You are currently browsing the category archive for the ‘cytat’ category.

 

 

O Fortuna, velut luna
statu variabilis,
semper crescis, aut decrescis;
vita detestabilis
nunc obdurat, et tunc curat
ludo mentis aciem,
egestatem, potestatem
dissolvit ut glaciem.     

 

Sors immanis et inanis,
rota tu volubilis,
status malus, vana salus
semper dissolubilis,
obumbrata et velata
michi quoque niteris;
nunc per ludum dorsum nudum
fero tui sceleris.

Sors salutis et virtutis
michi nunc contraria,
est affectus et defectus
semper in angaria.
Hac in hora sine mora
corde pulsum tangite;
quod per sortem sternit fortem,
mecum omnes plangite!

O Fortuno, księzycowo
tyś jest kapryśna i zmienna.
Wynosząca, rujnująca;
W życiu mi nie wzajemmna.
Raz uciskasz, raz łagodzisz,
tak ze mną sobie grywasz.
Czy ubóstwo, czy bogactwo,
lekko jak mgłę rozwiewasz.     

 

Losie – straszne jest i puste,
twe wirujące koło.
Zepsutaś jest. Mój każdy gest
śmiech wywołuje wkoło.
W tych ciemnościach, i domysłach,
zagadki wciąż są nowe.
W tej twojej grze, trwoga spadnie
na moją nagą głowę.

Czym zdrowiu jest, czym w cnocie jest,
Z losem mi trzeba walczyć.
Rozpala mnie, obarcza mnie,
nie umiem się uwolnić.
W złej godzinie, niespodzianie,
zrywa i brzmiącą strunę.
Bo fatum złe, pokona mnie,
Wszystkim przynosi płacz!

 

    Pozwoliłem sobie na tłumaczenie! Padło na O Fortuna ze zbioru Carmina Burana.  Muzyka jest podniosła i porywająca, jest to bardzo znany i łatwo rozpoznawalny utwór. Wykonań na Youtube jest bardzo wiele. Łaciny nie znam wcale. Angielski o tyle o ile – a z niego na podstawie tekstu z wikipedii tłumaczyłem. Tłumaczenie też nie wierne – zdaję sobie sprawę że ostatnie cztery wersy idą wpoprzek tekstu. Ale jakoś mnie chwyciło. Przerażajace. Życie i ta muzyka.  Znalazłem inne tłumaczenie, i jest ono znacznie zgrabniejsze, ale mam nadzieje, że moje jest śpiewniejsze.

 

 

    “The film is about the essence of art and the importance of faith and shows an artist who tries to find the appropriate response to the tragedies of his time. The film is also about artistic freedom and the possibility and necessity of making art for, and in the face of, a repressive authority and its hypocrisy, technology and empiricism, by which knowledge is acquired on one’s own without reliance on authority, and the role of the individual, community, and government in the making of both spiritual and epic art.”

     Za Wikipedia – artykuł o filmie Tarkowskiego “Andriei Rublev”

    [1]“Jednym z istotniejszych zdarzeń kształtujących zbiorową tożsamość napisowców, był sygnalizowany już w raporcie atak przypuszczony na to środowisko przez firmę dystrybucyjną [filmy] [słowo filmy - przypis mój] Gutek Film na przełomie 2005 i 2006 roku. Atak ten pociągnął za sobą nie tylko zawieszenie jednego z dwu największych portali dystrybuujących listy dialogowe (napisy.info), ale też późniejsze (2007) aresztowanie osób prowadzących drugi z portali (napisy.org).”

   [2] “W 2007 r. działania organów ścigania nakierowane teoretycznie na właścicieli serwisu napisy.org, zaczęły zataczać szersze kręgi obejmując również samych *tłumaczy.* Były naloty policji o szóstej rano, rekwirowanie komputerów, zatrzymania. Anna wspomina o strachu, jaki jej wówczas towarzyszył – twierdzi zresztą, że odczuwa go do dziś. W reakcji na informacje o działaniach policji, sformatowała dysk twardy, część płyt z filmami wyrzuciła, a co fajniejsze elementy zbioru wywiozła na działkę i ukryła w piwnicy. „Przycichła” na jakiś czas, podobnie jak większość tłumaczy. Po czym wróciła do tłumaczenia „pirata” i wrzucania napisów do sieci – bo jak twierdzi, nie wyobraża sobie już życia bez tego. Co zrobiłaby, gdyby w obliczu konsekwencji prawnych musiała przestać? Na pewno nie robiłaby tłumaczeń „do szuflady”. “Prędzej bym poszła na takie portale, gdzie  się poezję tłumaczy. Wtedy jest bardziej legalnie, może nikt cię nie będzie ścigał, bo już dawno wszyscy nie żyją.”"

    Za: “TAJNI KULTURALNI. Obiegi kultury z perspektywy twórców sieciowych węzłów wymiany treści.”  Raport na licencji CC, dofinansowany z funduszy Ministerstwa kultury i Dziedzictwa Narodowego, można pobrać TU.  Warta uwagi lektura, rzecz w naszym kraju niezwykła – rząd sfinansował próbę poznania i zrozumienia postaw innych ludzi. Powyższe cytaty pochodzą z tekstów zamieszczonych w tym opracowaniu, autorstwa Marka Krajewskiego (cytat [1])  i autorów raportu – Mirosław Filiciak, Michał Danielewicz, Anna Buchner, Katarzyna Zaniewska ( cytat [2])

    Na obrazku powyżej, otwierającym ten wpis na blogu, jest fragment psałterza, przedstawia on: “Khludov Psalter (detail), 9th century. The image represents the Iconoclast theologian, John the Grammarian, and an iconoclast bishop destroying an image of Christ. (State Historical Museum, Moscow)” Obraz pochodzi z artykułu Wikipedii na temat Ikonoklazmu.

    Ikonoklazm polegał na egzekwowaniu zakazu czczenia ikon – czyli wałczono z Ikonodulią. Aby zakaz uczynić obowiązującym zakazano malowania ikon i niszczono te, które istniały. Historycy nie znają faktycznych powodów dla których wprowadzono Ikonoklazm. Po okresie zakazów, władzę polityczną objęli ludzie, którzy przezwyciężyli zakaz, i wszystko co o nim wiemy, pochodzi z ideologicznie przeciwnych Ikonoklazmowi źródeł. Spekuluje isę że Ikonoklazm mógł mieć związek z próba pomniejszenia ekonomicznych i politycznych wpływów  monastyrskich ( klasztornych), bowiem to monastyry były głównymi wytwórcami czczonych ikon, co często było podstawa ekonomiczną ich funkcjonowania. Podobno znane są przypadki ludzi którzy pomimo zakazu malowali w ukryciu, ryzykując śmierć.

    Nie twierdze że jedno ( Rublov ), drugie ( naloty policji na tłumaczy na wezwanie Gutek Film ) i trzecie ( Ikonoklazm) są tym samym, czy nawet podobnym zjawiskiem. Ale jest coś niepokojąco podobnego w dystrybutorze filmów i biskupie niszczącym wytwory kultury którą starają się chronić czy wręcz budować. I w zawłaszczaniu pola kultury przez władzę, jak u Rublova,  nawet jeśli jest to tylko władza pieniądza i “rynku”…

 

 

 

     Żywoty świętych wraz z innymi książkami tworzącymi moją skromną biblioteczkę stały na zaimprowizowanej półce, zrobionej ze starej skrzynki na pomarańcze. Z tego powodu ze wszystkich moich książek unosił się po otwarciu intensywny zapach pomarańczy, który mylnie uważałem wówczas za zapach kościelnego kadzidła – a to dlatego, że w kazaniach ojców redemptorystów, wygłaszanych w misjach tego zakonu na użytek katolickiej ludności Belfastu, często była mowa o pomarańczach.

    W fabułach kazań ojców redemptorystów, rozgrywających się na ogól podczas letnich wakacji, prawie zawsze występował spragniony chłopiec, który przystawał pod sklepem spożywczym, by przyjrzeć się pięknie ułożonym na straganie pomarańczom. Malec przypatrywał się ich pełnej dołeczków skórce, a kiedy owiewał go aromat rozgrzanych słońcem owoców, wyobrażał sobie że wgryza się w jeden z nich – niemal czuł ich smak na podniebieniu i aż leciała mu ślinka. Potem, ponieważ chciało mu sie pić, posuwał się jeszcze dalej, fantazjując, że dzieli pomarańcze na ociekające sokiem cząstki, wtedy zaś granica między myślą a uczynkiem zaczynała sie zacierać coraz bardziej.

    Teraz chłopiec nie mógł sie już opędzić od myśli o leżącej na wyciągnięcie ręki pomarańczy, a poza tym wiedział, że nikt go nie obserwuje. Sprzedawca był zajęty dwoma klientami, którzy chcieli się dowiedzieć, jakie są wady i zalety nowych brytyjskich i dublińskich odmian ziemniaków queens. Do pobliskiego pubu wszedł przed chwilą policjant, a pustą, tonącą w słońcu ulicą przejechał z warkotem samochód. Chłopiec mniemał, że nikt go nie widzi, wyciągnął więc rękę i wsunął pomarańczę do kieszeni spodni. Nikt go nie obserwował, a była to przecież tylko jedna z bardzo wielu pomarańczy.

    – Tylko Bóg – mówił zbliżając się do finału, redemptorysta, który w tym momencie wyciągał zza pasa krucyfiks i wznosił go do góry zamaszystym gestem, żeby każdy z obecnych mógł zobaczyć krzyż – tylko Bóg jednak obserwował chłopca, a dla Boga, który widzi wszystko, nic nie jest bez znaczenia; dla Niego bowiem Jedność jest Wielością.
     Z tej przyczyny pomarańcze kojarzyły mi się zawsze z kradzieżą albo stratą.

 

“Irlandzka Herbatka” Ciaran Carson, tłum.Maciej Świerkocki,

Stowarzyszenie A Kuku Sztuka, Gdynia 2008

 

 

 

 

 

    O sztuce definiowania.

    “Gdy Platon podał definicję “Człowiek jest to istota żywa, dwunożna, nieopierzona” i tą definicją chełpił się i zdobył poklask, Diogenes oskubał koguta i zaniósł do szkoły na wykład Platona, mówiąc “Oto jest człowiek Platona”. Odtąd do tej definicji dodawano słowa: “o szerokich pazurach”". ( W oryginale Πλατων = Platon, πλατωνυχοζ- “o szerokich pazurach” )

“Żywoty i poglądy słynnych filozofów” Diogenes Laertios. O Diogenesie z Synopy, str. 331. PWN Wydanie 3. Warszawa 1982

Przekład: Irena Krońska, Kazimierz leśniak, Witold Olszewski przy współpracy Bogdana Kupisa. Opracowanie przekładu, przypisy ( jak ten powyżej w nawiasie wyjaśniający znaczenie greckiej gry słów) i skorowidz – Irena Krońska.

 

    Wygląda na to że Platonowi jako pierwszemu, za sprawą Diogenesa z Synppy, przydażyło się odkryć modele niestandardowe.

    Pozwolę sobie zacytować fragment z książki “Współczesne teorie Prawdy” Zbigniewa Tworaka ( Ksiązka świetna – autorem jest wykładowca Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Polecam – proszę się nie zrażać ewentualnym poglądem na moją osobę czy poglądy – Tworak prezentuje bardzo normalne, zdrowe matematycznie podejście do poruszanego tematu, a ja cytuję złośliwie nieadekwatny dla książki fragment “filozoficzny” ). Cytat jednak , aby uczynic go zrozumiałym, poprzedze krótkim przypomnieniem tematyki związanej z Semantyczną teorią Prawdy Tarskeigo. Chodzi o kilka uwag na temat hierarchii języków.

    Jak wiadomo Sematyczna Koncepcja Prawdy, definiuje pojęcie prawdy nawiązując  do korespondencyjnej teorii prawdy w sposób następujący:

( T ) Zdanie “A” jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy gdy A

przy czym “A” ( z cudzysłowem) to zdanie wypowiedziane w języku przedmiotowym ( powiedzmy w teorii mnogości, czy arytmetyce Peano),  zaś kryterium T sformowane jest w metajęzyku czyli języku nadrzędnym tego języka, i jego elementem jest zdanie A wyrażajace korespondującą treść. Od Tarskiego pochodzi podstawowy przykład użycia tej hierarchii:  “Zdanie “śnieg jest biały” jest prawdziwe wtedy i tylko wtedy gdy śnieg jest biały.” Należy przy tym rozumieć że prawdziwość zdania śnieg jest biały w metajęzyku odnosimy do konstrukcji teoretycznej związanej z metajęzykiem ( nie chodzi tu o jakiekolwiek empiryczne stwierdzanie czy śnieg jest biały, a jedynie o prawdziwość tego zdania w metajęzyku). Mówi się w tym kontekście że prawda została tym samym zrelatywizowana do poziomu języka. Aby analizować własności logiczne  metajęzyka należałoby w tym miejscu dokonać jego formalizacji, a pytanie o prawdziwość zdań metajęzyka J_{n} wymaga w tym miejscu odwołanie się do meta-meta języka J_{(n+1)}. Działanie takie ma na celu wyeliminowanie z języka paradoksu kłamcy – zdania samozwrotne jak na przykład zdanie “Ja kłamię” zostają z języka wyeliminowane jako mieszające poziomy języka i metajęzyka. Wyeliminowanie antynomii kłamcy sprawia że teorie aksjomatyczne o aksjomatach niesprzecznych powinny poprawnie formułować twierdzenia prawdziwe ( zbiór konsekwencji zbioru zdań prawdziwych zawiera wyłącznie zdania prawdziwe). W szczególności zdania prawdziwe języka J_{n} dają się zinterpretować ( są prawdziwe) w metajęzyku języka J_{(n+1)} , jednak predykat prawdy metajęzyka J_{(n+1)} jest istotnie szerszy niż to co można o prawdzie powiedzieć w języku przedmiotowym ( który może być metajęzykiem dla teorii o języku niższego rzędu), w którym jak wiadomo z prac tarskeigo – predykatu prawdy zdefiniować się nie da. Oztatnie zdanie oznacza że kryterium (T) jest nieprzekładalne z metajęzyka, w którym jest wypowiedziane, do języka o którego prawdziwości zdań mówi.

    Stosując taką konstrukcję uzyskujemy pewien zadowalający z punktu widzenia matematyki efekt. Możemy jednak zapytać o jej ścisłe uzasadnienie, to znaczy o teorię hierarchii języków i metajęzyków. Dalej następuje cytat z książki Tworaka ( strona 56).
 

    “Weźmy zdania:

(40) Jakiekolwiek zdanie prawdziwe na jakimś poziomie m hierarchii języków Tarskiego jest tez prawdziwe na każdym n> m. Nie istnieje stopień najwyższy w hierarchii języków Tarskiego.

    Można się nimi posłużyć, opisując teorię Tarskiego. Za pomoca pierwszego stwierdzamy że hierarchia języków (H) ma charakter kumulatywny. Za pomocą drugiego stwierdzamy że nie istnieje górna granica owej hierarchii. Ponieważ dotyczą one każdego poziomu hierarchii języków (H), więc stopień ich jest większy od dowolnego n \in \omega co powoduje że nie są one zdaniami żadnego z języków owej hierarchii. Sugeruje to, że sa one pozbawione sensu. W efekcie niemożliwe staje się sformułowanie ogólnej teorii hierarchii języków. Teoria taka musiałaby być sformułowana w jezyku, który byłby metajęzykiem dla każdego języka z hierarchii (H), co jest jednak niemożliwe, ponieważ jest ona teorią ogólna. Argument ten mozna by nazwać paradoksem hierarchii języków.
    Uwaga 30. Nawiązując do antynomii kłamcy, rozważmy  zdanie:

(41) Niniejsze zdanie nie jest prawdziwe na żadnym poziomie hierarchii języków Tarskiego

    i zapytajmy czy jest ono prawdziwe. Otrzymamy sprzeczność gdyż z każdej odpowiedzi wynika jej negacja.[...]

    Ale przecież opisując ów paradoks, używam pewnego – jak się wydaje – uniwersalnego lub ostatniego (meta)języka, który – przypuszczalnie da sie sformalizować.  [...] A zatem[...] hierarchia języków nie jest domknięta. Dokładniej język w którym opisujemy hierarchię (H) nie może być jej elementem. W praktyce współczesnej logiki w roli “ostatniego” (meta)języka występuje zwykle jakiś język naturalny, do którego – pod groźba sprzeczności – nie stosuje sie rozwiązania Tarskiego, tzn. nie jest on elementem hierarchii (H).
    Ostatecznie uzyskujemy uzasadnienie że (1) opis języka naturalnego oparty na hierarchii (H) jest nieadekwatny, oraz (2) istnieją nieuniknione ograniczenia formalizacji. W zwięzły sposób ujmuje to J.Woleński:

    “[A]by cokolwiek [tj. jakikolwiek język] mogło być sformalizowane, coś innego [tj. pewien język] musi pozostać niesformalizowane ((Woleński “Matematyka a epistemologia” 1993 s. 32)”

    Pełniejszy cytat z Woleńskiego to:

    “Analiza statusu teori typów logicznych czy schematu hierarchii języków skłania do umiaru w naszych pretensjach poznawczych, oraz dostarcza intuicyjnych argumentów na rzecz tezy o nieuniknionych ograniczeniach formalizcji: aby cokolwiek mogło być sformalizowane, coś innego musi pozostać niesformlizowane. Z tego wynika, że formalizacja dfowolnego segmentu ciągu (8) [języków i metajzyków] zakłada istnienie jakiegoś języka niesformalizowanego, oraz że ogólny opis tego fenomenu nie da sie inaczej wyrażić jak tylko nieformalnie, co wcale  nie znaczy, że nieprecyzyjnie lub sprzecznie. ” ( Woleński “Matematyka a epistemologia” 1993 s. 31-32 )

    U źródeł Semantycznej Teorii Tarskiego stoi dwojaka motywacja. Po pierwsze, dzięki rozbiciu języków formalnych na język i metajęzyk, wyeliminowano z teorii formalnych antynomię kłamcy. Zdania samozwrotne nie są uważane za zdania poprawne. Po drugie wypowiedziano pewien predykat, podano konstrkcję, której celem jest formalizacja pojęcia prawdy. Konstrukcja ta odwołuje się do mechanizmów językowych, Tarski bardzo wyraźnie dawał do zrozumienia, że jego teoria nie wymusza zajęcia stanowiska w kwestii sporu jak “ostatecznie” określa się prawdziwość zdania w metajęzyku “śnieg pada” -  czy wyglądając za okno, czy – szukając odpowiedzi w Biblii. W szczególności Tarski pisał w pracy “Z badań metodologicznych nad definiowalnościa prawdy”, Przegląd filozoficzny 1944  ( cytat za J. Woleński Epistemologia, który cytuje tu ta pracę na podstawie przedruku z wydania dzieł Tarskeigo,  str. 340):

    “Możemy [...] przyjać semantyczną koncepcję prawdy nie porzucajac własnego stanowiska epistemologicznego, jakiekolwiek by ono było; możemy pozostać naiwnymi realistami, krytycznymi realistami lub metafizykami – kimkolwiek bylismy wcześniej”

    Wydaje się zatem że Tarski stał na stanowisku istotnie różnym niż naiwna teoria korespondencyjna prawdy Arystotelesa, który jako kryterium prawdy widział zdanie: “pogląd jest prawdziwy gdy rzeczy istotnie mają sie tak jak ów pogląd stwierdza” co w języku potocznym brzmi niemal identycznie jak w (T). STP Tarskiego odnosi sie do semnatyki języka, zaś jej odniesienie do zjawisk empirycznych jest tylko jedną z mozliwych interpretacji, bynajmniej nie najbardziej owocną czy ciekawą.  Warto w tym miejscu zastanowić się jednak nad nastepującym paradoksem sformułowanym przez Kripkego. Został on opisany w ksiażce Tworaka w następujacy sposób. Bohaterami naszej historyjki sa dziennikarzyna Jones i wybitny polityk Nixon. Załóżmy że Jones w jednym ze swoich artykułów napisał:

(J) “Wiekszość wypowiedzi Nixona o aferze Watergate jest fałszywych.

I że jest to jedyna wypowiedź Joensa o aferze Watergate jaką uczynił zanim nieznani sprawcy zastrzelili go z broni palnej. Nixon zaś, wypowiedział następujacą kwestię:

(N) “Wszystkie wypowiedzi Joensa o aferze Watergate są prawdziwe”

    Wydaje się zasadne by nie dopatrywać się samozwrotności w żadnym ze zdań (J) czy (N). Każde z tych zdań wypowiada inna osoba i dotyczą one wypowiedzi innej osoby. Wydaje sie że samozwrotność tutaj jest jest cechą całego systemu zdań. Jak zastosować kryterium Tarskiego o niemieszaniu języka i metajęzyka? Paradoks ten jest wzorowany na ogólniejszym paradoksie zdefiniowanym dla n zdań, każde z nich stwierdza że następne jest fałszywe, zaś n-te stwierdza żę pierwsze mówi prawdę. Paradoks ten nosi nazwę paradoksu “Koła kłamców”.

    Zauważmy jednak że nie tylko fakt “kolistości w zespole” jest tu ciekawy, nie dlatego przytoczyłem zdania (J) i (N). Problem jest znacznie ciekawszy. Każda próba rozstrzygnięcia czy system (J) i (N) jest paradoksalny czy nie, musi odwołać się do ustaleń ile X zdań wypowiedział Nixon na temat afery Watergate. W zależności od relacji liczowych zdań prawdziwych do liczby X, zdanie (J) jest prawdziwe lub nie, a tym samym zostaje ustalona prawdziwość zdania (N). Dla pewnych sytuacji nie powstaje tu żadna antynomia! Z sytuacją antynomii mamy do czynienia tylko w wypadku kiedy “wśród wypowiedzi Nixona dotyczących afery Watergate różnych od (N) albo (1) zdań fałszywych jest tyle samo co zdań prawdziwych, albo (2) liczba zdań fałszywych jest o jeden wieksza. Wówczas zarówno (J), jak i (N) są antynimialne[...]“ (z ksiązki Tworaka, analiza za Krajewski “W obronie zdań samozwrotnych” Przegląd filozoficzny 2. 1992). Jest to argument za tym, że samozwrotność z antynomiami nie ma w istocie aż tak wiele wspólnego jak się powszechnei uważa….

 

Ksiązki cytowane w tekście:

Zbigniew Tworak “Współczesne teorie prawdy” Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2009

Jan Woleński “Epistemologia. Poznanie, prawda, wiedza, realizm” Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2007

Jan Woleński “Matematyka a epistemologia” Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1993

 

 

   

 

    Niedawno pisałem o moim poglądzie na kwestie języka w jakim uprawia się naukę i rozmaitych problemów jakie wynikają z zaściankowego modelu jej rozwoju jaki funkcjonuje w naszym kraju. W książce “Filozofia logiki i matematyki w Polsce niemiędzywojennej” Romana Murawskiego wydanej jako monografia Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej znalazłem cytat z pracy Zygmunta Janiszewskiego, o którym także wzmiankowałem w poprzednim wpisie.

     “W myśl powyższego projektu należałoby założyć u nas czasopismo ściśle naukowe, poświęcone wyłącznie jednej z tych gałęzi matematyki, w których mamy pracowników wybitnych, prawdziwie twórczych i licznych. Czasopismo to [...] przyjmowałoby artykuły każdym z czterech języków uznanych w matematyce za międzynarodowe [...]. Pismo to zawierałoby, obok artykułów oryginalnych, bibliografie tej gałęzi, streszczenia, a nawet przedruki ważniejszych artykułów, drukowanych gdzie indziej, szczególnie zaś tłumaczenia artykułów wartościowych, drukowanych w językach nie “międzynarodowych”, a więc przede wszystkim prac polskich, które marnują się nieznane; wreszcie korespondencje: odpowiedzi na zapytania [...].
     [...] powróćmy do sprawy twórczości matematycznej. Tu atmosferę odpowiednią może wytworzyć dopiero zajmowanie sie wspólnymi tematami. Konieczni prawie dla badacza sa współpracownicy. Odosobniony najczęściej zamiera. Przyczyny tego są nie tylko psychiczne, brak pobudki: odosobniony wie o wiele mniej od tych, co pracują wspólnie. Do niego dochodzą tylko wyniki badań, idee już dojrzałe, wykończone, często w kilka lat po swoim powstaniu, gdy ukażą się w druku. Odosobniony nie widział, jak i z czego one powstawały, nie przeżywał tego procesu razem z ich twórcami. “Jesteśmy z daleka od tych kuźni czy kotłów, w których wytwarza się matematyka, przychodzimy spóźnieni i, nie ma rady, musimy pozostawać w tyle” mówił mi w Getyndze o swoich rodakach pewien uczony matematyk rosyjski. O ileż bardziej stosuje się to do nas!
     Otóż, jeśli nie chcemy zawsze “pozostawać w tyle”, musimy chwycić się środków radykalnych, sięgnąć do podstaw złego. Musimy stworzyć taką “kuźnię” u siebie! Osiągnąć zaś to możemy tylko przez skupienie większości naszych matematyków w pracy nad jedną gałęzią matematyki. Dokonywa się to obecnie samo przez się, trzeba tylko temu prądowi dopomóc. Otóż niewątpliwie utworzenie u nas specjalnego pisma dla jednej gałęzi matematyki pociągnie wielu do pracy w tej gałęzi.
Lecz jeszcze w inny sposób pismo dopomogłoby do wytworzenia się u nas tej “kuźni”: bylibyśmy wtedy ośrodkiem technicznym publikacji matematycznych w tej gałęzi. Do nas przysyłano by rękopisy nowych prac i utrzymywano by z nami stosunki”

    Zygmunt Janiszewski “O potrzebach nauki w Polsce” (1917) W: Nauka polska, jej potrzeby, organizacja i rozwój 1, 11-18. Przedruk: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego, Seria II: Wiadomości Matematyczne 7 (1963), 3-8 ( skróty sa autorsta R.Murawskeigo, błedy ortograficzne i inerpunkcyjne – mojego)

    Nie mogę powstrzymać się tu od komentarza, wynikającego z rozlicznych dyskusji i sporów jakie miałem z aktywnie uprawiającymi naukę dysputantami na rozmaitych grupach i forach internetowych ( osoba prywatna w Polsce, mieszkająca na prowincji, w zasadzie pozbawiona jest innych możliwości dyskusji na tematy naukowe i około-naukowe ). Otóż wydaje się że słowa Janiszewskiego są dzisiaj tyleż aktualne co niezrozumiane a nawet nieznane w środowisku naukowym. Powszechne jest przekonanie że łatwość publikowania w czasopismach światowych naukowych lub w internecie całkowicie rozwiązuje problem posiadania owej “kuźni” i w zasadzie nie ma o co się starać, bo przecież każdy może pojechać na postdoca do Princetown lub Genewy i pstryk – zrobione – mamy uczonego światowego formatu. Dziwnym trafem umyka koryfeuszom nauki w Polsce że wszyscy koledzy Janiszewskiego studiowali w Getyndze, Paryzu, w Moskwie, byli doktorantami Poincare, Hilberta czy Lebesque. Czyżby Janiszewski o tym nie wiedział? A może w latach międzywojennych, kiedy ludzie mieli za sobą językowe doświadczenie zaborów, kwestia językowa, a nwet kwestia publikacji gotowej twórczości wcale nie była w żadnej mierze paląca. Może chodziło Janiszewskiemu bardziej o owe “kotły” w których wysmaża się matematyczne potrawy?
     Jeśli by porównać naukę polską do jakiejś restauracji w której serwują zainteresowanym – przemysłowi, studentom, ciekawskim przechodniom – jakieś potrawy to rychło by się okazało, że naukę polską przyrównać trzeba do takiego baru w którym brak kuchni, owych kotłów czy nawet miejsca gdzie trzymają garnki do gotowania. Po prostu dają tam na miejscu lub na wynos, potrawy wg. przepisów nie tylko przez kogo innego wymyślonych, ale nawet najczęściej – potrawy przez kogo innego gotowane. Ot – knajpa działająca dzięki kateringowi. Jednym to smakuje, inni wola świeższe rzeczy kupowane bezpośrednio u producenta. Rzecz jednak w tym, ze w restauracji opartej na kateringu – nikt rewolucji kulinarnej czy ledwie rozwoju potraw prowadzić nie może. W kuchni takiej nie spotka sie ani mistrza patelni, ani potraw ulotnych, smacznych jedynie prosto z patelni. Myślę także że w Polskiej nauce jest cała masa takich którym taki – kateringowy rodzaj uprawianej nauki – nie dosyć że wystarcza to jeszcze go afirmują, bo w istocie cała ich praca polega nieledwie na wzięciu czystej ścierki ( a i o to czasem trudno) i z ukłonem gładkim – podawaniu odgrzanych kateringowych kotletów. Z faktu że kelner zmusza klienta by ten zamówił pommes de terre rôties nie wynika że poda mu coś innego niż smażone pyry, rozprawianie jednak o różnicy w smaku wynikającej z różnicy w nazwie ma długie Polskie tradycje. Owszem – zwykle w restauracjach operujących taką terminologia pyry sa droższe, a jeśli nie ma tam kuchni, dania sie odgrzewa – zwykle też i mniej smakowite niż w jakiej zwykłej budzie przy drodze, w której ktoś lubi jeść i lubi gotować.
     Nie mam zamiaru tu stwierdzać że wszystko jest do niczego, że nauka polska nic nie jest warta, zwłaszcza zaś nie chciałbym by ktoś zrozumiał że nie ma zdolnych ludzi, młodych, starych, bogatych w osiągnięcia, lub możliwości rozwoju. Nie chodzi także o jakiekolwiek mechaniczne kopiowanie idei Janiszewskiego. Chciałbym jednak by przyjąć raz na zawsze pewną – kulinarna optykę – uczony to kucharz, a nie kelner, choć czasem potrawy serwuje własnoręcznie. W restauracji gdzie stawia się na nazwę potrawy która ma przyciągnąć klienta, a nie doskonałość jej smaku – żadnej sztuki kulinarnej się nie rozwinie…

   

 

    “Niewiele robiono na rzecz rodzimego przemysłu a i on niewiele wytwarzał. [..]Kraje Ameryki Łacińskiej nie miały żadnego programu, a co za tym idzie żadnej wizji rozwoju gospodarczego. Gdy Aleksander Hamilton wzywał młoda Amerykę do rozwijania przemysłu i konkurowania z Europą, wicehrabia Cairu w Brazylii “zabobonnie wierzył w <<niewidzialną rękę>> i powtarzał: laissez faire, laissez passer, laissez vendere ”
    Niepodległe państwa Ameryki Łacińskiej pozostały więc w zależności gospodarczej od rozwiniętych krajów uprzemysłowionych: najpierw Wielkiej Brytanii, następnie pod koniec XIX wieku, Niemiec, imitując ich osiągnięcia naukowe i techniczne, a od XX wieku Stanów Zjednoczonych. Cudzoziemcy budowali koleje żelazne i urządzenia portowe po to głównie, by ściągać nadwyżki z interioru ( tak jak w Indiach). Cudzoziemcy pożyczali pieniądze na wysoki procent ubogim reżimom i ich oponentom [..]. Budowali arsenały i fabryki i zarządzali nimi. Cudzoziemców, rzecz jasna, obarczano winą za wszystkie niedociągnięcia tych systemów gospodarczych. To kultywowanie resentymentów, częściowo uzasadnionych, lecz w sposób dogmatyczny wyolbrzymionych, pogarszało tylko sytuację. Ideologizowało politykę gospodarczą i kwestie praktyczne zamieniało w kwestie zasad.
    [..] Początki przemysłu w Ameryce Łacińskiej nie oznaczały rewolucji przemysłowej. Nie dokonało tego nawet zbudowanie kolei żelaznych. Pewne rzeczy trzeba było robić na miejscu: maszyny wymagały na przykład konserwacji i napraw. Ale warsztaty, jakie powstały, ograniczały sie do tych funkcji i nigdy nie podjęły własnej produkcji. I znów: nie sprzyjały temu warunki naturalne i społeczne paliwo i surowce były droższe niż w Europie, czy Stanach Zjednoczonych, brakowało tez wykwalifikowanej siły roboczej. Wszystko wyglądało bardzo racjonalnie: dzięki korzyści komparatywnej łatwiej i taniej było kupować za granicą.
    Kłopot z racjonalnością polega na tym, że dzisiejszy zdrowy rozsądek może jutro okazać sie błędem. Rozwój trwa długo, a logika ma krótkie nogi. Proces jest dynamiczny i opera się na ty, by dziś zachować powściągliwość, dzięki czemu jutro przyniesie obfitość. Niektóre rzeczy nigdy sie nie zdarzają, jeśli nie spróbuje się ich wywołać. Gdyby Niemcy posłuchali Johna Bowringa… Ten brytyjski ekonomista i podróżnik szalenie ubolewał, że głupim Niemcom zachciewa się produkować żelazo i stal, podczas gdy powinni poprzestać na uprawie żyta i pszenicy, a wyroby przemysłowe sprowadzać z Wielkiej Brytanii. Gdyby okazali mu należną uwagę, ucieszyliby ekonomistów i zajęli miejsce Portugalii, z jej winem, drzewem korkowym oliwą, jako wzór racjonalnej gospodarki. Byliby tez dziś o wiele ubożsi.
     [..] Pod koniec XIX wieku Argentyna stanowiła najbardziej obiecujący przykład sukcesu gospodarki opartej na podstawowym produkcie, a optymiści przepowiadali jej przyszłość Stanów Zjednoczonych (albo prawie taką samą). Jeszcze i dziś ekonomiści wyznający teorię neoklasyczną rozwodzą sie nad tym studium przypadku, potwierdzającym teorie korzyści komparatywnej.
    Ale czy istotnie był to przykład optymalny? Argentyna miała trochę zamożnych ludzi, ale “z przyczyn, których nigdy do końca nie wyjaśniono [..] zawsze była zależna od kapitału, a tym samym miała zobowiązania wobec państw-kredytodawców, i to w taki sposób, że bardzo upośledzało to zdolność kraju do samodzielnego zarządzania swoimi sprawami”. Brytyjczycy zbudowali w Argentynie koleje żelazne – niespełna 1000 kilometrów w 1871 roku, ponad 12 tysięcy w dwadzieścia lat później – ale służyły one brytyjskim interesom, to jest przewozowi mięsa i pszenicy do portów, nie zaś rynkom wewnętrznym w Argentynie, jak twierdzili jej mieszkańcy. Ale czy można zbudować taka sieć kolejową, nie pobudzając rozwoju lokalnych rynków? A jeśli nie, to po czyjej stronie leży wina? Jakie świadectwo to daje duchowi miejscowej przedsiębiorczości? [..]Zawsze łatwiej zwalić winę na innego. Skutek: ksenofobiczny antyimperializm i poczucie krzywdy, prowadzące donikąd. [...]

    “Jedyna prężna instytucja, która mogła wnieść jakieś zmiany, Kościół Katolicki, miała interes w zachowaniu status quo. Posiadał znaczne połacie zmieni, a jej bogactwo stanowiło jabłko niezgody i zawiści. Gdy państwo bywało gotowe do przejęcia tych aktywów, Kościół znajdywał nowych sprzymierzeńców. [..]Znali najciemniejsze sekrety konfesjonału, mieli w rękach klucze do zbawienia. Nie był to przepis na zyskanie popularności. Kościół proponował jednak jedyne poważne (poza alkoholem, seksem i przemocą) antidotum na rozpacz. Problem polegał na tym, że wszelkie intelektualne i polityczne nowinki uważał za dywersję. Garstka liberałów wierzyła w piękne hasła i starała się wprowadzić lud z przeszłości w teraźniejszość. Gros ich politycznej energii marnowało się jednak w walce z duchowieństwem”

 

Davis. S. Landes “Bogactwo i nędza narodów” MUZA SA, 2000

   

    [..] Wszyscy, którzy poświęcali po kilka miesięcy w roku na redakcje czasopism lub dzieł zbiorowych, niech zauważą, że teraz tymi tomiszczami mogliby się tylko postukać w czoło,  gdyż także redakcje naukowe przestają być w cenie. Co jednak bardziej jeszcze uderzające, także książki monograficzne, często owoc badań wieloletnich, okażą się mało istotne, zgoła prawie nieważkie, jeśli dotyczą spraw naszych, krajowych, a już nie daj Bóg lokalnych. „Dzieje Pcimia” – z całym szacunkiem dla społeczności Pcimia – należy opublikować po angielsku. A właściwie – odtąd lepiej ich po prostu nie badać, bo to badaczowi tylko zaszkodzi. W sprawach mowy, literatury i historii ojczystej, edukacji i wychowania polskiej młodzieży – o tym wszystkim powinniśmy donosić w czasopismach ukazujących się w Queensland, gdyż są one notowane na listach światowych, w przeciwieństwie do czasopism polskich. Czyżby dlatego, że mieli tam niedawno bardziej widowiskową powódź? “Kangur a sprawa polska”? [..]

   

    “Schody do umysłu” Alwyn Scott – poniższy fragment dotyczy dynamiki transportu chemicznego i elektrycznego w pojedynczym neuronie:
    “We wczesnych latach pięćdziesiątych Hodgkin i Huxley wykonali staranne pomiary przepływu jonów sodowych i potasowych przez błonę olbrzymiego aksonu kałamarnicy w warunkach tzw. przestrzennie zakleszczonego pomiaru. W czasie takiego pomiaru napięcie występujące na błonie zmienia się wzdłuż aksonu. Na podstawie otrzymanych danych badacze ci skonstruowali fenomenologiczny opis całkowitego prądu jonowego (Hodgkin A.L., Huxley A.F (1952) “a quantitative description of membrane current and its application to condition and excitation in nerve. J.Physiol.,117:500-544 ) w postaci równania – równania Hodgkina-Huxleya [dalej w książce następują podlinkowane równania wraz z wyjaśnieniem znaczenia, symboliki itp. Polecam przeglądnąć całą prezentację z której podlinkowałem tu tylko jeden slajd zawiewrający owe równania. Inny opis równań HH można znaleźć także tu - uwaga moja. ] . [...]

    Równania nieliniowej dyfuzji [...] stanowią słynny system H-H. na podstawie tych równań, przyjmując założenie że ich rozwiązanie ma postać fali biegnącej, badacze ci otrzymali rozwiązania numeryczne tego układu, które potwierdziło się w obserwacjach doświadczalnych. W wyniku licznych powtarzanych testów w ciągu przeszło 43 ostatnich lat, równania H-H zostały uznane za podstawowe równania neurodynamiki.” [...] “Było ono zgodne z wynikami eksperymentalnymi [..] zarówno co do przebiegu zmian napięcia [...] ja i zmian przepuszczalności błony w czasie. W dodatku przewidzieli oni prawidłowo prędkość rozchodzenia się impulsu nerwowego w nerwie kałamarnicy. wszystkie te wyniki otrzymali na podstawie swojej teorii i zakleszczonych przestrzennie pomiarów własności błony. Ponieważ ich teoria nie zawierała żadnych parametrów korygujących, musiała być albo dobra albo zła i – była dobra.”
Czy równania H-H, którymi rządzi sie dynamika impulsu nerwowego mogą być zredukowane do praw fizyki?
Jak już wiemy prawa te można wywodzić z praw fizyki, ponieważ przedstawiliśmy poprzednio w ogólnych zarysach ich związek z chemia, biochemią i dynamiką przepuszczalności jonów przez błony. [...] Jednak równania te nie są “zwykłymi prawami fizyki” ( na co wskazał Schroedinger ), ale “nowymi prawami” wyłaniającymi sie z hierarchicznego poziomu, na którym znajduje sie akson, aby rządzić dynamiką impulsów nerwowych. nie można wyprowadzić owych praw tylko z fizyki i chemii, ponieważ zależą one od szczegółów struktury białek tkwiących w błonie, które pośredniczą w przepływie przez nią jonów sodu i potasu, oraz od budowy geometrycznej włókien nerwowych.” [innymi słowy, podobnie jak w wypadku zjawiska turbulencji - brak jest uniwersalności w tym opisie - o ile pochodzenie zjawiska jest fizyczne, materialistyczne, o tyle jego natura w konkretnym wypadku zależy od wielu przypadkowych z fundamentalnego punktu widzenia czynników, które w najlepszym wypadku można by próbować ujmować jako jakieś "warunki brzegowe" czy "parametry modelu". W wypadku turbulencji zależność taka ( a raczek kwestia udowodnienia tego że jest ona możliwa) stanowi jeden z najsłynniejszych Problemów Milenijnych. W wypadku układów biologicznych - wydaje się to być beznadziejne zadanie - uwaga moja ]

“Why can’t there be a general theory of nonlinear PDE?” – mathoverflow.net:
    “[...] theorem of Pour-el and Richards that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions. This is in their book Computability in Analysis and Physics (Springer-Verlag 1989).  – John Stillwell Feb 14 2010 at 23:43″

Wypowiedź na grupie dyskusyjnej – Jeffrey Ketland Dept of Philosophy, University of Nottingham
    “In Chapter 4, Pour-El/Richards give: Second Main Theorem (p. 128): “under mild side conditions, a self-adjoint operator has computable eigenvalues, but the sequence of eigenvalues need not be computable” (summary, p. 2). and: The Eigenvector Theorem (p. 133): “there is an effectively determined bounded self adjoint operator T* such that 0 is an eigenvalue, but none of the eigenvectors with this eigenvalue are computable” (summary, p. 2). It is thus conceivable that that there is a (rather spooky) observable O (i.e., some self-adjoint operator O, and perhaps something we could in principle set up an experiment to measure), which has non-computable eigenvectors. If that’s right, we could have a quantum mechanical system in a computable state f(x), and “push” it into a non computable state g(x) by measuring this observable O* (where g(x) would be some non-computable eigenvector of this operator).”

“Schody do umysłu” Alwyn Scott
    “W swoich “Wykładach Gifforda” Charles Sherrington (1951) ujął to następująco:

>> Zauważywszy jakaś gwiazdę. Możemy opisać o doznanie od strony energetycznej. Promieniowanie gwiazdy dochodzi do oka; na dnie oka tworzy się mała plamka świetlna; w siatkówce rozpoczyna się pewien proces fotochemiczny; następuje ciąg przekazywania aktywujących potencjałów wzdłuż nerwu do mózgu; w mózgu rozchodzą się dalsze zaburzenia elektryczne; strumień aktywujących potencjałów przenosi sie z mózgu do mięśni gałek ocznych i źrenic; następuje ogniskowanie plamki świetlnej i wyostrzenie obrazu oraz ustawienie widzącej części siatkówki pod obrazem światła. Czy to jest “widzenie”? To jest moment, gdy opis energetyczny staje się nieprzydatny. Ten opis nic nam nie mówi o jakimkolwiek “widzeniu”. Mówi on nam wiele, ale nie mówi co to jest widzenie”. <<

W ciągu minionego stulecia ciągle powiększała się przepaść między dotyczącym szczegółów, mechanicystycznym opisem mózgu a ciągle obecną realną rzeczywistością świadomych doznań. Każde mechanicystyczne wytłumaczenie natury umysłu, które dałoby sie skonstruować, można by sobie wyobrazić równie dobrze bez konieczności wystąpienia odczuwania czegoś przez właściciela mózgu. Redukcjonizm nie potrafi połączyć obu brzegów powstałej przepaści”.[...] “Po pierwsze sprzeciw “zasadniczy” jest konieczny ponieważ nie ma żadnej nadziei na zrobienie modelu zawierającego wszystkie połączenia między neuronami, przy użyciu dostępnych obecnie komputerów. I jak już to było powiedziane [...] przede wszystkim nie mamy żadnej pewności co do dynamiki poszczególnych neuronów”
“Przy dużej liczbie neuronów w mózgu sytuacja w której każdy neuron otrzymuje bodźce od wszystkich pozostałych, jest mało realna. Jeśli liczba impulsów wejściowych dla każdego neuronu wynosi n, to całkowita liczba możliwych układów jest wyznaczona przez:
#(N) >2n2 N/2
[...] Ponieważ N=1010 jest szacunkową oceną liczby neuronów w ludzkiej korze mózgowej, a n=104 jest rozsądnym oszacowaniem średniej liczby wejść synaptycznych dla każdego neuronu, więc n2N ~ 1018 [...] liczba możliwych układów mózgowych wynosi 101017. [...] Przy takiej liczbie liczby używane przez astronomów stają się znikomo małe. należy też podkreślić, ze powyższe oszacowanie zostało oparte na najbardziej konserwatywnych założeniach dotyczących dynamiki kory mózgowej.” [przez rozróżnialny elementarny stan rozumiem się tam stan odpalonej synapsy kiedy wszystkie inne synapsy milczą. W sumie t jest oszacowanie ilości możliwych kombinacji sygnałów na synapsach dla połączonych między sobą neuronów. Natomiast co z tą kombinacją sygnałów zrobi neuron zależy od bóg wie czego jeszcze (hormony? komórki glejowe? temperatura? dostęp do żywności - cukrów? nie wiem co jest ważne) Jeśli neuron zechce odpalić - dynamika impulsu na aksonie jest opisana równaniami HH. Nie jestem pewien ale wydaje mi się że komunikacja na synapsach jest 2-kierunkowa. Oczywiście jest wiele skomplikowanych i bardzo złożonych układów o wielkiej możliwej liczbie stanów - gaz w słoiku - 10^23 cząstek! każda opisywana 3 położeniami i 3-ma pędami - które są na końcu opisane prostym równaniem makroskopowym dla średnich pV = nRT. Zatem sama liczba stanów o niczym nie świadczy. Ci co czytali Penrose wiedzą że uważa on działanie mózgu za niemożliwe do wyjaśnienia ( choć w jednej z wersji - za możliwe do opisania)  za pomocą systemów obliczeniowo-formalnych.  Penrose szukał w fizyce procesów nieobliczalnych i jego zdaniem redukcja paczki falowej w mechanice kwantowej jest takim procesem ( a na pewno jest nieodwracalna i nieunitarna). Polecam przeczytać "Cienie umysłu..." to bardzo dobra książka choć najpewniej Penrose nie ma racji co do pochodzenia świadomości ( ale nie ma racji w charakterystyczny, szalenie płody naukowo sposób, wydaje się żę jego teza że procesy kwantowe mogą grać jakąś rolę w mózgu jest do obrony! Badania nad np. fotosynteza wydają się świadczyć o możliwości powszechności kwantowych zjawisk w układach biologicznych. Zdziwiłbym się jednak gdyby prowadziło to do wyjaśnienia świadomości). Z drugiej strony Penrose całkowicie zignorował możliwość że nieobliczalność pojawia się na etapie emergentnym, w powiązaniu nieliniowej dynamiki z wielką złożonością układu. Nie wiem dlaczego tak postąpił. Być może tw. Pour-el&Richards ( którego nie znam, nie rozumiem a tylko cytuję, trudno coś znaleźć na ten temat) nie było mu znane. Jeśli jednak znaczenie tego twierdzenia jest dobrze oddawane przez jego "opis" ( "that the 3-dimensional wave equation has non-computable solutions with computable initial conditions" ) to możliwość istnienia takich fenomenów jak opisywana równaniami różniczkowymi, deterministyczna niealgorytmiczność wydaje się być całkowicie możliwa. To jest chyba coś całkowicie innego niż chaos - uwaga moja]

“Piekno Neurobiologii”  – blog Jerzego Vetulaniego, wpis pod tytułem “Rewolucja w anatomii mózgu” ( na początek smakowita anegdota a następnie uwaga odnosząca się do tematu tego wpisu):
    “[...]uczono mnie w szkole, że człowiek posiada zespól 24 par chromosomów. Tak ustalił w roku 1923 amerykański zoolog Theophilus Painter (1889–1969), licząc pod mikroskopem chromosomy w ludzkich spermatocytach i dopiero po ponad 30 latach Joe Hin Tjio (1919–2001), urodzony na Jawie Chińczyk, który po wojnie otrzymał stypendium w Holandii, w czasie zagranicznego pobytu naukowego w Lund na trzy dni przed Bożym Narodzeniem 1955 roku policzył jeszcze raz chromosomy w ludzkiej komórce (w hodowli z płodowej tkanki płucnej) i stwierdził, że jest ich tylko 46. Przy publikacji tego rewelacyjnego wyniku nastąpiła ciekawa kontrowersja: w owych czasach szef laboratorium zawsze wpisywał się do pracy jako pierwszy autor, ale w czasie pobytu Tjio w Lund, dyrektor Instytutu Genetyki, Artur Levan, był na urlopie. Kiedy po powrocie zażyczył sobie należnego mu miejsca, Tjio stanął okoniem: “Jeżeli chcesz być autorem, to sam wykonuj doświadczenia”, powiedział. Były więzień japońskich obozów koncentracyjnych postawił na swoim i został pierwszym autorem doniesienia, cytowanego obecnie: Tjio TH, Levan A.: The chromosome number of man. Hereditas 1956;42:1. [...]
[...] Podobną wieczną prawdą było oszacowanie liczby neuronów i komórek glejowych w ludzkim mózgu. Do tej pory powszechnie wierzy się, że mózg ludzki zawiera około 100 miliardów neuronów i dziesięciokrotnie więcej komórek glejowych. Tak podają wszystkie najważniejsze podręczniki neuroscience, w tym biblia neurologów i neurobiologów, podręcznik pod redakcją noblisty, Erica Kandela, Principles of Neural Science i wszystkie jego unowocześnione mutacje. [...] Dopiero dwa lata temu badania młodej brazylijskiej uczonej, Suzany Herculano-Houzel, pozwoliły na poznanie rzeczywistej liczby komórek nerwowych i glejowych w mózgu człowieka i wielu innych zwierząt. Jak zwykle w nauce postęp osiągnięto dzięki nowej metodzie: badaczka opracowała technikę wyznaczania liczby komórek w całym mózgu. Metoda ta, nazwana frakcjonacją izotropową, polega na przygotowaniu homogennej “zupy” z utrwalonego w całości mózgu. Utrwalony aldehydem mózg homogenizuje się w całości (lub homogenizuje się określoną strukturę), homogenat wiruje, jądra z osadu zawiesza w buforowanym roztworze soli z dodatkiem 1% DAPI (dwuchlorowodorku 4’6-dwuamidyno-2-fenyloindolu), fluorescencyjnego barwnika swoistego dla DNA. Fluoryzujące jądra liczy się w określonej objętości.
Po ustaleniu całkowitej liczby jąder komórkowych pobiera się niewielkie próbki i barwi swoiście na jądra neuronalne przy użyciu antygenu jąder neuronalnych NeuN, i tak znalezioną liczbę neuronów odejmuje się od całości, uzyskując wartość gęstości komórek nieneuronalnych, które prawie w całości są komórkami glejowymi [Herculano-Houzel S, Lent L. Isotropic fractionator: a simple, rapid method for the quantification of total cell and neuron numbers in the brain. J Neurosci 2005;25: 2518].
Zastosowanie tej metody pozwoliło zrewidować dotychczasowe poglądy na budowę mózgu ludzkiego. Wyniki przedstawiają się następująco:

Masa mózgu — 1508 g
Całkowita liczba neuronów — 86 miliardów (a nie 100)
Całkowita liczba pozostałych komórek — 85 miliardów (a nie 700)
Masa kory mózgowej — 1233 g
Neuronów w korze mózgowej — 16 miliardów (a nie 23)
Względna wielkość kory mózgowej — 82% masy mózgu
Wzgl. liczba neuronów kory mózgowej — 19% neuronów mózgu
Masa móżdżku — 154 g
Liczba neuronów w móżdżku — 69 miliardów
Względna wielkość móżdżku — 10% masy mózgu

     [Herculano-Houzel S: The human brain in numbers: a linearly scaled-up primate brain. Frontiers in Human Neuroscience 2009, 3, 31]
Prasę najbardziej zadziwił fakt, że neuronów w mózgu mamy o 14% mniej, niż sądzono. Co więcej — w korze mózgowej jest ich o 30% mniej. Dla mnie jednak rewolucyjnym jest stwierdzenie, że mamy w mózgu tylko 85 miliardów — nie wiele więcej niż jedną dziesiątą tego, co uważaliśmy za wartość rzeczywistą.” [...]
W porównaniu ze standardową supermałpą mamy nieco mniejszą i uboższą w neurony korę mózgową, ale za to mamy o 27% większy móżdżek, a w nim o 13% więcej neuronów. A znów wbrew temu, co myślano, móżdżek służy nie tylko do kontroli równowagi i ruchów gałek ocznych, nie tylko do koordynacji i planowania ruchów, ale jego aktywność jest zaangażowana w wiele domen poznawczych, a uszkodzenia mogą skutkować wystąpieniem tzw. poznawczego defektu afektywnego. Móżdżek koordynuje werbalną pamięć roboczą, związany jest z fluencją ruchów, mowy i myśli, a w schizofrenii obserwuje się jego uszkodzenia. Nie sądzę, żeby trzeba było teraz dokładniej rozpisywać się o tej dotychczas niedocenianej części mózgu, ale nasuwa się pytanie, czy fakt, że w rywalizacji o miejsce na Ziemi wyeliminowaliśmy naszego kuzyna, Neandertalczyka, który miał wyraźnie większy mózg niż my, nie mógł się łączyć z tym, że nasz móżdżek był nieco sprawniejszy?”

   

   

    “Kłamca ukrywa przed nami zamiar odwiedzenia nas od właściwej oceny rzeczywistości; mamy nie wiedzieć, iż chce, byśmy uwierzyli w coś, co sam uważa za nieprawdę. Wciskający kit ukrywa przed nami iż to, czy mówi prawdę, czy nie, jest mu całkowicie obojętne; mamy się nie zorientować, że nie przyświeca mu ani chęć powiedzenia prawdy, ani też chęć jej ukrycia. Nie oznacza to bynajmniej, iz jego mowa jest popędliwa i anarchicznie nieuporządkowana – nie, on jedynie rządzi się i kieruje motywami niemającymi nic wspólnego z troską o zgodność z rzeczywistym stanem rzeczy.
     Nie można kłamać, nie sądząc, że zna sie prawdę. Wciskanie kitu nie nakłada żadnych tego rodzaju ograniczeń. Ktoś kto kłamie, tym samym odnosi sie do prawdy, i do pewnego stopnia odnosi się do niej z szacunkiem. Mówca uczciwy mówi tylko to, co jego zdaniem pokrywa się z prawdą. W przypadku kłamcy z równą mocą obowiązuje lustrzana metoda, iż to co mówi mija się z prawda. Wciskającego kit nie ograniczają żadne sztywne reguły; on nie stoi ani po stronie prawdy, ani po stronie nieprawdy. W ogóle nie sugeruje się faktami, co zmuszony jest czynić zarówno mówca uczciwy jak i wygłaszający kłamstwo; no, może tylko o tyle, o ile wpłynie to na jego szanse na sukces. Nie obchodzi go, czy to co mówi właściwie opisuje rzeczywistość. Dobiera to albo wymyśla, tak by służyło jego własnym celom. [...]
     Dla większości ludzi sam fakt, iż dana wypowiedź mija sie z prawdą, stanowi powód, jakkolwiek słaby i łatwy do pominięcia, by jej nie wygłaszać. [...] Dla wciskającego kit nie ma on żadnego znaczenia. Zarówno kłamiąc jak i mówiąc prawdę, ludzie kierują się własnym przekonaniem o tym, jak mają się rzeczy w istocie. To właśnie ono przyświeca im w dążeniu do opisania owych rzeczy, obojętne czy zgodnie z prawda czy też w sprzeczności do niej. Z tego powodu wygłaszanie kłamstw nie czyni wypowiadającej jej osoby niezdolną do powiedzenia prawdy w sposób w jaki czyni ją niezdolną do tego wciskanie kitu. Nieumiarkowane oddawanie się wciskaniu kitu, polegającemu na wypowiadaniu twierdzeń bez oglądania się na cokolwiek poza tym, co nam akurat wygodnie jest powiedzieć, prowadzi do osłabienia bądź całkowitego zarzucenia nawyku poświęcania należytej uwagi temu jak się przedstawia faktyczny stan rzeczy. Kłamca i człowiek prawdomówny znajdują się po przeciwnych stronach, że tak powiem boiska, ale jednak graja w tę samą grę. Obaj liczą się z faktami zgodnie z własnym ich postrzeganiem, chociaż jednemu przyświeca prawda a drugi odwraca się do niej plecami. Wciskającemu kit prawda jest obojętna. Nie odwraca się od prawdy ani jej nie odrzuca, jak czyni to kłamca. W ogóle nie zwraca na nią uwagi. Z tego właśnie powodu wciskanie kitu jest znacznie groźniejsze od kłamania.
     Ktoś kto ma na uwadze przekazanie bądź ukrycie faktów, zakłada istnienie faktów, które można stwierdzić i nazwać. [...] “kontrrealistyczne” doktryny podkopują naszą wiarę w sens bezstronnych wysiłków zmierzających do ustalenia co jest prawdą, a co nią nie jest, a nawet samą zrozumiałość pojęcia obiektywnego dociekania. Jednym z następstw jest odchodzenie od dyscypliny wynikającej z przywiązania do ideałów ścisłości na rzecz zupełnie innego rodzaju dyscypliny, wynikające z dążenia do osiągnięcia alternatywnego ideału szczerości. Miast dążyć przede wszystkim do ścisłego przedstawienia naszego wspólnego świata, jednostka angażuje się w szczere przedstawienie własnej osoby. Przekonana że rzeczywistość wyzbyta jest przyrodzonych [...] właściwości [...] zwraca się ku głoszeniu prawdy o swoich właściwościach. [...]“

“O wciskaniu kitu” (“On bullshit”) Harry G. Frankfurt, przekład Hanna Pastuła, wyd. Czuły Barbarzyńca press 2008.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 35 other followers

%d bloggers like this: