You are currently browsing the category archive for the ‘czytanie’ category.

“The film is about the essence of art and the importance of faith and shows an artist who tries to find the appropriate response to the tragedies of his time. The film is also about artistic freedom and the possibility and necessity of making art for, and in the face of, a repressive authority and its hypocrisy, technology and empiricism, by which knowledge is acquired on one’s own without reliance on authority, and the role of the individual, community, and government in the making of both spiritual and epic art.”
Za Wikipedia – artykuł o filmie Tarkowskiego “Andriei Rublev”
[1]“Jednym z istotniejszych zdarzeń kształtujących zbiorową tożsamość napisowców, był sygnalizowany już w raporcie atak przypuszczony na to środowisko przez firmę dystrybucyjną [filmy] [słowo filmy - przypis mój] Gutek Film na przełomie 2005 i 2006 roku. Atak ten pociągnął za sobą nie tylko zawieszenie jednego z dwu największych portali dystrybuujących listy dialogowe (napisy.info), ale też późniejsze (2007) aresztowanie osób prowadzących drugi z portali (napisy.org).”
[2] “W 2007 r. działania organów ścigania nakierowane teoretycznie na właścicieli serwisu napisy.org, zaczęły zataczać szersze kręgi obejmując również samych *tłumaczy.* Były naloty policji o szóstej rano, rekwirowanie komputerów, zatrzymania. Anna wspomina o strachu, jaki jej wówczas towarzyszył – twierdzi zresztą, że odczuwa go do dziś. W reakcji na informacje o działaniach policji, sformatowała dysk twardy, część płyt z filmami wyrzuciła, a co fajniejsze elementy zbioru wywiozła na działkę i ukryła w piwnicy. „Przycichła” na jakiś czas, podobnie jak większość tłumaczy. Po czym wróciła do tłumaczenia „pirata” i wrzucania napisów do sieci – bo jak twierdzi, nie wyobraża sobie już życia bez tego. Co zrobiłaby, gdyby w obliczu konsekwencji prawnych musiała przestać? Na pewno nie robiłaby tłumaczeń „do szuflady”. “Prędzej bym poszła na takie portale, gdzie się poezję tłumaczy. Wtedy jest bardziej legalnie, może nikt cię nie będzie ścigał, bo już dawno wszyscy nie żyją.”"
Za: “TAJNI KULTURALNI. Obiegi kultury z perspektywy twórców sieciowych węzłów wymiany treści.” Raport na licencji CC, dofinansowany z funduszy Ministerstwa kultury i Dziedzictwa Narodowego, można pobrać TU. Warta uwagi lektura, rzecz w naszym kraju niezwykła – rząd sfinansował próbę poznania i zrozumienia postaw innych ludzi. Powyższe cytaty pochodzą z tekstów zamieszczonych w tym opracowaniu, autorstwa Marka Krajewskiego (cytat [1]) i autorów raportu – Mirosław Filiciak, Michał Danielewicz, Anna Buchner, Katarzyna Zaniewska ( cytat [2])
Na obrazku powyżej, otwierającym ten wpis na blogu, jest fragment psałterza, przedstawia on: “Khludov Psalter (detail), 9th century. The image represents the Iconoclast theologian, John the Grammarian, and an iconoclast bishop destroying an image of Christ. (State Historical Museum, Moscow)” Obraz pochodzi z artykułu Wikipedii na temat Ikonoklazmu.
Ikonoklazm polegał na egzekwowaniu zakazu czczenia ikon – czyli wałczono z Ikonodulią. Aby zakaz uczynić obowiązującym zakazano malowania ikon i niszczono te, które istniały. Historycy nie znają faktycznych powodów dla których wprowadzono Ikonoklazm. Po okresie zakazów, władzę polityczną objęli ludzie, którzy przezwyciężyli zakaz, i wszystko co o nim wiemy, pochodzi z ideologicznie przeciwnych Ikonoklazmowi źródeł. Spekuluje isę że Ikonoklazm mógł mieć związek z próba pomniejszenia ekonomicznych i politycznych wpływów monastyrskich ( klasztornych), bowiem to monastyry były głównymi wytwórcami czczonych ikon, co często było podstawa ekonomiczną ich funkcjonowania. Podobno znane są przypadki ludzi którzy pomimo zakazu malowali w ukryciu, ryzykując śmierć.
Nie twierdze że jedno ( Rublov ), drugie ( naloty policji na tłumaczy na wezwanie Gutek Film ) i trzecie ( Ikonoklazm) są tym samym, czy nawet podobnym zjawiskiem. Ale jest coś niepokojąco podobnego w dystrybutorze filmów i biskupie niszczącym wytwory kultury którą starają się chronić czy wręcz budować. I w zawłaszczaniu pola kultury przez władzę, jak u Rublova, nawet jeśli jest to tylko władza pieniądza i “rynku”…

Żywoty świętych wraz z innymi książkami tworzącymi moją skromną biblioteczkę stały na zaimprowizowanej półce, zrobionej ze starej skrzynki na pomarańcze. Z tego powodu ze wszystkich moich książek unosił się po otwarciu intensywny zapach pomarańczy, który mylnie uważałem wówczas za zapach kościelnego kadzidła – a to dlatego, że w kazaniach ojców redemptorystów, wygłaszanych w misjach tego zakonu na użytek katolickiej ludności Belfastu, często była mowa o pomarańczach.
W fabułach kazań ojców redemptorystów, rozgrywających się na ogól podczas letnich wakacji, prawie zawsze występował spragniony chłopiec, który przystawał pod sklepem spożywczym, by przyjrzeć się pięknie ułożonym na straganie pomarańczom. Malec przypatrywał się ich pełnej dołeczków skórce, a kiedy owiewał go aromat rozgrzanych słońcem owoców, wyobrażał sobie że wgryza się w jeden z nich – niemal czuł ich smak na podniebieniu i aż leciała mu ślinka. Potem, ponieważ chciało mu sie pić, posuwał się jeszcze dalej, fantazjując, że dzieli pomarańcze na ociekające sokiem cząstki, wtedy zaś granica między myślą a uczynkiem zaczynała sie zacierać coraz bardziej.
Teraz chłopiec nie mógł sie już opędzić od myśli o leżącej na wyciągnięcie ręki pomarańczy, a poza tym wiedział, że nikt go nie obserwuje. Sprzedawca był zajęty dwoma klientami, którzy chcieli się dowiedzieć, jakie są wady i zalety nowych brytyjskich i dublińskich odmian ziemniaków queens. Do pobliskiego pubu wszedł przed chwilą policjant, a pustą, tonącą w słońcu ulicą przejechał z warkotem samochód. Chłopiec mniemał, że nikt go nie widzi, wyciągnął więc rękę i wsunął pomarańczę do kieszeni spodni. Nikt go nie obserwował, a była to przecież tylko jedna z bardzo wielu pomarańczy.
– Tylko Bóg – mówił zbliżając się do finału, redemptorysta, który w tym momencie wyciągał zza pasa krucyfiks i wznosił go do góry zamaszystym gestem, żeby każdy z obecnych mógł zobaczyć krzyż – tylko Bóg jednak obserwował chłopca, a dla Boga, który widzi wszystko, nic nie jest bez znaczenia; dla Niego bowiem Jedność jest Wielością.
Z tej przyczyny pomarańcze kojarzyły mi się zawsze z kradzieżą albo stratą.
“Irlandzka Herbatka” Ciaran Carson, tłum.Maciej Świerkocki,
Stowarzyszenie A Kuku Sztuka, Gdynia 2008

Niedawno pisałem o moim poglądzie na kwestie języka w jakim uprawia się naukę i rozmaitych problemów jakie wynikają z zaściankowego modelu jej rozwoju jaki funkcjonuje w naszym kraju. W książce “Filozofia logiki i matematyki w Polsce niemiędzywojennej” Romana Murawskiego wydanej jako monografia Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej znalazłem cytat z pracy Zygmunta Janiszewskiego, o którym także wzmiankowałem w poprzednim wpisie.
“W myśl powyższego projektu należałoby założyć u nas czasopismo ściśle naukowe, poświęcone wyłącznie jednej z tych gałęzi matematyki, w których mamy pracowników wybitnych, prawdziwie twórczych i licznych. Czasopismo to [...] przyjmowałoby artykuły każdym z czterech języków uznanych w matematyce za międzynarodowe [...]. Pismo to zawierałoby, obok artykułów oryginalnych, bibliografie tej gałęzi, streszczenia, a nawet przedruki ważniejszych artykułów, drukowanych gdzie indziej, szczególnie zaś tłumaczenia artykułów wartościowych, drukowanych w językach nie “międzynarodowych”, a więc przede wszystkim prac polskich, które marnują się nieznane; wreszcie korespondencje: odpowiedzi na zapytania [...].
[...] powróćmy do sprawy twórczości matematycznej. Tu atmosferę odpowiednią może wytworzyć dopiero zajmowanie sie wspólnymi tematami. Konieczni prawie dla badacza sa współpracownicy. Odosobniony najczęściej zamiera. Przyczyny tego są nie tylko psychiczne, brak pobudki: odosobniony wie o wiele mniej od tych, co pracują wspólnie. Do niego dochodzą tylko wyniki badań, idee już dojrzałe, wykończone, często w kilka lat po swoim powstaniu, gdy ukażą się w druku. Odosobniony nie widział, jak i z czego one powstawały, nie przeżywał tego procesu razem z ich twórcami. “Jesteśmy z daleka od tych kuźni czy kotłów, w których wytwarza się matematyka, przychodzimy spóźnieni i, nie ma rady, musimy pozostawać w tyle” mówił mi w Getyndze o swoich rodakach pewien uczony matematyk rosyjski. O ileż bardziej stosuje się to do nas!
Otóż, jeśli nie chcemy zawsze “pozostawać w tyle”, musimy chwycić się środków radykalnych, sięgnąć do podstaw złego. Musimy stworzyć taką “kuźnię” u siebie! Osiągnąć zaś to możemy tylko przez skupienie większości naszych matematyków w pracy nad jedną gałęzią matematyki. Dokonywa się to obecnie samo przez się, trzeba tylko temu prądowi dopomóc. Otóż niewątpliwie utworzenie u nas specjalnego pisma dla jednej gałęzi matematyki pociągnie wielu do pracy w tej gałęzi.
Lecz jeszcze w inny sposób pismo dopomogłoby do wytworzenia się u nas tej “kuźni”: bylibyśmy wtedy ośrodkiem technicznym publikacji matematycznych w tej gałęzi. Do nas przysyłano by rękopisy nowych prac i utrzymywano by z nami stosunki”
Zygmunt Janiszewski “O potrzebach nauki w Polsce” (1917) W: Nauka polska, jej potrzeby, organizacja i rozwój 1, 11-18. Przedruk: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Seria II: Wiadomości Matematyczne 7 (1963), 3-8 ( skróty sa autorsta R.Murawskeigo, błedy ortograficzne i inerpunkcyjne – mojego)
Nie mogę powstrzymać się tu od komentarza, wynikającego z rozlicznych dyskusji i sporów jakie miałem z aktywnie uprawiającymi naukę dysputantami na rozmaitych grupach i forach internetowych ( osoba prywatna w Polsce, mieszkająca na prowincji, w zasadzie pozbawiona jest innych możliwości dyskusji na tematy naukowe i około-naukowe ). Otóż wydaje się że słowa Janiszewskiego są dzisiaj tyleż aktualne co niezrozumiane a nawet nieznane w środowisku naukowym. Powszechne jest przekonanie że łatwość publikowania w czasopismach światowych naukowych lub w internecie całkowicie rozwiązuje problem posiadania owej “kuźni” i w zasadzie nie ma o co się starać, bo przecież każdy może pojechać na postdoca do Princetown lub Genewy i pstryk – zrobione – mamy uczonego światowego formatu. Dziwnym trafem umyka koryfeuszom nauki w Polsce że wszyscy koledzy Janiszewskiego studiowali w Getyndze, Paryzu, w Moskwie, byli doktorantami Poincare, Hilberta czy Lebesque. Czyżby Janiszewski o tym nie wiedział? A może w latach międzywojennych, kiedy ludzie mieli za sobą językowe doświadczenie zaborów, kwestia językowa, a nwet kwestia publikacji gotowej twórczości wcale nie była w żadnej mierze paląca. Może chodziło Janiszewskiemu bardziej o owe “kotły” w których wysmaża się matematyczne potrawy?
Jeśli by porównać naukę polską do jakiejś restauracji w której serwują zainteresowanym – przemysłowi, studentom, ciekawskim przechodniom – jakieś potrawy to rychło by się okazało, że naukę polską przyrównać trzeba do takiego baru w którym brak kuchni, owych kotłów czy nawet miejsca gdzie trzymają garnki do gotowania. Po prostu dają tam na miejscu lub na wynos, potrawy wg. przepisów nie tylko przez kogo innego wymyślonych, ale nawet najczęściej – potrawy przez kogo innego gotowane. Ot – knajpa działająca dzięki kateringowi. Jednym to smakuje, inni wola świeższe rzeczy kupowane bezpośrednio u producenta. Rzecz jednak w tym, ze w restauracji opartej na kateringu – nikt rewolucji kulinarnej czy ledwie rozwoju potraw prowadzić nie może. W kuchni takiej nie spotka sie ani mistrza patelni, ani potraw ulotnych, smacznych jedynie prosto z patelni. Myślę także że w Polskiej nauce jest cała masa takich którym taki – kateringowy rodzaj uprawianej nauki – nie dosyć że wystarcza to jeszcze go afirmują, bo w istocie cała ich praca polega nieledwie na wzięciu czystej ścierki ( a i o to czasem trudno) i z ukłonem gładkim – podawaniu odgrzanych kateringowych kotletów. Z faktu że kelner zmusza klienta by ten zamówił pommes de terre rôties nie wynika że poda mu coś innego niż smażone pyry, rozprawianie jednak o różnicy w smaku wynikającej z różnicy w nazwie ma długie Polskie tradycje. Owszem – zwykle w restauracjach operujących taką terminologia pyry sa droższe, a jeśli nie ma tam kuchni, dania sie odgrzewa – zwykle też i mniej smakowite niż w jakiej zwykłej budzie przy drodze, w której ktoś lubi jeść i lubi gotować.
Nie mam zamiaru tu stwierdzać że wszystko jest do niczego, że nauka polska nic nie jest warta, zwłaszcza zaś nie chciałbym by ktoś zrozumiał że nie ma zdolnych ludzi, młodych, starych, bogatych w osiągnięcia, lub możliwości rozwoju. Nie chodzi także o jakiekolwiek mechaniczne kopiowanie idei Janiszewskiego. Chciałbym jednak by przyjąć raz na zawsze pewną – kulinarna optykę – uczony to kucharz, a nie kelner, choć czasem potrawy serwuje własnoręcznie. W restauracji gdzie stawia się na nazwę potrawy która ma przyciągnąć klienta, a nie doskonałość jej smaku – żadnej sztuki kulinarnej się nie rozwinie…

Czytanie jest to podroż w czasie i przestrzeni. Książka otwiera przed nami drzwi do cudzego umysłu. Czasami jest to umysł jej autora.Czasami całkowicie nieistniejący, a przez to często znacznie bardziej realny od rzeczywistych, umysł fikcyjnej postaci. To co zewnętrzne znika. To co realne na chwilę zostaje wypełnione tym co działo się, dzieje się lub będzie się kiedyś działo w czasie który nie istniał, nie istnieje lub nigdy nie nastanie. Odbywamy spotkania które nigdy nie będą miały miejsca. Czasami spotykamy tak nawet samych siebie.
Czytanie to podróż do wnętrza. Ze słów całkiem obcej i odległej osoby wyrastają w nas doznania których nie uruchamiamy samotnie lub doznajemy w innych sytuacjach – wzruszenia, zadziwienia, zaciekawienia. Książka pozwala nam żeglować przez ocean by odnaleźć skarb piratów na wyspie, lub odbyć rozmowę z Immanuelem Kantem. Wszystko to bez wstawania z łóżka.
Czytając – dowiadujemy się co myślą inni, określamy się względem nich jak statek pełnomorski określa swoje położenie względem tych satelitów których położenia wcale nie zna. Chwytając za książkę, kto wie do czego go ona zaprowadzi? Z powodu książek wybuchały wojny i kończyły się wojny, ludzie kochali i nienawidzili. Wiedza zdobyta w czytaniu książek potrafi ocalić i zniszczyć, dać szczęście i wbić w iluzję. Ludzie wchodzą do gabinetu luster z którego czasem nie potrafią wyjść całe życie. A czasem wcale wyjść nie pragną.
Czy nasze życie nie jest wiecznym przeglądaniem się w oczach innych? Czy książka nie pozwala na chwile przeglądnąć się we własnych? Wyobrażone rzeczy czasami więcej mówią o ludziach niż ich realność. Żyjąc w społecznych relacjach i kontekstach, spełniając swoje role rodzinne i zawodowe, bardziej utkani jesteśmy z fikcji i wyobrażeń o sobie niż z twardej materii świata. Wyobrażony kształt powinności ma większy dla nas imperatyw niż prawdziwe cudze potrzeby, których często nie znamy. Bo i dla innych postępować jak nakazuje wyobrażenie o sobie samym bywa ważniejsze niż ich potrzeby. Życie jednak nie jest jednym wielkim konwenansem. Skoro ktoś potrafi nie wiedzieć o tym że czegoś pragnie, czy można taki stan nazwać potrzebą lub poczuciem braku? Czasami można gorąco pożądać rzeczy która jest całkowicie obojętna.
Nieistniejąca realność często waży więcej niż realna nieobecność.
Książki są jak drzwi do świata który nie istnieje bardziej realnie niż nasze myśli.
Jak dziwnym fenomenem jest to że mogą egzystować poza kontrolą naszej woli, choć nigdy całkowicie niezależnie?
Wystarczy kilka sprzeczności by uzyskać literacki poziom głębin… ;-)

“Niewiele robiono na rzecz rodzimego przemysłu a i on niewiele wytwarzał. [..]Kraje Ameryki Łacińskiej nie miały żadnego programu, a co za tym idzie żadnej wizji rozwoju gospodarczego. Gdy Aleksander Hamilton wzywał młoda Amerykę do rozwijania przemysłu i konkurowania z Europą, wicehrabia Cairu w Brazylii “zabobonnie wierzył w <<niewidzialną rękę>> i powtarzał: laissez faire, laissez passer, laissez vendere ”
Niepodległe państwa Ameryki Łacińskiej pozostały więc w zależności gospodarczej od rozwiniętych krajów uprzemysłowionych: najpierw Wielkiej Brytanii, następnie pod koniec XIX wieku, Niemiec, imitując ich osiągnięcia naukowe i techniczne, a od XX wieku Stanów Zjednoczonych. Cudzoziemcy budowali koleje żelazne i urządzenia portowe po to głównie, by ściągać nadwyżki z interioru ( tak jak w Indiach). Cudzoziemcy pożyczali pieniądze na wysoki procent ubogim reżimom i ich oponentom [..]. Budowali arsenały i fabryki i zarządzali nimi. Cudzoziemców, rzecz jasna, obarczano winą za wszystkie niedociągnięcia tych systemów gospodarczych. To kultywowanie resentymentów, częściowo uzasadnionych, lecz w sposób dogmatyczny wyolbrzymionych, pogarszało tylko sytuację. Ideologizowało politykę gospodarczą i kwestie praktyczne zamieniało w kwestie zasad.
[..] Początki przemysłu w Ameryce Łacińskiej nie oznaczały rewolucji przemysłowej. Nie dokonało tego nawet zbudowanie kolei żelaznych. Pewne rzeczy trzeba było robić na miejscu: maszyny wymagały na przykład konserwacji i napraw. Ale warsztaty, jakie powstały, ograniczały sie do tych funkcji i nigdy nie podjęły własnej produkcji. I znów: nie sprzyjały temu warunki naturalne i społeczne paliwo i surowce były droższe niż w Europie, czy Stanach Zjednoczonych, brakowało tez wykwalifikowanej siły roboczej. Wszystko wyglądało bardzo racjonalnie: dzięki korzyści komparatywnej łatwiej i taniej było kupować za granicą.
Kłopot z racjonalnością polega na tym, że dzisiejszy zdrowy rozsądek może jutro okazać sie błędem. Rozwój trwa długo, a logika ma krótkie nogi. Proces jest dynamiczny i opera się na ty, by dziś zachować powściągliwość, dzięki czemu jutro przyniesie obfitość. Niektóre rzeczy nigdy sie nie zdarzają, jeśli nie spróbuje się ich wywołać. Gdyby Niemcy posłuchali Johna Bowringa… Ten brytyjski ekonomista i podróżnik szalenie ubolewał, że głupim Niemcom zachciewa się produkować żelazo i stal, podczas gdy powinni poprzestać na uprawie żyta i pszenicy, a wyroby przemysłowe sprowadzać z Wielkiej Brytanii. Gdyby okazali mu należną uwagę, ucieszyliby ekonomistów i zajęli miejsce Portugalii, z jej winem, drzewem korkowym oliwą, jako wzór racjonalnej gospodarki. Byliby tez dziś o wiele ubożsi.
[..] Pod koniec XIX wieku Argentyna stanowiła najbardziej obiecujący przykład sukcesu gospodarki opartej na podstawowym produkcie, a optymiści przepowiadali jej przyszłość Stanów Zjednoczonych (albo prawie taką samą). Jeszcze i dziś ekonomiści wyznający teorię neoklasyczną rozwodzą sie nad tym studium przypadku, potwierdzającym teorie korzyści komparatywnej.
Ale czy istotnie był to przykład optymalny? Argentyna miała trochę zamożnych ludzi, ale “z przyczyn, których nigdy do końca nie wyjaśniono [..] zawsze była zależna od kapitału, a tym samym miała zobowiązania wobec państw-kredytodawców, i to w taki sposób, że bardzo upośledzało to zdolność kraju do samodzielnego zarządzania swoimi sprawami”. Brytyjczycy zbudowali w Argentynie koleje żelazne – niespełna 1000 kilometrów w 1871 roku, ponad 12 tysięcy w dwadzieścia lat później – ale służyły one brytyjskim interesom, to jest przewozowi mięsa i pszenicy do portów, nie zaś rynkom wewnętrznym w Argentynie, jak twierdzili jej mieszkańcy. Ale czy można zbudować taka sieć kolejową, nie pobudzając rozwoju lokalnych rynków? A jeśli nie, to po czyjej stronie leży wina? Jakie świadectwo to daje duchowi miejscowej przedsiębiorczości? [..]Zawsze łatwiej zwalić winę na innego. Skutek: ksenofobiczny antyimperializm i poczucie krzywdy, prowadzące donikąd. [...]
“Jedyna prężna instytucja, która mogła wnieść jakieś zmiany, Kościół Katolicki, miała interes w zachowaniu status quo. Posiadał znaczne połacie zmieni, a jej bogactwo stanowiło jabłko niezgody i zawiści. Gdy państwo bywało gotowe do przejęcia tych aktywów, Kościół znajdywał nowych sprzymierzeńców. [..]Znali najciemniejsze sekrety konfesjonału, mieli w rękach klucze do zbawienia. Nie był to przepis na zyskanie popularności. Kościół proponował jednak jedyne poważne (poza alkoholem, seksem i przemocą) antidotum na rozpacz. Problem polegał na tym, że wszelkie intelektualne i polityczne nowinki uważał za dywersję. Garstka liberałów wierzyła w piękne hasła i starała się wprowadzić lud z przeszłości w teraźniejszość. Gros ich politycznej energii marnowało się jednak w walce z duchowieństwem”
Davis. S. Landes “Bogactwo i nędza narodów” MUZA SA, 2000

“Schody do umysłu” Alwyn Scott – poniższy fragment dotyczy dynamiki transportu chemicznego i elektrycznego w pojedynczym neuronie:
“We wczesnych latach pięćdziesiątych Hodgkin i Huxley wykonali staranne pomiary przepływu jonów sodowych i potasowych przez błonę olbrzymiego aksonu kałamarnicy w warunkach tzw. przestrzennie zakleszczonego pomiaru. W czasie takiego pomiaru napięcie występujące na błonie zmienia się wzdłuż aksonu. Na podstawie otrzymanych danych badacze ci skonstruowali fenomenologiczny opis całkowitego prądu jonowego (Hodgkin A.L., Huxley A.F (1952) “a quantitative description of membrane current and its application to condition and excitation in nerve. J.Physiol.,117:500-544 ) w postaci równania – równania Hodgkina-Huxleya [dalej w książce następują podlinkowane równania wraz z wyjaśnieniem znaczenia, symboliki itp. Polecam przeglądnąć całą prezentację z której podlinkowałem tu tylko jeden slajd zawiewrający owe równania. Inny opis równań HH można znaleźć także tu - uwaga moja. ] . [...]
Równania nieliniowej dyfuzji [...] stanowią słynny system H-H. na podstawie tych równań, przyjmując założenie że ich rozwiązanie ma postać fali biegnącej, badacze ci otrzymali rozwiązania numeryczne tego układu, które potwierdziło się w obserwacjach doświadczalnych. W wyniku licznych powtarzanych testów w ciągu przeszło 43 ostatnich lat, równania H-H zostały uznane za podstawowe równania neurodynamiki.” [...] “Było ono zgodne z wynikami eksperymentalnymi [..] zarówno co do przebiegu zmian napięcia [...] ja i zmian przepuszczalności błony w czasie. W dodatku przewidzieli oni prawidłowo prędkość rozchodzenia się impulsu nerwowego w nerwie kałamarnicy. wszystkie te wyniki otrzymali na podstawie swojej teorii i zakleszczonych przestrzennie pomiarów własności błony. Ponieważ ich teoria nie zawierała żadnych parametrów korygujących, musiała być albo dobra albo zła i – była dobra.”
“Czy równania H-H, którymi rządzi sie dynamika impulsu nerwowego mogą być zredukowane do praw fizyki?
Jak już wiemy prawa te można wywodzić z praw fizyki, ponieważ przedstawiliśmy poprzednio w ogólnych zarysach ich związek z chemia, biochemią i dynamiką przepuszczalności jonów przez błony. [...] Jednak równania te nie są “zwykłymi prawami fizyki” ( na co wskazał Schroedinger ), ale “nowymi prawami” wyłaniającymi sie z hierarchicznego poziomu, na którym znajduje sie akson, aby rządzić dynamiką impulsów nerwowych. nie można wyprowadzić owych praw tylko z fizyki i chemii, ponieważ zależą one od szczegółów struktury białek tkwiących w błonie, które pośredniczą w przepływie przez nią jonów sodu i potasu, oraz od budowy geometrycznej włókien nerwowych.” [innymi słowy, podobnie jak w wypadku zjawiska turbulencji - brak jest uniwersalności w tym opisie - o ile pochodzenie zjawiska jest fizyczne, materialistyczne, o tyle jego natura w konkretnym wypadku zależy od wielu przypadkowych z fundamentalnego punktu widzenia czynników, które w najlepszym wypadku można by próbować ujmować jako jakieś "warunki brzegowe" czy "parametry modelu". W wypadku turbulencji zależność taka ( a raczek kwestia udowodnienia tego że jest ona możliwa) stanowi jeden z najsłynniejszych Problemów Milenijnych. W wypadku układów biologicznych - wydaje się to być beznadziejne zadanie - uwaga moja ]
“Why can’t there be a general theory of nonlinear PDE?” – mathoverflow.net:
“[...] theorem of Pour-el and Richards that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions. This is in their book Computability in Analysis and Physics (Springer-Verlag 1989). – John Stillwell Feb 14 2010 at 23:43″
Wypowiedź na grupie dyskusyjnej – Jeffrey Ketland Dept of Philosophy, University of Nottingham
“In Chapter 4, Pour-El/Richards give: Second Main Theorem (p. 128): “under mild side conditions, a self-adjoint operator has computable eigenvalues, but the sequence of eigenvalues need not be computable” (summary, p. 2). and: The Eigenvector Theorem (p. 133): “there is an effectively determined bounded self adjoint operator T* such that 0 is an eigenvalue, but none of the eigenvectors with this eigenvalue are computable” (summary, p. 2). It is thus conceivable that that there is a (rather spooky) observable O (i.e., some self-adjoint operator O, and perhaps something we could in principle set up an experiment to measure), which has non-computable eigenvectors. If that’s right, we could have a quantum mechanical system in a computable state f(x), and “push” it into a non computable state g(x) by measuring this observable O* (where g(x) would be some non-computable eigenvector of this operator).”
“Schody do umysłu” Alwyn Scott
“W swoich “Wykładach Gifforda” Charles Sherrington (1951) ujął to następująco:
>> Zauważywszy jakaś gwiazdę. Możemy opisać o doznanie od strony energetycznej. Promieniowanie gwiazdy dochodzi do oka; na dnie oka tworzy się mała plamka świetlna; w siatkówce rozpoczyna się pewien proces fotochemiczny; następuje ciąg przekazywania aktywujących potencjałów wzdłuż nerwu do mózgu; w mózgu rozchodzą się dalsze zaburzenia elektryczne; strumień aktywujących potencjałów przenosi sie z mózgu do mięśni gałek ocznych i źrenic; następuje ogniskowanie plamki świetlnej i wyostrzenie obrazu oraz ustawienie widzącej części siatkówki pod obrazem światła. Czy to jest “widzenie”? To jest moment, gdy opis energetyczny staje się nieprzydatny. Ten opis nic nam nie mówi o jakimkolwiek “widzeniu”. Mówi on nam wiele, ale nie mówi co to jest widzenie”. <<
W ciągu minionego stulecia ciągle powiększała się przepaść między dotyczącym szczegółów, mechanicystycznym opisem mózgu a ciągle obecną realną rzeczywistością świadomych doznań. Każde mechanicystyczne wytłumaczenie natury umysłu, które dałoby sie skonstruować, można by sobie wyobrazić równie dobrze bez konieczności wystąpienia odczuwania czegoś przez właściciela mózgu. Redukcjonizm nie potrafi połączyć obu brzegów powstałej przepaści”.[...] “Po pierwsze sprzeciw “zasadniczy” jest konieczny ponieważ nie ma żadnej nadziei na zrobienie modelu zawierającego wszystkie połączenia między neuronami, przy użyciu dostępnych obecnie komputerów. I jak już to było powiedziane [...] przede wszystkim nie mamy żadnej pewności co do dynamiki poszczególnych neuronów”
“Przy dużej liczbie neuronów w mózgu sytuacja w której każdy neuron otrzymuje bodźce od wszystkich pozostałych, jest mało realna. Jeśli liczba impulsów wejściowych dla każdego neuronu wynosi n, to całkowita liczba możliwych układów jest wyznaczona przez:
#(N) >2n2 N/2
[...] Ponieważ N=1010 jest szacunkową oceną liczby neuronów w ludzkiej korze mózgowej, a n=104 jest rozsądnym oszacowaniem średniej liczby wejść synaptycznych dla każdego neuronu, więc n2N ~ 1018 [...] liczba możliwych układów mózgowych wynosi 101017. [...] Przy takiej liczbie liczby używane przez astronomów stają się znikomo małe. należy też podkreślić, ze powyższe oszacowanie zostało oparte na najbardziej konserwatywnych założeniach dotyczących dynamiki kory mózgowej.” [przez rozróżnialny elementarny stan rozumiem się tam stan odpalonej synapsy kiedy wszystkie inne synapsy milczą. W sumie t jest oszacowanie ilości możliwych kombinacji sygnałów na synapsach dla połączonych między sobą neuronów. Natomiast co z tą kombinacją sygnałów zrobi neuron zależy od bóg wie czego jeszcze (hormony? komórki glejowe? temperatura? dostęp do żywności - cukrów? nie wiem co jest ważne) Jeśli neuron zechce odpalić - dynamika impulsu na aksonie jest opisana równaniami HH. Nie jestem pewien ale wydaje mi się że komunikacja na synapsach jest 2-kierunkowa. Oczywiście jest wiele skomplikowanych i bardzo złożonych układów o wielkiej możliwej liczbie stanów - gaz w słoiku - 10^23 cząstek! każda opisywana 3 położeniami i 3-ma pędami - które są na końcu opisane prostym równaniem makroskopowym dla średnich pV = nRT. Zatem sama liczba stanów o niczym nie świadczy. Ci co czytali Penrose wiedzą że uważa on działanie mózgu za niemożliwe do wyjaśnienia ( choć w jednej z wersji - za możliwe do opisania) za pomocą systemów obliczeniowo-formalnych. Penrose szukał w fizyce procesów nieobliczalnych i jego zdaniem redukcja paczki falowej w mechanice kwantowej jest takim procesem ( a na pewno jest nieodwracalna i nieunitarna). Polecam przeczytać "Cienie umysłu..." to bardzo dobra książka choć najpewniej Penrose nie ma racji co do pochodzenia świadomości ( ale nie ma racji w charakterystyczny, szalenie płody naukowo sposób, wydaje się żę jego teza że procesy kwantowe mogą grać jakąś rolę w mózgu jest do obrony! Badania nad np. fotosynteza wydają się świadczyć o możliwości powszechności kwantowych zjawisk w układach biologicznych. Zdziwiłbym się jednak gdyby prowadziło to do wyjaśnienia świadomości). Z drugiej strony Penrose całkowicie zignorował możliwość że nieobliczalność pojawia się na etapie emergentnym, w powiązaniu nieliniowej dynamiki z wielką złożonością układu. Nie wiem dlaczego tak postąpił. Być może tw. Pour-el&Richards ( którego nie znam, nie rozumiem a tylko cytuję, trudno coś znaleźć na ten temat) nie było mu znane. Jeśli jednak znaczenie tego twierdzenia jest dobrze oddawane przez jego "opis" ( "that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions" ) to możliwość istnienia takich fenomenów jak opisywana równaniami różniczkowymi, deterministyczna niealgorytmiczność wydaje się być całkowicie możliwa. To jest chyba coś całkowicie innego niż chaos - uwaga moja]
“Piekno Neurobiologii” – blog Jerzego Vetulaniego, wpis pod tytułem “Rewolucja w anatomii mózgu” ( na początek smakowita anegdota a następnie uwaga odnosząca się do tematu tego wpisu):
“[...]uczono mnie w szkole, że człowiek posiada zespól 24 par chromosomów. Tak ustalił w roku 1923 amerykański zoolog Theophilus Painter (1889–1969), licząc pod mikroskopem chromosomy w ludzkich spermatocytach i dopiero po ponad 30 latach Joe Hin Tjio (1919–2001), urodzony na Jawie Chińczyk, który po wojnie otrzymał stypendium w Holandii, w czasie zagranicznego pobytu naukowego w Lund na trzy dni przed Bożym Narodzeniem 1955 roku policzył jeszcze raz chromosomy w ludzkiej komórce (w hodowli z płodowej tkanki płucnej) i stwierdził, że jest ich tylko 46. Przy publikacji tego rewelacyjnego wyniku nastąpiła ciekawa kontrowersja: w owych czasach szef laboratorium zawsze wpisywał się do pracy jako pierwszy autor, ale w czasie pobytu Tjio w Lund, dyrektor Instytutu Genetyki, Artur Levan, był na urlopie. Kiedy po powrocie zażyczył sobie należnego mu miejsca, Tjio stanął okoniem: “Jeżeli chcesz być autorem, to sam wykonuj doświadczenia”, powiedział. Były więzień japońskich obozów koncentracyjnych postawił na swoim i został pierwszym autorem doniesienia, cytowanego obecnie: Tjio TH, Levan A.: The chromosome number of man. Hereditas 1956;42:1. [...]
[...] Podobną wieczną prawdą było oszacowanie liczby neuronów i komórek glejowych w ludzkim mózgu. Do tej pory powszechnie wierzy się, że mózg ludzki zawiera około 100 miliardów neuronów i dziesięciokrotnie więcej komórek glejowych. Tak podają wszystkie najważniejsze podręczniki neuroscience, w tym biblia neurologów i neurobiologów, podręcznik pod redakcją noblisty, Erica Kandela, Principles of Neural Science i wszystkie jego unowocześnione mutacje. [...] Dopiero dwa lata temu badania młodej brazylijskiej uczonej, Suzany Herculano-Houzel, pozwoliły na poznanie rzeczywistej liczby komórek nerwowych i glejowych w mózgu człowieka i wielu innych zwierząt. Jak zwykle w nauce postęp osiągnięto dzięki nowej metodzie: badaczka opracowała technikę wyznaczania liczby komórek w całym mózgu. Metoda ta, nazwana frakcjonacją izotropową, polega na przygotowaniu homogennej “zupy” z utrwalonego w całości mózgu. Utrwalony aldehydem mózg homogenizuje się w całości (lub homogenizuje się określoną strukturę), homogenat wiruje, jądra z osadu zawiesza w buforowanym roztworze soli z dodatkiem 1% DAPI (dwuchlorowodorku 4’6-dwuamidyno-2-fenyloindolu), fluorescencyjnego barwnika swoistego dla DNA. Fluoryzujące jądra liczy się w określonej objętości.
Po ustaleniu całkowitej liczby jąder komórkowych pobiera się niewielkie próbki i barwi swoiście na jądra neuronalne przy użyciu antygenu jąder neuronalnych NeuN, i tak znalezioną liczbę neuronów odejmuje się od całości, uzyskując wartość gęstości komórek nieneuronalnych, które prawie w całości są komórkami glejowymi [Herculano-Houzel S, Lent L. Isotropic fractionator: a simple, rapid method for the quantification of total cell and neuron numbers in the brain. J Neurosci 2005;25: 2518].
Zastosowanie tej metody pozwoliło zrewidować dotychczasowe poglądy na budowę mózgu ludzkiego. Wyniki przedstawiają się następująco:
Masa mózgu — 1508 g
Całkowita liczba neuronów — 86 miliardów (a nie 100)
Całkowita liczba pozostałych komórek — 85 miliardów (a nie 700)
Masa kory mózgowej — 1233 g
Neuronów w korze mózgowej — 16 miliardów (a nie 23)
Względna wielkość kory mózgowej — 82% masy mózgu
Wzgl. liczba neuronów kory mózgowej — 19% neuronów mózgu
Masa móżdżku — 154 g
Liczba neuronów w móżdżku — 69 miliardów
Względna wielkość móżdżku — 10% masy mózgu
[Herculano-Houzel S: The human brain in numbers: a linearly scaled-up primate brain. Frontiers in Human Neuroscience 2009, 3, 31]
Prasę najbardziej zadziwił fakt, że neuronów w mózgu mamy o 14% mniej, niż sądzono. Co więcej — w korze mózgowej jest ich o 30% mniej. Dla mnie jednak rewolucyjnym jest stwierdzenie, że mamy w mózgu tylko 85 miliardów — nie wiele więcej niż jedną dziesiątą tego, co uważaliśmy za wartość rzeczywistą.” [...]
W porównaniu ze standardową supermałpą mamy nieco mniejszą i uboższą w neurony korę mózgową, ale za to mamy o 27% większy móżdżek, a w nim o 13% więcej neuronów. A znów wbrew temu, co myślano, móżdżek służy nie tylko do kontroli równowagi i ruchów gałek ocznych, nie tylko do koordynacji i planowania ruchów, ale jego aktywność jest zaangażowana w wiele domen poznawczych, a uszkodzenia mogą skutkować wystąpieniem tzw. poznawczego defektu afektywnego. Móżdżek koordynuje werbalną pamięć roboczą, związany jest z fluencją ruchów, mowy i myśli, a w schizofrenii obserwuje się jego uszkodzenia. Nie sądzę, żeby trzeba było teraz dokładniej rozpisywać się o tej dotychczas niedocenianej części mózgu, ale nasuwa się pytanie, czy fakt, że w rywalizacji o miejsce na Ziemi wyeliminowaliśmy naszego kuzyna, Neandertalczyka, który miał wyraźnie większy mózg niż my, nie mógł się łączyć z tym, że nasz móżdżek był nieco sprawniejszy?”

Za oknem kompletnie się zamoczyło. Chmury wiszą nisko, pogoda tak zwana barowa, choć w istocie w mojej opinii sprzyja raczej samotnym Przemyśleniom, Zagubieniu w Narastającej w Abstrakcji i Katarom. Wydawało by się że w takie dni nic nie może się wydarzyć, a tymczasem…
Już jakiś czas temu zwróciłem uwagę na interesujący blog rodziny naukowców który polecam ( interesująca kombinacja – mama – fizyk teoretyczny, tata – pracuje w “scientific publishing”, a dzieci zajmują się eksploracją świata. jakby tego było mało – razem piszą bloga. Cała ta rodzina jest dowodem na upadek cywilizacji zachodu – zwłaszcza Skandynawii. W Polsce po prostu zginęliby z głodu zostawiając więcej miejsca dla Lepiej Przystosowanych – dokładnie tak jak zaplanował Najwyższy Ekonomista i jak wymaga tego Prawo Naturalne). Subskrybuję wiele strumieni rss, czasem podłączam się z powodu interesującego wpisu a potem nie mam czasu śledzić wszystkiego co się pojawia, wiec Backreation czekał sobie spokojnie kilka tygodni, na to aż wrócę do niego i przeczytam. No i przeczytałem tam ostatnio masę inspirujących rzeczy, a napisze poniżej o dwóch z nich.
Pierwsza z nich to interesująca notka pod tytułem: “Imitation Nation” o wystąpieniu niejakiego Marka Pagela które zresztą można oglądnąć w necie. Zaznaczam że wystąpienie to znam tylko z cytowanego tu omówienia na Backreation. Pagel, zajmujący się biologią ewolucyjną, przedstawia w nim idee podobne do memetyki. Wydaje się zajmować stanowisko że idee są rodzajem replikatorów, czy jak piszą autorzy cytowanego bloga – rodzajem systemu adaptującego się do warunków zewnętrznych. Sprawa generalnie jest dobrze znana tym którzy czytali książki Dawkinsa czy Marusza Biedrzyckiego (Biedronia). Intrygujący w koncepcjach Pengela wydaje się pewien aspekt związany z tym co modne. Jakiś czas temu nastąpił wysyp koncepcji probabilistycznych, częściowo związanych zapewne z rozwojem techniki pozwalającej na budowanie UAV (drony) i innych do pewnego stopnia inteligentnych robotów, które to koncepcje mają za zadanie opisać w jaki sposób zwierzęta i ludzie myślą lub podejmują decyzje. Koncepcje te operują w takich obszarach jak modele Markowa, ukryte modele Markowa, czy ogólnie analiza Bayesowska. Jak zwykle, skoro zastosowanie tych narzędzi przyniosło sporo sukcesów w technice związanej z zastosowaniem komputerów do sterowania maszynami ( rozpoznawanie mowy, syntezatory mowy, same UAV itp), a wiec niejako w technicznej imitacji istot żywych, znaleźli się tacy którzy ogłosili że owe udane zastosowania oznaczają iż świat ożywiony, wszystkie zwierzęta, w tym człowiek są rodzajami maszyn Bayesowskich. W myśl tej koncepcji najwięcej mocy obliczeniowej wymaga sam ruch, operowanie w przestrzeni. Układy nerwowe nie mają dostatecznej mocy obliczeniowej by symulować ruch algorytmami całkującymi równania różniczkowe, stąd wniosek że z pewnością polegają na analizie Bayesoweskiej obliczeniowo mniej wymagającej. Oznacza to że na podstawie dostępnej wiedzy dokonują probabilistycznej predykcji konsekwencji ruchu, po czym aktualizują wiedzę ( np. przez obserwację wizualną) i aktualizują – znów probabilistycznie – predykcję i tak dalej i tak dalej. O ile koncepcja użycia takich algorytmów w maszynach jest bardzo sprytna, o tyle należy zwrócić uwagę, że teza o “niewystarczającej mocy obliczeniowej układów neuronalnych” jest ledwie opinią i nie ma pokrycia w stosownych modelach neurofizycznych. W istocie nadal nie wiemy jak działa mózg a symulacja nawet relatywnie prostej tkanki nerwowej przekracza zdolność obliczeniową komputerów. Jest to fascynujący temat do którego może kiedyś powrócę, tu zaś musi wystarczyć uwaga, że to nie układy neuronalne ( które nie wiemy jak działają) mają problemy, ale nasze maszyny, oparte o cyfrowy model obliczeniowy nie są dosyć wydajne. Wydaje się że wielu badaczom mylą się kłopoty maszyn cyfrowych z realnymi możliwościami mózgu ludzkiego ( które sa oczywiście bardzo ograniczone ale w niektórych obszarach o całe rzędy wielkości wyprzedzają wydajnością układy cyfrowe). Jest to pochodna popularnego lecz nieprawdziwego założenia, że mózg i układy cyfrowe mają podobne zasady działania.
Od jakiegoś już czasu hołduję koncepcji że w danym pokoleniu uczeni, zwłaszcza filozofowie, głoszą wyjaśnienie Aktualnej Zagadki Wszechświata za pomocą koncepcji które odniosły głośny sukces w technice. Zanim, wraz z rozwojem rzemiosła i techniki, narodził się mechanicyzm świat wyjaśniano w kategoriach daimonów, wpływów i uczuć jakie miały łączyć lub dzielić żywioły. Zwracano uwagę ku arystotelejskiej naturze rzeczy – nie mogło być inaczej skoro ekspertami w średniowieczu byli mnisi kształceni w teologii. U zarania rozwoju techniki skonstruowano pierwsze zegary mechaniczne i nie trzeba było długo czekać by ogłoszono że umysł ludzki a nawet cały Wszechświat działa na podobieństwo zegara. Leibniz w XVIII w obalił wszelkie materialistyczne koncepcje dotyczące świadomości ludzkiej po prostu analizując absurdalność koncepcji inteligencji złożonej z kółek zębatych na wzór zegara. Tak, tak, to właśnie dzięki niemu wiemy że nie jesteśmy zegarami – wcześniej ludzie mieli wątpliwości! W XIX wieku klucze do psychiki ludzkiej oraz damskich fetyszyzmów – maiły postać kolejowo – architektoniczną - jak wiadomo były to parowozy wjeżdżające do tunelu. Stefan Grabiński, autor niezwykle sugestywnych opowiadań z dreszczykiem, opisywał walkę ludzkości z opętanymi parowozami dokładnie tak jak Cameron w “Terminatorze” walkę z niezmordowanym i maszynowo upierdliwym Skynetem. W środku XX wieku najgroźniejszym dla ludzkości były połączone superinteligencje central telefonicznych i tym podobnych urządzeń, które miały przejąć władze nad światem. Skynet – cóż to taka większa centrala telefoniczna. Obecnie oczywiście wiemy że inteligencja jest związana z procesami w zasadzie obliczeniowo-komputerowymi, być może jesteśmy komputerami kwantowymi, więc wcześniejsze koncepcje wychodzą na zabawne, ba śmieszne, wobec tej ostatniej, bardzo poważnej i tym razem już oczywiście, z pewnością, nareszcie prawdziwej teorii. Entuzjastom tej koncepcji polecam lekturę tego bloga, oraz prześledzenie pobocznych wątków i komentarzy. Odrzućmy głosy malkontentów! Jesteśmy obliczeniowymi maszynami probabilistycznymi i kropka, a osoba której wydaje się to śmieszne może dalej tkwić w błędzie i uważać się za zegarek. Niestety niewiele da sie poradzić jeśli ktoś przeczy nauce (ang. science).
Wracając do omówienia wystąpienia Pagela należy podkreślić, że w myśl jego interpretacji koncepcji memetycznych, ludzie przede wszystkim są imitatorami. Musi być tak, gdyż kopiowanie dobrych idei jest zacznie bardziej efektywne niż samodzielne ich wymyślanie i testowanie. Innowacyjność kosztuje, i to wbrew popularnym w gospodarce i polityce koncepcjom, kosztuje bardzo wiele a na dodatek jest bardzo nieefektywna. Myślę że można się z tym poglądem zgodzić w 100%. Jeśli kiedykolwiek zgubicie się w lesie w Amazonii, wypadniecie z samolotu nad Sahara, albo zabłądzicie w Arktyce, lepiej byście znali podstawowe zasady życia tubylców i umieli je zastosować w praktyce. Innowacyjność w takiej sytuacji nie na wiele Wam się zda. Co prawda wszystkie produkty Hollywood powiedzą Wam że jeśli jesteście sprytni, to dzięki pomysłowości i wierze w Amerykański Styl Życia – przeżyjecie. Zdradzę Wam tajemnicę – fakty są takie że na przeżycie w takich warunkach postępując jak ludzie z miasta macie najmniejsze szanse. Szanse wzrosną, gdy będziecie zachowywać się jak Indianie Yanomani, Arabowie i Berberowie lub Eskimosi odpowiednio do miejsca. Faktem jest bowiem że choć można mieć głowę pełną pomysłów – jedyną możliwością ich testowania jest posiadanie bezpiecznych warunków do uczenia się. A te zapewniają ludziom – rodzice – kiedy jesteśmy dziećmi. Bez testowania – kiedy jesteście jak saper bez kwalifikacji - innowacyjność jest niewiele warta. Koncepcja ta wydaje się być bardzo ogólna i może mieć zastosowanie także w gospodarce. Przypomnę tu jako przykład że Microsoft powstał jako 2 osobowa firma w garażu rodziców – i że całkiem spora część młodych ludzi w Polsce nie dysponuje tym garażem ( ani żadnymi oszczędnościami). Odnosząc to do obecnej sytuacji w kraju można by rzecz że nie będzie w Polsce innowacyjnej gospodarki tak długo, jak pomysłowi ludzie ( a często są to ludzie młodzi) nie będą mieli daleko posuniętego bezpieczeństwa socjalnego. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ryzykuje całego swojego majątku – a w grę wchodzi tu jedynie majątek rodziców - by otworzyć małą firemkę o niepewnej przyszłości. Halo? Politycy? Chcecie innowacyjności – zapewnijcie dobrobyt i bezpieczeństwo socjalne, i to powszechnie. Do kogo ja mówię. Współcześnie politycy zajmują się ułatwianiem życia wielkiemu biznesowi, a małe firmy ich nie interesują. W takich warunkach – lepiej, efektywniej i bardziej racjonalnie jest podpatrywać i kopiować dobre pomysły niż wynajdywać własne – na to stać tylko bogatych zdolnych ponosić ryzyko porażki. Wygląda na to że tak nas wyposażyła biologia.
Wracając do głównego tematu – zacytuję tu następujące zdanie: “Pagel says that ideas are probably randomly produced in our brains, like genetic mutations are randomly produced.” Acha! Jest probabilistyka a nawet proces Bayesowski bowiem: “That ideas might be random produced in our brains doesn’t mean though that we try them all. No, luckily our brains are large enough to virtually explore consequences of an idea before actually acting on it. And in that process, we discard most of the nonsensical random ideas, possibly already unconsciously. “
Jeśli przyjmiemy tą optykę, że umysł podsuwa nam losowe pomysły, znaczna część z nich umiera zanim je zakomunikujemy komuś innemu. Kolejna kiedy ów ktoś nas wyśmieje. Kolejna kiedy poprosimy bank o wsparcie a jesteśmy uczciwym człowiekiem. Każdy z tych etapów wprowadza dodatkowa losowość. Uzyskujemy obraz całkowicie nieprzewidywalnej innowacyjności. Takiej której nie da się inaczej stymulować jak obniżając koszt eksperymentów i powiększając dostęp do wiedzy. Musimy liczyć na sprzyjający zbieg okoliczności! Co więcej, aby zarobić trzeba dbać o wzrost własnych szans w losowaniu, a innym konkurentom najlepiej podwyższać kosztów eksperymentów ,oraz ograniczać dostęp do wiedzy i możliwości kopiowania. Skoro to wszystko losowanie, dlaczego wiedza gra tu jakąś rolę? Wiedza jest tym co pozwala zapładniać umysły pomysłami. Wiedza definiuje przestrzeń z jakiej będziemy losować pomysły. Wiedza rozumiana jest tu szeroko – chodzi zarówno o wiedzę naukowo-techniczną ale także i o wiedzę o ludzkich zwyczajach, zachowaniach, o potrzebach potencjalnych klientów. Zwróćmy uwagę z jaką ochotą najwięksi gracze na rynku serwisów społecznościowych wspierają regulacje dotyczące bezpieczeństwa i prywatności. W ich interesie jest wzrost kosztów wprowadzania nowego serwisu na rynek, a obniżenie kosztów istnienia działających. Są to początki budowania regulacji jakie na przykład całkowicie zamykają obecnie rynek farmaceutyczny małym firmom rzekomo podnosząc koszt rejestracji leku. Pamiętajmy jednak że zawsze taniej jest naśladować, a najlepiej to wynajdywać nowe poprawiając stare – a wówczas trzeba stare znać, najlepiej mieć własne “stare” do poprawiania na wyłączność. Aby losować z sukcesem – trzeba mieć w urnie z której sie losuje – los który wygrywa…
Czy jednak nie jest tak, że do pewnego stopnia wiedza szkodzi. Jak to możliwe? Wiedza – obok użytecznej roli związanej z dostarczaniem bazy dla nowych pomysłów, odgrywa społecznie także rolę hamulcowego. Dlatego w innowacyjności użyteczna jest odrobina ignorancji. Czyli dla wynalazcy dobrze jest być ignorantem? Nie do końca. Wyobraźmy sobie że żyjemy w czasach Leibniza, jest XVIII wiek, wkoło nas trwa burzliwa dyskusja, czy jaźń ludzka jest czy nie jest zegarem. Tymczasem my w najlepsze twierdzimy że chodzi o freudowską fascynację kolejami – jakimś ich XVIII odpowiednikiem – powiedzmy PKP, czy powozami. Oczywiście nas wyśmieją, koncepcja jest ahistoryczna i absurdalna (nie mogłem sobie odmówić podania przykładu PKP ;-) ale takie rzeczy zdarzają się naprawdę. Demokryt zastanawiając się nad pytaniem czy można materię dzielić w nieskończoność wymyślił istnienie niepodzielnych składników materii ( i nazwał je atomami). Giordano Bruno twierdził że gwiazdy to światy jak nasz w epoce kiedy nie znano lunety, ani nie odkryto jeszcze księżyców Jowisza. Cardano wynalazł liczby zespolone o których zapomniano na kilkaset lat. Kiedy bracia Wright skonstruowali swój samolot mało brakło by w wyniku procesu sądowego w USA zabroniono latania nad czyjąś Świętą Własnością praktycznie likwidując możliwość rozwoju lotnictwa na lata. Wynalazki, pomysły, idee zarówno techniczne jak i polityczne, a nawet artystyczne choć tu swoboda jest znacznie wieksza, by odnieść sukces, muszą być zrozumiałe. Muszą trafiać w swój czas. Victor Hugo powiedział że “Jest jedna rzecz silniejsza od wszystkich armii świata: to idea której czas nadszedł” a choć odnosił to wyraźnie do koncepcji społecznych – zdanie to jest także wydaje się być prawdziwe w ogólnym kontekście. Prawdziwe jest także jego zaprzeczenie – nic tak szybko nie więdnie jak pomysł, dobry czy zły, na który nie ma mody.
Zatem jest tak: kiedy sie da naśladujemy dobre pomysły – np. plaża na Bali, drink z parasolka, palmy, hamak, piękna kobieta, lenistwo. Ale kiedy to niemożliwe, w skrajnej ostateczności, wobec zagrożenia życia, kiedy czujemy niebezpieczeństwo ( na Bali także mają gazety, a w nich kryzys…) – wynajdujemy. Kiedy znudzą nam się palmy i pławienie się w bogactwie ( no ileż można leżeć na tej plaży, jak zawieje piasek wchodzi w zęby), a nabędziemy ochoty na wydanie jakiejś niewielkiej sumy, ot kilku milionów ledwie, także uruchamiamy myślenie innowacyjne. Jak wiadomo przykładem Genialnie Innowacyjnego Człowieka jest Stefan Robótka. Innowacyjność polegała tu na tym by znaleźć kogoś od roboty, jakiegoś nieznanego tzw. Woza, przejechać się na nim i na tym zarobić. Ba – zrobić to tak by Woz był zadowolony! Tak powstał fundament współczesnej gospodarki – pomysł na biznes – niech realizacją pomysłów zajmie się ktoś inny. My będziemy wrzeszczeć że inni co robią to samo – kradną. I faktycznie – w skali świata – myśl ta była na tyle genialna że stała się podstawą tzw. globalizacji i uległa, hm… wielokrotnemu kopiowaniu w coraz to innych niszach biznesowych. W sensie ogólnym – pomysł jak pomysł – jeden z wielu, prawdę mówiąc kiepski jako metoda biznesowa, co widać na każdym kroku. Wygląda bowiem na to że trudno jest zabraniać ludziom robić tego co umieją najlepiej – naśladować. Stąd problemy tych którzy nadal wierzą w jego działanie i rzekomą niezwykłą efektywność ( którą co tu dużo mówić należy oprzeć na posiadaniu sporej liczby lotniskowców i arsenale jądrowym, gdyby nie on, niewiele by zostało z owej własności intelektualnej jak sie ją nazywa. W istocie niewiele ona znaczy jeśli jako przeciwnika ma się państwo które ma ponad miliard obywateli. Można stąd wysnuć wniosek że innowacyjność to zabawa dla bogatych mocarstw posiadających wielką potęgę polityczną, finansowa i militarną, która umożliwia narzucenie restrykcji związanych z ograniczaniem możliwości do kopiowania każdej możliwej konkurencji. Nie dziwi zatem zupełnie że rząd Polski uznał taką strategię za właściwa dla naszego kraju ).
W ogólnym przypadku myślenie innowacyjne jest kapryśne, nieprzewidywalne, najpewniej stracimy te miliony, ale co tam, powiemy sobie wracając do hamaka i pięknej kobiety, warto było, bowiem nabyliśmy bezcenne doświadczenia.
Reasumując wygląda na to że zdaniem Pagela innowacyjność ludzka jest wynikiem skrzyżowania algorytmu Bayesowskiego ( losowania uwzględniającego posiadaną wiedzę) z algorytmem genetycznym eliminującym nieprzydatne pomysły. Z rozważań powyżej widać wyraźnie delikatne napięcie pomiędzy znaczeniem posiadania wiedzy a pewną dozą ignorancji. Posiadanie wiedzy zapewnia tu by przestrzeń losowania nie była absurdalne wielka lub nie zawierała rozwiązań, które choć być może możliwe do realizacji w sensie ogólnym – w praktyce nie mogą być zrealizowane z powodów np. społecznych, socjologicznych czy ekonomicznych. Ignorancja zapewnia dostatecznie wielkie pole manewru, możliwość rozważania dziwacznych nowatorskich rozwiązań. Wydaje się że gdyby koncepcje takie były głoszone jeszcze parę lat temu i nie mówilibyśmy o automatach Bayessowskich, ale o ludziach, to zamiast ignorancji ( czyli braku wiedzy) mówilibyśmy tu o odwadze intelektualnej, potencjale twórczym. Niestety w dzisiejszych czasach nauka rozwinęła się tak bardzo że te nienaukowe koncepcje zostały całkowicie obalone. Skoro cały proce polega na losowaniu – z konieczności chodzi o braki w bazie wiedzy automatu losującego, które paradoksalnie mogą w pewnych warunkach poprawić użyteczność uzyskiwanych wyników, a to za sprawą zmniejszenia sztywności więzów. Tak sie sprawy mają. Ot co. Ciekawa idea warta namysłu.
W kolejnym wpisie na blogu, autorzy poruszają niejako komplementarny problem związany z wiedzą. Mianowicie omawiając pewną książkę autorstwa Susteina ( o którym nic nie wiem) zwracają uwagę czytelnika ku pytaniom w rodzaju: jak grupy ludzi, plemiona, społeczności, społeczeństwa, podejmują decyzje? Jak zwiększyć efektywność takich decyzji? Fascynujące. Z omówionej książki pochodzi w szczególności wniosek, że “Sunstein discusses many studies that have shown that deliberation in groups, under very general circumstances, makes decisions worse and polarizes opinions.”. Według autora jest tak dlatego, że dyskusja zwiększa jedynie polaryzację grupy, zaostrza animozje. W związku z społecznymi i kulturowymi warunkami jej prowadzenia z konieczności prowadzi to do podejmowania decyzji nieoptymalnych. Czyli niejako autor wspiera koncepcje że decyzje powinny być podejmowane w niewielkich gronach a może nawet jednoosobowo. Oczywiście nie wiem czy Sustein tak twierdzi – taki wniosek wydaje się być jednak nieunikniony.
Jeszcze nie tak dawno, kiedy zachód całkiem poważnie musiał się wysilać (wbrew temu co twierdzi dzisiejsza propaganda, zwycięstwo wcale nie było łatwe i przesądzone od samego początku ) by pokonać ZSRR, uzyskanie zgody społęcznej było całkiem ważnym zadaniem. Konkurowano z Rosją, powiedzmy w programie kosmicznym i wymagało to nie tylko rozwoju techniki i zapewnienia finansowania, ale ważnym elementem był na przykład spokój społeczny i polityczna stabilność. W istocie polityczna i propagandowa rywalizacja z Rosją była jedynym sensem wielu takich programów. Rywalizacja której efekty były skierowane na polityczny rynek wewnętrzny. Niewielu ludzi jest to w stanie przyznać wprost, znacznie wygodniej jest żyć w błogiej i wygodnej iluzji że lądowano na Księżycu dla pomnożenia wiedzy ludzkości. Jeśli sie zastanowić – to pocieszające – chcemy być w obozie postępu, światłości i tak właśnie postrzegamy normalność. Jednak nieco inaczej wypadają podsumowania oparte o dane finansowe – misje naukowe na zachodzie nigdy nie uzyskały dostępu do znaczącego ułamka funduszy jakie wydawano na misje propagandowe o znaczeniu głównie propagandowym. Polecam lekturę podlinkowanego opracowania – wynika z niego że tak zwana “tania eksploracja” kosmosu z użyciem automatów jest szalenie nieefektywna. Eksploracja owa to właśnie misje stricte naukowe bez większego znaczenia politycznego. Na przykład efekt naukowy misji Pathfinder trwającej kilka lat, jest przypuszczalnie mniejszy niż spodziewany kilkugodzinny efekt pracy ludzkiej w podobnych warunkach. Wszystko z powodu braków w finansowaniu. Dodajmy że ZSRR postępował tak samo. To nie szczytne ideały demokracji czy duch komsomolskiej solidarności z całą ludzkością, ale duch politycznej rywalizacji – moda chwili – nakazywała tak postępować zarówno liderom krajów wolnych jak i totalitarnych. Zapewne z powodu oszczędności i z powodu ogólnie lepszej gospodarności, uboczne, niepolityczne efekty kosmicznych misji naukowych zostały jednak lepiej spożytkowane na zachodzie. Zwyczajnie zwrócono uwagę że można odzyskać część kosztów sprzedając uboczne efekty pracy inżynierów.
Tak więc mocarstwa rywalizowały. ZSRR było państwem totalitarny, zachód chciał w rywalizacji wygrać. Chciano wykazać, głównie własnym obywatelom, różnice w efektywności społecznego ładu. Rządzenie plemieniem, społecznością czy społeczeństwem w tamtych czasach na zachodzie, było postrzegane jako zadanie polegające na szukaniu możliwego do przyjęcia kompromisu. Zapewne nadal tak jest – zmienny jednak jest układ sił społecznych. W tamtych czasach świat wracał do normalności po wyniszczającej wojnie. Dopatrywano się pozytywnych wartości w realnej i racjonalnej ochronie mniejszości którą podejmowano nie z powodów symbolicznych ale ze względu na wyznawane zasady i praktyczne konsekwencje. Polityka zawsze była nieczysta, jak każda gra interesów bez sztywnych zasad, ale nie zawsze była tak cyniczna jak obecnie. Tymczasem współcześnie okazuje się że działanie które niegdyś było zabieganiem o kompromis, teraz jest działaniem “zwiększającym polaryzację” a dodatkowo oddalającym realizację optymalnych decyzji. Ciekawe co Sustein sądzi o kryteriach owej optymalności. Łatwo bowiem przychodzi opisywać statystycznie, liczbami, to co się widzi na ulicach, niełatwo jednak to zrozumieć. Widać że tak zwani ludzie sa niezadowoleni, a może nawet walczą o swoje. Co w tym dziwnego że pracownicy chcą więcej zarabiać? Oczy świata zapatrzone są w wzrost Chińskiej gospodarki a tam jak wiadomo panuje jednomyślność i powszechne przekonanie o świetlanej przyszłości. Czyż zatem nie należy unikać dyskusji która niepotrzebnie polaryzuje stanowiska – a konkretnie dowodzi że zdecydowana większość (przysłowiowe 99%) ma w dupie pomysły ekonomistów które całkowicie optymalnie powodują wzrost zamożności jedynie śladowej mniejszości ( tak zwany 1%)? Oczywiście że należy takich dyskusji unikać! Dyskusja taka obnaża tylko detale mechanizmów podejmowania decyzji. “Ludzie nie powinni wiedzieć jak się robi kiełbasę i jak się robi politykę.” Zostawmy ustalanie tego co dobre a co złe – filozofom. A fatalne skutki dyskusji nad tymi detalami można nawet podeprzeć badaniami naukowymi (ang. science).
Doszliśmy zatem do tego że prawdziwym i naukowym ideałem społecznym, jest zarządzanie oparte na realizacji optymalnych strategii tworzonych przez filozofów. Wiadomo przecież że prosty człowiek nie zna sie na filozofii, a właśnie filozofia sprawia że człowiek potrafi rozpoznawać dobro od zła. A prosty człowiek, który nie skończył studiów MBA w gaju gdzie mieściła się Hekademeia, nie widzi prawdy tylko cienie na ścianie jaskini. Na szczęście są tacy co opracowali niezbite i pewne metody patrzenia wprost na słońce, więc należy się na nich zdać w procesie decyzyjnym. Prosty zjadacz chleba nie powinien tego czynić, można bowiem, bez długotrwałego treningu na Hekademeia, całej sprawy nie pojąć powziąć jakieś pochopne wnioski. Na przykład że konflikt społeczny, rzeczona polaryzacja i brak kompromisu, nie jest wynikiem dyskusji samej w sobie, ale sytuacji która do owego konfliktu doprowadza Braku zdolności do wypracowania kompromisu u jednej ze stron dyskusji i jej ideologicznego nastawienia w całej sprawie. Kto chce “dyskutować” jeśli w miejsce dyskusji o celach istnienia społeczeństw, demokracji i roli jednostek w państwie dostaje się darmowy wstęp na imprezę z cyklu “premier zarządza kryzysem, społeczeństwo patrzy”? A potem sondażyk czy społeczeństwo popiera! Co? Uważa że premier wypadł blado? No tak… a poza tym, jak wiadomo, społeczeństwo nie istnieje, są tylko jednostki…
Widzimy jak wielkie zmiany zaszły w naszym oglądzie faktów. Churchill twierdził że nie ma gorszego ustroju od demokracji poza wszystkimi pozostałymi. W słynnym dziele “Społeczeństwo otwarte i jego wrogowie” Popper odrzucał zarówno zasady determinizmu historycznego – tkwiącego u podstaw Heglizmu a w dalszej konsekwencji Marksizmu - jak i koncepcje pradawnego Prawa Naturalnego. Tego jak rzeczy się miały zanim “komuniści” je popsuli. Koncepcje te stały u podstaw rozmaitych prawicowych nacjonalizmów akcentujących “odwieczne role”, “przeznaczenia narodów” i jedyne optymalne organizacje państw a to w postaci rządów filozofów. Popper widział w nich korzenie nazizmu. Taki był kontekst historyczny. Często cytuje się ta część książki Poppera która dotyczy krytyki Marksizmu. Część dotycząca krytyki prawicowych koncepcji Platona, koncepcji z których czerpią konserwatywne lub prawicowe dyktatury jest znacznie gorzej rozpoznawana. Warto przypomnieć. Popper twierdził że instytucje społeczne istnieją dla dobra ludzi i społeczeństw, że mamy prawo je tak kształtować by spełniały to zadanie, że sensem demokracji jest ta plastyczność i możliwość zmiany naszych decyzji bez rozlewu krwi i ogromu nieszczęść. Nic takiego jak determinizm rozwoju społecznego nie istnieje, zatem Marksizm fałszywie przewiduje że komunizm jest ostatecznym celem rozwoju społeczeństw. Zarazem nie istnieje także nic co miałoby być “dawnym dobrym ładem kiedy rządzili mądrzy starcy a wszyscy byli szczęśliwi bo wszystko było na swoim miejscu”. Nigdy nie istniał Złoty Wiek w którym szanowano rodziców, Świętą Własność Prywatna i Boga. Pieśń o Nibelungach to taka sama bajka opowiadana dla zabicia czasu jak bajki o sprytnych szewczykach, którzy wywracając porządek społeczny zostawali królami i dopełniali sprawiedliwości społecznej. Te rzeczy nas wzruszają bo chlelibyśmy żyć w bezpiecznym i sprawiedliwym świecie, i chcielibyśmy być potomkami herosów. Ale to bajki. Nie ma ładu do którego należy wrócić. Nie ma ostatecznej utopii do której mamy dążyć za wszelką cenę. Jest tylko przyszłość którą kształtujemy tym co nam dano, czym dysponujemy. Demokracja nie jest po to byśmy oddawali władzę filozofom. Demokracja jest po to by bezkrwawo wybawić nas od błądzenia w jakie filozofowie popadają nader często….
Przypomniała mi sie tu, nieco odległa pozornie codo tematu anegdota. Na początki XX wieku w roku 1920 przeprowadzono tak zwaną Wielką Debatę. W jej trakcie znany wówczas astronom Shapley, podówczas szef Harvard College Observatory wdeptał w ziemię za pomocą twardych, logicznych i naukowo potwierdzonych argumentów innego astronoma, podówczas może miej znanego Hebera Curtisa. Shepley odniósł swoje zwycięstwo niezbicie dowodząc, że tak zwane mgławice są obiektami w naszej galaktyce – jedynej jaka istnieje. Koncepcje Curtisa, że są to odległe galaktyki, uznano za czystej wody fantastykę i nienaukową spekulację. Bądźmy sprawiedliwi – zapewne Shapley miał wszelkie podstawy naukowe i logiczne by tak twierdzić. Co więcej, opierając się na podobnie spekulatywnych koncepcjach jak Curtis, prawidłowo oceniał rozmiar naszej galaktyki. W 1923 roku, zaledwie trzy lata po Wielkiej Debacie Hubble, za pomocą teleskopu Hookera w obserwatorium Mount Willson, dowiódł że Wielki Obłok w Andromedzie jest Galaktyką. Dzięki obserwacji Cefeid, potrafił ocenić jej odległość i rozmiary. Dzięki temu odkryciu rozmiary naszego wszechświata powiększyły się o kilka rzędów wielkości. Wszechświat zaś wydał się nieskończenie bardziej bogaty – okazało się bowiem że istniejący ówcześnie katalog mgiełek i obłoczków gwiazdowych – to w istocie katalog setek galaktyk podobnych do naszej.
Z historii tej wynika prosty ale ważny wniosek, można mieć całą logikę, naukę, i autorytety po swojej stronie – a mimo to nie mieć racji.
I warto o tym pamiętać na co dzień…..
“Kłamca ukrywa przed nami zamiar odwiedzenia nas od właściwej oceny rzeczywistości; mamy nie wiedzieć, iż chce, byśmy uwierzyli w coś, co sam uważa za nieprawdę. Wciskający kit ukrywa przed nami iż to, czy mówi prawdę, czy nie, jest mu całkowicie obojętne; mamy się nie zorientować, że nie przyświeca mu ani chęć powiedzenia prawdy, ani też chęć jej ukrycia. Nie oznacza to bynajmniej, iz jego mowa jest popędliwa i anarchicznie nieuporządkowana – nie, on jedynie rządzi się i kieruje motywami niemającymi nic wspólnego z troską o zgodność z rzeczywistym stanem rzeczy.
Nie można kłamać, nie sądząc, że zna sie prawdę. Wciskanie kitu nie nakłada żadnych tego rodzaju ograniczeń. Ktoś kto kłamie, tym samym odnosi sie do prawdy, i do pewnego stopnia odnosi się do niej z szacunkiem. Mówca uczciwy mówi tylko to, co jego zdaniem pokrywa się z prawdą. W przypadku kłamcy z równą mocą obowiązuje lustrzana metoda, iż to co mówi mija się z prawda. Wciskającego kit nie ograniczają żadne sztywne reguły; on nie stoi ani po stronie prawdy, ani po stronie nieprawdy. W ogóle nie sugeruje się faktami, co zmuszony jest czynić zarówno mówca uczciwy jak i wygłaszający kłamstwo; no, może tylko o tyle, o ile wpłynie to na jego szanse na sukces. Nie obchodzi go, czy to co mówi właściwie opisuje rzeczywistość. Dobiera to albo wymyśla, tak by służyło jego własnym celom. [...]
Dla większości ludzi sam fakt, iż dana wypowiedź mija sie z prawdą, stanowi powód, jakkolwiek słaby i łatwy do pominięcia, by jej nie wygłaszać. [...] Dla wciskającego kit nie ma on żadnego znaczenia. Zarówno kłamiąc jak i mówiąc prawdę, ludzie kierują się własnym przekonaniem o tym, jak mają się rzeczy w istocie. To właśnie ono przyświeca im w dążeniu do opisania owych rzeczy, obojętne czy zgodnie z prawda czy też w sprzeczności do niej. Z tego powodu wygłaszanie kłamstw nie czyni wypowiadającej jej osoby niezdolną do powiedzenia prawdy w sposób w jaki czyni ją niezdolną do tego wciskanie kitu. Nieumiarkowane oddawanie się wciskaniu kitu, polegającemu na wypowiadaniu twierdzeń bez oglądania się na cokolwiek poza tym, co nam akurat wygodnie jest powiedzieć, prowadzi do osłabienia bądź całkowitego zarzucenia nawyku poświęcania należytej uwagi temu jak się przedstawia faktyczny stan rzeczy. Kłamca i człowiek prawdomówny znajdują się po przeciwnych stronach, że tak powiem boiska, ale jednak graja w tę samą grę. Obaj liczą się z faktami zgodnie z własnym ich postrzeganiem, chociaż jednemu przyświeca prawda a drugi odwraca się do niej plecami. Wciskającemu kit prawda jest obojętna. Nie odwraca się od prawdy ani jej nie odrzuca, jak czyni to kłamca. W ogóle nie zwraca na nią uwagi. Z tego właśnie powodu wciskanie kitu jest znacznie groźniejsze od kłamania.
Ktoś kto ma na uwadze przekazanie bądź ukrycie faktów, zakłada istnienie faktów, które można stwierdzić i nazwać. [...] “kontrrealistyczne” doktryny podkopują naszą wiarę w sens bezstronnych wysiłków zmierzających do ustalenia co jest prawdą, a co nią nie jest, a nawet samą zrozumiałość pojęcia obiektywnego dociekania. Jednym z następstw jest odchodzenie od dyscypliny wynikającej z przywiązania do ideałów ścisłości na rzecz zupełnie innego rodzaju dyscypliny, wynikające z dążenia do osiągnięcia alternatywnego ideału szczerości. Miast dążyć przede wszystkim do ścisłego przedstawienia naszego wspólnego świata, jednostka angażuje się w szczere przedstawienie własnej osoby. Przekonana że rzeczywistość wyzbyta jest przyrodzonych [...] właściwości [...] zwraca się ku głoszeniu prawdy o swoich właściwościach. [...]“
“O wciskaniu kitu” (“On bullshit”) Harry G. Frankfurt, przekład Hanna Pastuła, wyd. Czuły Barbarzyńca press 2008.

