1990-cytat/ ) nastepujący przykłąd. Oto podczas I Wojny Światowej kiedy do Europy przybyli żołnierze z USA wprawili oni Europejskich żołnierzy w zdumienie objawiając im że walczą o wolność i przeciw złu jakie niesie ze sobą Pruska/Niemiecka zawierucha. Dla nich konflikt miał wyraźny aspekt aksjologiczny, moralny. Tymczasem dla żołnierzy Europejskich było w tym czasie całkowicie jasne że po drugiej stronie znajdują się tacy sami ludzie, walczący o takie same wartości jak oni sami, zaś wszyscy sa ledwie pionkami na szachownicy w partii rozgrywanej przez polityków mocarstw.Podczas I Wojny Światowej żołnierzowi bywało trudno utożsamiać się z wolą rządów walczących imperiów, mimo że to były jego ojczyste imperia. Dla porównania – “Dzieje Dzielnego Wojaka Szwejka podczas Wojny Światowej” sa jakimś dokumentem tego stanu rzeczy, prawda?

     Konstatacja z punku 2 wraz z 1 powyżej daje całkowicie inne odniesienie do wagi i roli wysiłku zbrojnego podczas wojny jakie mogły zapisać się świadomości narodów. W Polsce podczas II Wojny Światowej zginęło 10% populacji zaś na Białorusi/Ukrainie – 20-25%. Polak czy Białorusin z natury przeznaczeni byli przez faszystów do eksterminacji podczas gdy Francuz czy Włoch – w każdym wypadku ponosili pewne niedogodności – brak cukru w obozie jenieckim czy przekleństwa strażników. Niemal do końca wojny koncepcja Obozów Zagłady nie mieściła się na zachodzie nikomu w głowie, a i dziś znaczeni wygodniej byłoby stwierdzić że były to obozy faszystowskie, a nie prowadzone przez legalne państwo niemieckie. Podczas I Wojny Światowej żołnierze przeciwnych stron, zmęczeni absurdalną walką zagrali z swoimi wrogami w piłkę nożną na linii frontu i śpiewali razem, na głosy kolędy, wychodząc z okopów i organizują wspólna wigilię co stało się zresztą tematem przeboju Paula McCartneya. Sytuacje takie nie był jednostkowe, zaś trauma po zakończeniu wojny przejawiała się w powszechnym przekonaniu że było to szaleństwo. Tolkien pisał “Władzcę Pierścieni” dedykując postać wiernego Sama swoim plebejskim towarzyszom broni – statystom w teatrze śmierci którego cele pozostają dla nich trudne do ogarnięcia, ale którzy wypełniają swoje zobowiązania przyjaźni z oddanem psa. I to przekonanie na zachodzie zostało ugruntowane. Jesli Wojna Mocarstw, rozpoczęta w wyniku działań dyplomatów ponad głowami ludzi, była szaleństwem, to zwycięstwo miało być ostateczne, klęska Niemiec definitywna a Wielka Wojna – miała być ostatnia. Zwycięzcy zdeptali więc przeciwników zapominając wygodnie o swoim politycznym udziale w hekaombie. I połozono podstawy nastepnego konfliktu.

    Wobec wzrostu potęgi faszyzmu, zachód bynajmniej nie zachowywał się jak nieprzejednany przeciwnik. Koncepcje że najlepiej byłoby gdyby Hitler i Stalin załatwili sprawy pomiędzy sobą były przed wojną na zachodzie powszechne. Polskę uznawano za wichrzyciela, skoro racjonalnemu i rzetelnemu politykowi odmawiała ledwie korytarza transportowego do niemieckiego miasta Danzig i Prus. Przez wiele lat po I Wojnie ignorowano dyplomatyczne anonse Rosji bolszewickiej która chciała zyskać uznanie jako legalne państwo Europejskie – spadkobierca prawny i militarny Rosyjskiego Imperium Carów. W sensie cywilizacyjnym była to przecież ledwie zmiana władzy bez jakichkolwiek zmian w koncepcjach geopolitycznych. Rosja bolszewicka nie miałą zamiarów ani środków podbijać Europy jak się nam to zwykle przedstawia. Imperium w wypadku Polski siegało po tereny ktore od czasów zaborów czyli od 200 lat byly pod jego jurysdykcją. Co innego zrobilismy zajmując swego czasu Zaolzie? Kiedy było już bardzo gorąco Stalin, na którego współpracy w sojuszach przeciw Hitlerowi zaczęło gwałtownie Francji zależeć, mówił że nie zgadza się by “zachód rękami Rosji wyciągał kasztany z ognia” ( za “Białe plamy-czarne plamy: sprawy trudne w polsko-rosyjskich stosunkach 1918-2008″ Autorzy Polsko-Rosyjska Grupa do Spraw Trudnych ). Oczywiście dziś w Polsce nie znajdziemy wiele osób które publicznie odważyłby się na taką obiektywną optykę, stąd pogląd taki – wyrażany zresztą także na zachodzie – wydaje nam się zgoła antypolski. Z faktu że tak go odbieramy, nie wynika jednoznacznie że takim jest. II Wojna Światowa dla zachodu to konflikt który nieledwie rozegrał się gdzieś daleko i dotyczył jakichś nieistotnych spraw. W zasadzie tylko jedna z nich obecnie ma jakieś znaczenie – Holocaust, ale to już sprawa Polskiego antysemityzmu. No i rozliczeń na które musi zdobyć się – oczywiście – naród Polski. Fakt że z 6 milionów wymordowanych Żydów, 3 miliony było Polakami – zdaje się nie docierać do zachodniej świadomości.

     Optyka kosmopolityzmu, braterstwa, w wypadku ludzi których wysiłek wojenny sprowadzał sie często do braków w zaopatrzeniu jest znacznie łatwiejsza i tańsza iż w wypadku narodów które poniosły milionowe straty… Inna też jest cena życia ludzkiego kiedy giną setki/tysiące rocznie a inna kiedy giną tysiące w ciągu dni a rocznie – miliony. I inna jest pamięć gdy żyją jeszcze ludzie którzy widzieli na własne oczy okropności o jakich zachód ledwie ma pojęcie.

     Uważam żę przyjmowanie zachodniej optyki w odniesieniu do Wojny – zwłaszcza II wojny Światowej – jest w wypadku Polaków – wielką głupotą. Usankcjonowaną zwyczajem nowych czasów ( nawet książki tłumaczone z angielskiego zachowują walory wyższego autorytetu) – ale głupota. Łączenie zaś tych spraw z patriotyzmem jest juz jakimś całkowitym nieporozumieniem.

     W wielu wypadkach zbrodnie wojenne jakich dopuszczali sie Niemcy podczas II Wojny Światowej zostały dokładnie opisane, i mamy wgląd nie tylko w dokumentacje przestępstwa ale znamy także wspomnienia i opinie zbrodniarzy. Pewien motyw pojawia się w nich w bardzo charakterystyczny i powtarzalny sposób. Jest nim poczucie obowiązku. “Dlaczego Pan nie pomógł?”, “Dlaczego zakatował Pan na śmierć ta kobietę?”, “Dlaczego brak było ludzkich odruchów na widok śmierci dziecka?”. “Z powodu poczucia obowiązku“. “Wydawało mi się że robię to co do mnie należy”. To nie jest tanie wyjaśnienie. Kto mógłby sądzić że do jego obowiązków zawodowych należy głodzenie ludzi? Jakie wartości wyznaje taki człowiek? Wstrząsająca prawda jest taka że absolutne zło – jest absolutnie banalne. Nie przejawia się w tym czego pełne są filmy fabularno-przygodowe – nie jest wynikiem działania zdegenerowanych monstrów dyszących smrodem i szukających sobie ofiary. Ci mordercy nie są narkomanami, zwyrodnialcami  ani żadną z postaci jaką chętnie widzielibyśmy w tym miejscu. Sa tacy jak my. Ich zło jest wynikiem działania procedur. Codziennych drobnych czynności – nadawania numerów ofiarom, golenia im włosów, wydzielania głodowych racji żywnościowych, braku pomocy medycznej z powodu organizacji działań wymierzonych na eksterminacje. Czasami ich motywacja to zemsta – na froncie zginął czyjś syn, brat. Ale na froncie w istocie ginie niewielu. A eksterminacja wymaga wielu – urzędników, buchalterów, strażników. I to oni, całkowicie zwykli ludzie, budują nieludzkie zło. Kroczek za kroczkiem.  Nawet nieznaczącymi faktami. Sprawna organizacja i zastraszanie działa tak, ze wszyscy wszystkich trzymają w szachu. A oszustwo podczas ważenia racji żywnościowych – urasta do bohaterstwa. Czy można od człowieka wymagać by był bohaterem? To samo możemy powiedzieć o tym co działo się w byłej Jugosławii, Ruandzie, w innych zakątkach świata. Jeśli eksterminacja miała charakter planowany – była banalna. Była jak organizacja przedsiębiorstwa. Jak biznes – ze swoimi rachunkami opłacalności i wyliczaniem oszczędności jakie daje zastosowanie gazu zamiast broni palnej. Poczucie obowiązku.
    Czyżbyśmy zatem słyszeli że poczucie obowiązku jest czymś złym? A tego nikt nie twierdzi! Obarczamy winą patriotyzm ( który można rozumieć na bardzo wiele sposobów) ale już nie banalne wypełniane swojej roli społecznej bez doceniania konsekwencji swych działań 9 co także dopuszcza wiele interpretacji i niuansów). Dlaczego? Dlaczego patriotyzm miałby być czymś w oczywisty sposób złym i prowadzić do zbrodni, podczas gdy posłuszeństwo i wypełnianie zobowiązań – miałoby być niewinnym działaniem?

     Działania jakich dopuszcza się człowiek, w pracy, na wojnie, w miłości i w pokoju mają bardzo złożone motywacje. Nie przypuszczam by patriotyzm, był bardziej groźny od zwykłej dokładności i obowiązkowości. Jest nam tylko wygodnie tak o tym myśleć. Działa tu mechanizm kozła ofiarnego – nie dosyć że znajdujemy winnego to jeszcze jest to coś co nam się opłaca obwiniać. Bo zrezygnować z patriotyzmu – to niekłopotliwe – wystarczy przywiązanie do społeczności, narodu, miejsca urodzenia i języka matki – zastąpić po prostu miłością własną. “Polska nic mnie nie obchodzi, liczę się tylko ja i moja rodzina”. Zaś powiedzieć “Będę wykonywał obowiązki tylko o tyle o ile jest zgodne to z moimi zasadami moralnymi” jest działaniem bardzo, ale to bardzo złożonym i skomplikowanym. I przede wszystkim trzeba by te zasady mieć….

   

   

    “Kłamca ukrywa przed nami zamiar odwiedzenia nas od właściwej oceny rzeczywistości; mamy nie wiedzieć, iż chce, byśmy uwierzyli w coś, co sam uważa za nieprawdę. Wciskający kit ukrywa przed nami iż to, czy mówi prawdę, czy nie, jest mu całkowicie obojętne; mamy się nie zorientować, że nie przyświeca mu ani chęć powiedzenia prawdy, ani też chęć jej ukrycia. Nie oznacza to bynajmniej, iz jego mowa jest popędliwa i anarchicznie nieuporządkowana – nie, on jedynie rządzi się i kieruje motywami niemającymi nic wspólnego z troską o zgodność z rzeczywistym stanem rzeczy.
     Nie można kłamać, nie sądząc, że zna sie prawdę. Wciskanie kitu nie nakłada żadnych tego rodzaju ograniczeń. Ktoś kto kłamie, tym samym odnosi sie do prawdy, i do pewnego stopnia odnosi się do niej z szacunkiem. Mówca uczciwy mówi tylko to, co jego zdaniem pokrywa się z prawdą. W przypadku kłamcy z równą mocą obowiązuje lustrzana metoda, iż to co mówi mija się z prawda. Wciskającego kit nie ograniczają żadne sztywne reguły; on nie stoi ani po stronie prawdy, ani po stronie nieprawdy. W ogóle nie sugeruje się faktami, co zmuszony jest czynić zarówno mówca uczciwy jak i wygłaszający kłamstwo; no, może tylko o tyle, o ile wpłynie to na jego szanse na sukces. Nie obchodzi go, czy to co mówi właściwie opisuje rzeczywistość. Dobiera to albo wymyśla, tak by służyło jego własnym celom. [...]
     Dla większości ludzi sam fakt, iż dana wypowiedź mija sie z prawdą, stanowi powód, jakkolwiek słaby i łatwy do pominięcia, by jej nie wygłaszać. [...] Dla wciskającego kit nie ma on żadnego znaczenia. Zarówno kłamiąc jak i mówiąc prawdę, ludzie kierują się własnym przekonaniem o tym, jak mają się rzeczy w istocie. To właśnie ono przyświeca im w dążeniu do opisania owych rzeczy, obojętne czy zgodnie z prawda czy też w sprzeczności do niej. Z tego powodu wygłaszanie kłamstw nie czyni wypowiadającej jej osoby niezdolną do powiedzenia prawdy w sposób w jaki czyni ją niezdolną do tego wciskanie kitu. Nieumiarkowane oddawanie się wciskaniu kitu, polegającemu na wypowiadaniu twierdzeń bez oglądania się na cokolwiek poza tym, co nam akurat wygodnie jest powiedzieć, prowadzi do osłabienia bądź całkowitego zarzucenia nawyku poświęcania należytej uwagi temu jak się przedstawia faktyczny stan rzeczy. Kłamca i człowiek prawdomówny znajdują się po przeciwnych stronach, że tak powiem boiska, ale jednak graja w tę samą grę. Obaj liczą się z faktami zgodnie z własnym ich postrzeganiem, chociaż jednemu przyświeca prawda a drugi odwraca się do niej plecami. Wciskającemu kit prawda jest obojętna. Nie odwraca się od prawdy ani jej nie odrzuca, jak czyni to kłamca. W ogóle nie zwraca na nią uwagi. Z tego właśnie powodu wciskanie kitu jest znacznie groźniejsze od kłamania.
     Ktoś kto ma na uwadze przekazanie bądź ukrycie faktów, zakłada istnienie faktów, które można stwierdzić i nazwać. [...] “kontrrealistyczne” doktryny podkopują naszą wiarę w sens bezstronnych wysiłków zmierzających do ustalenia co jest prawdą, a co nią nie jest, a nawet samą zrozumiałość pojęcia obiektywnego dociekania. Jednym z następstw jest odchodzenie od dyscypliny wynikającej z przywiązania do ideałów ścisłości na rzecz zupełnie innego rodzaju dyscypliny, wynikające z dążenia do osiągnięcia alternatywnego ideału szczerości. Miast dążyć przede wszystkim do ścisłego przedstawienia naszego wspólnego świata, jednostka angażuje się w szczere przedstawienie własnej osoby. Przekonana że rzeczywistość wyzbyta jest przyrodzonych [...] właściwości [...] zwraca się ku głoszeniu prawdy o swoich właściwościach. [...]“

“O wciskaniu kitu” (“On bullshit”) Harry G. Frankfurt, przekład Hanna Pastuła, wyd. Czuły Barbarzyńca press 2008.

 

   

    [...] opinię Andrzeja Lubienieckiego o nastrojach panujących w Polsce nieco wcześniej (czyli przed pierwsza elekcją królewską w Polsce): “Kilka lat przed śmiercią królewską gdzie się jeno zjechało kilka ludzi duchownych, świeckich, bądź to senatorów, bądź szlachty, nawet kupców, nigdy nie chybiło aby byli nie mieli o przyszłym interregnum mówić, a to z wielką bojaźnią i struchleniem” [...]
Chwila zmiany warty u władzy zawsze jest kryzysem. Lecz tak wielkie przesilenie wcale nie musiało w Polsce nastąpić. Społeczeństwo widziało, że dynastia dogorywa i pragnęło się w porę zabezpieczyć. Aby uniknąć wstrząsu należało się dogadać [...] Poprzednicy [...] pozostawili im wyrobioną tradycję współpracy tronu z szeregową szlachtą [...] Świetną tradycje jagiellońską dwaj ostatni Jagiellonowie odrzucili. Zagadnienie nie da się wyjaśnić bez zwrócenia uwagi na ich własne koncepcje polityczne. To był świadomy wybór arystokratycznej doktryny rządzenia. Sojusz z tymi co reprezentowali same szczyty, pogarda dla tych co w izbie obrad zasiadali “opozad” czyli w pobliżu drzwi. żaden determinizm ( dziejów – uwaga moja) nie działał [...] Obaj Zygmuntowie mieli swobodę decydowania, zwłaszcza ten drugi, młodszy. Reformatorzy czekali na niego z wyciągniętymi dłońmi.
[...]
    Na sejmie w 1605 roku po raz ostatni w życiu przemówił Jan Zamoyski, daremnie podając królowi rękę w imieniu całej opozycji: “Miłuję dalibóg Wasza Królewską Mość i służę wiernie i po wtóre mówię, wiernie służę; racz tylko Wasza Królewska Mość miłować też nas, poddane swe: łacnoć będzie o pieniądze, łacno o pomnożenie państw, snadnoć przyjdzie wszystko, gdy miłość poddanych będzie. Uczynisz tu Wasza Królewska Mość z Polaka Aleksandra, z Litwina Herkulesa; miłości tylko trzeba, bez tej trudno co począć”.
Nie bierzmy za pustą retorykę słów kanclerza i hetmana, który mowę swą “z płaczem wielkim stojąc kończył”. O wzajemne zaufanie, o dowody życzliwości monarchy ku poddanym wołał ten sam człowiek który w 1587 roku wprowadził Zygmunta na Wawel, pokonał pod Byczyną jego wroga arcyksięcia Maksymiliana a w pięć lat później musiał grać główną rolę na “sejmie inkwizycyjnym”. Rozpatrywano wtedy mściwe doniesienie tegoż Maksymiliana, oskarżające Zygmunta III o chęć odstąpienia cichcem korony polskiej arcyksięciu Ernestowi. Król nie zdołał się całkowicie oczyścić z zarzutów. Potajemne knowania były faktem. Dotyczą innych spraw, trwały i później. Po całej Rzeczypospolitej krążyły o nich “rumory”. Staje się jasne co w tych okolicznościach znaczyły słowa kanclerza “racz tylko Wasza Królewska Mość miłować i nas, poddane swe”.
[...]
    August II to dno naszej historii. Bo za jego syna i następcy Augusta III zaczęła się poprawa, bez najmniejszej oczywiście pomocy i zasługi ze stroh króla. Ale przyznajmy że już grubo wcześniej, w epoce popiastowskiej w ogóle wielu władców Rzeczypospolitej nie chciało “narodem naszym się kontentować”. W ich politycznych rachubach Polska stanowiła niekiedy tylko czynnik ( w zabiegach dynastycznych i majątkowych o trony i tereny w Europie – przypis mój) zamiast być podmiotem i celem. Taki stan rzeczy wytwarzał klimat moralny nie sprzyjający reformie. Zaufanie do rządzących jest budulcem niematerialnym lecz niezastąpionym.
[...]
    Anarchia przemogła ongi w Rzeczypospolitej ponieważ rząd królewski szedł poprzednio przeciwko społeczeństwu, zmarnował jego dorobek umysłowy i dobrą wolę. Istota owej anarchii polegała na rozpasaniu wielkich. To było jej koło napędowe. Tłum szlachecki nie wynalazł sobiepaństwa. Zawiedziony i zbałamucony poszedł w ślady tych co [...] uważali że wolno w Polsce – a raczej w Rzeczypospolitej – jak kto chce…
     Taką maksymę wyznawali w całej Europie rozmaici panowie de i von. Ale tam z biegiem czasu hamulce potężniały. U nas beznadziejnie słabły bo sama władza centralna nie pofatygowała się wzmocnić się w porę. I robiła rzeczy które musiały demoralizować poddanych. [...]

    Najwięcej poczucia karności było u nas zawsze tam, gdzie najbardziej tłoczno. Wśród ludu, drobiazgu szlacheckiego i małych ziemian. Bo znaczniejsi łątwiej zarażali się od magnatów. Ci ostatni zachowywali się normalnie – jak na ich sytuację społeczną. Dokładnie według wzorów znanych z postępowania arystokracji w innych, znacznie szczęśliwszych krajach. jedno tylko – być może – wyróżniało nasze królewięta. Magnateria Rzeczypospolitej zdawała sobie sprawę że źle się dzieje w państwie. Znała słabość jego struktury. Struchlała kiedy podczas wojny kozackiej rozpalił się na nowo odwieczny front moskiewskiej, a w perspektywie zarysowała się groźba szwedzkiej. [...] Wielcy panowie trafnie widzieli schorzenia systemu. Magnat pisał satyry, piętnował bezrząd, anarchię, prywatę, rwał włosy z głowy oraz sejmy, sejmiki, warcholił, mącił, kopał grób państwu, zdradzał je w chwili grozy.
     Wynika stąd wniosek, który śmiało można podnieść do godności prawa historii. Człowiek jest bezbronny wobec własnego przywileju. Samo istnienie przywileju jest złem. Lecz brak kontroli nad uprzywilejowanymi, kontroli niezależnej od nich, musi doprowadzić do anarchii i katastrofy.
     Władza państwowa Rzeczypospolitej za długo brała stronę wielkich przeciwko małym. I zbyt często dbała bardziej o własne doktryny i ambicje niż kraj.

Paweł Jasienica “Polska anarchia”  stony 54 – 77. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989

    Wałęsa to postać niezwykła. Im dłużej o nim myślę, tym bardziej widzę jak wyrasta ponad swoich adwersarzy ( choć nie jest ani postacią pomnikową, ani sztampową osobowością, ma swoje dziwacwa, a sposób wyrażania się i pochodzenie społeczne zniechęca do niego wielu ludzi). Kiedyś Wałęsa wystąpił z kuriozalnym pomysłem 300 milionów dla każdego, co zostało wyśmiane przez większość ekspertów ekonomicznych w tym Balcerowicza. Pomysły te zastosowano skutecznie w Brazyli (Lulla i jego zespół) wzmacniając podstawy wzrostu gospodarczego na mikrokredycie udzielanym przez panstwo pod warunkeim partycypacji w programach pomocowych jak elektryfikacja, szczepienia, edukacja dzieci itp. Pieniądze tak rozdawane biedakom ( za pomoca rzadowej karty kredytowej) wracją do gosdpoarki dzięki ich konsumpcji ( biedacy płaca za prąd, kupują telefony, lodówki, jedzenie do lodówek, szukają pracy dzięki posiadaniu kontaktu ze światem, PKB rośnie, dzieci są szczepione i ucza się czytać i pisać)

    Poniżej cytat za PAUza Akademicka Nr 41/42, 4-11 czerwca 2009 – Lech Wałęsa wygłosił wówczas przemówienie z okazji 20 rocznicy pierwszych wolnych wyborów parlamentarnych w Polsce oraz odzyskania wolności i upadku komunizmu w Europie Środkowej na spotkaniu z członkami Akademii Umiejętności w Krakowie. Warto się wczytać – zapewniam – i pamiętać, że 300 milionów dla każdego upadło – nie dlatego że było głupie, ale dlatego że doradcy ekonoiczni Solidarnosci nie byli dostatecznie światłymi i niezależnymi ludźmi by zrozumieć jaki cel chciał osiągnąć prosty elektryk… Teraz, o ile dobrze rozumeim jego słowa – uważa Wałęsa że rozwiazaiem problemów świata nie jest “zamordyzm czy leseferyzm ( neoliberalizm ) ale więcej demokracji i poszukiwanie wspólnych wartości zamiast patologiznej amerykanizacja prawa.

    Wszelkie podkreślenia i układ paragrafów w tekscie poniżej pochodzą odemnie ( zachęcam do przeczytania całego numeru PAUzy i do subskrybcji tego ciekawego periodyku).

    “Panie i Panowie, Szanowni Państwo. Jest tyle spraw, tyle tematów, które należałoby tu poruszyć, że ja mam problem, co tu wybrać. Oczywiście rocznice zawsze powodują, że wspominamy, ale jak wiecie Państwo, ja jestem ustawiony inaczej. Ja przeszłości prawie nie pamiętam. Dlaczego? Dlatego, że ja w tamtych czasach i teraz musiałem się bardzo mocno koncentrować. Miałem i mam różnego rodzaju braki, koncentracją nadrabiałem. Dopasowując się i szukając rozwiązań, często grałem Waszą mądrością, by wygrywać swoje problemy i swoje tematy. I dlatego też nie za dużo będę wspominał – wybaczcie mi Państwo. A zaczynam od tego, że naprawdę bardzo dziękuję, że zechcieliście zostać i posłuchać mnie trochę, ale dziękuję przede  wszystkim, że jednak mimo wszystko w tych trudnych czasach jednak wypełnialiście logiką te czasy i możliwości.

    Naszemu pokoleniu naprawdę udała się rzecz nieprawdopodobna. Skończyliśmy jeden z najgorszych systemów, skończyliśmy epokę podziału, granic, bloków, konfrontacji i chwała nam wszystkim za to, ale otworzyliśmy coś jeszcze trudniejszego. Otworzyliśmy epokę intelektu, informacji, globalizacji. Epoka ta, moim zdaniem, wymaga innego oprzyrządowania, wymaga innych  struktur, innych programów, a my z uporem maniaka upieramy się przy tamtych rozwiązaniach.

    To jest największą tragedią obecnych czasów: brakiem nawet rozwiązań, brakiem zapanowania nad sprawami. Dlatego prosiłbym Państwa: naprawdę, zwróćmy uwagę, że to, co się ułożyło strukturalnie i programowo w epoce bloków, granic, konfrontacji – prawie całkowicie upada. Nasze pokolenie albo weźmie się szybciej do roboty i zaproponuje korekty – bo nie trzeba dużo: korekty, ale korekty w sprawach zasadniczych i podstawowych – albo, jeżeli tych korekt nie naniesiemy wystarczająco szybko, to będziemy wciąż wpadać w kryzysy. Kryzys, ten bankowy… Jest oczywiste, że jest tylko dlatego, bo nie zdążyliśmy z rozwiązaniami. Nie zdążyliśmy z globalnym spojrzeniem na bankowość, nie zdążyliśmy w tej bankowości zauważyć, że najpierw pracę się uruchamia, a potem nieruchomości i wypoczynek. A o tym zapomniano właśnie. Ale to nauczka, z której jakoś wychodzimy. Natomiast, jeżeli nie będziemy w tym kierunku myśleć, to już można przewidywać następne kryzysy. A te kryzysy spowodują, że cofniemy się do nacjonalizmów państwowych – to już można też zauważyć. Dlatego, zróbmy coś.

    Wy jesteście tu najmądrzejsi, to Wy jesteście elitą intelektualną tych przemian i Polski – i to Wy musicie skorygować te systemy. Ja dzisiaj zadaje Wam pytania, bo sam nie mam odpowiedzi. Jaki system ekonomiczny pod zjednoczoną Europę i pod globalizację? Bo chyba przecież nie ten, który doprowadził do tego, że mniej niż 10% ludzkości ma majątek 90% ludzkości? A kto się z tym zgodzi? Wy, społeczeństwo, widzicie co się dzieje, a to dopiero początek. Nikt się z tym nie zgodzi i dlatego też, jeśli chcemy ten system, który się sprawdza – wolnorynkowy– kontynuować – to aż się prosi na to stulecie potroić ilość właścicieli. Trzy razy więcej właścicieli i ich rodzin zapewni te socjale i zapewni ochronę tego systemu.Jak to zrobić? Oto jest pytanie. Nie czym, tylko jak to zrobić, żeby prawo, żeby wszystko umożliwiło powstanie trzy razy więcej kapitalistów? To jest w temacie ekonomicznym. A w temacie demokratycznym: nie możemy przyjąć konstytucji [UE]. Teraz mamy problemy z traktatami, ale są jeszcze wyższe problemy.

    [...]

    Szanowni Państwo, w latach siedemdziesiątych i w początku osiemdziesiątych ja już byłem trochę opozycjonistą i rozmawiałem z różnymi ludźmi; z dziennikarzami ale trafiali się też i politycy, prezydenci, a nawet  na króla jednego trafiłem. Zadawałem zawsze te same pytania: „Proszę państwa czy jest jakaś szansa urwać się od komunizmu?” Mówiłem – tysiąc razy to słyszeliście –ze wszystkimi rozmawiałem też pod koniec już lat osiemdziesiątych. Ani jeden nie dawał mi najmniejszych szans na to, że urwiemy się komunizmowi. Długo, długo nie itd. Ale ja i my pytaliśmy wciąż, no i zaczęli, już pod przymusem naszej bezczelności, zaczęli wpisywać to do komputerów. Czym lepszy komputer odpowiadał „nie”. Tylko wojna nuklearna może zmienić realia tego świata, żadnej innej  możliwości nie ma.

    A ja powiem dalej dzisiaj: A chcecie się pobawić? Gdy wrócicie do domu i macie komputer,  wpiszcie te dane: ile czołgów, ile rakiet, jakie interesy, kto z kim walczy. Odpowiedź i dzisiaj dostaniecie „nie ma możliwości zakończyć w tej klasie systemu komunistycznego”. A już dawno go w dużej części nie ma. Teraz zastanawiamy  się nad tym, jak to Polska ma wyglądać, jak to Europa, a nawet globalizacja. To są na razie puste pojęcia. Ani dobre ani złe. Jak to ma wyglądać?

    Otóż, powinniśmy wrócić do tego momentu, gdzie ta pomyłka nas wszystkich jest. I dopiero, gdy zauważymy tę  pomyłkę, możemy się zabrać za budowanie. A pomyłka brzmi: liczyliśmy wszystko czołgi, rakiety, pieniądze, a w ogóle nie braliśmy pod uwagę ducha, wartości, Pana Boga, w ogóle nikt nad tym się nie zastanawiał. A pamiętacie, co się stało w tym stanie niemocy, braku wiary? – Polak został Papieżem! Uruchomił wartości, oczywiście nie zrobił rewolucji, ale uruchomił wartości, pozwolił w tych tłumach policzyć się. Pozwolił popatrzyć ilu nas jest, pozwolił się nam zorganizować, bo zawsze nas rozbijano. Nie pozwolono nam się zorganizować. I to zorganizowanie szczątkowe, opozycyjne grupy przejęły, poprowadziły przez opozycje, strajki i… – Ciąg dalszy  znacie.

    Wartości okazały się lepsze od czołgów, rakiet, dolarów. I jeśli o tym będziemy pamiętać przy budowaniu tego nowego systemu – jednak przypomnijmy sobie o tym wszystkim – to jestem przekonany, że naprawdę  zbudujemy Polskę, Europę i nawet globalizację – nie idealną, ale daleko porządniejszą niż budowy, które wcześniej były tworzone przez nas. Świat dziś proponuje – bo jak wiecie często jeżdżę – świat dziś proponuje nie  szukać, ale oprzeć wszystko na wolności, wszyscy ludzie w Europie, a potem globalnie są jednakowo wolni. Ładne. Ludzie jednakowo wolni mogą się organizować jak chcą: poprzecznie i podłużnie, i zakładają organizacje. Wolny  rynek, żadnej dotacji, żadnej pomocy, sprawy wartości ducha, Pana Boga – do dowolnego użytku. I to jest ta koncepcja na dzisiaj, która jest pół na pół, ale z przewagą. I ta koncepcja jest piękna i by się nawet podobała, ale jest ostatnią w tamtym układzie podziału, nie nadającą się moim zdaniem na te czasy. Ta koncepcja – do czego doprowadzi? To już widać, ale jeszcze będzie trochę lepiej widać.

    Otóż doprowadzi do tego, że będą powstawać bezideowe grupy partyjne  i inne i będą oszukiwać, kraść, kombinować, mając gdzieś to wszystko. A co będzie robiła demokracja? To, co zaczęła już robić: komisje powoływać, każdy z Państwa będzie w dziesięciu komisjach. Komisję, by rozliczyć, komisję, by zauważyć, komisję, by poprawić. A te komisje będą jeszcze większe przekręty robić, niż by miały wyjaśnić. Wszystkie podatki, wszystko nam zabiorą, nic dobrego nie zbudujemy – nie wierzę w taką budowę.  Jest i druga koncepcja – 50% – która mówi właśnie, że musimy oprzeć sprawy na wartościach, ale tu jest problem. Każde państwo ma trochę inne wartości. W związku z tym, co trzeba zrobić? No, trzeba między tymi państwami w Europie pouzgadniać wartości religijne,  niereligijne i inne. I to uznać za fundament. Papież nasz mówił: „człowieka sumienia trzeba wychować”, ale patrzył przez wiarę – to się zgadza. A my musimy sprawdzić przez wiary, ale różne wiary i z tego wyciągnąć wartości.

    Dziesięć przykazań wszyscy musimy uznać za niezbędne. Oczywiście wartości są generalnie potrzebne, globalne 5 punktów, kontynentalne 10 punktów, państwowe 15, a potem jeszcze inne może 30, ale wszystkie po kolei – te  górne się uznaje, a potem w dół zjeżdża. To są problemy moje i to są problemy, które – moim zdaniem – stoją przed światem. I stąd, jak słyszycie, moje zachowaniei moje oceny. Ostrożnie to róbcie, dlatego że w tym  temacie, w którym dzisiaj mam problem, sprawy wyglądają mniej więcej tak. W tamtej epoce, kiedy były podziały, granice, faszyzm, komunizm, jeszcze inne totalitaryzmy, nie było wolno tańczyć z byle kim. Trzeba było patrzeć, z kim się  tańczy. Takie zachowanie, które dzisiaj mi proponują, to jest właśnie klasyczne z tamtej epoki.

    Dzisiaj, o co innego chodzi. Chodzi o jedność europejską. Chodzi też o to, że pałowanie lub obrzucanie – nie to, nie te czasy. Trzeba rozmawiać. In bardziej przeciwny, tym bardziej go trzeba do stołu, do płotu doprowadzić i zapytać, „a co ty masz? Pokaż światu jak ty widzisz tę Unię czy inne rzeczy. Pokaż!” I niech naród ciebie wybierze, a nie proponować, „schowaj go, zamknij, spałuj, może zastrzel”. To jest dokładnie z tamtej epoki, a to, co ja teraz robię – mimo sprzeciwów – to jest właśnie ta nowa epoka, która mówi „rozmawiać, pokazywać, prezentować swoje zdanie, dążyć do negocjacji,  dążyć do tego żeby się nie pałować”. W tamtej epoce, tak: trzeba się było i pałować i kamieniami rzucać.A w tej epoce hańbą jest, jak wychodzimy na ulicę, jak zamiast intelektu, mądrości, logiki – to my pałowanie  uruchamiamy, albo – to „Nie!” – Nie oglądaj! Nie wolno z nim gadać!” Nie, proszę Państwa! I stąd – znów skorygujcie mnie – bo ja nie zdradziłem, nie sprzedałem tylko uważam, że inaczej widzę Europę. Inaczej widzę nasze wielkie zwycięstwo.

    Naprawdę  wielkie zwycięstwo, ale ono wymaga dalszej kontynuacji, bo po zwycięstwie otworzyła się nowa epoka, nowe możliwości i one wymagają nowych rozwiązań, których poszukuję, będę poszukiwał i Państwa zapraszam do takich poszukiwań. Nigdy nie byliście tak bardzo potrzebni jako „mózgi”, jak dzisiaj do budowy tego właśnie nowego. Jeśli nie zdamy egzaminu, będziemy trwać w tamtych rozwiązaniach – cofniemy się do nacjonalizmu. Kiedyś zawrócimy z tej drogi, ale ile to będzie kosztować! I to  pokolenie zwycięskie, ono musi, jesteście w stanie intelektualnie i przy tej technice, którą macie, komputery itd… Jesteście w stanie rzeczywiście zaproponować Polskę, Europę i Świat, ale z poprawkami na czasy, które  właśnie za naszego życia się zdarzyły.

    To tyle, co chciałem Państwu powiedzieć. Dziękuję, życzę przyjemnego dnia.”

LECH WAŁĘSA
PAUza Akademicka Nr 41/42, 4-11 czerwca 2009

Cytat za: http://wyborcza.pl/1,97738,10030963,Grass_KamienieSyzyfa.html?as=1

    “Władza tych lobby w znacznie większym stopniu zagraża demokracji niż histerycznie podnoszone niebezpieczeństwa, sianie w stylu Sarrazina lęku i przerażenia. Władza lobby odbiera parlamentarzystom i rządowi wiarygodność. Prowadzi do tego, że rośnie absencja wyborcza.
[...]
Nie mogąc tej władzy zlikwidować – reprezentacja interesów ma przecież swoje uzasadnienie – należy postawić jej wyraźne granice. [...] Dlatego potrzeba – moim zdaniem – ustawowo określonego okresu karencji wynoszącego minimum pięć lat. Chyba że obywatele, a w szczególności dziennikarze, pogodzą się z tym, że polityka z zasady jest przekupna i taką pozostanie.
[...]
Nie muszę i nie chcę powoływać się na Weimar jako na przykład ostrzegawczy. Obecne symptomy zmęczenia i rozpadu konstrukcji naszego państwa są wystarczającym powodem, by mieć poważne wątpliwości, czy nasza konstytucja gwarantuje jeszcze swoje obietnice. Dryf w kierunku społeczeństwa klasowego z coraz biedniejszą większością i odgradzającą się od niej warstwą najbogatszych, góra długów, której szczyt przesłania dzisiaj chmura zer, nieudolność i opisany wcześniej bezwład wybranych w wolnych wyborach parlamentarzystów wobec skoncentrowanej władzy grup interesów i wreszcie dławiący uścisk banków są w moich oczach powodem, dla którego konieczne staje się zrobienie czegoś, co było dotąd tabu, to znaczy postawienie pod znakiem zapytania całego systemu.
[...]
Czy mamy nadal godzić się na niejako przymusowo zaordynowany demokracjom system kapitalistyczny, w którym świat finansów w dużej mierze oddzielił się od gospodarki, ale raz po raz zagraża jej za sprawą zawinionych przez siebie kryzysów? Czy takie artykuły wiary jak rynek, konsumpcja i zysk nadal mają być naszą religią?

 

    Dla mnie w każdym razie jest rzeczą pewną, że system kapitalistyczny wspierany przez neoliberalizm i pozbawiony alternatywy, jak sam się przedstawia, zdegenerował się do roli maszynerii, która niszczy pieniądze, i w oderwaniu od odnoszącej niegdyś sukcesy społecznej gospodarki rynkowej służy już tylko sobie samej: jako nieprzyjazny społeczeństwu moloch, którego skutecznie nie ogranicza żadne prawo. 

 

Dlatego w dalszej kolejności powstaje pytanie: czy wybrana przez nas forma rządów, czyli demokracja parlamentarna, ma jeszcze wolę, a także siłę do tego, by obronić się przed tym grożącym jej rozpadem? Czy też każda próba reform mająca na celu poddanie banków i ich sposobu obchodzenia się z pieniędzmi jakiejś kontroli, to znaczy zmuszenia ich do działania w imię dobra wspólnego, nadal będzie delegowana do sfery niezobowiązujących deklaracji za pomocą rytualnego uzasadnienia, że “coś takiego, jeśli w ogóle, może się udać tylko na poziomie globalnym”?

 

    Jedno wydaje mi się pewne: jeśli demokracje zachodnie okażą się niezdolne do tego, by za pomocą fundamentalnych reform przeciwstawić się grożącym im już obecnie i spodziewanym w przyszłości niebezpieczeństwom, to nie będą w stanie poradzić sobie z tym, co w nadchodzących latach jest nieuniknione: kryzysami rodzącymi następne kryzysy, niepohamowanym wzrostem liczby ludności na świecie, spowodowanymi niedostatkiem wody, głodem i nędzą falami uchodźców oraz wywołanymi działalnością człowieka zmianami klimatycznymi. Rozpad porządku demokratycznego pozostawiłby jednak po sobie, o czym świadczy dostatecznie dużo przykładów, pustkę, a tę mogłyby zagospodarować siły, których opis przekracza możliwości naszej wyobraźni – mimo że sparzyliśmy już sobie palce na faszyzmie i stalinizmie, których skutki nadal odczuwamy.”

Günter Grass

Tekst za “Süddeutsche Zeitung” z 4 lipca 2011 r.

 

Przepisane z Naomi Klein “Doktryna Szoku” Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza S.A 2009 strona 109 i następne.

     “[...]trzy dekady później Chile nadal wskazywane jest przez entuzjastów wolnego rynku jako dowód na to, że friedmanizm sprawdza się w praktyce. Kiedy Pinochet zmarł w grudniu 2006 roku (miesiąc po śmierci Friedmana), dziennik “The New York Times” wychwalał generała za “przekształcenie bankrutującego kraju w najlepiej prosperująca gospodarkę Ameryki Łacińskiej”. Z kolei w komentarzu gazety “Washington Post” można było przeczytać, że Pinochet “wprowadził wolnorynkowe rozwiązania, które przełożyły się na chilijski cud gospodarczy” [45]. Jednakże burzliwa debata na temat “chilijskiego cudu gospodarczego” nadal się toczy.
     Pinochet sprawował władzę przez siedemnaście lat. W tym czasie parokrotnie zmieniał kierunek swojej polityki. Okres trwałego wzrostu gospodarczego, który przeważnie przytacza sie jako dowód na “chilijski cud gospodarczy”, zaczął się dopiero w połowie lat osiemdziesiątych, a więc ponad dekadę po tym, jak chłopcy z Chicago [ czyli wyznawcy neoliberalnej ekonomii Miltona Friedmana, neoliberałowie ] przeprowadzili w kraju terapię szokową, i juz na dług po tym, jak Pinochet został zmuszony dokonać radykalnej korekty swojej polityki gospodarczej. Stało się tak ponieważ w 1982 roku, mimo ścisłego przestrzegania doktryny szkoły chicagowskiej [neoliberalizmu] gospodarka chilijska przeżyła załamanie: zadłużenie osiągnęło kolosalne rozmiary, w kraju ponownie pojawiła się hiperinflacja, a bezrobocie wynosiło 30 procent i było dziesięciokrotnie wyższe niz za rządów prezydenta Allende [46]. Głównym powodem zapaści gospodarczej w Chile była działalność wspomnianych już piranhas, *czyli instytucji finansowych* działających w podobny sposób jak amerykański Enron. Chłopcy z Chicago przeprowadzili deregulację rynków finansowych, dzięki czemu piranhas mogły działać bez jakichkolwiek ograniczeń. Instytucje te skupowały za pożyczone pieniądze państwowy majątek, akumulując kolosalny dług: 14 miliardów dolarów.[47]
    Sytuacja stała się tak niestabilna, że Pinochet zmuszony był zrobić dokładnie to samo co czynił Allende: znacjonalizował wiele z tych zadłużonych przedsiębiorstw [48]. W obliczu gospodarczej katastrofy generał usunął z rządu prawie wszystkich chłopców z Chicago, z Sergem de Castro na czele. Kilku innych absolwentów programu stypendialnego na Uniwersytecie Chicago, którzy byli zatrudniani przez piranhas jako doradcy, zostało oskarżonych o oszustwa finansowe. W ten oto sposób rozmontowana została ostrożnie pielęgnowana fasada naukowej neutralności, która dla tożsamości chłopców z Chocago stanowiła kluczowy element.
    Jedyne co na początku lat osiemdziesiątych uratowało Chile przed całkowitą zapaścią gospodarczą , to fakt, iz reżim generała nigdy nie zdecydował się na prywatyzację Codelco, znacjonalizowanego jeszcze przez prezydenta Allende przedsiębiorstwa, które było odpowiedzialne za eksploatację Chilijskich złóż miedzi. Ta jedyna firma dawała 85 procent wpływów z chilijskiego eksportu, co oznaczało, że w momencie pęknięcia finansowej bański spekulacyjnej państwo nadal mogło liczyć na stałe źródło wpływów do budżetu [49].
    Jasne jest że wbrew temu, co często powtarzają zwolennicy neoliberalizmu, Chile nigdy do końca nie stało się laboratorium “czystego” kapitalizmu. W rzeczywistości Chile stało się krajem, w którym dość wąskiej elicie udało się w bardzo krótkim czasie dokonać skoku z poziomu umiarkowanej zamożności do statusu superbogaczy, korzystając z niesłuchanie zyskownej formuły: *finansowych spekulacji finansowanych z zaciągniętych długów, subsydiowanych, a następnie spłacanych ( w postaci bailoutu) z publicznej kasy.* Jeżeli przebijemy się przez głosy propagandzistów sławiących “chilijski cud gospodarczy”, okaże się, że Chile pod rządami Pinocheta i chłopców z Chicago nigdy nie zostało kapitalistycznym państwem, w którym zatriumfował w pełni wolny rynek.”
[...]
    Historia “chilijskiego cudu gospodarczego” to w rzeczywistości historia wojny, którą, jak przeważnie postrzegają to sami Chilijczycy, najbogatsze warstwy w społeczeństwie wydały klasie średniej i najbiedniejszym. Do 1988 roku, kiedy to w końcu udało się ustabilizować gospodarkę, a kraj notował znaczny wzrost gospodarzy, 45 procent populacji znalazła się poniżej granicy ubóstwa [50]. Natomiast dochód 10 procent najbogatszych Chilijczyków zwiększył się o 83 procent [51]. Nawet w 2007 roku Chile było jednym z najbardziej nierównych społeczeństw na świecie.”

———————

Referencje:
[45] Jonathan Kandell, _Augusto Pinochet_, 91 “Dictator Who Ruled by Terror in Chile, Dies; A Dictator’s Doubl Standard, “Washington Post”, 12 grudnia 2006
[46] Greg Grandin, _Empirer’s Workshop: Latin America and the Roots of U.S. Imperialism_ , Metropolitan Books, New York 2006 s 171
[47] Ibid.s 171
[48] Pamela Constable, Arthuro Velenzuela, _A Nation Enemies_ , dz. cyt. s 197-198
[49] Jose Pinera, _Wealth Through Ownership: Creating Property Rights in Chilean Meaning_ , “Cato International Jurnal” 24, nr 3, jesień 2004 s 296
[51] Wywiad przeprowadzony 26 marca 2001 roku z Alejandro Foxleyem na potrzeby serialu dokumentalnego _Commanding Heights: The battle for the World Economy_ , http://www.pbs.org
[51] Pamela Constable, Arthuro Velenzuela, _A Nation Enemies_ , dz. cyt. s 219

   

    Dobra książka to taka która jest zrozumiała, dobrze się czyta, przekaz jest nie tylko chwytliwy ale i rzetelnie zaargumentowany, tematyka aktualna ( nie mylić z opisywaniem zdarzeń bierzących), i ważna. W dzisiejszych czasach bywa to rzadkie zwierzę. Trzeba przyznać, a powody zostana wyjawione bliżej poniżej, że książek wydawanych przez polskich autorów o tych cechach jest naprawdę niewiele. jakos wydaje mi się, że jesteśmy skażeni jednak prowincjonalizmem i to zartówno w dziedzinie literatury pieknej ( no…) jak i literatury polemicznej, o naukowej nie będę się wypowiadał bo takowa w Polsce nie istnieje. Tym ciekawsza wydaje sie pozycja o której piszę: Jan Sowa “Ciesz sie późny wnuku. Kolonializm, Globalizacja i Demokracja Radykalna”.

   Waga ksiązki niekoniecznie musi dotyczyc racji czy prawdy przedstawianych tez. Uznanie dla dzieła niekoniecznie musi oznaczać podzielanie pogladów autora, lub sprzyjanie proponowanym diagnozom. NIemniej jak mówia z mądrym lepiej stracic nieraz jak z głupim zyskać.

    1 Demokratyzacja

    Książka jest o demokrartyzacji. Pozostałe elementy tytułu wskazuja na powiązania z pozostałymi wątkami pracy, i w rzeczy samej nie mylą, autor porusza temat kolonializmu i globalizacji. Co jednak ważne, porusza nie tylko z racji pola zainteresowań, czy innych arbitralnych w gruncie rzeczy powodów ( np. panującej mody), lecz z powodu zasadniczego: podstawowa teza książki jak by ja nie odczytać, zawiera jeden dominujący pierwiastek: teorie proponujące opisujące problemy tego świata muszą dawać perspektywę równie szeroka jak zakres owch problemów, a te sa globalne, i muszą ujmować rzecz w kontekście historycznym a w aspekcie jakim jest demokratyzacja społeczeństw, globalna ekonomia, kontrasty biedy i bigactwa, jest on zasadniczo kolonialny.

    Demokratyzacja rozumiana jest tu jako idea na wpół utopijna, stawiająca człowieka przed problemem dobrych rządów i dobrego ustroju politycznego i głosząca że rozwiązaniem jest współuczestnictwo we władzy szerokich mas społecznych. Autor rozpoczyna analizę od archetypicznej demokracji ateńskiej. Posiadala ona szereg paradoksalnych dla nas cech: była bynajmniej niepowszechna, obejmowała bowiem tylko nieznaczny odsetek obywateli: wolnych obywateli Aten. MIlcząca większość była owej mniejszości podporządkowana, i w tym sensie archetypiczny ustrój ludowy był w istocie dyktaturą elity. Niemniej w jej ramach ideał rządzenia zasadzał się na absolutnej równości pociągniętej tak dalece, że na urzędy wybierano w drodze losowania.

    Podobne koncepcje narażone sa na operacje konsekwencji logicznej: jesli bowiem ideał polityczny greków zakładał, że prawdziwie obywatelem, podmiotem i jednostką danego polis staje się jego obywatel wyłącznie kiedy uczestniczy we władzy i przyjmuje jej brzemię, to tym samym osoba która tego czynić nie mogła, nie uzyskiwała podmiotowości a była jedynie rządzona. A zatem nie w pełni była podmiotem. Podobna operację jak sie okazuje wykonywano w historii wielokroć, i choć nie sposób argumentować z sensem za tezą o liniowym rozwoju społeczeństw ku jakiemuś utopijnemu dobru, faktem jest, że obecne formy rządów i politycznej organizacji także w rozumieniu praktycznym de facto dają przeciętnemu zjadaczowi chleba w społeczeństwach zachodu szerokie uprawnienia współudziału we władzy. przynajmniej w teorii.

    Oczywiście w świecie pełno biedy, a akumulacja kapitału w obszarze północnej pułkuli jest przytłaczająca. Są w świecie kraje w których przeżycie grancz z cucem, co wobec dylematów konsumenta z kultury zachodniej w sklepie z artykułami AGD jest dosyć niekonfortową perspektywą.

    Wygląda tez na to, że społeczeństwa zyjące w demokracji ( w różnym stopniu zdemokratyzowane, i zliberalizowane co nie jest tym samym) żyja dostatniej. A może ci co zyja dostatniej zyją demokratyczniej? Czy to wynik przypadku czy demokratyzacja zyci aw istony sposób jest związana z efektywnościa ekonomiczną? Czy liberalizm gospodarczy i obyczajowy sa z demokracja związane? A z dobrobyrtem? Odpowiedzi wcale nie muszą być tak oczywiste jak sie przyjmuje w płytkiej polskiej dyskusji politycznej.

    Co ciekawe pojawia się także pytanie o możliwość demokratyzacji społeczeństw biednych. Kultura zachodnia zorganizowana jest wokół koncepcji indywidualistycznych, podkreślających wartość aspiracji jednostki i potrzebę jej samorealizacji w warunkach szerokiej wolnosci i realizacji swobód. Na ile jednak jest to związane z demokracją? W wydaniu ateńskim niemal wcale. Stawiamy więc pytanie o relacje miedzy liberalizmem, neoliberalizmem, ekonomią, demokracja i rozwojem krajów zacofanych i biednych wobec wyzwań globalizacji i w kontekście niedawnego i, tak, tak, obecnego kolonializmu.

    2 Solidarność

    Jednym z najciekawszych, choć zarazem dla mnie najbardziej kontrowersyjnych fragmentów ksiązki jest rozdział poświęcony przemianom w Polsce. O ile wydają mi się trafne tezy autora o tym, że upadek komunizmu była bardziej koniecznością dziejowo-ekonomiczna niz zasługa papierza, oraz, że polityka regana wobec ZSRR była bardziej dowodem słabości USA niż dominacji wolności i demokracji, o tyle obraz Solidarności i jej relacji do opisywanych w dosyc ambwiwalenty sposób elit wydaje mi się nadużyciem. Oczywiście nie będę tu polemizował z tezą, że społeczna baza ruchu Solidarności, a więc przede wszytstkim robotnicy, de facto poniosła największe koszty przemian gospodarczych w Polsce po roku 89. To oczywista prawda. Niemniej z obrazu tych czasów jaki zapamiętałem wiem też jak wyglądały puste pułki, oraz to, że ruch ów nie miał az tak konstruktywnego charakteru jak chciałby tego autor.

    Nie chodzi mi tu o stwierdzenie jakoby Solidarność była ruchem destrukcyjnym tylko, bo to nieprawda, ale raczej o to, że mam wrażenie iż Sowa zdecydowanie przecenia celowość działan tego ruchu. Nie jest prawdą, że Solidarność miała jakąs alternatywę dla porzadku społecznego do którego obalenia się przyczyniła. Był to jednak niewątpliwie ruch artykuujący tendencje wolnosciowe i związane z podmiotowoscia obywateli i wtym elemencie zgadzam się z autorem.

    Nie zgadzam się natomiast z teza jakoby przedstawiciele inteligencji, owe niesławne elity, zdradziły ruch Solidarności dla władzy. Wchodzą tu w grę bowiem dwa czynniki które autor pomija: odpowiedzialności i ograniczności czy zaściankowości. Jakie byłoby zdanie Sowy o Michniku, Mazowieckim czy Wałesie, gdyby wobec politycznego zwycięstwa nie wzięli na siebie ciężaru władzy? Czy nie byłaby to wielka nieuczciwość: walczyć z aparatem opresji w imie wolnosci i samostanowienia a w momencie gdy walka owa zakonczona zostaje sukcesem nie podjąc ciężaru dobudowy zdewastowanego kraju i odnowy społeczeństwa?

    Zdecydowanie odmiennie niz Sowa oceniam tez Okrągły Stól. Zjawisko to jest jednym z najbardziej chlubnych punktów w historii polskiej państwowości, rodzajem narodowej zgody nieznanej na tej ziemi, kompromisu bedącego podwaliną nowych ram egzystencji wolnej ojczyzny. Oczywiście, kompromis pozostawia niedosyt, wolę niedosyt od rzeki krwi. Jeśli w Solidarność urzeczywistniła jakieś wartości, a uważam to za bezsprzeczne, to było wśród nich także i wyrzeczenie się przemocy w działaniach i pewien minimalizm, pewna konkretność rządań ( nie mylic z oczekiwaniami). Niemniej podzielam krytyczna opinie na temat kształtu gospodarki w wolnej Polsce. Zaściankowośc polskich elit, ich ograniczoność ma zaś głębokie historyczne tradycje. Społeczeństwo nasze zamkniete jest w kregu własnego samouwielbienia, zaś inteligencja z jej rola niesienia światła w zdrowa materię lawy pokrytej skorupa pełna jest przekonania o dziejowej roli i misji zbawienia narodu. Postawa taka nie sprzyja ani krytycznemu myśleniu o sobie samym ani tym bardziej uważnemu obserwowaniu innych. Tym samym zarzucanie Kuroniowi czy Geremkowi że bezkrytcznie zaimportowali symbolike i mity zaachodniej wolnosci i liberalizmu nie dostrzegając, zę importuja także konsumpcjonizm i implantuja de facto zamordystyczna gospodarke kaptalistczną jest po prostu nieporozumieniem. Wszytskim nam się wydawało, że los robotnika w RFN jest wart implantacji na warunki Polskie, bo nasz robotnik nie miał nawet tyle co ów jak obecnie sie okazuje również wyzyskiwany ( ale z jakim konsumpcjnym wdziekiem…).

    3 Odrobina dziegciu ( Nie taka znowu mała…)

    Książka w istocie przedstawia pewną perspektywę rozwoju społeczności i demokracji. Podstawową teza zdaje się byc przkonanie, że największa słabnością neoliberalizmu i współczesnej liberalno-demokratycznej konstrukcji społeczeństwa jest to, iż w istocie odsuwa na daleki plan wszelkie dywagacje o pożądanym kształcie społecznosci. W tym sensie jest to zrealizowana koncepcja końca historii Fukujamy, oto bowiem nic lepszego juz sie nie da osiągnąc, niz konsumpcyjny raj przerywany co pare lat wyborami które we współczesnym wydaniu coraz bardziej zaczynają przypominać, cuż, zakupy. I tu moge się z Sową zgodzić: nie powinniśmy zamykać oczu na możliwości poprawy warunków zycia naszych i innych ludzi także, i poszukiwac należy lepszych rozwiązań. Autor wielokrotnie zwraca uwagę, że dzisiejsze oczywistości w postaci wolnosci, praw człowieka, równosci płci, niedyskryminacji kilkaset czy nawet kilkadziesiąt lat temu bywały określane jako mżonki. Nie ma w ich istnieniu nic oczywistego. Zostały wywalczone i co więcej nieraz krwawo. Na marginesie, bo nie moge się powstrzymać, nadmienie, że jednym z najbardziej zakłamanych pod tym względem obrazów w dziejach kina jest “Forest Gump”. Nie będę jednak tu tematu rozwijał, może innym razem.

    Logiczną konsekwencją tych działań, a więc walki o wolność osobistą, standardy międznarodowe, prawa człowieka, inkluzywność instutucji przedstawicielskich jest poszerzenie zakresu demokracji, do skali globalnej, Autor zatem proponuje damokratyzację działan międzynarodowych przy użyciu środków technicznych jakimi dysponujemy, o zmiane tam gdzie to realnie mozliwe, rządów z formy przedstawicielskiej na formę reprezentacji. W tej ostatniej wybierany przez społeczność reprezentant ma w ramach udziału we władzy reprezentować zdanie wyborców, pod zagrożeniem natychmiastowego odwołania, nie jest to więc rodzaj posła-przedstawiciela obdazonego polityczną autonomią, a raczej wynajęty reprezentant o ściśle okreslonych przerogatywach.

    Autor wspomina nawet o proppozycji demokratycznej kontroli nad badaniami naukowymi i decydowaniu o przeznaczaniu funduszy w ramach demokratycznych i w pełni uspołecznionych procedur.

    Łyżka dziegciu tkwi w okolicach środka książki, gdzie autor wspomina, w jednym z krajów demokratycznych, prawa kobiet do głosowania zostały uznane dopiero w latach 60-tych. Chodzi o Szwajcarię. Jak się okazuje, co Sowa wielekroć podkreśla w pierwszej części pracy, powszechność i konsekwentcja w demokratycznej organizacji społeczności prowadzi czasami do patologicznej petryfikacji zabobonów. Remedium twki w organizacji demokracji w wiekszości istniejących państwach demokratycznych: co prawda procedury wyborcze sa inkluzywne i demokratyczne, rządy jednak sa juz prowadzone rpzez wbraną w ten sposób elitę, która nie musi sprzyjać w dziłaniu populizmom, czy powszechnym w społeczeństwie zabobonom. Praktyka pokazuje, że po latach narody szczyca się nierzadko tym, co zafundowały im ich elity bez niczyjej zgody i konsultacji społecznych. Sowa to wie, bo o tym pisze. Sam wiem to od niego. A jednak widzi w dalszym poszerzeniu demokracji na bardziej bezpośrednie formy rozwiązanie bolączek świata. Czy gdyby byc konsekwentnym, i przyjąć to za dobra monete, ale byc tez realistą, nie dojdzie się do wniosku, ze jedyna mozliwa współcześnie forma takich rządów będzie nader podobna do konkursu audiotele? Dziwne, żę osoba zdolna napisać tak świetna książkę pozwala sobie na taka niekonsekwencje. W końcu zatem czytelnik zostaje pozostawiony wobec niej bezbronny, a autor zdaje się zapomniał co wcześniej napisał. A może nie?

    Istotna słabością książki, w istocie krytykującej neoliberalizm i demokrację w jej obecnym, niedorozwiniętym zdaniem autora, wydaniu, jest brak odniesień do Poppera. Nie wiem czy Autor nie zdaje sobie sprawy z jego istnienia i głębokości jego głosu w temacie o którym mowa? Rzecz to niepodobna jako że Sowa jest doktorantem Uniwersytetu Jagiellońskiego. Cuż zatem znaczy zdziwienie nad liberalizmem który ogranicza władzę ludu do wybierania rządzących a odsuwa na dalszy plan realizacje bezpośrednich rządów ludu. Autor odkrywa jakby nowa prawdę, która nigdy zakryta nie była, stąd zdaje się wzmiankowane wyżej pęknięcie. Dowodzi to jak sądzę że Sowa celowo pominął pewne niewygodne dla niego publikacje, chciał bowiem uchodzić za odkrywce i demaskatora spraw które stanowią na przkład treść przedmowy Poppera do polskiego wydania z 1999 “Społeczeństwa Otwartego i jego wrogów”. Czy to nie zabawne? Zdemaskować w 2007 roku treści analizowane przez filozofa, bardzo prominentnego, w roku 1943? W dodatku filozofa będącego głównym ideologiem ruchu który się krytykuje – współczesnego liberalizmu.

    Nie wiem czy Sowa ma rację czy nie, ale nie podoba mi się że nie przedyskutował tej słabości i w gruncie rzeczy wielu innych. Książka jest warta przeczytania, ale z naukowościa do jakiej zdaje sie pretenduję, przynajmniej w sensie popularnym nie ma wiele wspólnego. To niestety manifest. Może dzięki temu jednak tak dobrze się czyta?

 

    Sowa Jan – “Ciesz się, późny wnuku!: Kolonializm, globalizacja i demokracja radykalna”
    Karl R. Popper“Społeczeństwo Otwarte i jego wrogowie”

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 35 other followers

%d bloggers like this: