Sopot.jpg

 

    „So forget all that rhetoric about how America is great because of people like you and me and Steve Jobs. You know the truth even if you won’t admit it: If any of us had been born in Somalia or the Congo, all we’d be is some guy standing barefoot next to a dirt road selling fruit. It’s not that Somalia and Congo don’t have good entrepreneurs. It’s just that the best ones are selling their wares off crates by the side of the road because that’s all their customers can afford.

 

The Pitchforks are coming…for us plutocrats

Nick Hanauer

 

 

drewno-pasek.jpg

    Zgodnie z typowymi scenariuszami jakie powtarzają się w każdym kryzysie tego typu – winny jest nie ten kto popełnił przestępstwo, ale ten kto zgorszył prostaczków i wyciągnął knowania  polityków na jaw. Zagrożeniem dla Polski i demokracji jest nie umowa między NBP a PO by drukować pieniądze i w ten sposób kupić zwycięstwo dla Tuska w wyborach, ale fakt nagrania emisariusza Tuska jak rozmawia z prezesem NBP. Potem następuje socjotechniczna manipulacja zaradzania kryzysowego, a potem ABW zastrasza dziennikarzy w redakcji tygodnika który ujawnił nagrania ( zresztą robiąc to rozsądnie, to znaczy wybierając istotne fragmenty, a nie „jak leci” zapewne ujawniając wówczas np. jakieś szczegóły osobiste powiedzmy choroby podsłuchanych osób czy ich problemy rodzinne. Choć Wprost nie jest moim faworytem, zawsze miałem niskie zdanie o tej gazecie, w tym wypadku zachowali sie nad wyraz profesjonalnie. Podobno mają 900 godzin(!!) nagrań. )

    Działania ABW ( Sienkiewicza czyli Tuska. Panowie ci ponoszą winę za zaistniałą sytuację, gdyż sprawują nadal urząd. ) w redakcji Wprost można wyjaśniać na kilka sposobów ( kolejność od najbardziej prawdopodobnych scenariuszy):

  1. panowie agenci są żałośnie niekompetentni i zostawiają swoje rzeczy gdzie popadnie. Trzeba przyznać, że teza ta znajduje odzwierciedlenie w kompetencjach ich szefa. Co prawda trochę się to kłóci z faktem że przecież chyba pracują tam nie sami niespełnieni modele, kombinatorzy, łapówkarze, prymitywy i chamy, no ale kto wie? Gdyby była to prawda, to chyba mielibyśmy do czynienia z najgorszą z możliwych sytuacji, bo teza ministra Sienkiewicza że Polska istnieje tylko teoretycznie byłaby nie tylko lapsusem, ale prawdą. niestety jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz…
  2. panowie z ABW grają na prowokację. Gdyby „Wprost” nie odniosło teczki natychmiast, być może jutro dowiedzielibyśmy sie że okradziono funkcjonariuszy państwowych. Są to metody rodem z Białorusi, ale zdaje sie że całkiem nieźle pasujące do metod polskich organów ( areszty wydobywcze, Brunon K. jako jedyny członek 12 osobowej terrorystycznej organizacji który nie pobiera pensji z ministerstwa, sprawa Blidy która zdołała sie zastrzelić nie pozostawiając odcisków palców na broni, ośrodki szkoleniowe w których amerykanie uczą polskich agentów jak torturować ludzi itp. Przecież w ABW i innych służbach pracują stale ci sami ludzie. Ich najważniejszą cechą jest karność i dyspozycyjność. )
  3. panowie z ABW zostawili coś więcej niż teczkę. Być może rzecz się nie udała, być może rzecz się udała. W sumie nie wiemy. Zakładając że są to profesjonaliści, to co przychodzi na myśl to przenośna stacja sieci komórkowej. O ile wiem zestaw taki ( zgodnie z przeciekami Snowdena)ma właśnie wielkość walizki, i w pobliskiej okolicy przejmuje rolę masztu telefonii komórkowej, nie zakłócając komunikacji, ale stanowiąc węzeł man-in-the-middle umożliwiając podsłuch.
  4. nie mieliśmy do czynienia z panami z ABW. Do redakcji Wprost weszło kilku ludzi legitymujących sie dokumentami ABW w istocie nie byli to jednak funkcjonariusze ale jacyś koledzy Sienkiewicza czy Tuska, być może ze świadka przestępczego, jacyś detektywi prywatni, bo ja wiem? Udawali tylko gości z ABW a w istocie chcieli ukraść to i owo. Teczka wtedy stanowi element uwiarygodnienia zajścia, Wprost miało ją otworzyć i nie sprawdzać dalej tożsamości gości którzy ich napadli. Teza ta z pozoru mało prawdopodobna, jest całkiem realna. Gdyby prawdziwa była teza o niezależności prokuratury od polityków, całe zajście wyglądałoby przecież zupełnie inaczej. Profesjonalne i niezależne od polityków służby raczej zorganizowałyby sprawne i tajemnicze włamanie ( być może nawet tylko zdalnie do komputera!) i wykradłyby dane „sposobem” zaś oficjalnie współpracowano by z gazetą po to by mieć pewność że rozmowy ujawnią tylko przestępcze zachowania premiera i ministrów a nie np. tajemnice państwowe. Tak robią o za granicą w bardziej demokratycznym świecie.

    Żaden z powyższych scenariuszy nie napada optymizmem. Dymisja rządu oznacza katastrofę. Brak dymisji – kultywowanie dziadostwa i rządzenie państwem przez kliki i koterie kolesi. Rządy PiS które niestety mogłyby nadejść nie będą żadnym ozdrowieniem, do władzy dojdą ludzie jak Ziobro którzy w metodach działania nie cofają się przed łamaniem prawa. Rządy PO gdyby po ewentualnej rekonstrukcji miały miejsce – nie gwarantują ani praworządności ani nawet bezpieczeństwa państwa ( patrz pt.1 powyżej).

Jedną z zagadek jest to kto dokonał nagrania. Właśnie słyszę w radio i czytam w necie, że mieli być to ludzie z redakcji Wprost, zapewne we współpracy z pracownikami restauracji. Mamy zatem do czynienia właściwie z obywatelskim działaniem, doniesieniem o popełnieniu ciężkiego przestępstwa przez najważniejsze osoby w państwie, całkowicie typowm dla niezależnej prasy. Nie ruscy agenci, nie mafia która usiłuje szantażować premiera, ale redaktorzy niezależnej od rządu prasy. Z pobudek biznesowych i zapewne ( czemu nie?)  patriotycznych. To najczarniejszy scenariusz dla władzy. Nagrali ich knowania, ujawnili ich machinacje, ludzie którzy nie atakują państwa Polskiego, tylko republikę kolesi jaka się wytworzyła w Warszawie i rządzi Polską. Zwrócę uwagę, że choć teza ta jeszcze nie jest dowiedziona, poniekąd znajduje potwierdzenie w terminie ujawnienia nagrań. Jest jeszcze dosyć czasu by PO wywaliła na zbity pysk kombinatorów, co z tego że pełnią najwyższe urzędy w kraju, jest już po wyborach do parlamentu UE, a więc nie można redakcji tygodnika oskarżyć o działania zmierzające w zmianę wyników wyborów. Niejako od początku było dla mnie jasne że za sprawą nie stoi raczej ruski wywiad itp. bzdety. Jeśli miałbym sie doszukiwać innych możliwości to już prędzej podejrzewałbym środowisko Balcerowicza, śmiertelnie nienawistne ekipie Tuska – klika bowiem zwykle mści się za odebranie mu miliardowych zarobków ( sprawa OFE), a Balcerowicz w myśl zasady – uderz w stój – nożyce sie odezwą – już zabrał głos kierując sprawę właśnie na te tory. Jak to mówią – pożyjemy – zobaczymy.

Najgorsze że działania elit, całe to środowisko układu ( proszę nie szukać sie tu poparcia dla tez pani Staniszkis, pisząc układ mam bardziej  na myśli te same gęby umaczane w sprawowanie władzy przez ostatnie 25 lat) buduje przyjazną atmosferę dla działań w rodzaju sanacji. Dla zawieszenia praworządności i demokracji, dla zwycięstw jakichś ruchów radykalnych i opartych na przemocy. Nam sie dziś wydaje to niemożliwe, ale prawda jest taka, że do realizacji takiego scenariusza wystarczy współcześnie tylko kryzys ekonomiczny. Kiedy ludzie przestaną mieć pracę i nieco popsuje sie ekonomią – po 2-3 latach czeka nas faszyzm. I to jest właśnie to co zawdzięczamy elitom z warszawki.

Po 25 latach niepodległości okazuje sie że król jest nie tylko nagi, ale ma jeszcze obsraną dupę.

woda.jpg

My

 

Śmierć drobnymi krokami,
bosych stóp jak klawesynu klawisze,
zabija nasze marzenia, dusze i opętanie.
Płacz bierze się z oczu i łez.
Złość bierze się z wątroby,
żółci i złego trawienia.
Miłość bierze się z uśmiechu.
A my rodzimy się z miłości.
Jak świetliste komety.
Gaśnie po nas ślad.
I już nas nie ma.

Zima+slonce.jpg

Zima

 

Jak imię wielkiego nieszczęścia
wybrzmiał nasz czas.
Jak złamane nogi sarny.
Poza sobą trwanie.
Grzechot słów jak kamyki.
Gimnastyką wymijających spojrzeń.
Cicho jak płatki śniegu
odkładają sie wspomnienia.
Piękna byłaś zimą tego roku…

 

Brzeg.jpg

    Na wschodzie Ukrainy – referendum. Rząd Ukrainy – rozpacza. UE, USA, a zwłaszcza Polska – nie uznają legalności tych działań. Przypomina mi się taka scena z jakiegoś (amerykańskiego) dramatu sądowego – bodaj z „Ludzi honoru” z Tomem Cruise, w której Demi Moore, grająca mniej doświadczonego adwokata wojskowego, zrywa sie przed sądem ze słowami: „Wysoki sądzie, zgłaszam Stanowczy Protest”. Cruise ją uspokaja, a potem w zaciszu gabinetu napieprza sie z zwrotu „Stanowczy Protest!” Albo się protestuje albo nie. Albo protest jest skuteczny, albo jest pustym gestem. Stanowczość niewiele ma tu do rzeczy – a wobec działań UE i USA jest ów przysłówek bodaj najstraszliwszym elementem podjętych działań. Doprawdy, zwykły protest Putin mógłby zignorować, ale Stanowczy Protest z pewnością nim wstrząśnie.

    Abstrahując od kwestii „legalne, czy nie” oceniam że mamy do czynienia z jakimś procesem demokratycznym, o być może ograniczonych prawnie prerogatywach, zapewne animowanym z zewnątrz. Zbuntowane obszary odwołują sie do mocarstwa ( Rosja), obszary niezbuntowane starają sie utrzymać kraj w całości, co jak widać wyraźnie – jest dla nich w zasadzie niewykonalne. Historia zna pewnie wiele przypadków takiego separatyzmu, wiadomo też mniej więcej kto jest pionkiem a kto grającym, gdzie szachownica leży i jaki jest cel gry. Ci którzy są doświadczeni w polityce i realizują politykę własnych interesów – czekają kto na Ukrainie zagarnie władze – Rosja czy Oligarchowie. Brak natychmiastowej interwencji atomowej świadczy po prostu o wyczekiwaniu na ostateczny rozwój sytuacji, zaś brak jednoznacznej pomocy np. militarnej dla rządu Ukrainy wskazuje tylko na jego niską wiarygodność w oczach świata. Nikt  ( oczywiście poza Radkiem Sikorskim! ) nie chce mieć wspólnej fotografii z Jaceniukiem, bo trudno ocenić kim się on okaże za kilka miesięcy – mężem opatrznościowym Ukrainy, agentem CIA, akwizytorem Międzynarodowego Funduszu Walutowego, więźniem Putina, akolita jakiegoś faszysty o nieczystym sumieniu? Nawet USA dbają o to by wymiana opinii rozgrywała się na poziomie kamerdynerów. Ot, kto ma własne zdanie – ten milczy. Kto gardłuje – najpewniej robi to w imieniu milczących….

    Problemy jakie widzę sa dwa, sposób ich rozwiązania może mieć wielkie znaczenie dla dynamiki wydarzeń:

  1. Z punktu widzenia Ukrainy/Rosji – Należy zadać sobie pytanie: jaki jest pomysł na życie tych „separatystów”? Sprawowanie władzy we współczesnym świecie, u bram Europy, wymaga jakiegoś kompromisu, konsensusu. czy Ukraina może być państwem niedemokratycznym? Wiadomo że przynależąc do Rosji, dzisiejsi separatyści będą uczestniczyli w jej losie. Może być to współdzielenie upadku Rosji, co bardzo mało prawdopodobne, przynajmniej w skali kilku dziesięcioleci. Może być to zwykłe dzielenie losu olbrzymiego organizmu gospodarczego, terytorialnego i politycznego. Z wszystkimi jego wadami ( autorytaryzm) i zaletami ( znane otoczenie w którym czują się bezpiecznie). Trudno sie dziwić ludziom zamieszkującym te obszary że woleliby sentymentalnie trwanie układu z Rosją niż niewiadomą pojawiającą sie w razie wejścia do UE. Złodzieje sa wszędzie tacy sami, prości ludzie widać mają sentyment do dawnych czasów. Co ma do zaproponowania Ukraina? Ustawy o ograniczeniu użycia języka rosyjskiego? Będzie mieli na Ukrainie równoprawną mniejszość rosyjską? Czy będą prześladowania i deportacje? Czy jest jakaś rosyjska/ukraińska nazwa na apartheid? Jaceniuk mówi ostatnio o jakiejś formie samodzielności, samorządności, specjalnych przywilejach. Mówi w czyim imieniu? Parlamentu? Czy może już Ukraina jest zarządzana dekretami? Jak legalnie Jaceniuk zamierza owe obietnice zrealizować? Separatyści jakoś nie podrażają za tymi propozycjami – prawdę mówiąc świadczy to o ich zdrowym rozsądku, bowiem według mnie wiarygodność tego człowieka, a zarazem całego rządu Ukrainy – jest zerowa. W polskich mediach pojawia się oczywiście zalew komentarzy. Wiem co chcą powiedzieć na temat temat ludzie nastawieni anty rosyjsko, wiem co mówi Obama ustami Radka, wiem co by chcieli polscy kibole, wiem co by chciał Korwin-Mikke. Nie wiem co chce zrobić rząd Ukrainy. Wyrażanie poparcia w takiej sytuacji, niejako carte blanche,  to jest szalenie niebezpieczna sytuacja. Ten rząd właśnie wybrany i utrzymywany przez oligarchów uczestniczy w tym konflikcie, ma w ręce karty którymi usiłuje grać, ale z dotychczasowej gry wynika że nie ma zamiaru reformować Ukrainy, nie zadaje sobie trudu by zyskiwać poparcie wśród Ukraińców – przecież Rosjanie mieszkający na Ukrainie sa obywatelami Ukrainy! Czyżby Ukraińcem zostawało sie jedynie w wypadku posiadania udokumentowanego pochodzenia etnicznego do kilku pokoleń wstecz? Czy na pewno właśnie taką wizję Ukrainy zamierza popierać Radek Sikorski w imieniu moim i reszty Polaków? Wszystko to tonie w niedopowiedzeniach. Jasne jest natomiast że nowy rząd Ukrainy dosyć dobrze i szybko – wypróbował i adaptuje coraz to nowe metody wielkoskalowego, medialnego oszukiwania opinii publicznej na całym świecie, rozmaite zagrywki pijarowe, pokazywanie filmików, ukrywanie własnego politycznego stanowiska i koneksji.
  1. Z punktu widzenia Polski. Wojna to straszna rzecz. Nie będę przytaczał truizmów na ten temat. Podstawa polityki zagranicznej *każdego* kraju powinno być założenie o stabilizacji regionu w którym sie mieszka, oraz, jeśli rzecz jest nie do uniknięcia, o eksporcie konfliktów tak daleko jak to tylko możliwe. Jeśli amerykanie koniecznie muszą wywoływać konflikty z Rosją, koniecznie muszą stawiać wojsko w odległości mniejszej niż kilkadziesiąt kilometrów, koniecznie muszą instalować swoje wynalazki w rodzaju rakiet „obronnych” o znaczeniu ofensywnym, prosiłbym by postawili je gdzieś daleko. Popierajmy to USA jak tylko mocno sie da – niechże jednak prowadzi swoje wojenki na koszt polityczny i w sensie bezpieczeństwa – własny. Bardzo podoba mi sie deklaracja rządu Czech, który stwierdził że nie chce obcych wojsk NATO na swoim terenie ( zabawnym elementem newsa jest to, ze zdaniem TVN deklarację  taką wypowiedział zaledwie minister obrony, podczas gdy portal Chiński relacjonuje że jest to wypowiedź premiera). Skoro kraje jak USA chcą koniecznie wojsk NATO na granicy z Ukrainą – jest na to prosty sposób. Niech oni zapłacą a Polska wystawi swoje wojsko na ich koszt. Polacy to nie Francuzi, Brytole czy Jankesi, wojsko, nawet jeśli niekoniecznie nowoczesne – mamy bitne i zaangażowane. Wartość bojowa Amerykanina przeciw rosyjskiemu żołnierzowi jest zerowa, bowiem Rosjanie nie uznają przerwy na lunch podczas wojny. Podobnie jak Polacy. Skoro mamy wojskiem stabilizować sytuację – niechże będzie to Polskie wojsko – przecież to jest wojsko NATO. Czy jednak wojsko jest naprawdę potrzebne? Konflikt wcale nie ma przebiegu wojny gorącej z czołgami i ostrzałem, a jest to konflikt nowego rodzaju, brudny w którym zaangażowana jest ludność cywilna. Kto chce taki konflikt wygrać – musi dbać o wyborców. ja wiem że Polska ma tu bardzo niski potencjał – 3 miliony ludzi już wyjechało z tego kraju a pewnie kolejne 3 miliony od obecnej *zbankrutowanej* klasy politycznej o zerowej wiarygodności wolałoby nawet JKM co jest znakiem kompletnego rozkładu kraju. Panowie politycy – trzeba było myśleć 10 – 20 lat temu. Teraz macie już prawie te same problemy z Ukraińcy. Nikt Wam nie wierzy, a mniejszości ( jak śląska) wcale nie patrzą na Polskę jak na „dom nas wszystkich”. Bo i on nie jest już „nasz wszystkich” odkąd stał sie waszym folwarkiem… Dla Polski problem konfliktu na Ukrainie jest szalenie palący, a pomysł na jego „rozwiązanie” by dolać oliwy do ognia instalując atomówki w Zamościu i Lublinie jest śmieszny i żałosny zarazem. Polska, aby coś tu ugrać i utrzymać swoją pozycję, musi jak nigdy grać unisono z UE. To właśnie interes UE jest tu kluczowy i kluczowa jest perspektywa UE, a nie naszych pożal się boże „środowisk patriotycznych” które chętnie by wywoływały następne Powstania Warszawskie byle sie pokazać. Powinniśmy zabiegać by na Ukrainie dokonano demokratyzacji, by rozpisano i dotrzymując terminu i przeprowadzono wybory powszechne. I powinniśmy sie zmierzyć z myślą, że być może podział Ukrainy jest nie do uniknięcia. Nie wolno walczyć z faktami dokonanymi. Trzeba wyprzedzać posunięcia przeciwnika, przewidywać je. Rosja ma atuty w ręce, Polska nigdy ich nie przebije, a wypuszczenie jankeskiego ducha w naszych okolicach Europy skończy się ludobójstwem z niesłychanym okrucieństwem, bo Słowianie nie prowadzą wojny na niby, a Rosja ma silne poparcie na zachodzie wynikające z powiązań finansowych i gospodarczych. Z wolna przyjmujemy na siebie rolę pożytecznego głupka który w oczach świat udowodni – swoim zbitym tyłkiem – że dano Rosji srogi odpór. Pamiętajmy że np 97% sil okupacyjnych w Iraku stanowią najemnicy firm komercyjnych zarabiających na prowadzeniu wojny! To wielki biznes, który szuka okazji do zarobku. Działania elit politycznych w kraju sa takie, że zbliża sie chwila kiedy nie dosyć że będziemy mieli kontyngenty obcych wojsk na naszym terytorium, to jeszcze będziemy za to płacić! Cytat: „[Rasmussen]. Przypominał, że rosyjskie wydatki obronne rosły o ponad 10 procent każdego roku przez ostatnie 5 lat. W przeciwieństwie do tego wiele krajów europejskich należących do NATO zredukowało swoje wydatki obronne przez ostatnie 5 lat o ponad 20 procent, a niektóre nawet o 40 proc. – Cięcia były szczególnie głębokie tu w Europie Środkowo-Wschodniej. To nie do utrzymania. Teraz czas, by skończyć z cięciami i odwrócić trend – powiedział Rasmussen.”  To zdumiewająca sytuacja! Wygląda na to, że wołanie Polski o gwarancje bezpieczeństwa jest przez szefostwo NATO rozpatrywane jak kapryszenie gówniarza który nie oszczędza kieszonkowego a teraz chce lody! Czyli Polska, w sensie strategicznym, jest potrzebna NATO czy nie? Bo może nam sie nie opłaca ponosić tych kosztów? Będziemy Was bronić ale to wasz interes a nie nasz? A może ten kryzys juz dawno zażegnano a Radek uprawia po prostu działania propagandowe by te wojska NATO sie u nas znalazły? Bo taka jest geopolityka, fakty są już dokonane, nic się nie zmieni, tyle że trzeba tworzyć preteksty?

galeryjlka.jpg

 

    Dzisiaj w PR2 PR w audycji „W stronę sztuki” pani dr. Bożena Fabiani mówiła o staropolskim artyście Marcinie Koberze. Wikipedia bardzo oszczędna w fakty, bo tez i niewiele wiadomo o życiu malarza. Poniżej portret Batorego – jeśli prawidłowo zidentyfikowałem dzieło na podstawie opisu słownego pani doktor, to jest to portret trumienny władcy. Namalowany na blasze ma bardzo niewielkie rozmiary, zaś jego realizm jest wstrząsający. Mamy do czynienia z portretem psychologicznym, warto wiedzieć że jest to pierwszy portret trumienny w Polsce W latach następnych pojawiły się ich setki tysięcy, każdy szlachcic i bogatszy mieszczanin sobie taki na trumnie przyczepiał – być może wzorując się na poniżej pokazanej pracy Kobera. Z tym, ze autorstwo nie jest jasne – choć forma podobna do oficjalnego i większego w rozmiarach portretu koronacyjnego władcy – brak sygnatury artysty. Kober miał malującego brata – może to jego dzieło?

 

Batory.PNG
Batory” autorstwa Marcin Koberbilddatenbank.khm.at. Licencja Public domain na podstawie Wikimedia Commons.

 

    Ciekawym aspektem sprawy jest niewielka ilość informacji o życiu artysty. Właściwie to idąc z duchem czasu pani Bożena Fabiani – jak wyjaśniała – chciała przedstawić postać jakiejś kobiety, malarki. Natrafiła w życiorysie Kobera właśnie na informację że poślubił on niejaką Dorotę, która malowała obrazy. Ale to już wszystko co o niej wiemy, oczywiście poza tym, ze rodziła mu dzieci. Co ciekawe i o samym Koberze nie wiadomo wiele – bo i w tamtych czasach w Polsce malarz był ledwie rzemieślnikiem. A że pracę wykonywał „atomowo” czyli w całości sam, to i po całym jego życiu najczęściej pozostawała informacja związana z zapłatą wydawaną ze skarbca władcy czy mecenasa. „Marcinowi Koberowi dukatów 60 za malowany portret” – mniej więcej tyle poświęcano uwagi artyście. Inne rzemiosła miały znacznie lepiej bo np. budowa wychodka – a był to przykład podany przez panią doktor – często wymaga najęcia nie tylko „wykonawcy”, ale i pomocników co daje okazję do znacznie bardziej rozbudowanych i bogatych w przypisy rachunków. Malarz tworzący obrazy – pracował sam, po cichu i bez zainteresowania ze strony szlachty i władców. Stąd o ludziach tworzących to co nas otacza wiemy prawie nic. Bo i nikt – żaden kronikarz, dziejopis itp. – nie uważali za właściwe zajmować się nimi. Stąd historycy sztuki w Polsce, mają szalenie trudne zadanie – nie dosyć że dzieł zachowało się mało, bo takich miłujących sztukę mamy sąsiadów, to jeszcze o twórcach pisano niewiele lub zgoła nic. Właściwie najwięcej wiedzy o ich życiu czerpiemy z dzieł spisanych kiedy np. uczyli sie za granicą, czy pracowali dla obcych władców. Proszę sobie zdać sprawę z paradoksu – o malarzu pisano więcej gdy czeladnikował w Niemczech, niż kiedy jako mistrz pracował w Polsce dla królów.

    Trochę jak w starożytnym Rzymie gdzie wykonawcą akweduktów czy mostów byli zawsze bogaci patrycjusze, którzy być może jedynie finansowali je z daleka, a tylko wyjątkowo zajmowali sie administracja – zwykle finansową – budowy. Prace, projekt, nadzór nad wykonawstwem – to wiemy – tradycyjnie prowadzili wykształceni Grecy, często niewolnicy. Niewiele o nich wiemy, bo ni zaledwie „wykonywali prace”, tworzyli projekty, nadzorowali i organizowali prace ludzi. To tak jak w Apple – Steve Jobbs – jako twórca iPhone – a cała reszta w tym Wozniak – to ludzie tonący w cieniu.  Najśmieszniejszym elementem sprawy jest w to że ci w świetle reflektorów zdają sie sądzić ze to prawda…

    Dyskusja o tym, ze w naszym kraju nie mamy zwyczaju zapisywać i szanować informacji o prostych sprawach spycha nasza kulturę w pozycję wiecznego naśladowcy. Każda informacja, zwłaszcza jeśli ma być ceniona, musi być cytowana, najlepiej z francuskiego, albo angielskiego czasopisma. Każdy ogląd musi być na tyle uniwersalny by spodobał sie francuzowi czy anglikowi. Broń boże żeby był Polski, żeby przedstawiał stanowisko ludzi żyjących w tym miejscu, tu lokujących swoje pomysły i życie. To nie przystoi, intelektualiście, to wstydliwe, to sa poglądy jakie wydobywa z siebie plebs – i faktycznie we Francji byłoby to nie do pomyślenia…. Pisałem już kiedyś o czymś podobnym…

blismy-mlodzi-pasek.jpg




Wieczory


   
   
Ostry zakręt i było po wszystkim.
Nawet krzyku nie dobyłeś z siebie.
Mnie została ta pustka i ściany,
kredyty, ból i anioły w niebie.

Panie Jezu tyś wszelkie żałości
w swoim sercu jest pomieścić skory,
czy żeś ty kiedyś sobie winszował
takiej pustki w samotne wieczory?

Rano obudź, nakarm, poubieraj.
Dniem zaprowadź, odbierz, i zarabiaj.
Przed zaśnięciem śpiewaj, tul i całuj,
nocą wstawaj, opatul. I nie łkaj.

Jakbym w końcu o coś prosić miała,
to już przecież nie ma wiele o co.
Żeby te choroby lekkie były,
i niech mała śpi spokojnie nocą.

I jej zdrowie i szczęście. I zdrowie
dla mnie Ojcze, co jesteś na niebie.
Daj mi siłę, to wszystko przetrzymać
i pięć minut wieczorem dla siebie.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

    Problem z rzeczywistością jest taki, że poznajemy ją za pomocą bardzo ułomnych narzędzi jakie wcale nie zostały do tego celu pomyślane. Nasze zakończenia nerwowe + moce umysłu nie sa wystarczające aby poznać wszystko i uwzględnić wszystko. Są wystarczające ledwie do tego aby złowić rybę i spłodzić potomstwo. Łowienie ryb wymaga czasem by zaglądać pod krzak, albo pod kamień, myśliwi którzy tak robią mają zwykle większe połowy. Stąd ciekawość bywa pożyteczna, a spora część zwierząt którym przyznalibyśmy miano „wyższych” czy inteligentnych, czyli głownie ptaków i ssaków, posiada ową cechę. Nauka dała nam wyobrażenie jak wielkie połacie rzeczywistości rozciągają sie poza granicami naszego postrzegania zarówno fizycznego jak i mentalnego.

    Dwoje ludzi dyskutując o nieco bardziej skomplikowanych kwestiach musi chcąc nie chcąc powołać do bycia masę zjawisk językowych: stół, krzesło, rozumiane jako powszechniki przecież nie istnieją. Podobnie elektron, foton czy przestrzeń fazowa . Pierwsze są idealizacją pewnych poznawalnych naocznie konkretnych obiektów, drogie sa rafinacją współwystępujących zjawisk które przyjemnie jest nam objaśniać powołując byty których innymi metodami, bezpośrednio, poznać nie sposób. Można sobie wyobrazić język w którym nie da sie wypowiadać sensownych zdań o obiektach ogólnych. Wtedy każda wypowiedź musiałaby się odnosić do konkretnej rzeczy. Właściwie to nie trzeba tego sobie wyobrażać, języki takie istnieją – większość praktycznych języków programowania ma tą cechę. Widać wyraźnie jak bardzo sztuczne te języki jawią się dla człowieka i jak wielkiej pracy trzeba dokonać by stworzyć w nich narzędzia pozwalające na nieco bardziej ogólne modelowanie. Z tego powodu nawet dziś, pomimo eksponencjalnego wzrostu ilości oprogramowania, łatwiej znaleźć takei które wyliczy własności podanego trójkąta, niż pomoże w dowodzie twierdzenia dotyczącego wszystkich trójkątów.

    W naszej naturze, gdzieś głęboko, wydaje się tkwić skłonność czy potrzeba operowania ogólnikami w sposób całkowicie różny od tego jaki wbudowujemy w języki sztuczne. Efektywność tego systemu, przynajmniej dla nas, dla ludzi, nie ulega wątpliwości. Cenimy tych którzy potrafią zgrabna ( i krótką! ) wypowiedzią ująć rzecz celnie. Wiele z poglądów na świat czy właściwe postępowanie zawdzięcza swoją popularności i uznanie w co najmniej  równym stopniu celności co atrakcyjnej formie językowej, operującej zrozumiała dozą ogólności. Płacimy jednak za to cenę. Dokładnie taką jaką zapłaciła Cantorowska Teoria Mnogości czy Logika Fregego. Pojawiają się antynomie, giętki umysł a jeszcze bardziej giętki język płodzi paradoksy. Jednak czy wszelkie poznanie nie wyrasta po części z dyskusji, z sofistyki, z rozrywki w mielenie ozorem? Jak łatwo znaleźć argumenty za czymkolwiek! Jak prosto przychodzi zwodzić innych, samemu nie będąc bynajmniej przekonanym. Wystarczy odrobina charyzmy, i odpowiednia doza cynizmu. Ludziom z największym trudem przychodzi budowanie ogólnej wiedzy o świecie. Spójność wiedzy i jej zgodność z pozostałymi dostępnymi teoriami poznania ma bardzo wielką wartość. Problem w tym, że także i te kryteria nie wystarczają aby rozstrzygać o prawdzie. Ani falsyfikowalność, ani spójność, ani użyteczność ani wszystkie te cechy razem nie sa wystarczające. Sprawia to, że:

Każdy system poznawczy wytworzony przez człowieka jest z natury systemem otwartym

    Obserwacja ta oczywiście ( jak każdy system otwarty;-) szereg wyjątków, a to w postaci na przykład rozmaitych hermetycznych poglądów wykluczających adaptację do zmieniającej się rzeczywistości. Postawy takie mają jednak to do siebie że zwykle sa rażąco nieskuteczne w objaśnianiu zmieniającej się rzeczywistości.

    Religia jest jednym z systemów poznawczych stworzonych przez człowieka. Innym, wielkim systemem jest nauka. Każdy z tych systemów odpowiada i odpowiadał na wielorakie potrzeby ludzkie: ciekawość, użyteczność ( religia także), żądza władzy, siła w czasie konfliktu, zdolność przeżycia. W zależności od aktualnego układu zdarzeń różnie rozkłada się akcenty, jednak w wypadku tych naprawdę wielkich systemów, w istocie zapewniane potrzeby są zawsze wielorakie. Religia i nauka w przeszłości wielekroć sobie przeczyły. Konflikt tych dwu systemów wynika z faktu, że oba sa systemami totalnymi. Oba w swoim rozmachu chcą wyjaśniać lub opisać całość a przynajmniej wpłynąć na tak wiele sfer działalności człowieka, że nie sposób aby nie pojawiły się pola sporne. W kulturze Europejskiej konflikt taki jest widoczny od tysiącleci. W przeszłości zawsze jednak udawało się uniknąć jawnej sprzeczności, co zwykle wymagało takiej czy innej zmiany metodologii, na ogół w religii, ale i w nauce ( np. rezygnacje z prób uzasadniania etyki genetyką – eugenika, darwinizm społeczny itp. – jest faktem że usiłowano takie „naukowe etyki” budować).

    Fakty jednak są takie, że czy się ktoś do tego przyznaje czy nie, nauka i religia sa w konflikcie. Konflikt ten jest zjawiskiem który ma miejsce zarówno w wymiarze społecznym ( konflikt ekonomii- konsumpcjonizmu wobec naukowej organizacji naszego życia handlowo-wytwórczego – a konflikt wartości którym sprzyja chrześcijaństwo jak prostota, ubóstwo, dobro bliźniego a nie zysk finansowy itp.) jak i w wymiarze jednostkowym (np. wybory do jakich zmuszone sa bezpłodne pary wobec stanowiska kościoła w sprawie in vitro). Tak więc uważam że konflikt taki jest faktem.

    Możliwe są różnorakie mechanizmy jego niwelacji, ominięcia, zlikwidowania, zwykle lokalnie i osadzone w danym problemie. Z faktu że nauka i religia sa konflikcie nie wynika, jakoby któraś z nich miała „absolutna rację” albo aby musiały być sprzeczne. Nie wynika z tego także aby koniecznym stało się wyeliminowanie drugiej. Nie wynika także jakoby któraś była lepsza ( praktyczniejsza, pewniejsza). Jak napisałem, każdy ludzki opis rzeczywistości zawiera w sobie 80% dowolności i 20% pewnej wiedzy. Te 80% dowolności sprawia, że możliwe jest posiadanie poglądów które są w pozornej sprzeczności, w sprzeczności metodologicznej, a nawet w jawnej sprzeczności jeśli potraktuje się je formalnie. Sprzeczność nie jest tym co eliminuje poglądy ludzkie z palety rozważań, podobnie jak w anegdocie o rozsądzaniu przez rabina 2 przeczących sobie stron sporu.

    Tak więc pisząc że nauka i religia są w pozycji konfliktu nie chcę zaznaczyć że którakolwiek jest gorsza od tej drugiej. By taki pogląd uznać, należałoby określić kryteria oceny. Lepsze w jakiej sytuacji? Lepsze dla kogo? Relatywizacja takiej oceny, nie znaczy że podanie takich kryteriów jest niemożliwe!  Pierwsze co przychodzi na myśl to na przykład kwestia społeczna jak w pytaniu: „Co jest lepsze – prawo stanowione czy prawo religijne?” Większość nowoczesnych społeczeństw odpowiada na to pytanie całkiem jednoznacznie. Oznacza to że bynajmniej nie jest tak, że konieczna, niemożliwa do uniknięcia i dobrze rozumiana relatywizacja uniemożliwia udzielenie odpowiedzi na pytanie! Wiemy że wybieramy tu tylko jedno z możliwych kryteriów, jednak uznajemy że właśnie tak należy postąpić. I próżno szukać sensownie urządzonego kraju w którym prawa religijne miałyby pierwszeństwo przed zasadami prawa świeckiego. Popatrzmy jak długo i zajadle ludzie o poglądach racjonalnych, kojarzonych zwykle z naukowym poglądem na rzeczywistość walczyli o taki stan rzeczy. Walczyli z kim? Z ludźmi reprezentującymi religię. Z ludźmi którzy w argumentacji nieodmiennie albo powoływali sie na argument z księgi („w biblii napisano… i to powinno być wzorem dla prawa”) albo wręcz an bezpośrednią wolę stwórcy ( „Takie jest prawo naturalne pochodzące od boga”). Sa kraje gdzie argumentuje sie tak do dziś…

   Owszem jestem niewierzący, nie neguję jednak siły i sensu religii. Po prostu nie potrafię jej sobie uzasadnić. Taki rodzaj sceptycznego agnostycyzmu. Proszę więc nie imputować mi bycia „nieprzyjacielem religii”. Ja akceptuję jej istnienie i dostrzegam ograniczoność poznania rozumowego a i naukowego w szczególności. Ograniczoność ta jednak nie oznacza, tak jak ją rozumiem, ograniczoności w sensie tabu. Nie ma niczego takiego czego by nie można było starać sie wyjaśniać rozumem. Nigdy nie jest to zbrodnia, zwykle jest to postęp. Konstrukcja człowieka jest jednak taka, że antropomorfizuje wszystko: los, miłość, życie, świat i niewiedzę. Jeśli w nocy w lesie czujemy się otoczeni cieniami innych ludzi? Kimże miałyby być te postacie? Tym bardziej w sprawach znacznie mniej jasnych widzimy rękę boga.

    Powtórzę: każdy opis rzeczywistości musi uciekać się do postulowania bytów których nie da się w taki czy inny sposób rozpoznać bezpośrednio w doświadczeniu. Tak więc wytwory religii z pewnego punktu widzenia nie sa w niczym gorsze niż wytwory nauki. Ale nie widzę sensu w ukrywaniu konfliktu tam gdzie on istnieje. Postępowanie takie jest albo wyrazem taktyki retorycznej ( i tak jest stosowane, czysto instrumentalnie w rozmaitych dyskusjach) albo przejawem samooszukiwania się. Religia przynajmniej do tej pory, posiada jako główny prerogatyw aspekt społeczny. Religia niespołeczna, prywatna, właściwie nie istnieje. Religia jest zjawiskiem publicznym. Słusznie kościół broni sie jak może przed zepchnięciem religii w kąt prywatnego pojmowania świata. Religia to przede wszystkim wspólnota. A w związku z tym, najłatwiej widać konflikty społeczne…Są tez najbardziej dramatyczne. Konflikty prywatne maja bowiem kształt utraty wiary przez wierzącego i jako takie nie sa społecznie interesując o ile same w sobie nie stanowią zjawiska społecznego. Konflikt religia – nauka oznacza nie tylko żarliwe spory filozofów. Oznacza tez np. wypieranie pewnych zwyczajów, norm, zjawisk z krajobrazu społecznego*.

    Oczywiście, że sa to bardzo złożone problemy i konflikt ten ma bardzo wile aspektów. Ma i taki, że nauka powoduje rozwój technologii, a to powoduje powstanie możliwości, które prowokują sytuacje z jakimi tradycyjne społeczeństwa nie maiły styczności. Samo pojawienie się możliwości wpływa na sytuacje religii w świecie. Nie znam jednak z historii przypadku w którym religia by upadła z powodu dokonania jakiegoś odkrycia naukowego. Każda religia potrafi się przystosować – nie ma nic bardzie elastycznego niż „święte księgi”- sa one tak pomyślane aby były wieloznaczne. Religie jednak są częścią kultury i upadają wraz z upadkiem kultur i społeczeństw które je wyznają a nie wraz z odkryciami naukowymi. Dlatego sytuacja konfliktową dla religii nie sa nigdy „odkrycia naukowe” ( jak powiedzmy odkrycie że przestrzeń ma 25 wymiarów) a jedynie zjawiska społeczne które te odkrycia prowokują – konsumpcjonizm, możliwość ingerowania w podstawowe funkcje organizmu, możliwość modelowania rzeczywistości np. ekonomicznej, środowiska naturalnego itp. Stąd prawdziwy konflikt nauki i religii odbywa się nie na froncie światopoglądowym ale społecznym. Konflikt światopoglądowy jak rozmowa ateisty z wierzącym to tylko przekomarzanki.

    Na przykład konflikt wartości między konsumpcjonizmem a „kulturą życia”. Uważam że nie jest to oderwany przykład zmian społecznych ale właśnie przykład na konsekwencje stosowania naukowych metod organizacji produkcji ( a przez to życia społecznego). Oto „naukowa ekonomia” kapitalizmu wkracza w modelowanie stosunków społecznych. Analizy oparte na zysku i stracie generują takie stosunki pracy, aby jak najefektywniej wykorzystać dostępne zasoby i wygenerować jak największy zysk. Proszę pamiętać że zaprzęgnięto tu wykwalifikowanych ekonomistów do systemowego stworzenia mechanizmów optymalnego sterowania procesami biznesowymi. Czyli klasyczny przykład zastosowania naukowej metody. Dostępność narzędzi i technologii umożliwia zastosowanie tego w praktyce ( np. sterowana numerycznie obrabiarka może być obsługiwana przez mniej wykwalifikowanego robotnika, niż gdyby miał wykonywać tę samą prace jako tokarz – o ile w ogóle byłby w stanie). Znowu technologia. Miękkie umiejętności jak marketing i reklama odwołują się do naukowej wiedzy socjologicznej. Standaryzacja produktów itp. Wszystkie te elementy składają sie na współczesną ekonomię kapitalizmu. I na naszych oczach kultura konsumpcji zabija np. „magię świąt”, niszczy więzy rodzinne ( oczekuje się od pracowników coraz większej mobilności), rozkłada państwo socjalne ( zawsze można przenieść produkcję do Chin, lub innego kraju który nie chroni swojej siły roboczej – moim zdaniem nie przypadkiem to są kraje niechrześcijańskie).

    Innym przykładem jest rozwój medycyny. Jeszcze w średniowieczu mieliśmy w Europie do czynienia z silnym tabu ciała. Zakazywano ingerencji w ludzkie ciało „z ciekawości” było ono bowiem świątynią Boga, siedzibą duszy, formą dla osoby której pochodzenie wywodzono od boga a nie z czysto naturalnych źródeł. Co charakterystyczne nie było mowy o tym by zakazywać krwawych jatek w postaci wojny, pojedynków czy tortur i choć z pewnością uznawano je za straszną czy złą, to jednak uzasadniona – czasami religijnie – konieczność. Sekcje zwłok uważano jednak za niestosowne do tego stopnia że groziła za nie kara śmierci. Przełamanie tego tabu, o czysto religijnych uzasadnieniach, okazało się być wstępem do rozkwitu medycyny i z pewnością przyczyniło się do polepszenia ludzkiego bytu w znacznie większym stopniu niż wcześniejsze, a oparte o rozmaite koncepcje „świętości ciała” religijne zakazy.

    Jeszcze innym przykładem jest genetyka/transplantologia/neurofizjologia – nauki te w nieodległej przyszłości mogą nam zafundować po pierwsze terapie genetyczne, po drugie hodowlę tkanek i terapię przeszczepianiem tkanek ( a nie narządów), po trzecie badania mózgu i badania układów krzem-tkanka fizjologiczna mogą doprowadzić do upowszechnienia rozmaitych implantów. To może w przyszłości skutkować powstaniem nowych rynków i wprowadzania zmian na niespotykaną skalę od nowych terapii po manipulacje neurofizjologiczne za pomocą układów elektronicznych. I znowu otworzy to pole konfliktu.

    Zwrócę uwagę, że nie mówię tu o  „religii fizyków teoretyków” czyli wysoce abstrakcyjnej mieszaninie platonizmu z teorią węzłów. Ledwie jestem w stanie mieć jakiś pogląd na wyniki fizyczne Einsteina, a są to rzeczy które starał się on wyłożyć najjaśniej jak tylko umiał. Nie mam najmniejszych kwalifikacji by twierdzić że wiem w co wierzył Einstein ( jak jednak wynika z wspomnień jego przyjaciół był zdeklarowanym ateistą), jakiekolwiek przytacza się jego opinie o bogu, można być całkowicie pewnym że nie jest to to samo pojęcie jakiego używa ksiądz Oko. Tutaj jednak piszę o religii jako zjawisku masowym, powszechnym, kulturowym i realnym obudowanym w instytucje i urzędy. Czasami twierdzi się że dla wierzących ludzi nauki, konflikt nauki i religii nie istnieje. Jest to zastanawiająca postawa gdyż jedynym sposobem na osiągnięcie takiego stanu w moim mniemaniu jest aby religia nigdy nie wypowiadała wartościowych ontologicznie i epistemologicznie twierdzeń. Religia taka, w moim prostackim oglądzie, produkuje jedynie tautologie. Nawet treść etyczna tych twierdzeń musiałaby być neutralna. Gdyby nie była, używałaby pojęcia odnoszącego się do bytu istniejącego realnie lub do jakichś jego aspektów dających się realnie zbadać. Z powodu różnego pochodzenia wiedzy mogą wejść w konflikt. Byłoby wysoce nieprawdopodobne aby dwa systemy oparte na rożnych metodologiach zawsze dawały zawsze zgodne odpowiedzi. Chciałoby się tu mieć jakiś „dowód zgodności” co oczywiście bardzo trudne. Jednak łatwo można dowieść twierdzenia przeciwnego – że konfliktują ze sobą. Wystarczy wskazać przykład konfliktu.

    Dajmy więc przykład konfliktu: przekonanie że ludzie wyznają wiele religii i że w pewnym sensie sa one równoważne ontologicznie jest tezą racjonalizmu. Konflikt np. chrześcijanin vs „czciciel kamienia z Wawelu” i vice versa (święty kamień jest konkretnym obiektem a nie transcendentalnym Bogiem). Racjonalizm w tym kontekście konfliktuje z religią nie dlatego, że zaprzecza religii, ale dlatego, że metodologia racjonalizmu wskazuje na istnienie wielu możliwych ludzkich opinii na temat boga z których wiele się wyklucza wzajemnie a więc nie mogą być wszystkie prawdziwe ale mogą być wszystkie fałszywe. Religia zaś takiego stanowiska nigdy nie może przyjąć – musi istnieć realnie właśnie jej prawda. Oczywiście można nazwać tą niezgodność racjonalizmu i religii nazwać „neutralnością” religijną racjonalizmu – nie wyróżnia on żadnej religii. Ale właśnie będąc neutralnym, wyklucza on „dowody prawdziwości” czy tez obiektywność prawdziwości każdej konkretnej religii. Widzę tu analogie do relacji logiki do teorii budowanych w oparciu o nią.

    Logika jest co prawda jest neutralna wobec treści/wartości zdań na których się rachuje, ale wyklucza jednocześnie „prawdę” niezależną od założeń pozalogicznych. Nie masz założeń pozalogicznych – nie wyjdziesz poza tautologie. Masz założenia pozalogiczne – twoja teoria chociaż logicznie spójna może być fałszywa. W rozumowaniu tym za logikę podstawmy racjonalizm, za teorię z założeniami pozalogicznymi – religię. Mamy teraz teorię która używa rozumu a więc niejako racjonalizuje swoje tezy ale jednocześnie stwierdza, że posiada aksjomaty pozalogiczne które są obiektywnie prawdziwe, nie podlegają dyskusji itp. co dla samej metodologii racjonalizmu jest nie do przyjęcia. W konsekwencji mamy teorie która w tej mojej analogii używa utylitarnie logiki ale ignoruje ważne jej wnioski, a tym samym konfliktuje z logiką pomimo, że używa jej jako narzędzia i to „lokalnie” w sposób prawidłowy. Podobnie religia stara się pracować w zgodzie z racjonalizmem, ale co do swojej zasady odsuwa istotny aspekt racjonalizmu jakim jest krytyczność wobec każdej hipotezy jaką się przyjmuje. Tym samym pozostając racjonalną co do zasad operacyjnych jest de facto systemem konfliktującym z racjonalizmem z powodów fundamentalnych.

    Nigdzie nie twierdzę że wszystko da się wyjaśnić rozumowo – to sa poglądy często przedstawiane jako racjonalne ale takimi wcale nie są. Dyskutuje z innym poglądem: pogląd ten jest następujący: „potrafimy wskazać zdania które sa obiektywnie prawdziwe”. Takim zdaniem wg. osób wierzących jest teza „istnieje Bóg”. Zdanie takie może być co najwyżej hipotezą. Wtedy zgoda – jest to dobra i sensowna hipoteza. Hipoteza ta traktowana literalnie jest bezwartościowa ontologicznie i epistemologicznie ( zakładając jakąś sensowną definicję boga na jaką moglibyśmy się tu zgodzić obaj). Aby z tego zdania wniknęła teza o „miłości bliźniego” albo o tym żeśmy „na wzór i podobieństwo” musisz drogi czytelniku do swoich przekonań coś dodać, prawda? W pewnym momencie chcąc wypowiedzieć tezę o realnie istniejącym obiekcie (świat, człowiek, życie, in vitro – jako przykład użyję go dalej) musisz jakoś „istnienie boga” jakoś odnieść do realnego, poznawalnego rozumowo i fizykalnie bytu. W tym momencie wkroczysz na pole konfliktu: chyba że nadal twoja wiara będzie tylko hipotezą – jak u Pascala. Jeśli będziesz trzymał się tego sposobu: zgoda- jeśli ktoś egzorcyzmy, zbawienie duszy, grzechy i 10-dem przykazań nazywa „użytecznymi hipotezami” które odrzucimy kiedy nam się skonfliktują z innymi hipotezami – wówczas zgoda -  na taka religię zgoda. Tak traktowana religia nie jest w konflikcie z nauka. Jeśli jednak tak, to musisz dopuścić do dyskusji pogląd że człowiek jest jeno zwierzęciem, a komórki w in vitro to taka galaretka która nic nie znaczy – i to na równych prawach. Cała argumentacja religijna sprowadzi się wówczas do wyboru hipotez które dają mniejsze zło np. mniej szkodzą, mają bardziej akceptowalne konsekwencje społeczne i powinieneś te argumentacje akceptować – w końcu dokonujemy tylko wyboru między równoprawnymi hipotezami. Argumentacja za ich „większą lub mniejszą” przydatnością, prawdziwością, sensownością, musiałaby mieć już pozareligijny, racjonalny właśnie charakter. Jeszcze nie spotkałem człowieka wierzącego ( a i sam chociaż niewierzący też tak nie uważam) który by zaakceptował taką postawę, nie mówiąc o oficjalnych religiach i ich głosie w dyskusji.

    W pewnej dyskusji na podstawie której „posklejałem” ten esej, mój adwersarz w następujący sposób podsumował swój stosunek do owego konfliktu o którym tu piszę:
„wyobraź sobie, że dwoje ludzi postanowiło pójść do restauracji. Jedno zamówiło paellę z owocami morza, drugie kotleta schabowego. No i mamy kłopot,[..] Czy to oznacza, że istnieje fundamentalna, nieusuwalna i sięgająca samej istoty bytu sprzeczność pomiędzy owocami morza a wieprzowiną? „ -Wówczas odpowiedziałem: między wieprzowiną a owocami morza nie, to są rzeczy, a nie postawy. Ale konflikt może mieć miejsce miedzy konsumentami owoców morza a wieprzowiny. Jeśli konsekwencją w wymiarze społecznym tego konfliktu będzie zakaz serwowania wieprzowiny wprowadzony administracyjnie, to jak najbardziej będziemy mieli do czynienia z realnym konfliktem tych ostaw. Nie ma najmniejszego znaczenia poczucie sztuczności sprzeczności między tymi stanowiskami, skoro bylibyśmy przez zwycięzców zmuszony do niekonsumowania wieprzowiny. Co więcej – zwolennicy owoców morza będą dowodzili, że jedzenie wieprzowiny jest przejawem cywilizacji śmierci, oraz objawem braku rozumienia oczywistości logicznej, czyli pewnego rodzaju ułomnością umysłową! Poglądy te nie są już racjonalną hipotezą, są wbrew zasadom rozumu, w szczególności zakład pascalianski jest przeciw temu kto chce dokonać wyboru ( jak jesz wieprzowinę Bogowie mogą cie skarać, jak jej nie jesz na pewno tego nie zrobią – ergo – racjonalnie nie jeść kiełbasy). My widzimy jego absurdalność, jednak dla wierzących amatorów owoców morza – wybór jest określony przez zasady transcendencji kulinarnej. czytelniku – czy nie zacząłbyś podejrzewać że ich stanowisko jest sprzeczne także logicznie? Jak bowiem z własnego wstrętu do wieprzowiny wyprowadzili brak zdolności poznawczych u Ciebie? Religia prywatna to opinia, religia traktowana jako zjawisko społeczne to obiektywnie istniejący element kultury roszczący sobie prawo do kreowania rzeczywistości prawnej, kulturowej. W tej grze religia nie bierze się jeńców…

drewno-pasek.jpg

 

    Ludzie patrzą na Ukrainę i nie wierzą własnym oczom i uszom. Rosja eskaluje konflikt, wybuchają demonstracje, protesty i akty separatyzmu, nieledwie cześć wschodnich obwodów deklaruje nie tylko prorosyjskość ale i wręcz separację i przynależność do Rosji. I nic. Ukraińcy oddają Ukrainę bez walki? Dlaczego nikt nie strzela do tłumu – zadaje sobie pytanie przeciętny polski inteligent przyzwyczajony do tego że do tłumu strzelać należy, inaczej władza jest niewarta szacunku ( nie wiem skąd te poglądy w kraju w którym zasadniczo nikt, nawet Jaruzelski do tłumu nie strzelał – przypomnijmy że pomimo zajść w Kopalni Wujek itp. w całej Jaruzelskiej RP zginęło mniej ludzi niż na Ukrainie w ciągu kilku tygodni „budowy demokracji”. Nie wiem skąd ten pęd do gloryfikacji przemocy – oczywiście zawsze w imię „wyższych celów”. Najpewniej dzieci bite biją własne dzieci – może dlatego nie mamy w Polsce szacunku dla życia ludzi?). Jak to wiec jest – że Ukraińcy nic nie robią?

    Ukraińcy zostali poddani działaniu, czy tez ulegli atakowi – nowej broni. Broni przed która nie potrafią sie bronić, bo klasyczne arsenały nie są w stanie odeprzeć takiego ataku, a polityczne i militarne dyletanctwo nie pozwala na rewizję taktyki.

    Nie przeceniając roli Rosji i Putina, trzeba zdać sobie sprawę z jednego – to co obserwujemy to politycznie i militarnie jest bardzo skomplikowaną operacją logistyczną. Z innych tego typu wydarzeń na świecie ( Syria, Egipt, Libia) widać że bardzo trudno jest rozpętać konflikt i go kontrolować – przynajmniej Amerykanom sie to jeszcze nigdy w pełni nie udało, a na Ukrainie Rosjanom jak na razie, udaje sie to perfekcyjnie. Widać że Rosjanie mieli to zaplanowane od dawna, oni w jakiś sposób utrzymują to napięcie a nie powodują eskalacji przemocy. Nawet na Krymie to było widać- jacyś ludzie, coś zajmowali, gdzieś stali, kogoś blokowali, a na koniec była rosyjska flaga. Tego sie nie zrobi  „Gromem” i „Formozą”. Wyobraźcie sobie wyszkolenie żołnierzy ( agentów?) którzy z jednej strony są w stanie brać udział w walkach, ale na co dzień, w trakcie normalnych działań, są w stanie manipulować tłumem, wygłaszać przemówienia, działać jak partyzanci w grupie po 10-15 osób i destabilizować całe miasto czy obwód.
    To jest nowy rodzaj sił zbrojnych. Pewnie że ich zastosowanie nie udałoby sie powiedzmy w Niemczech. Ale jestem pewien że oni mają jednostki tego typu dedykowane do działań w krajach postsowieckich, gdzie sa w stanie zapewnić kulturową bliskość „agentów” i ludności cywilnej.

    To jest coś przy czym armia wyposażona w bomby, pistolety i czołgi wygląda jak młotek naprzeciw smartfona. Oni to przygotowywali w sensie strategicznym przez całe ostatnie 20 lat. Kluczowymi elementami tej strategii są jak przypuszczam:

  1. użycie niewielkich grup 10-15 osobowych, złożonych z ludzi doskonale znających środowisko lokalne, język, kulturę, może nawet posiadających znajomości.
  2. użycie ludności cywilnej jako broni – ludzi wychodzą na ulice i demonstrują. Odpowiednie działania sprawiają że destabilizuje to lokalne struktury władzy.
  3. partyzancka taktyka działań – duża mobilność, samodzielność, poleganie na oddziaływaniu psychologicznym, absolutna wstrzemięźliwość w użyciu broi. Jeśli mamy tam do czynienia z jakąkolwiek formą dowodzenia – ma ono charakter lokalny i wysoce samodzielny.
  4. brak przywódców, nie ma z kim negocjować, nie ma kogo złapać i pokazać przed kamerami.
  5. stosowna oprawa propagandowa skierowana zarówno do świata jak i nawet przede wszystkim do własnego społeczeństwa
  6. wirtuozowska oprawa dyplomatyczna, w której niby nic nie wiadomo, a w istocie wiadomo wszystko, niby deklaruje sie dobrą wolę ale nie wiadomo cóż jest to to gra na czas czy realna deklaracja intencji itp.
  7. głębokie zintegrowanie strategii działań wojennych z działaniami gospodarczymi.

    Wydaje sie że Rosjanie wyciągnęli tu wnioski z analiz konfliktów animowanych na całym świecie przez CIA i opracowali strategię postępowania która jest skuteczniejsza. Widać tu pewnego rodzaju biegłość polityczna i strategiczną która wydaje sie jednak ze przewyższa to co się śni naszym, wychowanym na starodawnych pomysłach i przywiązanym do idei potęgi ciężkiej broni, dowódcom. Dla mnie to ważna konstatacja, bo nie tyle każdy z osobna ale wszystkie razem punkty 1-7, ich głęboka integracja, świadczy o tym że mamy do czynienia najprawdopodobniej z nowoczesną doktryną konfliktu przy zastosowaniu nowoczesnych środków jego prowadzenia.

    Warto zwrócić uwagę na punkt 7. Jak wiadomo nikt Putinowi krzywdy nie zrobi bo wszyscy potrzebują jego ropy i gazu ( oczywiście poza akwizytorami strony przeciwnej którzy będą dowodzić że obędziemy sie bez gazu i ropy Putina jeśli kupimy – całkowicie bezpieczny i nieszkodliwy dla delfinów  – gaz i ropę akwizytora. Trzeba pamiętać że wojna jest doskonała okazją do interesów i np. Wielka Brytania podczas II Wojny Światowej wyprzedała  na rzecz USA całe Imperium). Jeśli ktoś sądzi że Rosja budując swoje rurociągi posługuje sie koncepcją „rura ma iść tak żeby było tanio, niech w przetarg wygra najtańsza oferta”  zwyczajnie wierzy ze cały świat stosuje Polnische Wirtschaft. Nie jest to prawda. Budując skomplikowane przedsięwzięcia gospodarcze, kraje w których nie rządzą idioci, biorą pod uwagę nie tylko ich znaczenie gospodarcze ale i strategiczne, polityczne, społeczne i w tym militarne. Rosja brała je pod uwagę – na pewno. Ukraina jest zakładnikiem Rosyjskiej dobrej woli w zakresie dostaw ropy i gazu. Ktoś w Rosji zadał sobie pytanie – jak będziemy robić interesy z Niemcami kiedy w Polsce powiedzmy – taki fantastyczny scenariusz -  CIA osadzi swojego agenta wpływu w MSZ? I narysowali rurę tak, żebyśmy nie mieli wpływu na jej działanie. Zadajmy sobie pytanie – co mogliśmy/możemy zrobić? Nie ma i jeśli to co piszę jest prawda – nie będzie wojny. Nikt nie przyjdzie nam z pomocą bo nie ma w czym nam pomagać. Rosja z Niemcami sie dogadają, a do ropy do Polski objętej sankcjami nikt nie będzie dopłacał, co oznacza że jeśli Radek nadal będzie podskakiwał ( na szczęście ktoś mu dał po łapach i ostatnio po oszałamiających sukcesach w wyzwalaniu Ukrainy nieco przygasł) to Rosja podniesie nam ceny ropy a zachód im tylko – w imię pokoju -  przyklaśnie widzą okazje do pośrednictwa w jej sprzedaży.

    Co należało zrobić? Aby popsuć strategię w pt. 7. należało uczestniczyć w interesach. Należało być entuzjastą który rozumie własny interes, dołożyć swoje trzy grosze, i mieć swojego człowieka w zarządzie Nord Stream i innych tego typu przedsięwzięciach. Kogoś kto potakuje w sprawach nieważnych, ale mówi veto ( raz na 10 lat ) wtedy kiedy to istotne.  No ale trzeba wiedzieć co jest ważne.. Rozumienie takie zakłada pojęcie patriotyzmu, znajomości interesów własnego kraju, szacunek dla własnego społeczeństwa i własnych korzeni, tego wszystkiego czego w Polsce nie rozumieją elity, którym od wieków bliższy jest Paryż ;-). Można zatykać nos, ba1 to słuszne, jak sie patrzy na Schroedera. Ale chyba nikt nie ma wątpliwości której strony interesy on w tym Nord Stream reprezentuje. Taki styl uprawiania polityki, z jakimś zamysłem, z użyciem rozumu, z koncepcją wykraczająca poza wymachiwanie szabelką w nadziej że jakieś mocarstwo doceni to machanie i nagrodzi – niestety nie jest naszą mocną stroną.I niestety patrząc na naszą scenę polityczną trudno czasem powiedzieć czyje interesy reprezentują nasi politycy…

    Pozostaje nieć  nadzieję ze pozostałe punkty planu – czyli 1-4. nie są możliwe do zastosowania w Polsce. Nie chciałbym by ktoś odniósł mylne wrażenie że chodzi  „kwestię mniejszości rosyjskiej” – nie chodzi i to zupełna bzdura tka myśleć. W Egipcie czy Syrii nie było żadnej „mniejszości amerykańskiej” a udało sie tam wywołać całkiem identyczne zajścia jak na Ukrainie ( tyle że nie udało sie ich kontrolować). Chodzi o wywołanie podziałów, dla której to strategii konieczne jest istnienie wektora wpływu. A nim może być jakikolwiek mocny i trwały podział społeczny poddający sie manipulacji.  ( Czy na pewno Polska jest wolny od konfliktów? ). Stąd przynajmniej pod tym względem możemy spać bezpiecznie…

felicjan.jpg

    Czego pożąda Polak? Po latach bycia Chrystusem Narodów, Przedmurzem Chrześcijaństwa, Obrońcą Wolnego Świata przed atakiem bolszewizmu, najbardziej Doświadczonym Narodem w Historii, i Wielkim Więźniem Sumienia, naród Nasz jak nigdy wcześniej pożąda sukcesów globalnych a to w następujących dziedzinach ( kolejność przypadkowa):  
1.jeśli już nie mamy własnej antymaterii i broni jądrowej, to niechże chociaż Demokratyczne Mocarstwa Atomowe postępują wyłącznie zgodnie z naciskiem Polskiej Racji Stanu!
2. skoro już jesteśmy najszybciej się Rozwijająca Gospodarką Świata ( Chin i kilku innych państw nie należy liczyć bo rozwijają się niesłusznymi metodami) niechże ktoś o nas dba, i doceni jak ważne dla świata ( i Europy!) jest nasze PKB.
3. niechże ktoś wreszcie zwróci uwagę na fakt że mamy najlepszych na Świecie Programistów ( choć nie mamy przemysłu komputerowego)

    Wobec bezprzykładnej i krwawej agresywnej i zbrodniczej Rosji, należy podjąć działania o których wiadomo ze będą skuteczne. Przez całe lata przekonywali nas eksperci że można wymusić wszystko jeśli się po prostu nie kupuje czegoś ( soli, cukru, niesłusznej gumy do żucia), zaś fakt że w pewnych wypadkach działanie to nie skutkuje ( powiedzmy pracodawca wyzyskuje i okrada pracowników – czego nie kupować by przestał? Chiny traktują podle dysydentów – czego nie kupować by zaczeły traktować z szacunkiem? ) kładziono oczywiście na karb naszej winy i nieporadności w demokratycznej organizacji. Skoro nie skutkuje, to wcale nie znaczy że jest nieskuteczne. Nie! Znaczy tylko że to my, homo sovieticus, nie umiemy tego robić. W imię tej filozofii ultraskuteczności niekupowania, czy szerzej nierobienia, wymyślano nam że nie potrzeba reformować służby zdrowia, wystarczy nie korzystać jak nam się nie podoba. Nie trzeba walczyć z wysokimi cenami żywności – wystarczy nie jeść i ceny spadną. Jeśli bogaci nie płaca podatków, wystarczy zagrozić im że nie będziemy ich oglądać w telewizji, a oni posrają sie ze strachu i zaczną płacić.

    Trudno ocenić czy ludzie którzy propagują taką wiedzę zawodowo ( tzw. spin doktorzy od socjotechniki neoliberalnej ) wierzą w te dyrdymały czy też sprytnie podają je ludziom do wierzenia jako tzw. strategie zarządzania ( permanentnym) kryzysem.

    Dosyć że znaleźliśmy się w ciekawej sytuacji. Oto okazuje sie owe proste recepty sa niemożliwe do wprowadzenia w skali państw. Oto państwo jak USA, organizacje jak UE, czy kraje jak Polska, które zaleca obywatelowi by głosował portfelem, jednocześnie samo nie jest w stanie, nawet wobec tak jawnego politycznego zagrożenia i oczywistej potrzeby podjęcia działań, wykonać tego co samo zaleca każdemu ( oczywiście każdemu, kto nie jest nastawionym roszczeniowo Homo Sovieticus!). Zwykłego ograniczenia kontaktów z podmiotem które w uzasadniony sposób powinien ponieść karę! Z czym sie wszyscy zgadzają!

    Państwo stwierdza w odniesieniu obywatela, który korzysta z usług firmy która go oszukuje i dotkliwie obciąża wielkimi opłatami za kiepską jakość usług, że skoro nie zrywa umowy, sam sobie winien. I niech ma. Nic nikomu do tego – toż to wolny rynek, a regulacja, nawet gdyby miała karać złodzieja, oszusta i cwaniaka, przecież byłaby wbrew zasadom! Nie, państwo nie jest od zapewniania sprawiedliwości obywatelom ( ostatnio nie bardzo wiadomo w ogóle od czego jest państwo, bo właściwie wyjaśniono że prawie od niczego… Po co takie wysokie pensje ministrów?). Czy można zatem, stwierdzić że UE, USA i Polska są same sobie winne bo przecież zwyczajnie mogą zmienić sobie dostawcę ropy i po krzyku? A jak nie tego nie robią – to ich ( nasza? osobiście nie poczuwam sie…) wina?

    Ktoś ludziom którzy tak protestują wmówił że pewne działanie da efekt. A jak widać – efekt jest mizerny a działanie głupie… I nagle okazuje sie że klasa polityczna niewiele więcej umie zrobić. Bo i większość kwalifikacji tych panów sprowadza sie do niezwykłych wprost kompetencji w wyjaśnianiu dlaczego obywatel jest sam sobie winny swojej biedy. I dlaczego czegoś tam nie można bo brak pieniędzy. Prawdę mówiąc jeszcze nie słyszałem w Polsce by polityk, a zwłaszcza tzw. ekspert ekonomiczny, mówił że coś da sie zrobić ( o przepraszam, przypomniałem sobie telewizyjne pogadanki Kuronia, który stwierdzał ze coś jest możliwe, ale… ).  

Lekarzu – ulecz sie sam?

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Join 897 other followers

%d bloggers like this: